Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo wab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo wab. Pokaż wszystkie posty
Wieczór w raju - Lucia Berlin

Wieczór w raju - Lucia Berlin


„Kiedy podróżujesz, cofasz się o krok od swojego życia, od fragmentaryczności, niedoskonałej linearności własnego czasu. Tak jak przy czytaniu powieści wydarzenia i ludzie stają się alegoryczni i wieczni”.

Wieczór w raju - Lucia Berlin

 

Wieczór w raju - Lucia Berlin

Lucia Berlin (1936 - 2004)  to amerykańska pisarka, która za życia opublikowała 76 opowiadań. Pierwsze z jej utworów pojawiały się na łamach pism Saula Bellowa „The Noble Savage” oraz The New Strand”. Jest laureatką American Book Award. Choć pisała dobrze, to nie robiła tego zbyt często. Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy jej synowie dorośli, a ona przezwyciężyła alkoholizm jej pisanie rozkwitło.
Parę razy się rozwiodła, prowadziła bogate życie zawodowe, nie bała się żadnej pracy i miała „głośne” dzieciństwo. Miała również problemy zdrowotne, związane z kręgosłupem. A jej dorosłe troski, w życiu osobistym, zapewne miały swoje korzenie w dzieciństwie, ale o wszystkim tym, ze szczegółami, przeczytacie we wstępie i posłowiu do „Wieczoru w raju”, jak i w „Instrukcji dla pań sprzątających”, gdyż jedną i drugą publikację łączy tekst Stephena Emersona.
Wspominam o jej życiu w telegraficznym skrócie jednak nie bez powodu. „Wieczór w raju” to zbiór opowiadań, których bohaterkami są kobiety. A każda z tych kobiet to po trosze Lucia Berlin.

Wiemy jakie życie wiodła, i że w tych tekstach są wątki autobiograficzne, możemy zatem odczuwać niepokój, że to jakieś teksty o wyrwaniu się ze szponów nałogu, narzekanie na bylejakość egzystencji i poszukiwanie sensu. Nie.

To antologia zawierająca 22 teksty o różnej obszerności. Zakładałam, że zajrzę do książki i przeczytam jedno opowiadanie, ale kiedy zaczęłam to nie mogłam jej odłożyć. Każde z opowiadań to inna historia, wyrwana z różnych codzienności. Zawsze ubrana w ładną otoczkę obrazowych i kolorowych opisów. One pachną perfumami, pachną kwiatami, powodują uczucie ciepła. Jakbyśmy leżeli na leżaku wygrzewając ciało w słońcu, niby jest przyjemnie, ale jednak można się poparzyć. 

I Lucia Berlin parzy.

  • Gdzieś pomiędzy zabawą i drobnym oszustwem dostrzeżemy biedę, brud i smutek.
  • Kiedy opadnie radość i młodzieńcze zadurzenie zobaczymy prawdziwe oblicze rodzącej się miłości i poczujemy obrzydzenie.
  • W codzienności młodego, zdolnego i postępowego małżeństwa fruwa niedojrzałość i egoizm.
  • Załadowana energią strzelba pozostawi po sobie zaledwie nikłe wspomnienie wystrzału, ponieważ rozejdzie się ono w szeptach dotyczących zysków.
  • Krok w dorosłość, sprawi, że młodzieńcze złudzenie dotyczące rodziców opadnie, a dorosłość objawi się mało zachęcająco.

Historii jest wiele, bohaterek również. Jednak to jak przechodzą jedno w drugie daje złudzenie czytania powieści, jakby bohaterka była jedna, a my poznając te wyimki z codzienności układamy sobie związek przyczynowo-skutkowy.
Niebywałe.
Lucia Berlin uwodzi pięknem świata przedstawionego, poznajemy go wszystkimi zmysłami. To realny świat, którego ulicami można się przejść i poczuć wspominane przez nią rośliny, perfumy, poczuć słońce na skórze i chodnik pod stopami. Nawet kiedy opisuje coś mało ładnego robi to w wyjątkowo ładny sposób. 


„(...) Miedziane puszki z racji żywnościowych SZEŚĆ ZA DOLARA, zielone butelki po tanim winie lśniące w blasku płomieni, błyszczące w deszczu. Jakiś stary mężczyzna wymiotował do kratki ściekowej, fioletowe opakowania po owocach majaczyły indygiem przy kratce niczym zdeptane anemony.
    W nocy nie uda mu się znaleźć piękna, w czasie kiedy krajobraz usiany jest ogniskami przez wiele przecznic, oświetlającymi gesty ludzi w pijackich rytualnych tańcach”.


