Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Żywica - Ane Riel

Żywica - Ane Riel

Pierwszą książką, którą wybrałam do przeczytania w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, była „Żywica” Ane Riel. Czytałam ją w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, nie jest to świąteczna powieść, chociaż niektóre z opisywanych wydarzeń miały miejsce właśnie w okolicach świąt.

Żywica - Ane Riel
Ane Riel to duńska pisarka. Na początku swej twórczej drogi pisała podręczniki szkolne o sztuce, później stworzyła kilka książek dla dzieci, które to ozdabiały ilustracje wykonane przez jej matkę.
Powieścią zadebiutowała w 2013 roku „Slagteren i Liseleje”(„Rzeźnik z Liseleje”), za którą otrzymała nagrodę za najlepszy debiut kryminalny. W 2015 roku światło dzienne ujrzała „Żywica”, która w 2016 roku została nominowana do dwóch nagród literackich. W tym samym roku Ane Riel otrzymała stypendium im. Nielsa Matthiasena za dotychczasowe autorstwo. „Żywica” nadal zbierała nagrody.

Żywica - Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt”.

Główną bohaterką „Żywicy” jest Liv Haarader - dziewięciolatka, która mieszka wraz z rodzicami na małej wyspie zwanej Głową, która położona jest nad większą. Do Głowy droga prowadzi przez wąski przesmyk zwany Szyją. Naznaczeni tragedią sprzed kilku lat Haaraderowie nie czują potrzeby kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy ojciec Liv zgłasza jej śmierć, wcześniej już niezbyt zainteresowani mieszkańcy sąsiedniej wyspy, definitywnie zapominają o tej rodzinie.

Narracja „Żywicy” jest prowadzona z kilku perspektyw, wiele w niej retrospekcji, zmienia się styl i forma, pojawiają się nawet listy.
Autorka balansuje na granicy znanych z thrillerów i kryminałów schematów, ale nie zapuszcza się w nie głęboko, opowiada swoją historię w inny sposób. Miałam wrażenie, że cała fabuła oparta jest na jakimś modelowym przypadku chorobowym.

Niewyjaśniona tragedia sprzed lat niszczy mieszkańców Głowy, którzy trawieni koszmarami tracą poczucie rzeczywistości i odcinają się od reszty ludzi. W snach Jensa Haaradera (ojca Liv) pojawia się woda zalewająca jedyną drogę ucieczki z tego mrocznej ziemi świerków. Mężczyzna to co było widzi wyraźniej niż to co jest, a z każdym kolejnym dniem robi się tylko posępniej.

Autorka różnicuje język, można poczuć jakby rzeczywiście kilka osób, w tym dziecko, opowiadało nam dramat mieszkańców Głowy. Fajnie rysuje całe spektrum emocji od współczucia do obrzydzenia, które można poczuć pomimo zachowania oszczędnej narracji.
Liv nie zna innego życia i innych ludzi. Świat, który rysują jej rodzice jest jedynym który zna, więc wszystko co robi tata kompletnie jej nie niepokoi. To o czym nam opowiada nie jest dla niej niczym odrażającym, to my je takim widzimy.

Akcja płynie wolno, a my skaczemy zarówno po linii czasu, jak i punktach widzenia. Zagłębiamy się w mgłę, która skrywa potwory.

„Żywicę” można czytać jako dramat obyczajowy z wątkami dreszczowca, czy kryminału, w którym izolacja od społeczeństwa powoduje coraz większe aberracje, ale można i głębiej. Jako studium przypadku choroby, kiedy wszystko co dzieje się w głowie człowieka, pozostaje przez nikogo niezauważone, a konsekwencją nawarstwiających się zaburzeń jest pożar, którego niszczycielska siła sięga daleko poza jednostkę.
Wszystko to sprawia, że „Żywica” nie jest kolejną z, nacechowanych przemocą, historii rozrywkowych, mających dać nam jedynie kilka godzin zabawy, a czymś więcej.

Żywica - Ane Riel


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 21 stycznia 2020
Liczba stron: 282
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

 

Czarne Morze - Karolina Macios

Czarne Morze - Karolina Macios

Czarne Morze - Karolina Macios
Czasem mam wrażenie, że jestem martwa... martwa w środku...

Nie jestem samotną wyspą na oceanie i często czytam to, co inni i to w tym samym czasie. Uderza, więc we mnie ogrom wrażeń, emocji pierwszych czytelników i tonę w nim - jak bohaterka "Czarnego morza" Karoliny Macios - Asia, nie rozumiejąc emocji, które targają pozostałymi czytelnikami. Ale to nie tak, że mam problem tym, że komuś się coś bardzo podoba, po prostu jest we mnie pragnienie... pragnienie zrozumienia.

Pewne historie nie mają ani początku, ani końca. Od razu wpada się w ich środek. Taki zapis znajdziemy na okładce tej powieści i taki właśnie zabieg zastosowała Autorka. Wrzuciła czytelnika w środek rozszalałego morza zdarzeń, które przeplatają się z marami sennymi i wspomnieniami bohaterki. 

