Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

„Bodaj Budka” - Natałka Babina
#czytnikoweczytanie

 „Bodaj Budka” - Natałka Babina

 „Tekst jest zawsze tajemnicą, czy to napisany atramentem na papierze, grzybami na ziemi czy spojrzeniami w powietrzu”.

„Czy jestestwo człowieka zmienia się w zależności od tego, jak inni nas nazywają albo jak sami siebie nazywamy? Czym ono jest? Na czym polega? (...) Gdzie się to jestestwo ukrywa? W głowie? W sercu?”

„Strach strachem, ale muszę coś zrobić, bo inaczej z mojego osobistego świata - który i tak z dnia na dzień coraz bardziej się kurczy, znika jak kamfora - zostanie tylko strach. Przestrach”.

„Czasem nie potrafiło czegoś wyrazić, ale to nic. Niedopowiedzenia dają pole do interpretacji”.

„Przyczyną nieszczęścia jest to, że wszystko nazwane straciło swoje nazwy, wszystko pamiętane zostało zapomniane”.

„Tylko ciepłem ludzkich rąk można wyłamać kraty, które powstrzymują zło”.

„Czas biegnie dziesięć razy szybciej czy w ogóle się zatrzymał? Może już wszyscy jesteśmy poza czasem? Może niebo zwinęło się w rulon? Ludzie mimo wszystko tu żyją - w złej godzinie, pod rulonem, a może nawet pod orędownictwem? Człowiek chciałby spokojnie posiedzieć, pomyśleć, ale nie ma na to czasu...”

„- Tak, zdjęliśmy krzyże. Nowa rzeczywistość wymaga nowych symboli”.

Niedzielne leżakowanie postanowiłam wypełnić czytaniem, coby nie leżeć jak kłoda, a chociaż gimnastyki umysłowej zażyć. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, niedziela rządzi się swoimi prawami, nie szukałam lektury bardzo wymagającej... i nie wiem dlaczego założyłam, że „Bodaj Budka” - Natałki Babiny taką lekturą będzie... W każdym razie.. założenie było błędne.

„Bodaj Budka” okazała się wprost idealna do ćwiczeń z interpretacji, ale pozostawiła mnie z wieloma niewiadomymi (tu muszę znowu spojrzeć prawdzie w oczy... zaklęta w niej historia Białorusi nie jest dla mnie w pełni czytelna).

Zaczęło się sielsko, po prostu opowieścią o wiejskim życiu, chwilę później powiało kryminałem, następnie horrorem, chyba gore?, i przeszło w SF, by się wymieszać i stworzyć „nienazwane” narracyjne szaleństwo, przez które płynie się „chutko” rozszerzając oczy ze zdziwienia, jak ten fikcyjny świat realnie opisuje rzeczywistość.
Główna bohaterka jest pisarką, WŁADA słowem, stwarza.
Rzeczywiste jest to, co potrafimy zdefiniować, a jak zdefiniowane to w jakiś sposób nam podległe.
Wszystko co nienazwane nie istnieje?

Ałła Bobylowa, bo tak się nazywa protagonistka, wpada w nory i wędruje przez czas i przestrzeń, co okazuje się pomocne, kiedy najechana przez nieznane istoty Białoruś, zostaje odcięta kopułą od reszty świata. 

Brniemy do przyszłości, tworzymy nowe określenia, zapominając po drodze stare. Szum, chaos. A może by tak... trening milczenia? :)

„Bodaj Budka” może być trudną lekturą, ale w tym szaleństwie jest metoda, bo to nasz świat i pytania (jest ich wiele) o jego kondycję.
Za wiedzą i wyobraźnią Babiny idzie język, stąd tyle cytatów na początku.
Mnie się „Bodaj Budka” podobała.

PS. @nataliicodziennosc w swojej opinii napisała, że „Bodaj Budka” kojarzy się jej z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk i w pełni się tym zgadzam, widać to nie tylko w początku powieści, ale i w stawianych pytaniach.

Data wydania: 8 sierpnia 2020
Liczba stron: 304
Literatura piękna
Tłumaczenie: Anna Korzeniowska-Bihun
LEGIMI



 

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - Narcyz i Złotousty - Hermann Hesse

„Każde życie przecież dopiero przez rozdwojenie i sprzeczności bogaci się i rozkwita. Czym byłby rozsądek i trzeźwość, nieznające szału, czym byłaby rozkosz zmysłów, gdyby nie stała poza nią śmierć, i miłość bez wiecznej, na śmierć i życie, nienawiści płci?”

„Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Narcyz i Złotousty” to opowieść o dwóch przyjaciołach, będących, jak się wydaje, przeciwieństwami. Złotousty to artysta, bezdomny rzeźbiarz, który widzi świat obrazami, a Narcyz to mnich, intelektualista postrzegający świat pojęciowo: „Myślenie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami. Dokonywa się ono nie w obrazach, lecz w pojęciach i formułach. Właśnie tam, gdzie kończą się obrazy, zaczyna się filozofia”. Nie jest tak jak twierdzi Narcyz, ale to świat, rzeczywistość tych postaci oraz ich czas, chociaż, gdy przymkniemy oko właśnie na czas i przestrzeń, to poruszana problematyka jest uniwersalna, nawet sposób przedstawiania/postrzegania kobiet wielce się nie zmienił.

„Narcyz i Złotousty” i „Wilk stepowy”, te dwie powieści, powinny znaleźć się na jednym zdjęciu, jeżeli chciałabym zachować koncepcję dwoistości - stałą w twórczości Hessego.
Obie traktują o podobnych rozterkach, choć w zgoła odmienny sposób i nie mogę się przestać dziwić temu, jak różnie były oceniane.

Złotousty wtłoczony w ramy życia, które miało stać się pokutą za grzechy matki, czuje, że to nie jest jego miejsce i zaczyna życiową tułaczkę. Przeżywa podczas niej wiele emocji, często zażywa przyjemności, popełnia wiele karygodnych czynów, z powodu, których oczywiście ma poczucie winy. Narcyza postrzega jako ideał, czemu w trackie wędrówki daje wyraz.

Złotousty wyrządza zło i widzi zło, bo chociaż akcja toczy się w średniowieczu to nie odbiega od rzeczywistości przeżywanej przez Autora.
Żadna literatura, zwłaszcza ta pisana z wielkiej litery, nie jest wolna od poglądów człowieka, który ją stworzył, nawet politycznych i tak też jest w dziełach Hessego. Im bliżej końca historii, tym bardziej widzimy jak dzieciństwo i informacje jakie posiadał Złotousty, kształtowały go i czego całe życie szukał.

Przyjaźń tych dwóch przeciwieństw można postrzegać jako jedną, rozdartą, osobę, konflikt pomiędzy duchowością, a rozumem. Jakoby nie można było mieć w sobie dwóch przeciwstawnych natur, trzeba się zdecydować na jedną, aby się dopasować, co Jung nazwał terminem persona (maska teatralna) i co znakomicie, oczywiście w moim odczuciu, zobrazował Ingmar Bergman w filmie noszącym (nomen omen) tytuł „Persona” (poniżej zamieściłam kadr z rzeczonego filmu, gdzie połowy twarzy dwu aktorek stają się jedną).