Przedstawione fragmentarycznie relacje, w końcu to opowiadania, zdają się rozwijać poza tekstem. To historie zwykłych ludzi, codzienność, która z pozycji obserwatora zawsze wydaje się ładniejsza. Piękne, kolorowe kwiaty, ze splątanymi korzeniami, które rosną zasilane czymś co niezbyt ładnie pachnie. Wiele w jej tekstach odwołań do świata muzyki, literatury i filmu.

Zdaniami można się zachwycić („Strach i osamotnienie były znajome, jak powrót do domu”.), a w opowiadane historie zagłębić, ponieważ zawsze interesuje nas to, co u innych. Lubimy podglądać i te opowiadania to właśnie takie oglądanie pod mikroskopem, które obnaża to, że kolor to jedynie wrażenie.
„Wieczór w raju” to nie tylko zderzenie wyobrażeń obu Ameryk z prawdą, to po prostu obraz zwykłego życia, pokazany w oszczędny, ale uwodzący wrażliwością sposób.



Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 26 października 2020
Liczba stron: 320
Kategoria:
literatura piękna
Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
 
 
Mężczyzna, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman

Mężczyzna, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman


Mężczyzn, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman
 

Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman

 
Ove ma 59 lat i jest stetryczałym „starym” dziadem. Wszystko mu przeszkadza, bo wszystko nie jest tak jak być powinno. Jest sarkastyczny, gderliwy, upierdliwy. Uprzykrza życie wszystkim wokół. Codziennie robi obchód osiedla (później robi to razem z kotem), bo towarzystwo sąsiedzkie się rozpasało i jeszcze samochodem między domy wjedzie, a przecież tego robić nie wolno!
Ove dla każdego ma oryginalny zestaw epitetów, Ove każdego opisze jako zlepek wad. Ove świata nie lubi i świat Ovego nie lubi.

Ove złamał mi serce. Dwa razy. I pewnie złamie jeszcze nie raz.
Kilka lat temu oglądałam film na podstawie książki Fredrika Backmana. Śmiałam się ze zrzędliwego, upartego dziada, który próbował ze sobą skończyć, a wszechświat nie był na to gotowy. I nad Ovem zapłakałam, bo to nie do końca tak, że on nikogo nie lubił. Jedyną wadą tego starego marudy było to, że miał zbyt wielkie serce.

Książki szukałam bezowocnie. Nakład się chyba skończył, a każdy kto posiada jeszcze egzemplarz, albo nie chce się z nim rozstać, albo chce na nim zarobić - oj Ove nie byłby zadowolony, że ktoś na nim zarabia.

Niedawno zadziała się prawdziwa magia, bo koleżanka z „bookstagrama” postanowiła, że mi książkę Backmana pożyczy i książka przyjechała do mnie wiele kilometrów. I Ove wszedł znowu do mojego życia ze swoim utyskiwaniem na wszystko i wszystkich.

Śmiałam się z opisów sąsiadów w głos. Ale kiedy zaczął wspominać zmarłą żonę ten mój „rechot” trochę ucichł. Bo wiecie, Ove lekko w życiu nie miał. Był tak uczciwy jak nam może się tylko marzyć, raczej nikt tak uczciwy nie istnieje. Nie miał też tych naszych „wielkich marzeń”, które musiałby realizować. Chciał jedynie spokojnie żyć, a że nie było mu dane, to zakuł się w pancerz.

W wielu, krótkich rozdziałach, pomiędzy obecnym życiem Ovego, migają nam wspomnienia. Składamy sobie jego życie jak potłuczoną porcelanę, kaleczymy się przy tym boleśnie.
Backman pisze bez żadnych ozdobników, nie boi się braku synonimów w tekście i uparcie powtarza imię Ovego, nie wymyśla określeń, które miałby go opisać. Ten jego bohater wchodzi pod paznokieć poprzez wydarzenia i czyny. Im byłam bliżej końca książki, tym mocniej strony traciły ostrość.
Nawet teraz, kiedy wspomnę sobie tego fikcyjnego przecież człowieka czuję, że się znowu rozpłaczę.
Narracja jest głównie w czasie teraźniejszym, a kreacja językowa bardzo mi pasuje do opowieści prostego człowieka, którym bez wątpienia Ove jest.
Co mam na myśli pisząc „prosty”? Nie skończył szkoły, nie miał sztucznie wyolbrzymionych oczekiwań, na temat tego, co chce w życiu robić. Nie gromadził bogactw, nie chciał mieć stale więcej wszystkiego. Żył, jak przeczytamy, w monochromatycznym świecie, dopóki... nie spotkał żony.