Joanna od dziecka była postrzegana jako "dziwna". Nosiła na dłoniach rękawiczki, by bezpośrednio nie dotykać innych ludzi, ponieważ każdy taki dotyk wywoływał w niej widzenie, widzenie tego, co inni woleliby ukryć, zapomnieć. 
Nie będę Was głęboko wprowadzać w fabułę, wszystko w niej lepiej odkrywać samemu - od relacji między Asią a mężem, przez relacje z teściową i matką, czy też znajomymi pary.
Bohaterka, wraz z mężem - Michałem i córką - Milą, ulega wypadkowi samochodowemu, za sprawą którego doznaje wstrząsu mózgu. Nękają ją zatem zaniki pamięci i wszystko się jej miesza - niejasne wspomnienia z dzieciństwa, z wydarzeniami sprzed kilku dni i majaki senne. Kobieta stale odczuwa niepokój, jest poza świadomym odczuwaniem mijanego czasu, nie wie co się dzieje z jej córką, a pokój dziecięcy wydaje się jej z czasem zupełnie obcy.
Można odnieść wrażenie chaosu, jest ono jednak pozorne, bo tu wszystko do siebie pasuje i ta prostota tej zawiłości - jeżeli to wyrażenie ma jakiś sens? - trochę mi przeszkadzała.

Niewątpliwą zaletą "Czarnego morza" jest mroczny klimat, wręcz ciężki - jakbyśmy nie mogli obudzić się z jakiegoś koszmarnego snu. Kiedy świadomość zdaje się do nas wołać spomiędzy przytłaczających obrazów.

"To musi być sen, powtarzała z ulgą, gdy wielka oleista fala zawisła tuż nad nią. Asia wstrzymała oddech. Nagle wszystko zniknęło. Rozpłynęło się w czarnej pustce. Tylko ona wciąż tam stała. Waliło jej serce. Słyszała, jak pompuje krew, jak drży, jak komory otwierają się i zamykają rytmicznie, niespiesznie, nieubłaganie. I wtedy zrozumiała. Ta oleista gęsta ciemność, lepka i śliska, to krew. Jej krew. Wypływa pulsującą strugą z rany na dłoni. I zalewa pomost, jezioro, trzciny, niebo".

Główne postaci: Joanna, Michał, a nawet teściowa (będąca lekarzem psychiatrą) choć są dobrze scharakteryzowane, to - dla mnie - trochę zbyt schematycznie. 
Nieznajomość najbliższych, narastające kłamstwa, które mają chronić, a pozbawiają niejako tożsamości, uzależnienie od innych, chęć naprawienia czegoś kosztem kogoś i nadużywanie władzy nad drugim człowiekiem - to stałe tematy wszystkich thrillerów psychologicznych.

Styl Karoliny Macios jest bardzo plastyczny, czytanie napisanych przez nią zdań jest przyjemne.
Bardzo podobały mi się "koszmarne" wizje bohaterki, zarówno te typowo senne i te w "półśnie", które przypominały mi trochę to, co widziała Carol Ledoux (Catherine Deneuve), bohaterka filmu Romana Polańskiego "Wstręt" z 1965 roku, kiedy jej osobowość się rozpadała.

Autorka naprawdę fajnie, poprzez grę obrazami zapowiada to, co czytelnik ma odkryć. Jednak robi to na tyle sugestywnie, że domyśliłam się części historii zanim ta, została w pełni przede mną przedstawiona.
Odsuwanie finalnych wydarzeń w czasie potęguje napięcie, które rzeczywiście da się odczuć podczas lektury. Kartki przekładają się same. 
Wydarzenia, które nastąpiły po ujrzeniu przez bohaterkę całego obrazu opowiadanej historii, potoczyły się zbyt szybko, znowu trochę zbyt schematycznie.
Nagromadzenie niewiadomych; z przeszłości, informacji na temat córki, wypadku - wszystko poprzetykane obszernymi (dobrymi!) opisami nagle się kończy.

"Czarne morze" mnie nie zatopiło, jednak uważam, że to dobrze skonstruowany i napisany dreszczowiec. A problem, dostrzegania schematyczności, tkwi we mnie. Przyda mi się dłuższa przerwa od typowych thrillerów, może wtedy przestanę się skupiać na budowie utworu, a poddam się samej treści.




Wydawnictwo: Wielka Litera

Data wydania: 25. marca 2020
Liczba stron: 304

Kategoria:thriller psychologiczny

#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że ktoś podmienia mi strony w czytanych przeze mnie książkach. Mam tę samą okładkę, ale chyba inną treść.
Kiedy mi coś przypada do gustu, kiedy znajduję w książce coś, co chcę docenić, to w innych opiniach czytam, że to dziwna i mało zajmująca książka.
Natomiast kiedy spotykam się z ogromem entuzjazmu u innych czytelników, to nie potrafię zauważyć tego, co oni dostrzegli.

"Ktoś kogo znamy" Shari Lapeny to czwarta książka wydana w naszym kraju przez Wydawnictwo Zysk i S-ka. To thriller, który porywa czytelników i wskazuje co może się wydarzyć, kiedy zbyt intensywnie zainteresujemy się sąsiadami.
Ze skrzydełek książki krzyczą do nas informacje jak piekielnie dobrze jest to napisana książka, jak ważną problematykę porusza, jak buduje napięcie...

