Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o pisaniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o pisaniu. Pokaż wszystkie posty
Czy warto jeszcze prowadzić bloga w 2026 roku?

Czy warto jeszcze prowadzić bloga w 2026 roku?

Otwarte książki ułożone jedna na drugiej na zdjęciu w ciepłych, brązowych tonach.”


Wróciłam na Instagram. Wróciłam też do bloga. Po pięciu latach.

Przez ten czas wiele się zmieniło. Dwukrotnie zmieniłam pracę, obroniłam pracę dyplomową, wróciłam do prowadzenia samochodu i… zostałam mamą.

Zmieniło się też moje podejście do internetu.

Dlaczego wróciłam do blogowania?

Od mediów społecznościowych musiałam trochę odpocząć. Potrafią dać dużo dobrego, ale potrafią też mocno przytłoczyć. Człowiek chce nadążyć. Za trendami, nowymi treściami, kolejnymi książkami, zdjęciami, filmami, rolkami.

I chce przecież konsumować. Albo mu się tak wydaje.

Bo przecież tak się nie da.

Kilka razy próbowałam wrócić na Instagram. Jednak algorytm skutecznie studził mój zapał. A dzisiaj mam wrażenie, że po prostu przestałam się z tym medium zgrywać.

Bo co właściwie mam tam robić?

Kolejną rolkę? Karuzelę z pięcioma książkami na lato? Listę „co przeczytać w tym miesiącu”? Poradnik o tym, jak zostać recenzentem książkowym?

Dziękuję. Postoję.

Czy blogi mają jeszcze sens?

Podobno blogów już nikt nie czyta.

Być może.

Blogi nie są już tym, czym były kilkanaście lat temu. Nie są centrum Internetu, a wiele osób przeniosło się do mediów społecznościowych, newsletterów, podcastów czy krótkich filmów.

Tylko czy to oznacza, że prowadzenie bloga nie ma już sensu?

Nie jestem przekonana.

Właśnie dlatego wracam.

Nie dlatego, że wierzę w wielki powrót blogosfery. Nie dlatego, że liczę na tysiące czytelników. I nie dlatego, że chcę produkować treści zgodnie z tym, czego akurat chciałby algorytm.

Chcę mieć swoje miejsce.

Blog a Instagram

Instagram jest szybki. Blog nie musi.

Na Instagramie zdjęcie musi zatrzymać uwagę, a tekst musi być krótki. Najlepiej już na zdjęciu. Film powinien zaczynać się od haczyka, najlepiej takiego, który sprawi, że ktoś nie przewinie go po dwóch sekundach.

Blog daje mi coś zupełnie innego.

Mogę usiąść i napisać.

O książce, która coś mi dała. O fotografii. O naturze. O tym, co aktualnie mnie interesuje. O rzeczach, które niekoniecznie da się zamknąć w kilku slajdach karuzeli.

Może właśnie tego potrzebuję?

Nie kolejnego miejsca, w którym trzeba nadążać, tylko miejsca, w którym słowa mają czas.

Czy ktoś jeszcze czyta blogi?

Pewnie tak.

Może nie w taki sposób jak kiedyś, a przypadkiem, trafiając z wyszukiwarki na konkretny tekst. Może ktoś coś przeczyta i nigdy nie wróci. Może.

Po pięciu latach wracam do bloga przede wszystkim dla siebie.

Chcę sprawdzić, czy nadal lubię pisać. Czy mam jeszcze coś do powiedzenia. Czy można stworzyć w internecie własny kawałek przestrzeni bez ciągłego zastanawiania się, co spodoba się algorytmowi. I dlaczego nikt mojego zdjęcia i tekstu nie zobaczył.

Może i tu tak będzie, że brak reakcji mnie wypali. Może.

Ale na razie będę pisać dla siebie.

„Mimo że od dwudziestu lat tkwię w nałogu czytania, nie stałem się przez to innym człowiekiem”

„Mimo że od dwudziestu lat tkwię w nałogu czytania, nie stałem się przez to innym człowiekiem”

Dzieje się coś dziwnego. COŚ niedobrego. Zmieniam się...

A zmian nie lubię. Budzą one we mnie niepokój.