I ta relacja jest tak prawdziwa, jego wspomnienia tak żywe, że aż bolą. Każdy człowiek chce kochać i być kochanym. Od wieków piszemy różne „poematy” na ten temat. Lubimy uwznioślać to uczucie, bo jest tak naprawdę dla nas najważniejsze. Stale tworzymy nowe definicje miłości, komplikujemy, a tymczasem Fredrik Backman pisze tak:

„Kochać kogoś, to jak wprowadzić się do nowego domu - mawiała Sonja. - Na początku człowiek zachwyca się tym, co nowe, każdego ranka się dziwi, że to należy do niego, jakby się bał, że w każdej chwili ktoś może wpaść przez drzwi i powiedzieć, że zaszła pomyłka, że wcale nam nie przysługuje takie piękne mieszkanie. Ale z biegiem lat fasada niszczeje, tu i ówdzie drewno pęka i już kocha się ten dom nie za to, jaki jest doskonały, tylko raczej dlatego, że nie jest. Człowiek uczy się jego wszystkich kątów i zakamarków. Jak otwierać drzwi, żeby klucz nie blokował się w zamku, kiedy jest zimno na dworze. Które deski w podłodze się uginają, kiedy się po nich stąpa, i jak otwierać drzwi  szafy, żeby nie skrzypiały. To właśnie to, te wszystkie małe tajemnice sprawiają, że to naprawdę jest twój dom".

Żadnej melodramatyczności, patetyczności. Piękna metafora najpiękniejszego z uczuć.

Nie wiem jaki problem z książkami Fredrika Backmana mają polscy wydawcy... Wydają Jego książki, ale wcale ich nie promują. A jak my (czytelnicy) mamy Go poznać jak prawie nikt o nim nie mówi?

To druga z książek Fredrika Backmana, którą przeczytałam i druga, nad którą się odwadniałam, choć tym razem dużo bardziej niż przy „Miastu niedźwiedzia", o którym wspominałam o TUTAJ.

Co się stało z Ovem, co z jego twardym jak skała pancerzem, co z jadem, który wydostawał się na świat, jak tylko otwierał usta? Sprawdźcie jak się Wam uda znaleźć książkę (choć graniczy to z cudem), albo chociaż obejrzyjcie film, który dostępny jest na HBO GO (otrzymał dwie nominacje do Oscara).

Nie wierzę, że istnieje człowiek, którego historia starej zrzędy nie dotknie.

„Mężczyzna imieniem Ove”, którego jedyną wadą było zbyt wielkie serce.





Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 7 maja 2014
Liczba stron: 326
Kategoria: literatura piękna (tak, obyczajowa ;))
Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson
Lubiłam kryminały. Oj, lubiłam. Najbardziej te z szeroko opisanym tłem obyczajowym, czy historią, gdzie zagadkę trzeba było rozwiązać przez obserwację ludzkich zachowań, zbieranie poszlak w gęstej mgle ponurej atmosfery.
Najlepiej wspominam cykl: „Millenium” Stiega Larssona, a z serialowych przygód to bliski memu sercu jest „Most nad Sundem”.

Dlaczego w czasie przeszłym o tym lubieniu piszę? Ponieważ trochę się na kryminały gniewam, za powtarzalność motywów, za kalki śledztw...
Nie poddaję się jednak i czasem sprawdzam, czy mogą mnie one jeszcze czymś zaskoczyć.


„Doggerland. Podstęp” to debiutancka powieść Marii Adolfsson, urodzonej w 1958 roku Szwedki, otwierająca cykl (choć wydawca twierdzi, że serię, nie będę się więc spierać, jestem dość ugodowego usposobienia :)) o komisarz Karen Eiken Hornby z Doggerlandu - fikcyjnego archipelagu wysp między Wielką Brytanią a Skandynawią (nie tak do końca fikcyjnego - DOGGERLAND).