Autorka osadziła akcję swojej powieści w dusznym miasteczku niedaleko Nowego Jorku. Ktoś włamuje się do domów i przegląda zawartość komputerów, przez co najprawdopodobniej poznaje najbardziej skrywane tajemnice ich właścicieli.
Dodatkowo odnaleziono zwłoki kobiety, która niedawno zaginęła, a do jej domu również miał się zakraść rzeczony włamywacz. Niepokój w mieszkańcach narasta. Do tego ktoś pisze anonimowe listy z przeprosinami do ofiar włamywacza...

Książkę rozpoczyna prolog, który nie jest bajką dla dzieci.
Potem przechodzimy do rozdziałów, w których poznamy poszczególnych mieszkańców. Wszystko będzie się toczyć w okół Olivii Sharpe i jej nastoletniego syna Raleigha. Będziemy odkrywać sąsiedzkie powiązania, przemilczane konflikty. I patrzeć jak członkowie rodzin są sobie obcy. Jak żona nie wie nic o mężu i odwrotnie. Jak rodzice nie rejestrują tego, co dzieje się z ich dziećmi.

Autorka wdzięcznie miesza czytelnikowi w głowie, zwodzi. I choć samym rozwiązaniem byłam zawiedziona, bo jest bardzo schematyczne, to zakończenie samej powieści oceniam na plus.
I dla mnie to jest wszystko co mogę dobrego o tej książce napisać.

Postaci są jak zrobione przez kalkę. Wszystkie identyczne i kompletnie bezbarwne. Nudne. A ich wzajemne relacje określiłabym na wzór pewnej opery mydlanej opowiadającej o wielkim świecie mody. I nie tylko ich relacje. Narracja i dialogi mówią o tym samym, po wielokroć.
Rozumiem, że miała to być łatwo przyswajalna historia z gatunku tych, które nie prowokują czytelnika do nadmiernego wysiłku, ale naprawdę nie trzeba nam stale powtarzać tego samego...
Miałam wrażenie, że jak otworzę tę książkę na losowej stronie, to z jej treści dowiem się i tak tego, co się do tego momentu w fabule wydarzyło.
Przeczytać ją można z prędkością światła, ale nie dlatego, że jest taka zajmująca. Napięcia niestety żadnego nie odnotowałam.
Przewracałam oczami i wzdychałam. Czułam się jakby wpadł mi do gardła gorący kartofel i prędzej go połknę niż wypluję. 

Autorka chciała przedstawić małe, zamknięte środowisko, które zatracając się w ciągłych kłamstwach i życiu na pokaz nie wie już komu może ufać. Nikt o sobie nic nie wie, nawet najbliżsi.
To mogła być zajmująco napisana historia, nawet jak w ogólnie przyjętym schemacie. Mogła, ale dla mnie nie była. 


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 29. stycznia 2019
Liczba stron: 336

Kategoria: thriller

Tłumaczenie: Piotr Kuś

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski


#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski - recenzja - czy warto przeczytać?

"Lubiła kochankę męża.
 Nie miała jednak pojęcia,
 co stało się z jej ciałem."

Tyle właśnie powinien wiedzieć o fabule czytelnik, który postanowił przeczytać "Krok trzeci" Bartosza Szczygielskiego i ja nie napiszę o niej też nic więcej.
Choć historia tutaj przedstawiona jest kompletnie różna od tej, którą mieliśmy okazję poznać w cyklu o Gabrielu Bysiu, to parę cech wspólnych można w niej odnaleźć i ten charakterystyczny ciężki klimat.

Podczas czytania czułam się jakbym siedziała w zadymionym barze, w którym światło sączy się z nie całkiem sprawnego neonu. Klientela nie zachowuje się jakby była na wystawnym bankiecie.
Jest duszno, prawie ciemno, a dym gryzie w oczy i gardło. A mimo to siedzę, bo czuję dziwne poczucie związku z tymi ludźmi, którzy przestali wreszcie udawać kogoś kim nigdy nie byli. 

Czytam książki Pana Szczygielskiego tak, jakbym piła wysokoprocentowy alkohol. Otwieram i piję, to znaczy czytam. Zdecydowanie łatwiej mi się po nich budzi, ale też zdecydowanie dłużej je pamiętam. 

Świat przedstawiony w "Kroku trzecim" pozbawiony jest magii, choć Autor chyba lubi jednorożce. Taka prawdziwa beznadzieja codzienności. Na każdym rogu spotkamy kogoś, kto gotów nas opluć, choć nic o nas nie wie.
Żyjemy obok siebie, udajemy, że jest dobrze. Nie znamy swoich bliskich i nie znamy samych siebie.
Choć wydaje się, że to tylko rozrywka z gatunku tych mrocznych i brutalnych, często określanych jako męska, to jest to zdecydowanie coś więcej.

Szczygielski jest świetnym obserwatorem i to nie tylko kobiet, o których pisze w "Kroku trzecim". Wypomina nam m. in. nasz stosunek do osób starszych, czy odgrywanie ról, które nie mają nic wspólnego z tym, co czujemy. Jak pod szyldem troski skrywamy obojętność. Doskonale oddaje klimat małych miejscowości, w których wszyscy się znają jedynie z nazwisk.