Przedwczoraj skończyłam, trzykrotnie zasypiając w trakcie, "Galveston" Nica Pizzolatto i był tam taki cytat: "Mimo że od dwudziestu lat tkwię w nałogu czytania, nie stałem się przez to innym człowiekiem". Ta książka jest, dla mnie, (okrutnie) słaba, prosta w odbiorze. Fabuła to linia prosta, niczym nie zaskakuje, styl jakby pozlepiany z tekstów różnych autorów, ale... zaczęłam się zastanawiać nad tym wspomnianym zdaniem.

Naprawdę?


Naprawdę, moja ulubiona partykuła odkąd przeczytałam "Żywopłoty" Marii Karpińskiej (ale o tym... może jutro?), naprawdę czytanie nie zmienia?
To po co się czyta?

Lipali śpiewa tak:

"Gdy książek brak
Rozumu brak
Procesów brak
I wnętrza brak"


Zmieniłam się, naprawdę.

Czytam wszystko.

No prawie.
Erotyki są poza moim zasięgiem, choć nadal wierzę, że można je napisać dobrze. Obawiam się, że dziś nie doceniłabym książek, które podobały mi się kiedyś.
Zdradzę Wam, że właśnie czytam "Kuriera z Teheranu" Wojciecha Dutki, kontynuację "Kuriera z Toledo", którym byłam na swój sposób zachwycona, i nie mogę się odnaleźć.
Przesadna egzaltacja, ckliwość, sentymentalizm i ciągłe powtarzanie wszystkiego sprawiają, że nie mogę się zatopić w słowach, i opowiadanej historii.
Meczą mnie wszelakiej maści dreszczowce, które kiedyś uwielbiałam, tak jak zmęczyły mnie kryminały.
Czytam ich coraz mniej, bo wszędzie widzę schematyczność, wiem dokąd zmierza akcja zanim wydarzą się kluczowe momenty. Staram się docenić warsztat pisarski, ale sama treść schodzi na dalszy plan.
Zaczynam się skupiać na stosowanej retardacji, na powtórzeniach np. zaimków, mających nadać rytm, czy formę. Dlaczego taka, a nie inna narracja. Po co wrażenie dystansu, po co złudne poczucie realności.

Robię mniej błędów.

Umówmy się, że ten kto ich nie robi, to po prostu nic nie pisze.
Największy problem mam z interpunkcją, ale (chyba) jest lepiej niż było.
Chcę żeby w tekście był rytm, żeby się go dobrze i płynnie czytało.

Nie wytykam innym błędów.

Tak, widzę je nie tylko u siebie. W swoich tekstach oczywiście je poprawiam, czerwieniąc się przy tym jak uczniak. Innym palcem ich nie wskazuję. Popełniają je wszyscy, nawet ci pouczający innych, w tym korektorów. Prędzej czy później każdy zaczyna je dostrzegać, a jak nie, to co komu da pouczanie obcego człowieka?

Spostrzegam inaczej.

Doceniam słowa. To jak ktoś buduje zdania. Nie ma znaczenia czy są one długie, wręcz barokowe, pełne metafor, czy proste. Szukam w tekście przekazu. Symboli. Nie zawsze je znajduję, nie zawsze one są. Ale kiedy tekst pozwala na mnogość interpretacji, to doceniam go bardziej.
Kiedy czegoś nie rozumiem, to staram się zrozumieć. Naprawdę (!) nikt, nikogo nie skrytykuje kiedy przyznamy się, że nie wiemy co autor chciał nam przekazać. Nie trzeba swojej frustracji wyładowywać na pisarzu.
Tak zdziwaczałam, że potrafię wzruszyć się piękną, według mnie, metaforą, czy tym jak ktoś coś widzi.

Jestem świadoma tego, że nie znam się na literaturze.

Piszę o swoich wrażeniach, odczuciach. O tym, co dostrzegłam w przeczytanej historii. Staram się ważyć słowa i nie pisać oceniających tekstów, krzywdzących czytelników, czy autora. Dziś np. przeczytałam, że mogę być mało inteligentna, bo pozytywnie oceniłam pewną książkę. A kiedyś przypisano mi sędziwy wiek, bo nikt młodszy nie doceniłby kwiecistych porównań.
Naprawdę? Skąd bierze się w ludziach ta dziwna wyższość i chęć jej zamanifestowania?

