Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

    Często zaglądam do internetowych antykwariatów, szukam konkretnych książek, a kiedy już je znajdę, to zdarza się, że zamawiam jedną lub dwie spoza listy. I tak było w przypadku „Nie budź śpiących psów”. Skusił mnie tytuł.

    Grozdana Olujić to serbska pisarka i tłumaczka, choć mój egzemplarz krzyczy, że jugłosławiańska, to wydanie z 1968 roku. Pisarka zmarła w 2019 roku. Studiowała literaturę angielską na Uniwersytecie Belgradzkim. Kilka z jej powieści zostało zekranizowanych, a ich przekłady ukazały się w Anglii, Francji, Niemczech, USA, Danii, Norwegii, Holandii i ówczesnej Czechosłowacji.
W języku polskim wydano dwie; „Bajki wiatru południowego” i oczywiście „Nie budź śpiących psów”. 

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

    Powieść Olujić nie jest moim pierwszym spotkaniem z serbskim pisarstwem, jakiś czas temu czytałam „I Sabo się zatrzymał” Oty Horvata i jest coś, co łączy te dwie publikacje. Wrażliwość.
Wrażliwość na emocje, na to, co dzieje się we wnętrzu człowieka i wrażliwość językowa.

    Mam zwyczaj zaglądania do książki od razu po zakupie i czytania pierwszego akapitu, czasem całej strony. Po przeczytaniu pierwszych zdań z „Nie budź śpiących psów” położyłam tę książkę na widoku, bo wiedziałam, że to jest coś, co chcę przeczytać w miarę szybko. 
Powieść zaczyna się tak:

„ — Zabiłeś?
— Zabiłem.
    Zabiłem! Siedem głosek, tylko siedem głosek, a oznaczają koniec wszystkiego.
    Źrenice obrońcy godzą we mnie jak sztylety, a przy zbliżeniu jego twarz staje się gąbczasta jak w filmie. To już nie twarz — to zespół komórek. To symbol zbawcy. A w istocie — cóż go to, do diabła, obchodzi!
    — Chcę cię uratować, zrozum! — Opierając się niemal o moją poduszkę powtarza, że bajeczka o podwójnym samobójstwie jest nieprzekonywająca. A on chce mnie przecież uratować. Nic więcej. Uratować — mnie?”

    Raszo Vukota jest dwudziestopięcioletnim bezrobotnym, który zamordował swoją dziewiętnastoletnią kochankę Svetislavę Jablan. Miał ją zastrzelić, ciało ukryć w szafie, a potem próbować popełnić samobójstwo.
To właśnie jego chce ratować rozmówca z początku powieści. Bohater jest przekonany, że zbrodni dokonał, ale... jest jeden problem. Nie pamięta tego.
Fabuła płynie przez wspomnienia mężczyzny, który rekonstruuje w ten sposób przebieg zdarzeń.

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić
    „Nie budź śpiących psów” to powieść głęboko psychologiczna. Retrospekcje, to tak naprawdę introspekcje. Raszo, główny bohater i narrator (tak, powieść jest napisana z perspektywy mężczyzny) patrzy na wydarzenia takimi, jakim je pamięta. Próbuje analizować. Czasem łapie się na tym, że to, co widział, nie mogło takim być, gdyż np. pora roku wykluczałaby jego odczucia.

Jednocześnie nie jest w stanie zauważyć, że i zdarzenia mogły mieć inny przebieg. Relacje międzyludzkie są złożone. Pamiętamy co ktoś powiedział, zrobił, ale rzadko wiemy dlaczego, a i czasem nie jesteśmy świadomi co siedzi w nas samych. Autorka doskonale o tym wie i ukazuje wielobarwne postaci, którym, mimo zwinności językowej w przedstawianiu stanów emocjonalnych, pozostawia luki. Nikt nie wie wszystkiego. 

    Vukota to pokręcony człowiek, który jest pewien tylko tego, że nie może zawieść matki i musi wiele osiągnąć. Nie bardzo wie jak. Ima się różnych profesji, chce być wykształcony, chce mieć dobrze płatną i szanowaną przez społeczeństwo pracę. Chce, a chcieć to móc. Jednak wyobrażenie to nie rzeczywistość. Bohater popada w relacje, które miast się rozejść w zapomnieniu, stają się jego cieniem. I tak np. wikła się w związek, który kończy małżeństwem, a gdy poznaje kobietę, w której, jak sądzi, szczerze się zakochuje, nie może po prostu od żony odejść. Trwa pomiędzy jedną, a drugą kobietą, żadnej nie znając i nie próbując poznać. Żona powtarza „będzie, będzie”, a kochanka mówi o spostrzeganiu zdarzeń i ludzi takimi, jakimi są. Czekać, a jak tak, to na co? Czy może akceptować to jak jest? Ciekawym symbolem jest tu biblioteka, przez którą, Vukota przechodzi, niejako z jednego stanu w drugi. W końcu cień jest tak duży, że przysłania światło.

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić
    Kochanka głównego bohatera, Svetislava, w skrócie Tisa, to młodziutka dziewczyna z mroczną przeszłością i pokaźną liczbą byłych partnerów. Ona i Raszo pasują do siebie, uzupełniają się i darzą głębokim uczuciem.
A może to ich wyobrażenie?
Czy egoista jest w stanie zauważyć coś poza sobą?
Czy niezadawanie pytań jest równoznaczne z akceptacją drugiego człowieka i zrozumieniem?

    Wszystkie postaci w „Nie budź śpiących psów” często wydają się skoncentrowane na sobie. Budzą emocje. Całe ich spektrum. Zaznaczam wydają się, gdyż powieść Olujić wymaga uważnego czytania i analizowania wraz z Vukotą. Dostrzegania niuansów, które po części wybrzmią, choćby przed sądem.

    Grozdana Olujić była wrażliwą obserwatorką ludzi. Wszystko ma przyczynę, nierzadko tkwiącą w podświadomości. Dostrzegała, że widzimy innych, ale prawie nigdy nie wiemy czegoś ponad to, co pozwolą nam zobaczyć. Znamy rytm dobowy sąsiada, rozpoznajemy stany emocjonalne wnioskując z natężenia i barwy głosu, ale to nie jest pełen obraz człowieka. 

„W powietrzu było dużo wilgoci i asfalt był czarny i lśniący jak grzbiet wynurzającego się z morza wieloryba. Odbijały się w nim pomarańczowe prostokąty okien. Twarze ludzkie rozpływały się jakby w wilgoci, a wokół latarni i lamp drgał żółtawy krążek mgły”.