Mistrz sarkastycznych metafor, które mnie i bawią... i zdają się idealnie wpasowywać w to, jak często cynicznie patrzę na rzeczywistość i tu już niekoniecznie jest mi do śmiechu.

Domyśliłam się w którą stronę akcja zmierza, ale nie wiem czy dlatego, że jestem uważna, czy dlatego, że wiele książek w tym gatunku przeczytałam i filmów obejrzałam, czy dlatego, że jestem świadoma tego, co w sobie mam.
To dobrze napisany thriller psychologiczny, z ciekawą zagadką, narastającym poczuciem niepokoju, z dobrze skrojonymi postaciami.
Znajdziecie tu drobne nawiązania do trylogii pruszkowskiej i znane z niej, charakterystyczne dla tego Autora połączenia rozdziałów za pomocą uzupełniających się zdań, czy poszczególnych słów.

Mój gust się zmienia, jak i oczekiwania. Nie zawiodłam się i nawet jak pozostawię książki z gatunku thrillera za jakiś czas za sobą, to dla Bartosza Szczygielskiego zawsze zrobię wyjątek.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 29. stycznia 2020
Liczba stron: 416
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

 




#141 Gulu. Pamiętne lato - Julius Throne

#141 Gulu. Pamiętne lato - Julius Throne


#140 Gulu. Pamiętne lato - Julius Throne - recenzja - czy warto przeczytać?

"Gulu. Pamiętne lato" autorstwa tajemniczego Juliusa Throne'a dotarło do mnie już jakiś czas temu i co ciekawe i nawet z nadawcy paczki nie dowiedziałam się kim ów tajemniczy pisarz jest.
Nie jest żadną tajemnicą, że lubię się z prozą Stephena Kinga i Dana Simmonsa, więc nie mogłam polubić się i z opasłym tomiszczem, skrywającym trochę podobną historię do tych jakie serwują swoim czytelnikom wspomnieni przeze mnie znani autorzy. 
"Gulu. Pamiętne lato" jest debiutem polskiego pisarza ukrywającego się pod pseudonimem Julius Throne i jak na debiut - jest pokaźnych rozmiarów historią - 794 strony, która nie została skończona, liczę więc na to, że wydawnictwo Novae Res wyda kontynuację.

Głównym bohaterem powieści jest Jim Stanford - czternastolatek, zmagający się z prześladowaniem, z uwagi na nadwagę i nieśmiałość. Prześladowanie przybiera coraz większe formy, to nie tylko psychiczne znęcanie się nad chłopcem, ale i jawna eskalacja przemocy. Jim jest obiektem drwin: ze strony szkolnych bandytów, bo to, co mu robią to nie jest zwykła łobuzerka, ale i ze strony nauczyciela kultury (?) fizycznej, czy też dyrektora szkoły. Mimo to Jim znajduje kolegów, bo jest chłopcem niezwykle kreatywnym - m. in. składa modele samolotów z II wojny światowej, a jego ojciec to typowy szalony wynalazca. Znajduje też koleżankę, która nie może pozostać obojętna na bohaterstwo, którym chłopiec wielokrotnie się odznacza.
Jak to w przypadku sadystów, kiedy chłopiec się nie poddaje i stale podnosi głowę, po każdorazowym akcie przemocy - powoduje to w nich coraz większą agresję. Podczas jednego z ich ataków, ktoś - lub coś; bo nie wiemy czym owa istota jest - mu pomaga. I tak ilekroć ktoś, kto nastaje na spokój Jima - zostaje ukarany i to brutalnie. 
Cała akcja toczy się w 1981 roku w mały miasteczku na wschodzie USA - Belmont Bay.

Jestem pod wrażeniem - nie tylko rozmachu całej powieści, ale i osadzeniem jej w ramach czasowych, doskonałym odwzorowaniu ich klimatu, a nawet utworów muzycznych, które wtedy można było usłyszeć. Modele, które chłopiec składa odpowiadają rzeczywistym modelom samolotów z II wojny światowej. Nie wiem - przyznaję się do tego, czy postać Gulu to nie jest po prostu nawiązanie do twórczości samego H.P. Lovecrafta.
Jestem też pod wrażeniem zabawy formą - znajdziemy tu zapisy surrealistycznych snów, poetykę - za pomocą, której Gulu wygłasza swe proroctwa, objawienia.
Autor podaje na swojej stronie, że budowa tej powieści odpowiada strukturze szesnastominutowego utworu "Again" zespołu Archive i tak rzeczywiście jest (tutaj - można znaleźć wyjaśnienie autora).

Przyjrzymy się przemianie bohatera, bo jak można się domyślić już z opisu - nie podda się on biernie krzywdzie jakiej doświadcza i na nią odpowie. 
Podobało mi się zarówno, wprowadzenie do powołania do życia tytułowej postaci - opis tego, co chłopiec musiał przeżyć, by chwycić się czegoś na kształt paktu z samym diabłem, jak i to, co działo się kiedy sprawiedliwość, przekroczyła wszelkie granice i wkroczyła brutalność - uważaj, czego sobie życzysz...

Książka dzieli się na dwie części ROK 1981 - PRZED i ROK 1981 - PO - i oczywiście odnosi się to - do wezwania emanacji zła, a może nadania mu po prostu innego kierunku, bo ono już tam było.