 *w kadrze widać kolaż twarzy dwu aktorek: Bibi Andersson i Liv Ullmann

Język „Narcyza i Złotoustego” jest, jak zawsze u Hermanna Hessego, piękny, kwiecisty, ale jednocześnie lekki w czytaniu, a narracja płynna (w przeciwieństwie do „Wilka stepowego”, gdzie charakteryzuje ją zmienność).
„Narcyz i Złotousty” przypomina mi stylem przypowieść biblijną.

Nastrój nostalgii, obecność sztuki i czegoś ulotnego, przyjemnego sprawia, że „Narcyza i Złotoustego” czyta się z innymi emocjami niż krytykowanego „Wilka stepowego”, choć to dzieła w tematyce zbliżone. A może dzieje się to za sprawą uczuć jakie Autor żywił do Hugona Balla, przyjaciela, który jest pierwowzorem Narcyza, a Złotousty to sam Hermann Hesse? Może ich prawdziwość sprawia, że się tę powieść czule przeżywa.

Oprócz filozofii buddyjskiej, poglądów Freuda i Junga, w twórczości Hessego widoczne są wpływy Nietzschego, o przeżywaniu myśli, albo o stawaniu się; jak ma to miejsce w „Narcyzie i Złotoustym”:

<Gdy dążąc do urzeczywistnienia siebie danymi mu od natury darami, spełnia człowiek rzecz najwyższą i jedynie rozumną, jaką spełniać może. Dlatego dawniej mawiałem do siebie często: „Nie usiłuj naśladować myślicieli ani ascetów, lecz bądź sobą, staraj się urzeczywistnić siebie!>

Twórczość Hermanna Hessego można scharakteryzować aforyzmem „Nosce te ipsum”, czyli poznaj samego siebie.


*Wszelkie niejasności, błędy, niedopowiedzenia wynikają z mojej niewiedzy, za co przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że jestem tylko czytelniczką-pasjonatką.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 25 października 2018
Liczba stron: 464
Tłumaczenie: Marceli Tarnowski
Posłowie: Volker Michels (tłumaczenie Anna Urban)

 

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Jestem wagabundą, jedynie w świecie książek, ale jednak. Zdarza się, że zabawię gdzieś dłużej, ale na pewno nie zgłoszę chęci stałego pobytu. Przyczyny upatruję w wyborach, których dokonałam lata temu, a które nie były moimi, uczyłam się tego, co nie za specjalnie mnie interesowało. Podobnie było z pracą. Jakby ktoś zmusił mnie do założenia co prawda ładnych butów, ale w za małym rozmiarze. Nie mam żalu. Jedynie czasem ogarnie mnie minismuteczek (taki jeszcze mniejszy od smuteczku :)), kiedy ktoś olśniewa wiedzą, której mogę już nie sięgnąć. To mija, ponieważ szkoda... CZASU.
Nie ma co stać w miejscu. Szlajam się zatem po katalogach książek poznając różne punkty widzenia, infekując się nimi. Czasem zadzieram wysoko głowę, ale potem daję szyi odpocząć i czytam rozrywkowo.

Tym razem zajrzałam bardzo wysoko i czytam „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebalda (czyli Winfried Georg Sebald, swoje imiona uważała za nazistowskie dlatego podpisywał się inicjałami), który jest uznawany za jednego z największych pisarzy niemieckich XX wieku.
Gdyby nie przedwczesna śmierć, to zapewne zostałby uhonorowany literacką Nagrodą Nobla.
Wydawnictwo Osselineum wydaje nową serię dzieł Sebalda, na razie ukazały się wspominane „Pierścienie...” i „Austerlitz”.

„Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


We wstępie wspomniałam o CZASIE nie bez przyczyny. To on jest głównym bohaterem „Pierścieni...”. Narrator, za którego uważamy Autora, spaceruje po Anglii i opowiada (używając skojarzeń) o historii świata. Miesza prawdę z fikcją, wędruje myślami poprzez granice czasu. Łączy ze sobą wydarzenia w nieoczywisty sposób, snując przy tym filozoficzne rozważania.

Nie znam się na literaturze. Dla mnie to powieść (po trosze dziennik podróży) z fragmentami eseistycznymi.

Język jest piękny, tak że mogłabym uczyć się tych zdań na pamięć, jak wierszy. Nie wiem czy czytałam kiedykolwiek tak ładne konstrukcje zdaniowe...
Nie ma znaczenia, czy czytam o Niebiańskim królu, czy o jaśniejących ciałach ryb, wszystko to widzę będąc naznaczoną wrażliwością Sebalda.
Historie, które opowiada nie są optymistyczne, to robaczywe karty historii ludzkości poprzetykane symbolami i wyobrażeniami Autora. Tak po prawdzie kompletnie nie porywające, ale i tak urzekające. Co jakiś czas pojawiają się zdjęcia, ryciny, obrazy, które utwierdzają nas w przekonaniu, że czytamy prawdę, która pływa w melancholii.
Przejęzyczyłam się i nazwałam „Pierścienie Saturna” - „Pieśnią Saturna” i bardzo ta omyłka mi teraz pasuje - jak pieśń czasu, wszak Saturn to m.in. bóg czasu.

Fraza Sebalda jest niezwykle melodyjna, doskonała, arcymistrzowska, a powtarzalność motywów sprawia, że dostrzega się wzór. Wzór doskonały, choć ulotny i trudny do zdefiniowania. Nie przeszkadza to jednak w emocjonalnym odbiorze dzieła.

„Pierścienie Saturna” są bardzo metaforyczne, a czytanie wymaga skupienia i analizowania, ale jest również wielce satysfakcjonujące.

#czytnikoweczytanie

Data wydania: 1 listopada 2020
Liczba stron: 360

Kategoria: literatura piękna

LEGIMI

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

        W zeszłym roku zachwycałam się powieścią „Była sobie rzeka”, która miała w sobie „prawdziwą magię”. Jej niezwykły klimat otulił mnie i przeniósł w świat Diane Setterfield na dwa dni, bo tylko tyle potrzebowałam, żeby tę książkę przeczytać. Wiedziałam, że prędzej czy później poznam i inne historie tej brytyjskiej pisarki.
Wydawnictwo Albatros wznowiło „Trzynastą opowieść”
, debiut Setterfield, w nowej szacie graficznej i w nowym tłumaczeniu Magdaleny Słysz.