    Ulice Belgradu u Olujić są smoliste, powietrze jest lepkie od ludzkiego potu, który od czasu do czasu zmywa mgła przesycona zapachem prania. Ponad jazgotem miasta niesie się śpiew ptaków, tropionych przez myśliwych. Świat się zmienia, ale nie ustajemy w wojnach z nim. 

    W „Nie budź śpiących psów” pojawia się wątek eksperymentów na zwierzętach. Wolność w zadawaniu bólu w imię nauki. Jest obrazowy, bolesny, służy przedstawieniu głębi relacji i ich konsekwencji. Nie odbierałabym go dosłownie. Podobnie jak w przypadku Poparzonego dziecka” Stiga Dagermana. Są w tej powieści traumy wzrastające w obojętności, w milczeniu. Nienazwane krzywdy bolą dużo bardziej, a utracone poczucie bezpieczeństwa nie wraca samo. Nie tylko wątek znęcania się nad zwierzętami jest podobny do wspominanego „Poparzonego dziecka”, ale i relacji dziecko-rodzic. Najbardziej wybija się relacja syn-ojciec, córka-ojciec i to, w jaki sposób, w zależność od płci dziecka, wpływa ona na dorosłe życie.

Wtedy krzyknąłem zdławionym głosem, żeby nie wspominał przy mnie o psach. Kiedyś powiedział (a może to powiedziała Tisa), że każdy człowiek hoduje w sobie psy miłości i psy nienawiści, psy tworzenia i psy niszczenia. — Nie budzić śpiących psów! — przestrzegał mnie wtedy”.

    Wszystkie uczucia są ważne, wszystkie emocje są potrzebne, bez nich nie ma równowagi, homeostazy, a to jej brak powoduje wszelkie zawirowania.

    Autorka znakomicie żongluje zeznaniami, ukazuje jak wydajemy sądy bez prób zgłębienia tematu, żądając zadośćuczynienia krzywd, często wyobrażonych. Jak rozciągamy pojęcie moralności nie dostrzegając tego, kim się staliśmy.

    Mogłabym tak długo pisać i pisać... Jednak czy Raszo jest winny, wedle majestatu prawa, oraz co i dlaczego się wydarzyło, dowiecie się z treści, bardzo dobrej, choć nie nowej, powieści Grozdany Olujić.


Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania: 1968
Liczba stron: 205
Kategoria: literatura piękna
Przekład: Maria Krukowska
Między mną a czereśnią — Paola Peretti

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    
Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Odkąd skończyłam trzy i pół roku, czyli upłynęło już wiele, wiele lat, noszę okulary. Niewiele pomagają, jeżeli chodzi o ostrość, ale dzięki nim moje widzenie się nie pogarsza. Mam wadę wzroku w lewym oku, niedowidzę.
Gdy byłam dzieckiem zasłaniano prawe, żeby lewe patrzyło tam, gdzie trzeba. Nie chciało. Kształty, które widziałam nie przypominały niczego. Nie mogłam wyjść na zewnątrz, nie umiałam ocenić odległości i potykałam się, wywracałam. Obraz, który widziałam i widzę tym okiem jest podobny do tego zza szyby zlanej deszczem, konkretną ulewą. Ale mam szczęście. Prawe oko widzi doskonale, nadal, pomimo wieku i zmęczenia. Zdarza się, że dostrzegam dziwne rzeczy; niby-widma, niby-rzeczywistość. To znak, że prawe oko musi odpocząć. Mój mózg nauczył się uzupełniać obraz, w taki sposób, że obrazy 3D widzę prawidłowo, mimo jednooczności.
    Okulary, które nosiłam jako dziecko nie były ładne, oprawki były brzydkie, ordynarne i przysłaniały pół twarzy. Jedne pamiętam doskonale; były przezroczysto-czarne, a po bokach miały namalowane wielkie, czerwone serca. Miałam wtedy sześć lat i moim najlepszym przyjacielem był kot, czarny jak smoła, z kilkoma białym kłaczkami pod łebkiem.
Kiedy wracałam z „zerówki” czekał na mnie w bramie osiedla i prowadził do domu. Przed wejściem do środka musiałam na chwilę z nim przysiąść na ławce, łasił się intensywnie, aż zdzierał kolor z oprawek okularów, mruczał przy tym jak traktor. Fajny był z niego kompan. Często go wspominam. Miał na imię Filemon i sypiał m.in. w wózku dla lalek.

Miedzy mną a czereśnią — Paola Peretti


    Mafalda ma niecałe dziesięć lat i choruje na zespół Stargardta (tak jak Paola Peretti), traci wzrok. Mgła przysłania jej widzenie centralne. Jest wrażliwą dziewczynką, uważną i wie, że „pogrąży się w ciemności”. „Ciemność w oczach jest szybsza niż to, jak rosnę”.
Robi listę rzeczy, na których jej bardzo zależy, ale nie będzie ich mogła już robić przez tę rosnącą ciemność. Dziewczynka ma kota (Ottima Turacareta), którego znalazła na czereśni, w której mieszka jej babcia i gigant. Kot, jak to przyjaciel, przychodzi po nią do szkoły. Kiedy przesuwa dłonią po miękkej sierść, robi się jej lżej. Jej ulubioną książką jest „Baron Drzewołaz” Itala Calvina, często zwraca się do głównego bohatera, on ją rozumie. Rodzice próbują pomóc Mafaldzie w przystosowaniu się do życia w ciemności, czasem trochę zapominając o córce. Wszystko dla niej, ale trochę bez niej. Peretti ukazuje jak cichy smutek dorosłych wpływa na dziecko indukując poczucie winy. Widzimy jak w Mafladzie kiełkuje strach i wstyd.
Między mną a czereśnią — Paola Peretii

    Żałuję trochę niewykorzystanego potencjału relacji Mafaldy z babcią, która zapowiadała emocjonalną bombę, rysując coś przypominającego związek babci i wnuka w „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Johnathana Safrana Foera, ale niestety się rozmyła. 
    Jest jednak inna bohaterka, która pomaga Mafaldzie, mądra wojowniczka, choć i tu przydałoby się więcej emocji. 
    Są momenty, które oddziałują na ośrodki empatii, jednak wydaje mi się, można było bardziej, mocniej zaznaczyć, emocje byłyby wtedy świdrujące, a rozchodzą się w zaledwie letnich, podsumowujących zdaniach, w które czasem było trudno mi uwierzyć, skoro bohaterka nie jest dorosła.
    Podoba mi się w jaki sposób Paola Peretti ukazuje jak Mafalda odbiera zachowania innych. Nauczona, że niektórych rzeczy się nie mówi, aby nikogo nie urazić, gdy napotyka pytania zadane wprost, broni się. Strach, niepewność, niezrozumienie odsuwa nas od siebie, zakładamy najgorsze. Tymczasem intencje rozmówcy często nie są złe.
    Pojawiają się odczucia zmysłowe, Mafalda próbuje poruszać się w ciemności, uczy się tego poprzez słuch, dotyk i zapach, i to są wspaniałe fragmenty; czucie muzyki, zapach emocji. 