Karen ma, jak każdy szanujący się główny bohater kryminału, przeszłość, która daje, co jakiś czas, o sobie znać. Karen ma też szefa, męskiego szowinistę, z którym na co dzień toczy potyczki słowne, a po zakrapianym wieczorze ląduje w łóżku. Pech chce, że w tym samym czasie, kiedy będąca jeszcze na kacu komisarz, przemyka niczym cień do domu, ktoś morduje byłą żonę jej przełożonego. W związku z tym, że alibi Jounasa Smeeda, rzeczonego szefa bohaterki, jest trudne do potwierdzenia, a jak powszechnie wiadomo małżonkowie, nawet byli, mordują się najczęściej nawzajem, to prowadzenie śledztwa przypada Hornby.

Po, moim zdaniem, bardzo dobrym wprowadzeniu w fabułę i to dość szybkim, w porównaniu do postępów w śledztwie, Maria Adolfsson zwalnia. Staje się zarówno architektem i wykonawcą projektu. Jest niezwykle skrupulatna, fikcyjny świat jest mocno rzeczywisty. Czujemy się jakbyśmy tam byli. Jakbyśmy widzieli ulice, domy, przechodzili pomiędzy stojącymi przed barami
stolikami, z których obsługa jeszcze nie zabrała parujących, ale pustych już kieliszków. W bardzo dokładny sposób kreśli codzienność odciętego od świata społeczeństwa, tego jak strach przed obcymi zamyka na zwykłą życzliwość, jak niezrozumienie zamienia się w wrogość. 
O ofierze nikt nie może powiedzieć nic dobrego, nawet jej najbliższa rodzina. Jawi się ona jako złośliwa jędza, której ani życie, ani śmierć nikogo nie obchodziło i nie obchodzi. Tak jak i prowadzone przez bohaterkę śledztwo.
Chodzimy z komisarz Hornby i przyglądamy się mieszkańcom, zaglądamy im do domów, i do wspomnień. Pojawiają się w treści retrospekcje, nawiązania do istniejącej kiedyś na terenie Doggerlandzkich wysp, komuny.
Komuny, która jakoś mi się rozmywała, bo ani to Charles Manson, ani nawet sekta z drugiego sezony serialu „The Sinner”, takie nie wiadomo co.
Jak wspomniałam lubię powolną, ślamazarną akcję, która skupia się na wątkach społeczno-obyczajowych, na odkrywaniu ludzkich drugich twarzy, ale nawet dla mnie, było ich zbyt wiele, w stosunku do tego, co ich odkrycie niosło dla rozwikłania zagadki. 
Sam finał ślizgał się zaledwie na możliwościach jakie daje pokrętny ludzki umysł i był, no co tu wiele czarować, przewidywalny.

Jest jednak to COŚ w sposobie pisania Pani Adolfsson. Potrafi stworzyć klaustrofobiczny klimat na otwartej przestrzeni, potrafi wybudować słowami kompleks mieszkalno-usługowy i go ożywić. Potrafi plątać ze sobą wątki, na różnych osiach czasu i stworzyć ciekawą, choć wpisującą się w schemat, postać pani komisarz, a wszystko to zawiesić w tajemniczej mglistej atmosferze, która podsyca ciekawość.
Nie uważam, że „Podstęp” to rewelacyjny kryminał, dla mnie to jedynie dobry wstęp, do być może bardzo dobrego cyklu.
Niestety nie odnajduję w nim ani Stiega Larssona, do którego (według mnie) bliżej było „Niezależności” Maurycego Nowakowskiego, ani uwielbianego przeze mnie „Mostu nad Sundem”.

Ja, z kolei, widzę tu dość cichy, żeby nie napisać - smętny - (napisałam :)), klimat z walijskiego „Hinterland”, podczas którego zdarzało mi się uciąć sobie drzemkę, ale i tak uważam go za dobry serial. 

Choć zachwycona, nie jestem, nie jestem też i zawiedziona. Z miłą chęcią sprawdzę jak Maria Adolfsson rozwija swój warsztat pisarski i jak zmienia się jej, kluczowa dla cyklu, bohaterka.



Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 31. marca 2020 roku
Liczba stron: 480
Kategoria: kryminał 
Tłumaczenie: Agata Teperek



Żywopłoty - Maria Karpińska

Żywopłoty - Maria Karpińska

Żywopłoty - Maria Karpińska
Niezależnie od tego ile mamy lat to powtarzamy: „Mogło być gorzej”, „Nic”, jak mantrę. Postrzegamy życie jak centymetr krawiecki i po każdej minionej już dziesiątce zastanawiamy się - co dalej i wracamy do: „Mogło być gorzej”, „Nic”. Pojawia się i „Jest dobrze”, ale zdecydowanie zbyt późno.