Przestałam oceniać.

Nie oceniam książek w żadnej skali. Chyba, że muszę dodać opinię na którymś z portali, gdzie wymagana jest ocena przed dodaniem tekstu, wtedy po prostu nie mam wyjścia.
Nie jestem nauczycielem. Ani kimś, kto musi coś zmierzyć. Nie neguję ocen, każdy robi to, co uważa za słuszne. Chyba jestem cynikiem. Chyba, bo staram się patrzeć na świat inaczej. Pragnę wierzyć, choć często brakuje mi podstaw, ale wiara to wiara, nie wiedza. Mogę więc próbować.

Przestałam liczyć.

Nie liczę przeczytanych książek. Nie ma to już dla mnie znaczenia. Czytam.
Nie piszę o wszystkich przeczytanych książkach. Ale jak ktoś chce, czy musi, to proszę - może znajdę wśród nich coś dla siebie.

Nie używam zapożyczeń.

Byłam młoda, no dobra nadal jestem, zdarza mi się chlapnąć jakieś wyrażenie z języka angielskiego. Nie robię tego w opiniach o książkach, zdarzy się czasem jakiś thriller, nic ponadto. Język polski jest piękny, wiem, że niektóre określenia brzmią lepiej w innym języku, profesjonalniej, ale możemy mówić i pisać po polsku, nikt nam tego prawa nie odebrał.

Nie mam poczucia misji.

Wydawało mi się, że pisanie o książkach coś daje, coś zmienia. Wydawało. Mam świadomość tego, że piszę i istnieję w sieci w zamkniętym środowisku. Tak, zamknięty. Czasem ktoś spoza naszego "kręgu" zajrzy i skorzysta. Jednak, w większości, podglądamy siebie nawzajem. Mamy dyskutować o gustach, ale piszemy, że o nich się nie dyskutuje.
Napisz coś negatywnego o książce - to okaże się, że jesteś szczery - jedyny sprawiedliwy.
Napisz coś pozytywnego o książce - to może ktoś się odezwie, jak w ogóle przeczyta. Przeczytanie całości wypowiedzi to rzadkość, jak jednorożce. One istnieją. Na... prawdę :)
Kiedy ktoś pyta czy krytykowana przez niego książka komuś się jednak podobała i akurat jestem taką osobą, to odpowiadam wraz z argumentacją. Z reguły komentarz pozostaje bez odpowiedzi. Dziwna ta dyskusja Ty swoje, ja swoje i koniec. Flauta.


Smutne to, ale prawdziwe. Denerwowało mnie to, ale przestało. Nie zmienię tego. Zmienić mogę tylko siebie.

Zmienił się mój gust, zmieniła się moja wrażliwość, zmienił się poziom mojej wiedzy ogólnej, zmieniłam się ja i zmieniam się nadal. Bo mogę. Bo chcę.

Jednak zgadzam się z Royem Cadym, bohaterem "Galveston", książki nie mają mocy sprawczej. Mogą stać się punktem zapalnym, wprawić Cię w ruch, popchnąć, ale nie ruszysz jak sam tego nie chcesz.

Czytaj.


*naprawdę - przepraszam za nadużywanie tej biednej partykuły.


Parę słów o książce ze zdjęcia.
On jest śmiertelnie chory, On jest zły, On spotyka Ją. Ona jest młoda, Ona zarabia na życie świadcząc usługi seksualne. Ich drogi się krzyżują, jadą samochodem. Pojawia się jakieś dziecko. Źli ludzie i Oni. Pokaleczeni przez życie, pieniądze, motel, brutalność. Gęsta atmosfera. Fabuła odkrywcza jak rozwijanie motka wełny, choć ten łatwiej się poplącze. Styl raz dobry, a za chwilę jakby ktoś na kolanie dopisał fragment. Dialogi po prostu są.
Dlaczego, więc czytałam?
Trudno to wytłumaczyć, trudno to zrozumieć.
W mojej głowie czytał tę historię Mickey Rourke, w scenografii z Sin City.
Wyciszyłam się i w spokoju zasnęłam.
Pewnie zaraz bym o niej zapomniała gdyby nie to jedno zdanie...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...