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield
    Główną bohaterką „Trzynastej opowieści” jest Margaret Lea, córka antykwariusza i miłośniczka książek. Lea jest zafascynowana historiami nieżyjących już pisarzy, więc niespecjalnie ciągnie ją do współczesnych powieści. Do czasu, gdy dostaje list od tajemniczej Vidy Winter.
      Pani Winter to wielkie nazwisko w panteonie bestsellerowych pisarek. Margaret zaintrygowana zaproszeniem do napisania biografii, czyta jedną ze starszych publikacji Vidy, w której czegoś istotnego brakuje...
Zaczynają mnożyć się tajemnice, a wraz z nimi pojawia się mgła utkana z motywów znanych powieści ery wiktoriańskiej.
        Dla mnie jest tymi motywami nawet odrobinę przepełniona...
Miejscami byłam tak przesycona, że książkę odkładałam. Brakowało mi jakieś przeciwwagi, lekkości, takiego światła, które sprawiłoby, że debiutancka powieści Setterfield byłaby lżejsza w odbiorze. Trochę mniej szczegółów i wydaje mi się, że „Trzynasta opowieść” by tylko zyskała. Lubię koronkową robotę, ale misterny wzór prezentuje się najlepiej właśnie dzięki pustej przestrzeni.
        Ale nie mogę tylko narzekać :)
Historia, którą opowiada Vida Winter jest ciekawa, czuć w niej początki gawędziarskiego stylu, który tak mnie urzekł w „Była sobie rzeka”.
Margaret Lea niczym Sherlock Holmes próbuje rozwikłać zagadkę znanej i uwielbianej pisarki, a przy okazji odkrywa swoją... Ale nie tylko...
Razem z główną bohaterką błądzimy po wspomnieniach, podziwiamy wrzosowiska i sycimy oczy ruinami. Na plecach czujemy nieprzyjemne mrowienie, jakbyśmy zostali nawiedzeni przez ducha. Czas ucieka, wilk ostrzy kły, a my stale wiemy zbyt mało. Znajdziemy w tej powieści nasyconą niemal mistycyzmem więź sióstr bliźniaczek oraz nietypowy język, którym się porozumiewają.
        Mniej więcej od połowy czytałam już z pełnym zaangażowaniem i cieszyłam się nawiązaniami m. in. do powieści sióstr Brontë.
      Domyślałam się, dokąd zmierza akcja, ale i tak udało się Autorce mnie zaskoczyć.
        Piękna jest w tej powieści miłość do książek; to jak została przedstawiona.
Jak twierdzi sama Vida Winter w „Trzynastej opowieści” mamy początek, środek i zakończenie, właśnie w takiej kolejności (jak w każdej książce :)), to czytelnicy lubujący się w różnych osiach czasu, i sztuce pisania listów, powinni być zadowoleni.
      W 2013 roku światło dzienne ujrzała ekranizacja z Olivią Colman jako Margaret Lea, w której treść została rozplątana, ale w zbyt nachalny sposób i gdzieś po drodze, klimat niepokoju uleciał. Film da się obejrzeć, kadry są ładne, ale jeżeli miałabym komuś sugerować wybór... to lepszą opcją zdecydowanie jest powieść.
      „Trzynasta opowieść” to historia o miłości naznaczonej szaleństwem, o czasie, który płynie, ale nie leczy.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 10 lutego 2021
Liczba stron: 448
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Wygląda na to, że to już ostatni tekst z cyklu Dania: mały kraj - wielka literatura i będzie dotyczył twórczości Janiny Katz. 

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

To polsko-duńska pisarka i poetka żydowskiego pochodzenia, która pisała głównie po duńsku, tłumaczyła również polską literaturę na duński. Urodziła się w Krakowie, w 1939 roku. W 1969 roku, po antysemickiej nagonce, będącej następstwem wydarzeń marcowych z 1968 roku wyemigrowała do Danii i zamieszkała w Kopenhadze, gdzie w 2013 roku zmarła. Wszystkie dzieła Janiny Katz, które się do tej pory ukazały w Polsce możemy czytać w przekładzie Bogusławy Sochańskiej, a były to „Moje życie barbarzyńcy” (2006),
„Pucka” (2008), „Opowieść dla Abrama” (2010) oraz zbiór wierszy „Powrót do jabłek” (2011), a tym roku ukazała się przedostatnia powieść Janiny Katz „Chłopiec z tamtych lat”.

Janina Katz otrzymała w 1996 roku nagrodę Duńskiej Akademii Literatury za całokształt twórczości, jest również laureatką nagrody Duńskiego Związku Pisarzy, a w 2002 roku przyznano jej dożywotnie stypendium twórcze państwowej Fundacji Sztuki. Otrzymała również nagrodę za działalność translatorską, a w 1997 odznakę honorową Zasłużony dla Kultury Polskiej przyznawaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za szczególne osiągnięcia w upowszechnianiu kultury polskiej za granicą, lista otrzymanych nagród jest dłuższa.

Znam trochę twórczość Janiny Katz, zdarzyło mi się czytać wspominany wcześniej zbiór wierszy „Powrót do jabłek” wydany przez Bibliotekę Śląską, który teraz całkiem niedawno sobie odświeżyłam. Wyboru wierszy do „Powrotu do jabłek” dokonała tłumaczka Bogusława Sochańska, pochodzą one z jedenastu tomów duńskich wierszy pisarki. To taka emocjonalna wycieczka przez powtarzające się w twórczości Janiny Katz motywy. Myślę, że to doskonały sposób na poznanie jej wrażliwości. Wiersze pochodzą z różnych lat życia Katz. Zarówno w nich jak i w omawianym poniżej „Chłopcu z tamtych lat” odbija się prawdziwe życie tej polsko-duńskiej pisarki.

Chłopiec z tamtych lat - Janina Katz

„Żyję w przeszłości, próbuję zebrać ją w całość, kawałek po kawałku. Nie jest to rekonstrukcja, tylko pełna dziur mozaika poskładana z kawałków w ciemnych barwach. Teraźniejszość, na szczęście, ma niewiele do zaoferowania - w przeciwieństwie do przeszłości, która według mnie była całkiem hojna”.

Narratorką i, pomijając Chłopca z tamtych lat, główną bohaterką jest 63-letnia Ania Kon, która osiadła w Danii. To pomarcowa (marzec 1968) emigrantka, która wspomina swoje życie.
Powieść rozpoczyna prolog, w którym Anna przekonuje nas, że czytamy prawdę, mimo że chłopiec, o którym pisze, nazywał się inaczej. To głównie postać Chłopca z tamtych lat poznajemy w prologu, to taki jakby skrót tego, co czeka na nas na kolejnych stronach powieści, a w następnych rozdziałach odwiedzamy wspomnienia Anny. Zaczynamy w miejscu, w którym odkrywa, że nie jest córką kobiety, którą uważała za matkę, miała wtedy około 11-12 lat i dopiero co zamieszkała w Krakowie.

„Pisałam o Joachimie, Chłopcu z tamtych lat. Pisałam, że nie wiedział, jak znalazł się w Krakowie ani gdzie był przedtem, kiedy się urodził, kim byli jego rodzice. Joachim - tabula rasa dla siebie samego. Pisałam o dziurach. O dziurach w biografii Joachima i mojej własnej”.