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Wiele w niej innych książek, wspomnianego wcześniej „Barona Drzewołaza”, znanego wszystkim „Małego księcia”, ale i co sprawiło mi najwięcej... radości? Niech to będzie radość, pojawia się wspomnienie książki Edmunda de Amicisa — „Serce”, którą czytałam w wieku Mafaldy, i nad którą wylałam morze łez, a o niej zapomniałam. Mam nadzieję, że bardzo nie zdrewniałam od tego czasu. 
    Podsumowując, to dobra książka, mądra, ucząca współodczuwania, patrzenia na drugiego człowieka nie pod kątem dziwności, a zrozumienia, oswajająca m.in. uczucie strachu. Ukazująca wyrażanie emocji jako coś, czego wstydzić się nie powinniśmy, bo to nie słabość, a coś co czyni nas ludźmi.
    Za książkę dziękuję nieocenionej Dorocie
Polecam tekst Ani z zaczytasy.blogspot.com — Paola Peretti, Między mną a czereśnią.

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

„Między mną a czereśnią”
Paola Peretti
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Paweł Bravo
Liczba stron: 222
Data wydania: 15 kwietnia 2020 r.

To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

„Bodaj Budka” - Natałka Babina
#czytnikoweczytanie

 „Bodaj Budka” - Natałka Babina

 „Tekst jest zawsze tajemnicą, czy to napisany atramentem na papierze, grzybami na ziemi czy spojrzeniami w powietrzu”.

„Czy jestestwo człowieka zmienia się w zależności od tego, jak inni nas nazywają albo jak sami siebie nazywamy? Czym ono jest? Na czym polega? (...) Gdzie się to jestestwo ukrywa? W głowie? W sercu?”

„Strach strachem, ale muszę coś zrobić, bo inaczej z mojego osobistego świata - który i tak z dnia na dzień coraz bardziej się kurczy, znika jak kamfora - zostanie tylko strach. Przestrach”.

„Czasem nie potrafiło czegoś wyrazić, ale to nic. Niedopowiedzenia dają pole do interpretacji”.

„Przyczyną nieszczęścia jest to, że wszystko nazwane straciło swoje nazwy, wszystko pamiętane zostało zapomniane”.

„Tylko ciepłem ludzkich rąk można wyłamać kraty, które powstrzymują zło”.

„Czas biegnie dziesięć razy szybciej czy w ogóle się zatrzymał? Może już wszyscy jesteśmy poza czasem? Może niebo zwinęło się w rulon? Ludzie mimo wszystko tu żyją - w złej godzinie, pod rulonem, a może nawet pod orędownictwem? Człowiek chciałby spokojnie posiedzieć, pomyśleć, ale nie ma na to czasu...”

„- Tak, zdjęliśmy krzyże. Nowa rzeczywistość wymaga nowych symboli”.

Niedzielne leżakowanie postanowiłam wypełnić czytaniem, coby nie leżeć jak kłoda, a chociaż gimnastyki umysłowej zażyć. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, niedziela rządzi się swoimi prawami, nie szukałam lektury bardzo wymagającej... i nie wiem dlaczego założyłam, że „Bodaj Budka” - Natałki Babiny taką lekturą będzie... W każdym razie.. założenie było błędne.

„Bodaj Budka” okazała się wprost idealna do ćwiczeń z interpretacji, ale pozostawiła mnie z wieloma niewiadomymi (tu muszę znowu spojrzeć prawdzie w oczy... zaklęta w niej historia Białorusi nie jest dla mnie w pełni czytelna).

Zaczęło się sielsko, po prostu opowieścią o wiejskim życiu, chwilę później powiało kryminałem, następnie horrorem, chyba gore?, i przeszło w SF, by się wymieszać i stworzyć „nienazwane” narracyjne szaleństwo, przez które płynie się „chutko” rozszerzając oczy ze zdziwienia, jak ten fikcyjny świat realnie opisuje rzeczywistość.
Główna bohaterka jest pisarką, WŁADA słowem, stwarza.
Rzeczywiste jest to, co potrafimy zdefiniować, a jak zdefiniowane to w jakiś sposób nam podległe.
Wszystko co nienazwane nie istnieje?

Ałła Bobylowa, bo tak się nazywa protagonistka, wpada w nory i wędruje przez czas i przestrzeń, co okazuje się pomocne, kiedy najechana przez nieznane istoty Białoruś, zostaje odcięta kopułą od reszty świata. 

Brniemy do przyszłości, tworzymy nowe określenia, zapominając po drodze stare. Szum, chaos. A może by tak... trening milczenia? :)

„Bodaj Budka” może być trudną lekturą, ale w tym szaleństwie jest metoda, bo to nasz świat i pytania (jest ich wiele) o jego kondycję.
Za wiedzą i wyobraźnią Babiny idzie język, stąd tyle cytatów na początku.
Mnie się „Bodaj Budka” podobała.

PS. @nataliicodziennosc w swojej opinii napisała, że „Bodaj Budka” kojarzy się jej z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk i w pełni się tym zgadzam, widać to nie tylko w początku powieści, ale i w stawianych pytaniach.

Data wydania: 8 sierpnia 2020
Liczba stron: 304
Literatura piękna
Tłumaczenie: Anna Korzeniowska-Bihun
LEGIMI



 

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - Narcyz i Złotousty - Hermann Hesse

„Każde życie przecież dopiero przez rozdwojenie i sprzeczności bogaci się i rozkwita. Czym byłby rozsądek i trzeźwość, nieznające szału, czym byłaby rozkosz zmysłów, gdyby nie stała poza nią śmierć, i miłość bez wiecznej, na śmierć i życie, nienawiści płci?”

„Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Narcyz i Złotousty” to opowieść o dwóch przyjaciołach, będących, jak się wydaje, przeciwieństwami. Złotousty to artysta, bezdomny rzeźbiarz, który widzi świat obrazami, a Narcyz to mnich, intelektualista postrzegający świat pojęciowo: „Myślenie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami. Dokonywa się ono nie w obrazach, lecz w pojęciach i formułach. Właśnie tam, gdzie kończą się obrazy, zaczyna się filozofia”. Nie jest tak jak twierdzi Narcyz, ale to świat, rzeczywistość tych postaci oraz ich czas, chociaż, gdy przymkniemy oko właśnie na czas i przestrzeń, to poruszana problematyka jest uniwersalna, nawet sposób przedstawiania/postrzegania kobiet wielce się nie zmienił.