Rozumiem, że nie wszystkim czytelnikom obszerne opisy prześladowań, zakorzenione w wspomnieniu Stanów Zjednoczonych lat osiemdziesiątych przypadną do gustu, ale myślę, że warto dać Autorowi szansę, bo to naprawdę ciekawy i bardzo przemyślany debiut.
7/10.

Autorze Juliusie Throne - dziękuję za egzemplarz, bawiłam się wyśmienicie :)



Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 29. października 2019
Liczba stron: 794
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller

#128 Córeczki - Adrian Bednarek

#128 Córeczki - Adrian Bednarek

Córeczki - Adrian Bednarek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Córeczki" to moje pierwsze spotkanie z Adrianem Bednarkiem. Słyszałam wiele pozytywnych opinii o jego książkach, więc nastawiłam się na coś naprawdę dobrego. Książka jest zaklasyfikowana jako thriller, więc niepotrzebnie zakładałam, że od pierwszych stron zostanę "wessana" w akcję. Bo nic takiego się nie stało. Przez pierwsze 150 stron z 614 - nie będę tego ukrywać - ziewałam.
Autor opowiada, dość rozwlekle, o codzienność dwóch głównych bohaterek tej powieści.
A nie wiodą one porywającego życia - przynajmniej dla mnie. 

Kiedy jednak przekroczyłam tę 150. stronę to nie potrafiłam już tej książki odłożyć i przeczytałam ją do końca, zmieniając o niej zdanie. Tytułowe córeczki to Ewa i Pola. Dwie młode kobiety, które łączą traumatyczne przeżycia. Obie straciły ojców i kiedy próbowały wraz z matkami i swoimi siostrami nauczyć się żyć na nowo to, spotkała je kolejna tragedia. Na domy obu bohaterek napadł zamaskowany mężczyzna, którego wspólnie nazwały Strachem na wróble. I to wydarzenie je łączy, a wszystko inne dzieli. 

Ewa chciała być policjantką, ale prowadzi butik. Pola studiowała medycynę, a teraz nalewa w barze alkohol i uczy pole dance. Kobiety się poznały i chciały odnaleźć mężczyznę odpowiedzialnego za tragedię, która rozegrała się w ich domach, tylko one znały jej rzeczywisty przebieg.
Przypadek sprawia, że Ewa trafia na jego ślad i kobiety idąc tym tropem, zaczynają prowadzić pokręcone śledztwo.
Kiedy odkrywałam co za dramaty wydarzyły się w domach kobiet, to naprawdę byłam pod wrażeniem jak autor tę historię skonstruował. Jak połączył wątki, jak zbudował postaci.
Tu nikt nie ma dobrych i przyjemnych wspomnień. Każdemu ciąży przeszłość i nikt nie potrafi się z nią rozliczyć. Nikt nie potrafi poprosić o pomoc. Każdego toczy choroba, którą zainfekował się lata temu. Lubię psychologiczne układanki. Ja lubię analizować wpływ dzieciństwa na kształtowanie osobowości, stąd moje pozytywne odczucia.

Czy rzeczywiście ma ono aż tak wielki wpływ na to, kim się staniemy?
Czy mocne uszkodzenie w okresie kiedy dorastaliśmy daje nam wytłumaczenie na stanie się potworem?
Jako dzieci nie tylko kochamy rodziców, my ich uwielbiamy nie zależenie od tego jacy są.
A często są dalecy od ideału.
Czy rodzice rzeczywiście kochają swoje dzieci bezwarunkowo i wszystkie jednakowo?
To książka pełna smutku. Opowieść, tak naprawdę, o ludzkim upadku.
Nikt nie potrafi przestać żyć w przeszłości - od głównych bohaterek i ich matek, przez Stracha na wróble, czy Krwawego Zygę. Jest ciężko i przytłaczająco, ale interesująco - mimo zbyt rozwlekłego wprowadzenia, które mnie na początku znużyło. 
To nie jest książka dla fanów pędzącej akcji i krwawych morderstw.
Język jest dostosowany do charakteru opowieści i nadaje mu realizmu.
Czy tak wygląda jednak siła kobiet? 
Choć liczyłam na coś innego, to uważam, że jest to przemyślana powieść. Podobało mi się jak autor połączył wszystkie wątki, które raczył tak dokładnymi opisami, które ponad zwiększanie objętości książki nie wnosiły zbyt wiele.
Zainteresowałam się na tyle, by sięgnąć po wcześniejsze książki autora.

Pierwszy raz też, mimo tego, że ogólnie mam pozytywne odczucia co do książki, to niewiele mogę o niej powiedzieć... Nie jest to wina ani tej historii, ani samego autora, który ponad wszelką wątpliwość pisać potrafi, tylko chyba mojego zmieniającego się gustu.

Zachęcam by sprawdzić samemu czy "Córeczki" są dla Was.
6/10.