Tak, jak w przypadku wcześniejszych powieści, „Chłopiec z tamtych lat” zawiera wątki autobiograficzne i jest ich całkiem sporo. Anna i Joachim są do siebie podobni, przeżyli praktycznie to samo, ale zupełnie inaczej sobie z tym radzą. Joachim odciął się od tego, co było. Odrzucił pochodzenie i żyje starając się być Duńczykiem, skupia się teraźniejszości.
Anna natomiast życiu się jedynie przygląda.

„Miasto było muzeum.
Siedzieliśmy każde w swej gablocie
- ach tak, to prawda
kochałam cię
przez brudną szybę”.
*fragment wiersza „Miasto” z zbioru „Ciepłe miejsca”

Zdecydowanie lepiej idzie jej opowiadanie wymyślonych historii o sobie, tkanych ze strzępków informacji i uzupełnianych jej bogatą wyobraźnią, niż mówienie prawdy. To wtedy kiedy mówi jak się nazywa, skąd przyjechała i jakie ma wykształcenie odczuwa coś, co kojarzy się jej ze wstydem, a wstydzić się nie ma przecież czego. Anna ucieka, przebiera się, farbuje, tyje, chudnie.
Nie osiada, stale podróżuje, nie może sobie znaleźć miejsca. Jakby to nie było możliwe, bo sama nie wie kim jest. Mówi różnymi językami, nie wie czy może któryś nazwać swoim, czuje jakby wszędzie była niechciana.

„Chłopiec z tamtych lat” to poniekąd powieść o pamięci, o tym jak uzupełnia się wspomnienia niemal automatycznie, wypełnia luki, aby mieć przeszłość. Mniej ważne staje się czyja ta przeszłość jest, bo przecież mogłaby być naszą.

„Pamięć jest duszą.
Tęsknota
- pielgrzymem,
który wędruje
od oczu
do serca,
od serca do płci,
od płci do wiersza”.
*fragment wiersza „Powrót do jabłek”

Poezja i powieściopisarstwo Janiny Katz są pełne emocji, przejmujące i prawdziwe. Styl jest liryczny, nostalgiczny, a kiedy się czyta napisane przez nią zdania, w tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej, to one jakoś tak, nie wiem czy dobre określenie?, drgają. Po prostu się je czuje.
Bohaterka „Chłopca z tamtych lat”, podmiot liryczny i sama pisarka zdają się poszukiwać jednej, jedynej, właściwej tożsamości, bo czy można być Polką, Żydówką i Dunką jednocześnie?
Można i to w pełnej harmonii, jak pięknie napisała w posłowiu do „Powrotu do jabłek” Bogusława Sochańska. Polecam sprawdzić samemu czy wrażliwość Janiny Katz jest Wam bliska.

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Wydawnictwo: Driada
Kategoria: literatura piękna

Data wydania: 15 grudnia 2020
Liczba stron: 271
Tłumaczenie: Bogusława Sochańska

 


Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors
Dorthe Nors to duńska pisarka, co chyba jest oczywiste skoro książkę „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” przeczytałam w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, która podobno zaczęła pisać w wieku 11 lat. Jej opowiadanie opublikował „The New Yorker”; jest pierwszą duńską pisarką, która została w ten sposób wyróżniona. Opowiadania Nors były publikowane również w „Harper's Magazine”, „Boston Review”, „AGNI”, i magazynie „Guernica”. W 2014 została wyróżniona Nagrodą im. Pera Olova Enquista.
„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” znalazło się w finale
The Man Booker International Prize.

Gdybym, tak jak kiedyś, sugerowała się oceną i opiniami czytelników publikujących na portalu lubimyczytac.pl, zapewne nigdy bym powieści Dorthe Nors nie przeczytała. To, co można o tej powieści tam znaleźć w ogóle nie zachęca. A tymczasem odnoszę wrażenie jakbym przeczytała inną książkę... :)

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 
Sonia jest tłumaczką krwawych kryminałów znanego szwedzkiego pisarza. Kobieta właśnie przekroczyła czterdziestkę i czuje, że dusi się w swoim życiu. Tłumaczy słowa, które trafiają do tysięcy ludzi, a kiedy chce porozmawiać z kimś kogo zna, to kompletnie nie wie co ma powiedzieć, ani napisać... Sonia pisze listy do najbliższych, których nie wysyła - umie władać słowami, ale nie swoimi.

„Jak można się schować przed kimś, kto wpada w złość, bo chce poczuć, że żyje? Tacy ludzie są wszędzie, a trudno stać się niewidocznym w świecie, który jest płaski jak naleśnik. Nerwy zjadają Sonię od środka”.

Obecnie mieszka w Kopenhadze, zostawiła za sobą jutlandzką sielskość i rodzinę; zrealizowała swój plan. Po latach zdaje sobie jednak sprawę jak bardzo jest samotna i że brakuje jej celu. Jej związek się rozpadł, co zresztą przepowiedziała wróżka, której przepowiednia popchnęła Sonię do snucia przemyśleń. Kobieta będąc pod ich działaniem zapisuje się na kurs prawa jazdy, na którym kręci kierownicą pod okiem rozgadanej Jytte - która zmienia za nią biegi, bo tego to Sonia zupełnie nie potrafi. Za to częsta wraca myślami do przeszłości. 
 
„Świadoma obecność otwiera nas na teraźniejszość. Ale trudno być obecnym w teraźniejszości”.

„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” to opowieść o poszukiwaniu szczęścia, nie tylko o samotności. O wzięciu odpowiedzialności za życie, o odrzuceniu strachu przed podejmowaniem decyzji. Kiedy Sonia dostrzega samą siebie w białym szumie życia, kiedy powoli rozlicza się z tym, co w niej siedzi, to dostrzega, że nie miejsce, w którym żyje, nie praca i nie znajomi ją określają. 
 
„Wolność była tam, gdzie nie było ludzi, na dnie szaf, w najdalszym kącie kurnika. Prowadziła do niego ścieżka, wchodziła nawet do środka”.

To opowieść o stresie, w który sami się wpędzamy. O tym
jak latami w nas osiada; najpierw pętając ciało, a potem wnętrze. Mięśnie bolą, stajemy się sztywni, a każdy ruch boli. Potem wpadamy w stagnację i dni mijają niezauważone. Tak, to powieść metaforyczna - już samo przedstawienie życia jako nauki jazdy samochodem jest tego wyrazem. A tych metafor jest wiele więcej.

Powierzchownie to niezbyt zajmująca powieść o bardzo nudnej codzienności kobiety po czterdziestce, której życie po prostu mija. Tu się dzieje w detalach, w wątkach, które wydają się nie mieć znaczenia, które Autorka konsekwentnie przywołuje i spina.
Narracja jest prosta, opisowa, powściągliwa.