„Narcyz i Złotousty” i „Wilk stepowy”, te dwie powieści, powinny znaleźć się na jednym zdjęciu, jeżeli chciałabym zachować koncepcję dwoistości - stałą w twórczości Hessego.
Obie traktują o podobnych rozterkach, choć w zgoła odmienny sposób i nie mogę się przestać dziwić temu, jak różnie były oceniane.

Złotousty wtłoczony w ramy życia, które miało stać się pokutą za grzechy matki, czuje, że to nie jest jego miejsce i zaczyna życiową tułaczkę. Przeżywa podczas niej wiele emocji, często zażywa przyjemności, popełnia wiele karygodnych czynów, z powodu, których oczywiście ma poczucie winy. Narcyza postrzega jako ideał, czemu w trackie wędrówki daje wyraz.

Złotousty wyrządza zło i widzi zło, bo chociaż akcja toczy się w średniowieczu to nie odbiega od rzeczywistości przeżywanej przez Autora.
Żadna literatura, zwłaszcza ta pisana z wielkiej litery, nie jest wolna od poglądów człowieka, który ją stworzył, nawet politycznych i tak też jest w dziełach Hessego. Im bliżej końca historii, tym bardziej widzimy jak dzieciństwo i informacje jakie posiadał Złotousty, kształtowały go i czego całe życie szukał.

Przyjaźń tych dwóch przeciwieństw można postrzegać jako jedną, rozdartą, osobę, konflikt pomiędzy duchowością, a rozumem. Jakoby nie można było mieć w sobie dwóch przeciwstawnych natur, trzeba się zdecydować na jedną, aby się dopasować, co Jung nazwał terminem persona (maska teatralna) i co znakomicie, oczywiście w moim odczuciu, zobrazował Ingmar Bergman w filmie noszącym (nomen omen) tytuł „Persona” (poniżej zamieściłam kadr z rzeczonego filmu, gdzie połowy twarzy dwu aktorek stają się jedną).

 *w kadrze widać kolaż twarzy dwu aktorek: Bibi Andersson i Liv Ullmann

Język „Narcyza i Złotoustego” jest, jak zawsze u Hermanna Hessego, piękny, kwiecisty, ale jednocześnie lekki w czytaniu, a narracja płynna (w przeciwieństwie do „Wilka stepowego”, gdzie charakteryzuje ją zmienność).
„Narcyz i Złotousty” przypomina mi stylem przypowieść biblijną.

Nastrój nostalgii, obecność sztuki i czegoś ulotnego, przyjemnego sprawia, że „Narcyza i Złotoustego” czyta się z innymi emocjami niż krytykowanego „Wilka stepowego”, choć to dzieła w tematyce zbliżone. A może dzieje się to za sprawą uczuć jakie Autor żywił do Hugona Balla, przyjaciela, który jest pierwowzorem Narcyza, a Złotousty to sam Hermann Hesse? Może ich prawdziwość sprawia, że się tę powieść czule przeżywa.

Oprócz filozofii buddyjskiej, poglądów Freuda i Junga, w twórczości Hessego widoczne są wpływy Nietzschego, o przeżywaniu myśli, albo o stawaniu się; jak ma to miejsce w „Narcyzie i Złotoustym”:

<Gdy dążąc do urzeczywistnienia siebie danymi mu od natury darami, spełnia człowiek rzecz najwyższą i jedynie rozumną, jaką spełniać może. Dlatego dawniej mawiałem do siebie często: „Nie usiłuj naśladować myślicieli ani ascetów, lecz bądź sobą, staraj się urzeczywistnić siebie!>

Twórczość Hermanna Hessego można scharakteryzować aforyzmem „Nosce te ipsum”, czyli poznaj samego siebie.


*Wszelkie niejasności, błędy, niedopowiedzenia wynikają z mojej niewiedzy, za co przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że jestem tylko czytelniczką-pasjonatką.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 25 października 2018
Liczba stron: 464
Tłumaczenie: Marceli Tarnowski
Posłowie: Volker Michels (tłumaczenie Anna Urban)

 

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Jestem wagabundą, jedynie w świecie książek, ale jednak. Zdarza się, że zabawię gdzieś dłużej, ale na pewno nie zgłoszę chęci stałego pobytu. Przyczyny upatruję w wyborach, których dokonałam lata temu, a które nie były moimi, uczyłam się tego, co nie za specjalnie mnie interesowało. Podobnie było z pracą. Jakby ktoś zmusił mnie do założenia co prawda ładnych butów, ale w za małym rozmiarze. Nie mam żalu. Jedynie czasem ogarnie mnie minismuteczek (taki jeszcze mniejszy od smuteczku :)), kiedy ktoś olśniewa wiedzą, której mogę już nie sięgnąć. To mija, ponieważ szkoda... CZASU.
Nie ma co stać w miejscu. Szlajam się zatem po katalogach książek poznając różne punkty widzenia, infekując się nimi. Czasem zadzieram wysoko głowę, ale potem daję szyi odpocząć i czytam rozrywkowo.

Tym razem zajrzałam bardzo wysoko i czytam „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebalda (czyli Winfried Georg Sebald, swoje imiona uważała za nazistowskie dlatego podpisywał się inicjałami), który jest uznawany za jednego z największych pisarzy niemieckich XX wieku.
Gdyby nie przedwczesna śmierć, to zapewne zostałby uhonorowany literacką Nagrodą Nobla.
Wydawnictwo Osselineum wydaje nową serię dzieł Sebalda, na razie ukazały się wspominane „Pierścienie...” i „Austerlitz”.

„Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


We wstępie wspomniałam o CZASIE nie bez przyczyny. To on jest głównym bohaterem „Pierścieni...”. Narrator, za którego uważamy Autora, spaceruje po Anglii i opowiada (używając skojarzeń) o historii świata. Miesza prawdę z fikcją, wędruje myślami poprzez granice czasu. Łączy ze sobą wydarzenia w nieoczywisty sposób, snując przy tym filozoficzne rozważania.

Nie znam się na literaturze. Dla mnie to powieść (po trosze dziennik podróży) z fragmentami eseistycznymi.