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 9. października 2019
Liczba stron: 614


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

ZAPOWIEDŹ - Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

ZAPOWIEDŹ - Ktoś kogo znamy - Shari Lapena


ZAPOWIEDŹ - Ktoś kogo znamy - Shari Lapena


29. stycznia 2020 roku nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka ukaże się
"Ktoś kogo znamy".
Najnowsza książka autorstwa kanadyjskiej pisarki Shari Lapeny.
Wcześniejsze książki wydane w Polsce to:

Bardzo trudno jest mi napisać ten list.
Mam nadzieję, że zanadto nas nie znienawidzicie…
Ostatnio, kiedy nie było państwa na miejscu, mój syn włamał się do waszego domu…

 

Może nie znasz swoich sąsiadów tak dobrze,
jak Ci się wydawało...



#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg - recenzja - czy warto przeczytać?
Ta powieść to doskonały przykład - jak nie powinno się sugerować opiniami innych czytelników. Chcąc, nie chcąc czytam opinie o książkach, które chce przeczytać.
Od teraz się to zmieni.
Dlaczego?
Przeczytałam, że książka jest w niektórych momentach trudna i niezrozumiała, że jest naszpikowana definicjami i terminologią ze świata ekonomii, matematyki etc.
Nie chciałam się męczyć i podświadomie odsuwałam lekturę w czasie. Od pierwszej strony rzuciłam się niczym prawdziwy śledczy do pracy w poszukiwaniu czegoś, czego nie zrozumiem, z przeglądarką internetową w pogotowiu. Dotarłam do 320 strony i nie odnalazłam tego, czego się bałam.

Świat pogrąża się w chaosie. Ludzie wychodzą na ulice, protestują by nie ponosić skutków kolejnego kryzysu gospodarczego. Korporacje, banki, państwa bankrutują, ale i tak najwyżej postawiona grupa ludzi nadal się bogaci. Noblista Herbert Thompson wraz ze swym asystentem Willem Cantorem zmierza na szczyt w Berlinie, by wygłosić odczyt, który ma zmienić losy świata. Znalazł złoty środek, dzięki któremu wszyscy, bez wyjątku, będą mogli dostatnio żyć. Jednak na niego nie dociera. Ginie w wypadku samochodowym, którego świadkiem jest Jan Wutte. Chłopak słyszy ostatnie słowa umierającego mężczyzny, które na początku wydają mu się bełkotem przypominającym - być może - czyjeś nazwisko. Idąc tym tropem spotyka na swej drodze człowieka, który znał asystenta noblisty i wspólnie będą chcieli odnaleźć to, co opracował profesor i przy okazji nie zginąć.

Akcja kręci się wokół poszukiwań treści tajemniczego odczytu, to ciągła ucieczka przed organami ścigania i ludźmi próbującymi usunąć wszelki ślad po teorii, którą Thompson z Cantorem mieli udowodnić i która miała zmienić świat. Cały czas coś się dzieje, więc czytelnik pędzi przez książkę jak pociąg. Rozdziały są krótkie, a powieść dzieli się na części nazwane "decyzjami". Na samym początku i na końcu znajdziemy fragmenty "Przypowieści o chłopach", której założenia będziemy odkrywać sami, zagłębiając się  w treść.
Tak, pojawiają się tutaj matematyczne zagadnienia, z których przechodzimy do ekonomicznych założeń. Poczułam się trochę jak za szkolnych lat... Jednak ja miałam tylko jednego nauczyciela, który w taki przyjemny sposób tłumaczył zasady rachunkowości i finansów. Reszta kadry wymagała jedynie podręcznikowych definicji, które ja - żeby zapamiętać - musiałam zrozumieć. Nawet wierszy na pamięć się tak uczyłam, jako związek przyczynowo-skutkowy, inaczej nie potrafię. Do dziś pamiętam jak na "Podstawach ekonomii", podczas odpytywania przez nauczyciela, wdałam się z nim w dyskusje, przez co lekcja trwała jedynie 15 minut. Na zakończenie powiedział do mnie: "bardzo dobrze, tak masz rację - siadaj trzy". Jeden z moich wyuczonych zawodów jest stricte ekonomiczny. Ja nie jestem zwolennikiem teorii, jakobyśmy dzielili się na umysły ścisłe i humanistyczne. W ogóle nie lubię kiedy się z góry nakłada komuś ramy, w których musi się odnaleźć, albo wypada poza zbiór.
Ja zawsze lubiłam się uczyć, zresztą nadal lubię - może stąd mój lekki zachwyt tą częścią książki. Naprawdę chciałabym, aby nauczyciele w taki sposób mnie uczyli, nie musiałabym sama dochodzić do tego, co z czego wynika w każdej definicji, której znajomości wymagali.

Wracając do książki... 

Autor chce zmiany fundamentalnego myślenia. I nie tylko o samą ekonomię, czy też równość finansową mu chodzi. Nie podaje jak to zrobić, ale jego myślenie i teoria, którą przedstawia jest logiczna.
Tylko w naszym postępowaniu logiki niestety brakuje.
Odkąd zaczniemy być samodzielni, to stale rywalizujemy ze wszystkimi wokół. Dążymy by mieć, nie oglądając się za siebie, chyba, że ktoś dostatecznie głośno wzywa pomocy, wtedy mu jej udzielimy.
Samo brzmienie tytułu książki - jest nacechowane negatywnie "CHCIWOŚĆ" - a gdyby już tutaj z minusa zrobić plus?
By mieć więcej trzeba - łączyć części i równo dzielić to, co uzyskamy. Wynika to z logicznego, matematycznego podejścia do problemu.