Wydaje mi się, że Nors nie chodziło o to, by umożliwić czytelnikowi nawiązanie głębokiej więzi z bohaterką, a o to by dostrzec w jej problemach własne, ponieważ to, co gnębi Sonię jest uniwersalne.
Dla mnie była to bardzo dobra powieść obyczajowa, bogata w detale - koronkowa wręcz, i mało oczywista w przekazie, a tak podane historie lubię najbardziej.
 
Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors



 
 
Wydawnictwo: Czarna Owca
Kategoria: literatura piękna

Data wydania: sierpień 2018
Liczba stron: 208
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny

 


Demian - Hermann Hesse

Demian - Hermann Hesse

 

 
„Możemy zrozumieć się nawzajem; lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam”.
 
Nie wiem czy w ogóle powinnam próbować pisać o książkach Hermanna Hessego, bo to pisarstwo tak wielkie i tak wyjątkowe, że czaruje, urzeka, zniewala, kompletnie onieśmiela. Hesse pisał dla określonego kogoś, dla Ciebie, dla mnie.
Mówi o sobie, ale w to Nim dostrzegasz siebie. Filozofia tat twam asi (ty jesteś owym) bije z każdego zdania, z każdego jednego wniosku.
Mówi się, że Hesse pisał dla samotników, dla ludzi, którzy nie dążą do stadnego życia, ale każdy człowiek, niezależnie od tego jaką drogę wybrał, czy tę prowadzącą do życia w społeczeństwie zglobalizowanym, czy tę prowadzącą do życia na uboczu, może być tak prawdziwie sobą, tylko wtedy, kiedy jest sam.
Nie chodzi o to, że całe życie udajemy przed innymi, bo i przed sobą potrafimy, ale o to, że kiedy wiesz, czego w życiu chcesz i co jest ważne, to nie szukasz na siłę czyichś myśli i nie sprzątasz czyjegoś podwórka, bo najbardziej liczy się twoje własne. A kiedy w sąsiedzie widzisz siebie, tego zdrowego, to nie masz potrzeby karmienia się złymi emocjami. W innych widzimy to, co mamy w sobie.
To nie jest wiedza tajemna, ani też nic niemożliwego do realizacji, a mimo to, tak bardzo nauczyliśmy się żyć poza sobą, że nie potrafimy do siebie wrócić.

Demian - Hermann Hesse

 

„Demian” został wydany w 1919 roku pod pseudonimem Emil Sinclair, tak też nazywa się narrator tej powieści. Hermann Hesse nie czuł się wtedy sobą, a to jak był ówcześnie nazywany „łotrem, który zmienia poglądy” nie działało na niego pokrzepiająco - tutaj wszelkich wyjaśnień dokona Volker Michels w posłowiu.

Młody Emil żyje w dwóch światach, w domu rodzinnym, który otacza go opieką i chroni, i poza nim, gdzie doświadcza pierwszy raz czegoś złego.
Nadal chce być tym nieskażonym, czystym dzieckiem swoich rodziców, gra zatem tę rolę dopuszczając się czynów, których nie akceptuje i których się wstydzi.
Z pomocą przychodzi Maks Demian i odcina źródło zła. Tylko czy skażona dusza może wrócić do poprzedniego stanu?
Emil zna obraz Boga, który akceptuje jedynie dobre uczynki, który stawia granicę moralności tam gdzie przemawiający jego głosem uznał za stosowne. Miota się, pije, często przekracza tę granicę, której przekroczenie w czasach dzieciństwa napawało go lękiem, a jednocześnie pragnie wrócić do tych czasów, kiedy czuł się bezpiecznie, gdy odcięty od świata zewnętrznego był czysty. 
Do jego życia wraca Demian, w towarzystwie matki, który ukazuje czym są rozterki Emila.

„Demian” jest przesiąknięty myślą
Carla Gustava Junga i jego psychoanalizą, od interpretacji snów aż do powrotu jednostki do świata zewnętrznego.
Hesse wspomina Johanna Wolfganga von Goethego, Friedricha Nietzschego, nawiązuje do Najwyższego Bóstwa w mitologii perskiej i gnostyckiej:

"Ptak wykluwa się z jajka. Jajkiem jest świat.

Kto chce się urodzić, musi świat zniszczyć.

Ptak leci do Boga. A imię Boga Abraxas”,

do którego również odnosił się Jung. Abraxas stał się dla chrześcijan demonem, ponieważ jednoczył wszystkie oblicza świata, te złe również. Ale nim nie był.

Abraxas to symbol m.in. siedmiu stopni oświecenia człowieka. Dobro i zło istnieją, i zawsze będą ze sobą nierozerwalne. A Abraxas jest po prostu jednością.

„Demian” to zapis połączenia wnętrza człowieka, jego rozdwojonej duszy, w jedność, po to, aby mógł stać się częścią zdrowego społeczeństwa.

Czytanie Hermanna Hessego jest jak obcowanie z istotą wyższą, nie wszystko od razu się rozumie, a może i nie da się w pełni zrozumieć, wszak słowa nigdy nie są jednoznaczne, ale czuje się taką wewnętrzną przyjemność, spokój. 

<(...) Widzę, że myślisz więcej, niż potrafisz powiedzieć. Jeśli jednak tak jest, to wiesz także, że nigdy w pełni nie przeżyłeś wszystkiego, co pomyślałeś, a to niedobrze. Wartość posiada bowiem tylko takie myślenie, które przeżywamy. A ty wiedziałeś, że twój „dozwolony świat” był jedynie połową świata i usiłowałeś zakamuflować tę drugą połowę przed samym sobą, tak jak to robią księża i nauczyciele. To ci się nie uda! Nie udaje się bowiem nikomu, z chwilą gdy zaczął już myśleć.>

 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 października 2017
Liczba stron: 256
Tłumaczenie: Maria Kurecka
Posłowie:Volker Michels, Przyjaciołom: Hermann Hesse
(tłumaczenie: Anna Urban)
Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator
Zastanawiałam się kilka dni jak napisać o jednej z moich ostatnich lektur, aby jednocześnie było to wystarczające, podsumowujące treść i moje odczucia oraz w jakiś sposób zachęcające, ale bez narzucania mojego toku myślenia. Żeby każdy kto przeczyta to, co napisałam, mógł ocenić czy ta książka jest dla niego. Od osób piszących na temat okołoksiążkowe wymaga się jakiejś uniwersalności, zapominając gdzieś po drodze, że my tu zwykle o gustach piszemy, własnych, a nie cudzych. 
 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 
Pisarstwo Joanny Bator znałam do tej pory jedynie z „Piaskowej Góry”, po której miałam czytać „Chmurdalię”, ale rzuciłam się na opasłe tomiszcze jakim jest „Gorzko, gorzko”.
To czteropokoleniowa saga rodzinna, której porwane losy spaja bohaterka i narratorka - Kalina, której JA otwiera i zamyka tę powieść.