Język jest piękny, tak że mogłabym uczyć się tych zdań na pamięć, jak wierszy. Nie wiem czy czytałam kiedykolwiek tak ładne konstrukcje zdaniowe...
Nie ma znaczenia, czy czytam o Niebiańskim królu, czy o jaśniejących ciałach ryb, wszystko to widzę będąc naznaczoną wrażliwością Sebalda.
Historie, które opowiada nie są optymistyczne, to robaczywe karty historii ludzkości poprzetykane symbolami i wyobrażeniami Autora. Tak po prawdzie kompletnie nie porywające, ale i tak urzekające. Co jakiś czas pojawiają się zdjęcia, ryciny, obrazy, które utwierdzają nas w przekonaniu, że czytamy prawdę, która pływa w melancholii.
Przejęzyczyłam się i nazwałam „Pierścienie Saturna” - „Pieśnią Saturna” i bardzo ta omyłka mi teraz pasuje - jak pieśń czasu, wszak Saturn to m.in. bóg czasu.

Fraza Sebalda jest niezwykle melodyjna, doskonała, arcymistrzowska, a powtarzalność motywów sprawia, że dostrzega się wzór. Wzór doskonały, choć ulotny i trudny do zdefiniowania. Nie przeszkadza to jednak w emocjonalnym odbiorze dzieła.

„Pierścienie Saturna” są bardzo metaforyczne, a czytanie wymaga skupienia i analizowania, ale jest również wielce satysfakcjonujące.

#czytnikoweczytanie

Data wydania: 1 listopada 2020
Liczba stron: 360

Kategoria: literatura piękna

LEGIMI

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

        W zeszłym roku zachwycałam się powieścią „Była sobie rzeka”, która miała w sobie „prawdziwą magię”. Jej niezwykły klimat otulił mnie i przeniósł w świat Diane Setterfield na dwa dni, bo tylko tyle potrzebowałam, żeby tę książkę przeczytać. Wiedziałam, że prędzej czy później poznam i inne historie tej brytyjskiej pisarki.
Wydawnictwo Albatros wznowiło „Trzynastą opowieść”
, debiut Setterfield, w nowej szacie graficznej i w nowym tłumaczeniu Magdaleny Słysz.

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield
    Główną bohaterką „Trzynastej opowieści” jest Margaret Lea, córka antykwariusza i miłośniczka książek. Lea jest zafascynowana historiami nieżyjących już pisarzy, więc niespecjalnie ciągnie ją do współczesnych powieści. Do czasu, gdy dostaje list od tajemniczej Vidy Winter.
      Pani Winter to wielkie nazwisko w panteonie bestsellerowych pisarek. Margaret zaintrygowana zaproszeniem do napisania biografii, czyta jedną ze starszych publikacji Vidy, w której czegoś istotnego brakuje...
Zaczynają mnożyć się tajemnice, a wraz z nimi pojawia się mgła utkana z motywów znanych powieści ery wiktoriańskiej.
        Dla mnie jest tymi motywami nawet odrobinę przepełniona...
Miejscami byłam tak przesycona, że książkę odkładałam. Brakowało mi jakieś przeciwwagi, lekkości, takiego światła, które sprawiłoby, że debiutancka powieści Setterfield byłaby lżejsza w odbiorze. Trochę mniej szczegółów i wydaje mi się, że „Trzynasta opowieść” by tylko zyskała. Lubię koronkową robotę, ale misterny wzór prezentuje się najlepiej właśnie dzięki pustej przestrzeni.
        Ale nie mogę tylko narzekać :)
Historia, którą opowiada Vida Winter jest ciekawa, czuć w niej początki gawędziarskiego stylu, który tak mnie urzekł w „Była sobie rzeka”.
Margaret Lea niczym Sherlock Holmes próbuje rozwikłać zagadkę znanej i uwielbianej pisarki, a przy okazji odkrywa swoją... Ale nie tylko...
Razem z główną bohaterką błądzimy po wspomnieniach, podziwiamy wrzosowiska i sycimy oczy ruinami. Na plecach czujemy nieprzyjemne mrowienie, jakbyśmy zostali nawiedzeni przez ducha. Czas ucieka, wilk ostrzy kły, a my stale wiemy zbyt mało. Znajdziemy w tej powieści nasyconą niemal mistycyzmem więź sióstr bliźniaczek oraz nietypowy język, którym się porozumiewają.
        Mniej więcej od połowy czytałam już z pełnym zaangażowaniem i cieszyłam się nawiązaniami m. in. do powieści sióstr Brontë.
      Domyślałam się, dokąd zmierza akcja, ale i tak udało się Autorce mnie zaskoczyć.
        Piękna jest w tej powieści miłość do książek; to jak została przedstawiona.
Jak twierdzi sama Vida Winter w „Trzynastej opowieści” mamy początek, środek i zakończenie, właśnie w takiej kolejności (jak w każdej książce :)), to czytelnicy lubujący się w różnych osiach czasu, i sztuce pisania listów, powinni być zadowoleni.
      W 2013 roku światło dzienne ujrzała ekranizacja z Olivią Colman jako Margaret Lea, w której treść została rozplątana, ale w zbyt nachalny sposób i gdzieś po drodze, klimat niepokoju uleciał. Film da się obejrzeć, kadry są ładne, ale jeżeli miałabym komuś sugerować wybór... to lepszą opcją zdecydowanie jest powieść.
      „Trzynasta opowieść” to historia o miłości naznaczonej szaleństwem, o czasie, który płynie, ale nie leczy.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 10 lutego 2021
Liczba stron: 448
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Wygląda na to, że to już ostatni tekst z cyklu Dania: mały kraj - wielka literatura i będzie dotyczył twórczości Janiny Katz. 

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

To polsko-duńska pisarka i poetka żydowskiego pochodzenia, która pisała głównie po duńsku, tłumaczyła również polską literaturę na duński. Urodziła się w Krakowie, w 1939 roku. W 1969 roku, po antysemickiej nagonce, będącej następstwem wydarzeń marcowych z 1968 roku wyemigrowała do Danii i zamieszkała w Kopenhadze, gdzie w 2013 roku zmarła. Wszystkie dzieła Janiny Katz, które się do tej pory ukazały w Polsce możemy czytać w przekładzie Bogusławy Sochańskiej, a były to „Moje życie barbarzyńcy” (2006),
„Pucka” (2008), „Opowieść dla Abrama” (2010) oraz zbiór wierszy „Powrót do jabłek” (2011), a tym roku ukazała się przedostatnia powieść Janiny Katz „Chłopiec z tamtych lat”.

Janina Katz otrzymała w 1996 roku nagrodę Duńskiej Akademii Literatury za całokształt twórczości, jest również laureatką nagrody Duńskiego Związku Pisarzy, a w 2002 roku przyznano jej dożywotnie stypendium twórcze państwowej Fundacji Sztuki. Otrzymała również nagrodę za działalność translatorską, a w 1997 odznakę honorową Zasłużony dla Kultury Polskiej przyznawaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za szczególne osiągnięcia w upowszechnianiu kultury polskiej za granicą, lista otrzymanych nagród jest dłuższa.