„Żywopłoty” Marii Karpińskiej to zbiór opowiadań przypominających przekrój ludzkiego życia. Narrator, rodzaju męskiego, prowadzi nas przez dziesięciolecia, które ubrane w krótką formę wymakają się postrzeganiu czasu. Wydaje się, że jest zawieszony ponad nim. Jego opowieść o sobie samym, staje się opowieścią o Tobie, o mnie. Jest stale i wszędzie.

Dorastający mężczyzna i jego wybory, decyzje, zaniechania, błędy. Każda dekada to zapis codzienności, codzienności przemian. Dojrzewania i hodowania w sobie czułości, tęsknoty do drugiego człowieka, choćby podejrzanego przez „niebieską folię”, czy zapamiętanego przez powtarzany co wieczór gest, z jednoczesnym wycofywaniem się do własnej skorupy. To niejako studium samotności, mimo nawiązywania relacji damsko-męskich przez bohatera. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, choć jesteśmy istotami społecznymi, to wolimy się przyglądać, nie uczestniczyć, bo tak jest zdecydowanie bezpiecznej. Zadajemy pytania, ale czy chcemy wiedzieć?

<<„Naprawdę?” pytali czasem, ale to przecież zagajenie, partykuła, wtrącenie,  a nie prawdziwe pytanie i dlatego pisze się „prawdę” łącznie z „na”.>>

W niezwykle krótkich zapisach kolejnych dziesięcioleci Autorka zawarła ich esencję. Prawdę o człowieku, który zrozumiał jak wygląda świat, który mierzył wysoko, nie patrząc pod nogi, który wiedział wszystko, a nie wiedział nic, który prawdziwie zatęsknił, gdy już było za późno, który dostrzegł, jak już nie było nic. 

„Starość to niby czas podsumowań, ale gdy patrzę wstecz, nic nie widzę. Jakbym był pusty w środku, stworzony dziś rano, od razu taki - zdziadziały, zrzędliwy, zgrzybiały. Albo odwrotnie - jakbym obejmował parę życiorysów naraz, a jakby moje życie szło paroma równoległymi torami, a w każdym z nich poniósłbym porażkę, stał z boku, komentował, patrzył, nigdy jednak do końca nie uczestniczył, nie żył. Nie umiem powiedzieć, dlaczego tak się to poukładało, nie inaczej. Może od początku, od pierwszej chwili, pierwszego zdania coś poszło nie tak, umknęło, skrzywiło się i potem już takie zostało, przetrącone, nierówne”.

W opowiadaniach, które można czytać jako całość, pojawia się wiele odniesień do roślin, do cyklu ich życia. Pojawiają się też najlepsi przyjaciele człowieka - psy. Po tym jak ktoś je traktuje, możemy dostrzec to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. W oddaniu i miłości nie odnajdziemy fałszu.

Maria Karpińska opowiada językiem prostym, mówionym. Wprowadza powtórzenia, które budują komizm, nadają rytm i teksty po prostu krzyczą o czytanie ich na głos. A rozpoczęcie i zakończenie prologu dają złudzenie niekończącej się opowieści - jak melodia życia.
Czytelnik czuje jakby zanurzył się w głębi poznania, jakby przechadzał się pomiędzy ludzkimi powiązaniami, splątanymi jak korzenie, jakby to on widział i wiedział wszystko. Jakby to on był narratorem.

To jedna z tych książek, które choć zdają się skąpe w zdania, to rozrastają się w w czytelniku i nabierają sensu, kiedy zostaną przefiltrowane przez pryzmat jego doświadczeń.  A metafora, którą są tytułowe „Żywopłoty” sprawia, że pewien etap życia zaczynamy postrzegać inaczej.
 

Żywopłoty - Maria Karpińska


Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 26. lutego 2020 roku
Liczba stron: 176
Kategoria: literatura piękna

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski


#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski - recenzja - czy warto przeczytać?

"Lubiła kochankę męża.
 Nie miała jednak pojęcia,
 co stało się z jej ciałem."