Pierwsze ogniwo to Berta, która tak bardzo marzyła o lepszym życiu, że zaczęła to, które wiedzie spisywać, a powstałe teksty poprawiać, jakby to te poprawki je kształtowały, a z czasem zupełnie przestała dostrzegać rzeczywistości.
Potem poznajemy Barbarę, która w dorosłym życiu utraciła wszystko o czym marzyła, o co się modliła. Przyjęła zatem kolejny jego etap jako pokutę.
Jako trzecia na scenę wkracza heroina Violetta „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”, która całe życie pragnęła uwagi, grała zatem w teatrze, który z prawdziwym życiem wspólne miał jedynie miejsce akcji.
No i jest Kalina, która prawie nic o swojej rodzinie nie wie, jest zatem nieświadomą spadkobierczynią majątku tonącego w morzu przydasi, weków i opowieści o wilkach. A Lupus in fabula ma różne oblicza, od metaforycznych po dosłowne. Jego kły czasem pozwalają przetrwać, a czasem odbierają tę możliwość. To jak jest, zawsze jest zależne od tego jak było. Z każdej drogi można zejść, ale trzeba wiedzieć skąd wiodła.

Jeżeli nie czytaliście niczego, co napisała Joanna Bator to musicie wiedzieć, że ta pisarka to zaklinaczka języka polskiego. Wszyscy mamy dostęp do tych samych słów, ale nie u każdego one łączą się w zdania ośmiornice, będące jednocześnie opisem zdarzeń i zapisem dialogów, które tworzą piękną melodię, ale tylko wtedy gdy się chce jej słuchać.
Czas i przestrzeń są nierozerwalne i tak też jest w historiach pisanych przez Joanną Bator. W „Gorzko, gorzko” miejsca akcji są zmienne, czas zatem również. Postaci epizodyczne dają nam szczegóły, istotne  dla tła społeczno-historycznego, które wzmacniają w nas poczucie prawdziwości czytanej historii.

Od pierwszych stron „Gorzko, gorzko” urzekło mnie językiem, ale nie uwiodło prezentowaną historią. Szczątkowe informacje, były mało angażujące i czułam, że się jakoś tam mozolę, ale kiedy wszystko zaczęło się zazębiać, a historie przenikać, bo nie dość, że mamy biografię każdej z postaci, to możemy te kobiety zobaczyć oczami innych, to parafrazując Comę: obudziłam się wplątana w cudzą pościel, w cudze sny.

Magiczność w prozie Joanny Bator to wspomnienia ludzi, których już fizycznie na świecie nie ma, ale pamięć trzyma ich nadal blisko żywych, nadal kaszlą i mówią. Magiczny też jest realizm zaczynając od poczucia osamotnienia, strachu przed porzuceniem, przez
domowe wyroby mięsne, Budkę Suflera, opowieści zapewniane przez „Skandale”, wiersze Stachury i książki mające dawać wrażenie oczytania, bo o to zwykle się wszystko rozbija, o to robienie wrażenia.
Kiedy zanurzamy się w przeszłość nie odnajdujemy ponumerowanych faktów, przez co, ta ważna dla mnie, realność historii jest namacalna, nawet wtedy gdy czyny, których podejmują się bohaterki napawają mnie odrazą.

Okładka „Gorzko, gorzko” jest pięknie ukwiecona, aby wabić czytelników jak pszczoły, jednak tytuł ostrzega, że po tym nektarze miód może nie być ani słodki, ani przejrzysty.
Skończyłam tę powieść kilka dni temu i mam jakąś taką w sobie nostalgię, tęsknotę do tych historii. Bo chociaż zostały zamknięte, to ich wydźwięk zawsze pozostanie żywy.


Gorzko, Gorzko - Joanna Bator


Wydawnictwo: ZNAK
Data wydania: 25 listopada 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: literatura piękna


Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

 

Często trafiam na pytania dotyczące przyczyny czytania książek w liczbie, która może przyprawić o zawrót głowy. No bo po co aż tyle? A jakby ktoś pytał, to w tym roku raczej dwusetki nie przekroczę, ale jestem blisko. Zdarzają się i tacy, co stwierdzają, że to niewiele :)
Wymyśliłam sobie zatem cykl, w którym opowiem po co czytam, co mi to daje.
A może kogoś zainteresuję książkami, które czytałam.

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów


W ten weekend przeczytałam m.in. „Świerszcza za kominem” Charlesa Dickensa i charakterystykę jednej postaci sobie szczególnie umiłowałam, to Tackleton, fabrykant zabawek. Przyjemna persona, bez wątpienia.
Fragment poniżej pochodzi z wydania z 1988 roku, Książka i Wiedza, w tłumaczeniu Krystyny Tarnowskiej.

Świerszcz za kominem - Charles Dickens

 
„Lecz dusząc się i jątrząc w niewinnym rzemiośle fabrykanta zabawek, stał się niczym strzyga straszliwa, całe życie żerująca na dzieciach, których był nieubłaganym wrogiem. Nienawidził zabawek i za nic w świecie żadnej by sobie nie kupił, tak był przewrotny, że ze szczególnym upodobaniem nadawał odpychający wyraz twarzom farmerów, co prowadzili świnie na targ, twarzom heroldów, co biciem w dzwon oznajmiali o poszukiwaniu dusz, które adwokaci diabłu zaprzedali, twarzom kiwających się staruszek, co naprawiały pończochy lub krajały ciasto; oraz twarzom innych okazów swej wytwórczości. Ohydne maski; obmierzłe, włochate, krwistookie pajace wyskakujące z pudełek; latawce podobne wampirom; wstańki, które żadną miarą nie chciały stać i wciąż się pochylały, strasznym wzrokiem budząc w dzieciach przerażenie - wszystko to było niczym miód dla jego duszy; było jego jedyną pociechą, jego klapą bezpieczeństwa. W takiej wynalazczości wznosił się na wyżyny. Wszystko, co przywodziło na myśl konia-upiora, napawało go zachwytem”.
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów
 
I tak się podczas czytania zatrzymałam, a potem wróciłam i czytałam kilkakrotnie, żeby dokładnie tego konika zobaczyć. Jak zobaczyłam i zapamiętałam tak go zrobiłam, przy okazji umieszczając w obrazie „świąteczny klimat”.
Nie uciekam do wymyślonych światów, żeby móc znieść swój. Spotykam go tam, czasem tylko jako mignięcie, ale to mi wystarczy. Czyjeś słowa pozwalają nadać mu kształt, a jak są jeszcze do tego ładne, to co chcieć więcej?
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów



Pod kołami - Hermann Hesse

Pod kołami - Hermann Hesse


Pod kołami - Hermann Hesse
Dziecko zdolne. 
Nie wiadomo skąd ta jego otwartość umysłu na wiedzę, może po matce? Ale nie można tego porównać, bo już jej na świecie nie ma. Ojciec to najzwyklejszy mężczyzna. Można by go spokojnie wymienić na sąsiada, nikt różnicy by nie zauważył. A tymczasem jego syn tak łatwo się uczy i tyle zapamiętuje. Przecież to dar.
Dziecko ambitne.
To jego szansa. Zda egzamin do seminarium, który otworzy przed nim możliwość objęcie ambony, albo katedry. Potem będzie pracował, żeby spłacić tę szansę na naukę „za darmo”. Ale musi pamiętać jak wielkie ma szczęście i jaka to jest dla niego okazja. Musi się postarać. Ma drugi wynik? Dlaczego tylko drugi?