Znam trochę twórczość Janiny Katz, zdarzyło mi się czytać wspominany wcześniej zbiór wierszy „Powrót do jabłek” wydany przez Bibliotekę Śląską, który teraz całkiem niedawno sobie odświeżyłam. Wyboru wierszy do „Powrotu do jabłek” dokonała tłumaczka Bogusława Sochańska, pochodzą one z jedenastu tomów duńskich wierszy pisarki. To taka emocjonalna wycieczka przez powtarzające się w twórczości Janiny Katz motywy. Myślę, że to doskonały sposób na poznanie jej wrażliwości. Wiersze pochodzą z różnych lat życia Katz. Zarówno w nich jak i w omawianym poniżej „Chłopcu z tamtych lat” odbija się prawdziwe życie tej polsko-duńskiej pisarki.

Chłopiec z tamtych lat - Janina Katz

„Żyję w przeszłości, próbuję zebrać ją w całość, kawałek po kawałku. Nie jest to rekonstrukcja, tylko pełna dziur mozaika poskładana z kawałków w ciemnych barwach. Teraźniejszość, na szczęście, ma niewiele do zaoferowania - w przeciwieństwie do przeszłości, która według mnie była całkiem hojna”.

Narratorką i, pomijając Chłopca z tamtych lat, główną bohaterką jest 63-letnia Ania Kon, która osiadła w Danii. To pomarcowa (marzec 1968) emigrantka, która wspomina swoje życie.
Powieść rozpoczyna prolog, w którym Anna przekonuje nas, że czytamy prawdę, mimo że chłopiec, o którym pisze, nazywał się inaczej. To głównie postać Chłopca z tamtych lat poznajemy w prologu, to taki jakby skrót tego, co czeka na nas na kolejnych stronach powieści, a w następnych rozdziałach odwiedzamy wspomnienia Anny. Zaczynamy w miejscu, w którym odkrywa, że nie jest córką kobiety, którą uważała za matkę, miała wtedy około 11-12 lat i dopiero co zamieszkała w Krakowie.

„Pisałam o Joachimie, Chłopcu z tamtych lat. Pisałam, że nie wiedział, jak znalazł się w Krakowie ani gdzie był przedtem, kiedy się urodził, kim byli jego rodzice. Joachim - tabula rasa dla siebie samego. Pisałam o dziurach. O dziurach w biografii Joachima i mojej własnej”.

Tak, jak w przypadku wcześniejszych powieści, „Chłopiec z tamtych lat” zawiera wątki autobiograficzne i jest ich całkiem sporo. Anna i Joachim są do siebie podobni, przeżyli praktycznie to samo, ale zupełnie inaczej sobie z tym radzą. Joachim odciął się od tego, co było. Odrzucił pochodzenie i żyje starając się być Duńczykiem, skupia się teraźniejszości.
Anna natomiast życiu się jedynie przygląda.

„Miasto było muzeum.
Siedzieliśmy każde w swej gablocie
- ach tak, to prawda
kochałam cię
przez brudną szybę”.
*fragment wiersza „Miasto” z zbioru „Ciepłe miejsca”

Zdecydowanie lepiej idzie jej opowiadanie wymyślonych historii o sobie, tkanych ze strzępków informacji i uzupełnianych jej bogatą wyobraźnią, niż mówienie prawdy. To wtedy kiedy mówi jak się nazywa, skąd przyjechała i jakie ma wykształcenie odczuwa coś, co kojarzy się jej ze wstydem, a wstydzić się nie ma przecież czego. Anna ucieka, przebiera się, farbuje, tyje, chudnie.
Nie osiada, stale podróżuje, nie może sobie znaleźć miejsca. Jakby to nie było możliwe, bo sama nie wie kim jest. Mówi różnymi językami, nie wie czy może któryś nazwać swoim, czuje jakby wszędzie była niechciana.

„Chłopiec z tamtych lat” to poniekąd powieść o pamięci, o tym jak uzupełnia się wspomnienia niemal automatycznie, wypełnia luki, aby mieć przeszłość. Mniej ważne staje się czyja ta przeszłość jest, bo przecież mogłaby być naszą.

„Pamięć jest duszą.
Tęsknota
- pielgrzymem,
który wędruje
od oczu
do serca,
od serca do płci,
od płci do wiersza”.
*fragment wiersza „Powrót do jabłek”

Poezja i powieściopisarstwo Janiny Katz są pełne emocji, przejmujące i prawdziwe. Styl jest liryczny, nostalgiczny, a kiedy się czyta napisane przez nią zdania, w tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej, to one jakoś tak, nie wiem czy dobre określenie?, drgają. Po prostu się je czuje.
Bohaterka „Chłopca z tamtych lat”, podmiot liryczny i sama pisarka zdają się poszukiwać jednej, jedynej, właściwej tożsamości, bo czy można być Polką, Żydówką i Dunką jednocześnie?
Można i to w pełnej harmonii, jak pięknie napisała w posłowiu do „Powrotu do jabłek” Bogusława Sochańska. Polecam sprawdzić samemu czy wrażliwość Janiny Katz jest Wam bliska.

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Wydawnictwo: Driada
Kategoria: literatura piękna

Data wydania: 15 grudnia 2020
Liczba stron: 271
Tłumaczenie: Bogusława Sochańska

 


Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors
Dorthe Nors to duńska pisarka, co chyba jest oczywiste skoro książkę „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” przeczytałam w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, która podobno zaczęła pisać w wieku 11 lat. Jej opowiadanie opublikował „The New Yorker”; jest pierwszą duńską pisarką, która została w ten sposób wyróżniona. Opowiadania Nors były publikowane również w „Harper's Magazine”, „Boston Review”, „AGNI”, i magazynie „Guernica”. W 2014 została wyróżniona Nagrodą im. Pera Olova Enquista.
„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” znalazło się w finale
The Man Booker International Prize.

Gdybym, tak jak kiedyś, sugerowała się oceną i opiniami czytelników publikujących na portalu lubimyczytac.pl, zapewne nigdy bym powieści Dorthe Nors nie przeczytała. To, co można o tej powieści tam znaleźć w ogóle nie zachęca. A tymczasem odnoszę wrażenie jakbym przeczytała inną książkę... :)

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 
Sonia jest tłumaczką krwawych kryminałów znanego szwedzkiego pisarza. Kobieta właśnie przekroczyła czterdziestkę i czuje, że dusi się w swoim życiu. Tłumaczy słowa, które trafiają do tysięcy ludzi, a kiedy chce porozmawiać z kimś kogo zna, to kompletnie nie wie co ma powiedzieć, ani napisać... Sonia pisze listy do najbliższych, których nie wysyła - umie władać słowami, ale nie swoimi.