Tyle właśnie powinien wiedzieć o fabule czytelnik, który postanowił przeczytać "Krok trzeci" Bartosza Szczygielskiego i ja nie napiszę o niej też nic więcej.
Choć historia tutaj przedstawiona jest kompletnie różna od tej, którą mieliśmy okazję poznać w cyklu o Gabrielu Bysiu, to parę cech wspólnych można w niej odnaleźć i ten charakterystyczny ciężki klimat.

Podczas czytania czułam się jakbym siedziała w zadymionym barze, w którym światło sączy się z nie całkiem sprawnego neonu. Klientela nie zachowuje się jakby była na wystawnym bankiecie.
Jest duszno, prawie ciemno, a dym gryzie w oczy i gardło. A mimo to siedzę, bo czuję dziwne poczucie związku z tymi ludźmi, którzy przestali wreszcie udawać kogoś kim nigdy nie byli. 

Czytam książki Pana Szczygielskiego tak, jakbym piła wysokoprocentowy alkohol. Otwieram i piję, to znaczy czytam. Zdecydowanie łatwiej mi się po nich budzi, ale też zdecydowanie dłużej je pamiętam. 

Świat przedstawiony w "Kroku trzecim" pozbawiony jest magii, choć Autor chyba lubi jednorożce. Taka prawdziwa beznadzieja codzienności. Na każdym rogu spotkamy kogoś, kto gotów nas opluć, choć nic o nas nie wie.
Żyjemy obok siebie, udajemy, że jest dobrze. Nie znamy swoich bliskich i nie znamy samych siebie.
Choć wydaje się, że to tylko rozrywka z gatunku tych mrocznych i brutalnych, często określanych jako męska, to jest to zdecydowanie coś więcej.

Szczygielski jest świetnym obserwatorem i to nie tylko kobiet, o których pisze w "Kroku trzecim". Wypomina nam m. in. nasz stosunek do osób starszych, czy odgrywanie ról, które nie mają nic wspólnego z tym, co czujemy. Jak pod szyldem troski skrywamy obojętność. Doskonale oddaje klimat małych miejscowości, w których wszyscy się znają jedynie z nazwisk.

Mistrz sarkastycznych metafor, które mnie i bawią... i zdają się idealnie wpasowywać w to, jak często cynicznie patrzę na rzeczywistość i tu już niekoniecznie jest mi do śmiechu.

Domyśliłam się w którą stronę akcja zmierza, ale nie wiem czy dlatego, że jestem uważna, czy dlatego, że wiele książek w tym gatunku przeczytałam i filmów obejrzałam, czy dlatego, że jestem świadoma tego, co w sobie mam.
To dobrze napisany thriller psychologiczny, z ciekawą zagadką, narastającym poczuciem niepokoju, z dobrze skrojonymi postaciami.
Znajdziecie tu drobne nawiązania do trylogii pruszkowskiej i znane z niej, charakterystyczne dla tego Autora połączenia rozdziałów za pomocą uzupełniających się zdań, czy poszczególnych słów.

Mój gust się zmienia, jak i oczekiwania. Nie zawiodłam się i nawet jak pozostawię książki z gatunku thrillera za jakiś czas za sobą, to dla Bartosza Szczygielskiego zawsze zrobię wyjątek.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 29. stycznia 2020
Liczba stron: 416
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

 




#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg - recenzja - czy warto przeczytać?
Ta powieść to doskonały przykład - jak nie powinno się sugerować opiniami innych czytelników. Chcąc, nie chcąc czytam opinie o książkach, które chce przeczytać.
Od teraz się to zmieni.
Dlaczego?
Przeczytałam, że książka jest w niektórych momentach trudna i niezrozumiała, że jest naszpikowana definicjami i terminologią ze świata ekonomii, matematyki etc.
Nie chciałam się męczyć i podświadomie odsuwałam lekturę w czasie. Od pierwszej strony rzuciłam się niczym prawdziwy śledczy do pracy w poszukiwaniu czegoś, czego nie zrozumiem, z przeglądarką internetową w pogotowiu. Dotarłam do 320 strony i nie odnalazłam tego, czego się bałam.