Dziecko wrażliwe. 
Boli głowa? Może za dużo się uczy, a nie odpoczywa? Nad rzekę? Z wędką? Później, a teraz powtórzymy grekę.
 

Pod kołami - Hermann Hesse

„Pod kołami” to historia Hansa Giebenratha, młodego, zdolnego i ambitnego chłopaka, który dorasta w zwykłej, „małej szwarcwaldzkiej mieścinie”, w której wszyscy się znają. Pracują głównie fizycznie i raczej nie ma wśród nich materiału na wielkie umysły. Podśmiewają się po cichu z urzędników, choć skrycie marzą, by obsadzić na takim stanowisku własne dzieci.

Hans przygotowuje się do egzaminu. Koledzy i zabawy żyją tylko głęboko w jego pamięci.
W tym ciągłym nauczaniu, uczący gubią czas na odpoczynek. Czas na bycie dzieckiem, ten przeznaczony na „zmarnowanie”, zostaje mu zabrany.

„Pod kołami” była wydana wcześniej w Polsce jako „Wyższy świat”.
To taka „zwykła” historia, napisana wrażliwym, acz, w niektórych fragmentach, niepozbawionym ironii, stylu Hessego.
Bohater spotyka w seminarium chłopaka, który po pewnym zdarzeniu, staje się jego najlepszym przyjacielem (Hermann Heilner) i ta postać to wyraźnie zaznaczony motyw z życia samego autora, o czym przeczytacie dokładnie w doskonałym posłowiu Volkera Michelsa.
W „Pod kołami” jest więcej osobistych doświadczeń Autora, utkanych w fabule, ale ich znajomość nie jest potrzebna, aby w pełni zgłębić losy Hansa Giebenratha, które zapewne mógłby podzielić i sam Hesse (Hans nosi cechy młodszego brata Hermanna Hessego).

Oczywiście losy Hansa mógłby podzielić każdy, u kogo zdolność przyswajania wiedzy jest towarzyszką zarówno ciekawości świata, jak i wrażliwości. 

Wiedziałam dokąd ta historia zmierza, bo ona nie ma zaskakiwać, ona ma pokazać mechanizm powolnego, metodycznego mordowania życia.
Gdy w młodym człowieku widzi się jedynie cel, niekoniecznie tożsamy z tym, czego pragnęłoby on sam. Nadzieję dla własnych, niespełnionych ambicji.

„Wszyscy ci oddani swojej misji wychowawcy młodzieży, począwszy od eforusa, a skończywszy na papie Giebenracie, profesorowie i repetytorzy widzieli w Hansie tylko opór w spełnianiu ich pragnień, jakąś zaciętość i ociężałość, wobec czego należy zastosować przymus i siłą sprowadzić z powrotem na właściwą drogę”.

Ponownie jest wyraźnie zaznaczona dwoistość. Oczekiwania innych, świata zewnętrznego, dosłownie duszą potrzeby Hansa. On nie ma szansy, by zdecydować czego w życiu chce.
Początkowa nieufność we własne możliwości zostaje zastąpiona pozornym uczuciem szczęścia, kiedy bohater przegląda się oczach znajomych, pełnych uznania, które to, wraz z podupadaniem na zdrowiu, traci. Pojawia się i w jego życiu miłość. Niepewność w rozumieniu własnych uczuć styka się z niedopowiedzeniami.

„Przestał być naczyniem, do którego można wpychać co się tylko da, nie był też już glebą przyjmującą wszelkie ziarno; nie opłacało się poświęcać mu czasu i troski”.

Historia Hansa jest doskonale osadzona we współczesnej Autorowi rzeczywistości.
Plastycznie oddaje zarówno sielskość miejsca zamieszkania bohatera, jak i realnie przedstawia społeczność. Tyle że to nie jest świat, który minął i to właśnie najbardziej uwiera w tej krótkiej powieści.
Nadal wymagamy od dzieci dobrych ocen, miliona zainteresowań, ale oczywiście takich przynoszących korzyści, najlepiej finansowe, zapominając, że dzieci są dziećmi. Nie małymi dorosłymi, a dziećmi. Szkolnictwo, dziś często podnoszony temat, nie przeszło specjalnej metamorfozy.
Nadal traktujemy zdrowie psychiczne po macoszemu, a przecież wiedzę mamy, albo powinniśmy mieć, zdecydowanie większą.

„O tego rodzaju chorych mówiono zawsze z lekceważącą kpiną albo z pogardliwym politowaniem jak o wariatach, a teraz oto jego Hans wyprawia podobne brewerie”.

Młody chłopak, którego sztucznie wyhodowane marzenia, karmione oczekiwaniami innych, przestają istnieć z dnia na dzień. On już nikogo nie interesuje. Dorósł w brzydki sposób, utracił szansę na wielki świat, poszarzał. A on sam nie może już czerpać energii z zainteresowania innych, źródło wyschło.

„Każde zdrowe istnienie musi mieć treść i cel, a młody Giebenrath je utracił”.

„Pod kołami” została wydana, po raz pierwszy, w 1906 roku, a Hermann Hesse w swoim wyjątkowym stylu, przedstawił prawdziwy portret psychologiczny postaci, której oświetlające drogę światło zwyczajnie zgasło. Minęło 114 lat, a my stale popełniamy te same błędy.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 października 2020
Liczba stron: 256
Tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Posłowie:Volker Michels
Wilk stepowy - Hermann Hesse

Wilk stepowy - Hermann Hesse

Wilk stepowy - Hermann Hesse

„Siedzę kwadransik, czasem i pół godziny, zmęczony i brzydko zgrabiony, w gromadzie innych znudzonych ludzi, jak oni słucham upływu czasu, jak oni robię znudzoną minę, niekiedy drapię się bezmyślnie w szyję albo kark, opieram podbródek na uchwycie laski albo ziewam, i tylko w rzadkich chwilach dusza moja wzdryga się i miota z przerażeniem, jak stepowe zwierzę, które nagle budzi się w chlewiku, ale wkrótce znowu zadrzemie, zapadnie w sen i będzie dalej śniła, skrycie, bez mojego udziału, bo ja - odkąd przesiaduję na koncertowym krzesełku - rozstałem się z duszą”.
Tak, między innymi, pisał Hermann Hesse w „Kuracjuszu. Zapiskach z kuracji w Baden”, stąd też przypuszczenia, że właśnie wtedy rysował się w Jego myślach „Wilk stepowy”, jak i z pragnienia zapisania „dwugłosowej melodii świata”, o której również w „Kuracjuszu...” wspominał.