„Jak można się schować przed kimś, kto wpada w złość, bo chce poczuć, że żyje? Tacy ludzie są wszędzie, a trudno stać się niewidocznym w świecie, który jest płaski jak naleśnik. Nerwy zjadają Sonię od środka”.

Obecnie mieszka w Kopenhadze, zostawiła za sobą jutlandzką sielskość i rodzinę; zrealizowała swój plan. Po latach zdaje sobie jednak sprawę jak bardzo jest samotna i że brakuje jej celu. Jej związek się rozpadł, co zresztą przepowiedziała wróżka, której przepowiednia popchnęła Sonię do snucia przemyśleń. Kobieta będąc pod ich działaniem zapisuje się na kurs prawa jazdy, na którym kręci kierownicą pod okiem rozgadanej Jytte - która zmienia za nią biegi, bo tego to Sonia zupełnie nie potrafi. Za to częsta wraca myślami do przeszłości. 
 
„Świadoma obecność otwiera nas na teraźniejszość. Ale trudno być obecnym w teraźniejszości”.

„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” to opowieść o poszukiwaniu szczęścia, nie tylko o samotności. O wzięciu odpowiedzialności za życie, o odrzuceniu strachu przed podejmowaniem decyzji. Kiedy Sonia dostrzega samą siebie w białym szumie życia, kiedy powoli rozlicza się z tym, co w niej siedzi, to dostrzega, że nie miejsce, w którym żyje, nie praca i nie znajomi ją określają. 
 
„Wolność była tam, gdzie nie było ludzi, na dnie szaf, w najdalszym kącie kurnika. Prowadziła do niego ścieżka, wchodziła nawet do środka”.

To opowieść o stresie, w który sami się wpędzamy. O tym
jak latami w nas osiada; najpierw pętając ciało, a potem wnętrze. Mięśnie bolą, stajemy się sztywni, a każdy ruch boli. Potem wpadamy w stagnację i dni mijają niezauważone. Tak, to powieść metaforyczna - już samo przedstawienie życia jako nauki jazdy samochodem jest tego wyrazem. A tych metafor jest wiele więcej.

Powierzchownie to niezbyt zajmująca powieść o bardzo nudnej codzienności kobiety po czterdziestce, której życie po prostu mija. Tu się dzieje w detalach, w wątkach, które wydają się nie mieć znaczenia, które Autorka konsekwentnie przywołuje i spina.
Narracja jest prosta, opisowa, powściągliwa.

Wydaje mi się, że Nors nie chodziło o to, by umożliwić czytelnikowi nawiązanie głębokiej więzi z bohaterką, a o to by dostrzec w jej problemach własne, ponieważ to, co gnębi Sonię jest uniwersalne.
Dla mnie była to bardzo dobra powieść obyczajowa, bogata w detale - koronkowa wręcz, i mało oczywista w przekazie, a tak podane historie lubię najbardziej.
 
Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors



 
 
Wydawnictwo: Czarna Owca
Kategoria: literatura piękna

Data wydania: sierpień 2018
Liczba stron: 208
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny

 


Demian - Hermann Hesse

Demian - Hermann Hesse

 

 
„Możemy zrozumieć się nawzajem; lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam”.
 
Nie wiem czy w ogóle powinnam próbować pisać o książkach Hermanna Hessego, bo to pisarstwo tak wielkie i tak wyjątkowe, że czaruje, urzeka, zniewala, kompletnie onieśmiela. Hesse pisał dla określonego kogoś, dla Ciebie, dla mnie.
Mówi o sobie, ale w to Nim dostrzegasz siebie. Filozofia tat twam asi (ty jesteś owym) bije z każdego zdania, z każdego jednego wniosku.
Mówi się, że Hesse pisał dla samotników, dla ludzi, którzy nie dążą do stadnego życia, ale każdy człowiek, niezależnie od tego jaką drogę wybrał, czy tę prowadzącą do życia w społeczeństwie zglobalizowanym, czy tę prowadzącą do życia na uboczu, może być tak prawdziwie sobą, tylko wtedy, kiedy jest sam.
Nie chodzi o to, że całe życie udajemy przed innymi, bo i przed sobą potrafimy, ale o to, że kiedy wiesz, czego w życiu chcesz i co jest ważne, to nie szukasz na siłę czyichś myśli i nie sprzątasz czyjegoś podwórka, bo najbardziej liczy się twoje własne. A kiedy w sąsiedzie widzisz siebie, tego zdrowego, to nie masz potrzeby karmienia się złymi emocjami. W innych widzimy to, co mamy w sobie.
To nie jest wiedza tajemna, ani też nic niemożliwego do realizacji, a mimo to, tak bardzo nauczyliśmy się żyć poza sobą, że nie potrafimy do siebie wrócić.

Demian - Hermann Hesse

 

„Demian” został wydany w 1919 roku pod pseudonimem Emil Sinclair, tak też nazywa się narrator tej powieści. Hermann Hesse nie czuł się wtedy sobą, a to jak był ówcześnie nazywany „łotrem, który zmienia poglądy” nie działało na niego pokrzepiająco - tutaj wszelkich wyjaśnień dokona Volker Michels w posłowiu.

Młody Emil żyje w dwóch światach, w domu rodzinnym, który otacza go opieką i chroni, i poza nim, gdzie doświadcza pierwszy raz czegoś złego.
Nadal chce być tym nieskażonym, czystym dzieckiem swoich rodziców, gra zatem tę rolę dopuszczając się czynów, których nie akceptuje i których się wstydzi.
Z pomocą przychodzi Maks Demian i odcina źródło zła. Tylko czy skażona dusza może wrócić do poprzedniego stanu?
Emil zna obraz Boga, który akceptuje jedynie dobre uczynki, który stawia granicę moralności tam gdzie przemawiający jego głosem uznał za stosowne. Miota się, pije, często przekracza tę granicę, której przekroczenie w czasach dzieciństwa napawało go lękiem, a jednocześnie pragnie wrócić do tych czasów, kiedy czuł się bezpiecznie, gdy odcięty od świata zewnętrznego był czysty. 
Do jego życia wraca Demian, w towarzystwie matki, który ukazuje czym są rozterki Emila.

„Demian” jest przesiąknięty myślą
Carla Gustava Junga i jego psychoanalizą, od interpretacji snów aż do powrotu jednostki do świata zewnętrznego.
Hesse wspomina Johanna Wolfganga von Goethego, Friedricha Nietzschego, nawiązuje do Najwyższego Bóstwa w mitologii perskiej i gnostyckiej:

"Ptak wykluwa się z jajka. Jajkiem jest świat.