Świat jest różnorodny, każdy daje mu co innego, wnosi własną wartość. Jesteśmy jak puzzle, które razem tworzą dopiero pełen obraz.
Gdybyśmy od początku zakładali co możemy dać, a nie co zyskać - wszyscy byśmy w konsekwencji na tym skorzystali, ale... jesteśmy ludźmi, a nie równaniem matematycznym i świat, w którym aparat państwa nie jest potrzebny, raczej nigdy nie zaistnieje.
Autor porusza kwestię eliminowania działań niepożądanych, jednostek, które nic nie dają, tylko żerują na pozostałych, ale nie podaje jak zmiana ich nastawienia, czy ich wykluczenie miałoby wyglądać.

Ta książka to takie zaproszenie do dyskusji nad zmianą postrzegania świata. Pracy na wspólny rachunek i wspólnego - równego - podziału zysku, bez równego wkładu, nie wiem czy wyrażam się ze zrozumiale? Wkładu nie wartościuje się tak, jak zysku. Kiedy wszyscy będziemy dawać to samo (będziemy jednakowi) nie osiągniemy wzrostu zysku. Każdy wnosi coś innego bo - bez różnorodności nie ma współpracy, bez współpracy nie ma społeczeństwa, bez społeczeństwa nie ma dobrobytu...  

Podsumowując, tak po prostu - ŚWIETNA KSIĄŻKA, o której mogłabym pisać i pisać. Kojarzycie może ten obrazek z pokrojonym na równe części tortem, które po złożeniu nie dają 100 %? I żart mówi o tym, że to czego brakuje zostało na nożu?
Tutaj znajdziecie odpowiedź :)


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAB.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 464
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
 
#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy - recenzja - czy warto przeczytać?
Tess Gerritsen jest z zawodu lekarzem internistą, pisze thrillery medyczne i romanse kryminalne. Słyszałam o jej książkach naprawdę wiele dobrego, więc kiedy zobaczyłam, że nakładem Wydawnictwa Albatros ukaże się jej najnowsza powieść, wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę i sprawdzę jak pisze ta sławna pisarka.

Ava Collette główna bohaterka "Kształtu nocy" jest pisarką i właśnie pracuje nad książką kucharską. Wynajmuje dom na wybrzeżu nazywany Strażnicą Brodiego, mieszczący się na kompletnym odludziu. Ava potrzebuje odpocząć od ludzkiego towarzystwa, ponieważ zmaga się z jakąś traumą, która zdominowała jej myśli. To z jej powodu nie stroni od alkoholu.
Zamieszkuje w domu, który nadal jest w remoncie, razem ze swoim kotem rasy Maine Coon (irytowała mnie ta spolszczona nazwa) - Hannibalem i nocami wsłuchuje się w mysie harce.
Z każdą kolejnym dniem, przekonuje się, że nie jest sama w tym starym domu i coraz silniej odczuwa czyjąś obecność. Kiedy poznaje przeszłość budynku, losy kapitana, do któregoś należał oraz historie wszystkich poprzednich lokatorek, jej niepokój narasta, ale narasta również jej ciekawość.
Nawiązuje dziwną relację z postacią, która ją nawiedza.
Pojawia się też wątek kryminalny związany z poprzednimi lokatorkami i ich tajemniczymi zgonami.
Kobieta nosząca w sobie tajemnicę, opuszczony i stary dom, będący we władaniu nie tylko wydarzeń, ale i ich cielesnych emanacji, wzburzone morze, nostalgia...
To wszystko już gdzieś było. 
Nie przeszkadzało mi to jednak w dalszym odkrywaniu powieści.
Styl Tess Gerritsen jest bardzo prosty, umożliwiający błyskawiczną lekturę, która ( w przypadku tej konkretnej książki) raczej nie skłania do głębokiej refleksji, ma to być czysta rozrywka. Z takim tez zamiarem czytałam dalej.
Jednak kiedy zrozumiałam, że akcja prowadzi wprost do uciech cielesnych z postacią nadnaturalną, z każdą kolejną stroną narastało we mnie jedynie zniesmaczenie. 

Na początku wydawało mi się, że ma to być thriller psychologiczny z obciążoną przeszłością bohaterką i nawiązaniem do stylistki powieści gotyckiej.
Jednak tylko tak mi się wydawało. 
Ava nie jest zbyt bystra, nie wyciąga oczywistych wniosków, dodatkowo otępia się alkoholem oraz poddaje fantazjom seksualnym.
Brak mi tutaj jakiejkolwiek głębszej charakterystyki psychologicznej, którejkolwiek z postaci. 
Odniosłam wrażenie, że to taki niezbyt wyszukany, choć miał chyba trochę szokować, paranormalny romans. 
Sposób postępowania bohaterów, zdobywania informacji o historii budynku, kapitana czy pomoc ze strony medium? przypominał mi masowe amerykańskie produkcje, które jak grzyby po deszczu zalewają rynek w okolicach Halloween.

Przeczytałam tę książkę, choć nie było to łatwe, bo z każdą kolejną stroną pytałam się samej siebie - po co to w ogóle robię? Tylko z poczucia obowiązku - swojego wewnętrznego uporządkowania i dążenia do kończenie tego, co zaczęłam.