Wilk stepowy - Hermann Hesse

Głównym bohaterem „Wilka stepowego” jest Harry Haller, zapewne alter ego pisarza. Jak, chyba?, łatwo się domyśleć Harry Heller to postać dwoista, ogólnie motyw dwoistość pojawia się we wszystkich trzech publikacjach Hessego jakie miałam okazję przeczytać, jednak ta dwoistość nie jest tak oczywista jakby się mogło wydawać. Oczywiście znajdziemy tu zasadę przeciwieństw i ich stałego związku. Jednak dwoistość w ujęciu Hessego to też odbicie świata w jednostce.
Świat choruje, bo choruje jednostka. A świat i jednostka się przenikają (jak popatrzycie na wszystkie okładki serii wydawanej przez wydawnictwo Media Rodzina, to dokładnie zrozumiecie co mam na myśli).
Kiedy przyjrzymy się dzieciństwu pisarza to możemy domniemać przyczyn takiego widzenia świata - ojciec wpajał mu duchowość, a matka zamiłowanie do natury i muzyki - dwie dość przeciwstawne rzeczywistości.
Wiele motywów z własnego życia zaczerpnął również, by stworzyć fabułę „Pod kołami”, o której opowiem niebawem.
Hermann Hesse był, jak wspomniałam, człowiekiem niezwykle wrażliwym. Po psychoanalizie, którą poprzedziła próba samobójcza, i napisaniu „Siddharthy” mogłoby się wydawać, że osiągnął spokój, a tymczasem pięć lat później wydano „Wilka stepowego”, w którym niektórzy widzieli jakąś formę schizofrenii czy nawet nihilizmu? Co w ogólnym rozrachunku jest dość dziwne, ponieważ to powieść na wskroś egzystencjalna.

O „Wilku stepowym” przeczytałam tak wiele, że spokojnie mogłabym podjąć się próby napisania tekstu bez przeczytania samego źródła. Interesował mnie nie tylko dlatego, że jest jedną z książek, którą często określa się mianem najważniejszych dzieł XX wieku, ale również z powodu przeciwstawnych wrażeń u czytelników.
Jak to się dzieje, że w zapisanych słowach, takich samych dla wszystkich, ludzie widzą aż tak różne znaczenie?

To niezwykła powieść już w samej formie, gdyż kilkukrotnie zmienia się punkt widzenia, to aż trzy różne perspektywy. Zmienia się też
język, styl, sposób prowadzenia czytelnika.
Na początku „wilka” opisuje człowiek, u którego ciotki bohater mieszkał i ten sam człowiek udostępnia nam notatki Harrego Hallera. Te notatki czytamy z perspektywy Hallera. Potem poznajemy „Traktat o wilku stepowym”, który w pierwszych wydaniach był dołączany jako osobny utwór do „Wilka stepowego”.
W tym traktacie narratorem jest, to znaczy ma być, ktoś obiektywny.

<Otóż: „Większość ludzi nie chce pływać, dopóki nie nauczy się pływania”. Czy to nie dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi, nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do życia, a nie do myślenia! Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę najważniejszą, ten wprawdzie może w tej dziedzinie zajść daleko, ale taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć.>

Wilk stepowy - Hermann Hesse

<Mieszczuch niczego wyżej nie ceni nad swoje „ja” (oczywiście owo tylko z grubsza rozwinięte „ja”). Kosztem intensywności zyskuje stabilizację i pewność, zamiast opętania Bogiem - spokój sumienia, zamiast rozkoszy - zadowolenie, zamiast wolności - wygodę, zamiast śmiertelnego żaru - przyjemną temperaturkę. Dlatego też mieszczuch jest z natury istotą o słabej dynamice życiowej, tchórzliwą, lękającą się każdego ryzyka, łatwą do rządzenia. Z tego powodu zastąpił władzę liczebną przewagą, gwałt - prawem, odpowiedzialność - głosowaniem.>

Sam Hesse był zdumiony jak różnie czytelnicy odbierali „Wilka stepowego”.
Ta powieść może w jakiś sposób niepokoić, powodować poczucie zagubienia, a nawet irytować, jeżeli podejdzie się do niej jedynie jako do spowiedzi mężczyzny, który sam nie wie czego chce, a młody przecież już nie jest.
To wewnętrzna walka spowodowana konfrontacją powinności z pragnieniami. Jedyną drogą do zbawienia jest ta usłana bólem, cierpieniem. Jednak stany prozaicznego uczucia przyjemności nęcą.
To rzeczywistość napędzana niewłaściwymi emocjami, której bohater nie chce przyjąć jako swojej. Dochodzi do rozszczepienia jaźni.
W onirycznych kadrach magicznego teatru dla obłąkanych (świat jakim widzi go wilk stepowy) obejrzymy poszczególne pragnienia, do których drogę utoruje mu poznana niedawno kobieta - nomen omen - Hermina. Pojawią się tu również znane postaci z literatury i muzyki.

Nie mogę powiedzieć, że utożsamiam się w pełni z bohaterem, rozumiem go, albo po prostu staram się zrozumieć. Może kiedyś inaczej i mocniej bym tę powieść odebrała (tylko właśnie nie wiem czy we właściwy sposób?), ale nie ma to wpływu na wielość wrażeń jakich mi to spotkanie dostarczyło. 
W wielu spostrzeżeniach ta wiążąca mnie nić - z takim widzenia świata - pozostaje mocna.

Hesse pokazuje nie tylko przebieg choroby wnętrza i ścieżkę do uzdrowienia, bo to książka o drodze ku życiu, ale również sposób naprawy wszystkiego.
Znacie na pewno to powiedzenie, że naprawianie świata należy zacząć od siebie? Proste, ale bardzo trudne w realizacji. Bohater „Wilka stepowego” właśnie to robi. I co ciekawe nie twierdzi, że tę drogę, tę walkę toczy się raz.

<Parokrotnie wyraziłem pogląd, że każdy naród, a nawet każdy pojedynczy człowiek, zamiast usypiać swoją czujność zakłamanymi politycznymi „kwestiami winy”, musi zbadać, w jakim stopniu, skutkiem błędów, zaniedbań i złych przyzwyczajeń, sam ponosi odpowiedzialność za wojnę i za wszelką nędzę świata, i że jest to - być może - jedyna droga zapobieżenia następnej wojnie.>

To powieść wymagająca, trudna, ale na pewno budząca emocje, i to często sprzeczne. Wybitna językowo, często zawiła w znaczeniowości. I oczywiście aktualna w przesłaniu, ona nigdy się nie zestarzeje, bo człowiek nigdy nie zespoli „JA” ze zbiorowością. Jedność chyba nam nie grozi. Chociaż próbować możemy.

Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 sierpień 2016
Liczba stron: 360
Tłumaczenie: Gabriela Mycielska
Przedmowa do Wilka stepowego: Hermann Hesse
Posłowie (1941): Hermann Hesse
Posłowie (2012): Volker Michels (tłumaczenie Elżbieta Pieciul-Karmińska)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...