Kto chce się urodzić, musi świat zniszczyć.

Ptak leci do Boga. A imię Boga Abraxas”,

do którego również odnosił się Jung. Abraxas stał się dla chrześcijan demonem, ponieważ jednoczył wszystkie oblicza świata, te złe również. Ale nim nie był.

Abraxas to symbol m.in. siedmiu stopni oświecenia człowieka. Dobro i zło istnieją, i zawsze będą ze sobą nierozerwalne. A Abraxas jest po prostu jednością.

„Demian” to zapis połączenia wnętrza człowieka, jego rozdwojonej duszy, w jedność, po to, aby mógł stać się częścią zdrowego społeczeństwa.

Czytanie Hermanna Hessego jest jak obcowanie z istotą wyższą, nie wszystko od razu się rozumie, a może i nie da się w pełni zrozumieć, wszak słowa nigdy nie są jednoznaczne, ale czuje się taką wewnętrzną przyjemność, spokój. 

<(...) Widzę, że myślisz więcej, niż potrafisz powiedzieć. Jeśli jednak tak jest, to wiesz także, że nigdy w pełni nie przeżyłeś wszystkiego, co pomyślałeś, a to niedobrze. Wartość posiada bowiem tylko takie myślenie, które przeżywamy. A ty wiedziałeś, że twój „dozwolony świat” był jedynie połową świata i usiłowałeś zakamuflować tę drugą połowę przed samym sobą, tak jak to robią księża i nauczyciele. To ci się nie uda! Nie udaje się bowiem nikomu, z chwilą gdy zaczął już myśleć.>

 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 października 2017
Liczba stron: 256
Tłumaczenie: Maria Kurecka
Posłowie:Volker Michels, Przyjaciołom: Hermann Hesse
(tłumaczenie: Anna Urban)
Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator
Zastanawiałam się kilka dni jak napisać o jednej z moich ostatnich lektur, aby jednocześnie było to wystarczające, podsumowujące treść i moje odczucia oraz w jakiś sposób zachęcające, ale bez narzucania mojego toku myślenia. Żeby każdy kto przeczyta to, co napisałam, mógł ocenić czy ta książka jest dla niego. Od osób piszących na temat okołoksiążkowe wymaga się jakiejś uniwersalności, zapominając gdzieś po drodze, że my tu zwykle o gustach piszemy, własnych, a nie cudzych. 
 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 
Pisarstwo Joanny Bator znałam do tej pory jedynie z „Piaskowej Góry”, po której miałam czytać „Chmurdalię”, ale rzuciłam się na opasłe tomiszcze jakim jest „Gorzko, gorzko”.
To czteropokoleniowa saga rodzinna, której porwane losy spaja bohaterka i narratorka - Kalina, której JA otwiera i zamyka tę powieść.

Pierwsze ogniwo to Berta, która tak bardzo marzyła o lepszym życiu, że zaczęła to, które wiedzie spisywać, a powstałe teksty poprawiać, jakby to te poprawki je kształtowały, a z czasem zupełnie przestała dostrzegać rzeczywistości.
Potem poznajemy Barbarę, która w dorosłym życiu utraciła wszystko o czym marzyła, o co się modliła. Przyjęła zatem kolejny jego etap jako pokutę.
Jako trzecia na scenę wkracza heroina Violetta „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”, która całe życie pragnęła uwagi, grała zatem w teatrze, który z prawdziwym życiem wspólne miał jedynie miejsce akcji.
No i jest Kalina, która prawie nic o swojej rodzinie nie wie, jest zatem nieświadomą spadkobierczynią majątku tonącego w morzu przydasi, weków i opowieści o wilkach. A Lupus in fabula ma różne oblicza, od metaforycznych po dosłowne. Jego kły czasem pozwalają przetrwać, a czasem odbierają tę możliwość. To jak jest, zawsze jest zależne od tego jak było. Z każdej drogi można zejść, ale trzeba wiedzieć skąd wiodła.

Jeżeli nie czytaliście niczego, co napisała Joanna Bator to musicie wiedzieć, że ta pisarka to zaklinaczka języka polskiego. Wszyscy mamy dostęp do tych samych słów, ale nie u każdego one łączą się w zdania ośmiornice, będące jednocześnie opisem zdarzeń i zapisem dialogów, które tworzą piękną melodię, ale tylko wtedy gdy się chce jej słuchać.
Czas i przestrzeń są nierozerwalne i tak też jest w historiach pisanych przez Joanną Bator. W „Gorzko, gorzko” miejsca akcji są zmienne, czas zatem również. Postaci epizodyczne dają nam szczegóły, istotne  dla tła społeczno-historycznego, które wzmacniają w nas poczucie prawdziwości czytanej historii.

Od pierwszych stron „Gorzko, gorzko” urzekło mnie językiem, ale nie uwiodło prezentowaną historią. Szczątkowe informacje, były mało angażujące i czułam, że się jakoś tam mozolę, ale kiedy wszystko zaczęło się zazębiać, a historie przenikać, bo nie dość, że mamy biografię każdej z postaci, to możemy te kobiety zobaczyć oczami innych, to parafrazując Comę: obudziłam się wplątana w cudzą pościel, w cudze sny.

Magiczność w prozie Joanny Bator to wspomnienia ludzi, których już fizycznie na świecie nie ma, ale pamięć trzyma ich nadal blisko żywych, nadal kaszlą i mówią. Magiczny też jest realizm zaczynając od poczucia osamotnienia, strachu przed porzuceniem, przez
domowe wyroby mięsne, Budkę Suflera, opowieści zapewniane przez „Skandale”, wiersze Stachury i książki mające dawać wrażenie oczytania, bo o to zwykle się wszystko rozbija, o to robienie wrażenia.
Kiedy zanurzamy się w przeszłość nie odnajdujemy ponumerowanych faktów, przez co, ta ważna dla mnie, realność historii jest namacalna, nawet wtedy gdy czyny, których podejmują się bohaterki napawają mnie odrazą.

Okładka „Gorzko, gorzko” jest pięknie ukwiecona, aby wabić czytelników jak pszczoły, jednak tytuł ostrzega, że po tym nektarze miód może nie być ani słodki, ani przejrzysty.
Skończyłam tę powieść kilka dni temu i mam jakąś taką w sobie nostalgię, tęsknotę do tych historii. Bo chociaż zostały zamknięte, to ich wydźwięk zawsze pozostanie żywy.


Gorzko, Gorzko - Joanna Bator


Wydawnictwo: ZNAK
Data wydania: 25 listopada 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: literatura piękna


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...