Jestem trochę zła, bo liczyłam na dobrą fabułę, ciekawy temat - nawet jak z założenia był już odtwórczy, ale niestety nic z tego nie dostałam.
Gdyby nie zapewnienia innych osób, zasilających rzeszę fanów autorki, o jej naprawdę dobrych poprzednich książkach, to nie wiem czy chciałabym jeszcze kiedykolwiek coś spod jej pióra przeczytać.

Niemniej jednak uważam, że znajdzie się grono osób, którym tak podany temat nawiedzeń przypadnie do gustu i będą tą lekturą usatysfakcjonowani. 
To nie była po prostu książka dla mnie.


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 352
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski


#107 Psychoza - Robert Bloch

#107 Psychoza - Robert Bloch


#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?
Jestem uzależniona od filmów Alfreda Hitchcocka, a samą "Psychozę" widziałam tyle razy, że jak przymknę oczy to nie tylko widzę dom na wzgórzu, ale i słyszę ścieżkę dźwiękową. Nie wiem czy powinnam o tym wspominać, ale w moim poprzednim wynajmowanym mieszkaniu, nad wanną wisiały kadry ze sławnej sceny pod prysznicem... No cóż, "każdego z nas chwilami ogarnia szaleństwo".

#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?

Norman Bates to cichy i spokojny mężczyzna, powszechnie uważany za dziwaka, który mieszka w bardzo starym domu - u podnóża którego prowadzi motel. Odkąd powstała autostrada nie przyjmuje zbyt wielu gości. Choć dawno już jest dorosły, to nadal mieszka z matką, której zdaje się, że podporządkował całe życie. 
Tymczasem Mary Crane - młoda kobieta, której życie nie oszczędzało, pragnie rozpocząć nowy rozdział u boku ukochanego. Największym problemem jej związku jest brak funduszy na usamodzielnienie się.
Jednak Sam - ukochany Mary, ma wieloletni plan - na zbudowanie domu i założenie rodziny. Kobieta, jednak, ma dość czekania i będąc w chwili szaleństwa? - kradnie 40. tysięcy dolarów, wsiada w samochód i jedzie do Sama, który mieszka w innym mieście. 

Przypadek sprawia, że trafia do motelu prowadzonego przez Batesów. Dziewczyna prowadzi pogawędkę, z dość niezdrowo - w mniemaniu starszej pani - zainteresowanym nią Normanem. 
Kiedy bliscy Mary i oczywiście szef, spostrzegają, że zniknęła, jej tropem rusza siostra Lila i detektyw Milton Arbogast - wynajęty przez firmę dla której pracowała. Oboje spotykają się w sklepie prowadzonym przez Sama i tam ustalają plan działania. Od tego czasu będziemy powoli odkrywać tajemnicę rodzinny państwa Bates i pełną analizę psychologiczną Normana.


Choć powieść została wydana w 1959 roku, to w ogóle tego nie czuć. Ma bardzo współczesny wydźwięk.
Jest również niezwykle krótką powieścią, raptem 170 stron i nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania.
Chcieliście kiedyś wejść do umysłu obłąkanego człowieka? To będziecie tą lekturą bardzo usatysfakcjonowani.
Niczym pod mikroskopem obejrzymy sobie rozpad, czy też podział umysłu chorego człowieka.
To dobry kryminał z jeszcze lepszym lekkim klimatem grozy w starym wydaniu. Raczej Was nie przestraszy, ale wprowadzi w odpowiedni nastrój. Świetne psychologiczne studium - tak naprawdę w moim odczuciu - niezwykłego ludzkiego umysłu. Umiejętności adaptacji, ponad przeciętnej inteligencji i rozwijania technik manipulacji człowieka-kameleona.

Film, jak wcześniej wspomniałam, oglądałam parokrotnie i niezwykłą - wręcz przyjemność miałam z odkrywania różnic, a jest ich tak naprawdę sporo.
Po przeczytaniu obszernego i świetnie napisanego Posłowia przez Wiesława Kota, wiem w jakim celu te zmiany zostały wprowadzone. Znajdziemy w nim też wiele niuansów filmowych, rekwizytów, które Alfred Hitchcock używał po to by jak najwięcej przekazać widzom.
Ale ten tekst to nie tylko odniesienia do ekranizacji w wykonaniu Hitcha. Poznamy pierwowzór Normana, który ma swoje umocowanie w historii, sięgniemy do morza informacji o kontynuacjach i remake-u. Prześledzimy też karierę reżyserską Pana Hitchcocka i znajdziemy nawet parę słów o jego filmowej biografii. 


#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?

Całość zdobi - jak zwykle w przypadku Wydawnictwa Vesper - twarda oprawa, klimatyczna okładka i świetne ilustracje w wykonaniu Krzysztofa Wrońskiego.

Będzie ona świetną pozycją dla szerokiego grona odbiorców od fanów kryminałów, przez chętnych zgłębiać mordercze umysły, po fascynatów kina.
Zdecydowanie polecam!
8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.


Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 16. października 2019
ilość stron: 226
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Ilustracje: Krzysztof Wroński 

#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...