Świat pogrąża się w chaosie. Ludzie wychodzą na ulice, protestują by nie ponosić skutków kolejnego kryzysu gospodarczego. Korporacje, banki, państwa bankrutują, ale i tak najwyżej postawiona grupa ludzi nadal się bogaci. Noblista Herbert Thompson wraz ze swym asystentem Willem Cantorem zmierza na szczyt w Berlinie, by wygłosić odczyt, który ma zmienić losy świata. Znalazł złoty środek, dzięki któremu wszyscy, bez wyjątku, będą mogli dostatnio żyć. Jednak na niego nie dociera. Ginie w wypadku samochodowym, którego świadkiem jest Jan Wutte. Chłopak słyszy ostatnie słowa umierającego mężczyzny, które na początku wydają mu się bełkotem przypominającym - być może - czyjeś nazwisko. Idąc tym tropem spotyka na swej drodze człowieka, który znał asystenta noblisty i wspólnie będą chcieli odnaleźć to, co opracował profesor i przy okazji nie zginąć.

Akcja kręci się wokół poszukiwań treści tajemniczego odczytu, to ciągła ucieczka przed organami ścigania i ludźmi próbującymi usunąć wszelki ślad po teorii, którą Thompson z Cantorem mieli udowodnić i która miała zmienić świat. Cały czas coś się dzieje, więc czytelnik pędzi przez książkę jak pociąg. Rozdziały są krótkie, a powieść dzieli się na części nazwane "decyzjami". Na samym początku i na końcu znajdziemy fragmenty "Przypowieści o chłopach", której założenia będziemy odkrywać sami, zagłębiając się  w treść.
Tak, pojawiają się tutaj matematyczne zagadnienia, z których przechodzimy do ekonomicznych założeń. Poczułam się trochę jak za szkolnych lat... Jednak ja miałam tylko jednego nauczyciela, który w taki przyjemny sposób tłumaczył zasady rachunkowości i finansów. Reszta kadry wymagała jedynie podręcznikowych definicji, które ja - żeby zapamiętać - musiałam zrozumieć. Nawet wierszy na pamięć się tak uczyłam, jako związek przyczynowo-skutkowy, inaczej nie potrafię. Do dziś pamiętam jak na "Podstawach ekonomii", podczas odpytywania przez nauczyciela, wdałam się z nim w dyskusje, przez co lekcja trwała jedynie 15 minut. Na zakończenie powiedział do mnie: "bardzo dobrze, tak masz rację - siadaj trzy". Jeden z moich wyuczonych zawodów jest stricte ekonomiczny. Ja nie jestem zwolennikiem teorii, jakobyśmy dzielili się na umysły ścisłe i humanistyczne. W ogóle nie lubię kiedy się z góry nakłada komuś ramy, w których musi się odnaleźć, albo wypada poza zbiór.
Ja zawsze lubiłam się uczyć, zresztą nadal lubię - może stąd mój lekki zachwyt tą częścią książki. Naprawdę chciałabym, aby nauczyciele w taki sposób mnie uczyli, nie musiałabym sama dochodzić do tego, co z czego wynika w każdej definicji, której znajomości wymagali.

Wracając do książki... 

Autor chce zmiany fundamentalnego myślenia. I nie tylko o samą ekonomię, czy też równość finansową mu chodzi. Nie podaje jak to zrobić, ale jego myślenie i teoria, którą przedstawia jest logiczna.
Tylko w naszym postępowaniu logiki niestety brakuje.
Odkąd zaczniemy być samodzielni, to stale rywalizujemy ze wszystkimi wokół. Dążymy by mieć, nie oglądając się za siebie, chyba, że ktoś dostatecznie głośno wzywa pomocy, wtedy mu jej udzielimy.
Samo brzmienie tytułu książki - jest nacechowane negatywnie "CHCIWOŚĆ" - a gdyby już tutaj z minusa zrobić plus?
By mieć więcej trzeba - łączyć części i równo dzielić to, co uzyskamy. Wynika to z logicznego, matematycznego podejścia do problemu.

Świat jest różnorodny, każdy daje mu co innego, wnosi własną wartość. Jesteśmy jak puzzle, które razem tworzą dopiero pełen obraz.
Gdybyśmy od początku zakładali co możemy dać, a nie co zyskać - wszyscy byśmy w konsekwencji na tym skorzystali, ale... jesteśmy ludźmi, a nie równaniem matematycznym i świat, w którym aparat państwa nie jest potrzebny, raczej nigdy nie zaistnieje.
Autor porusza kwestię eliminowania działań niepożądanych, jednostek, które nic nie dają, tylko żerują na pozostałych, ale nie podaje jak zmiana ich nastawienia, czy ich wykluczenie miałoby wyglądać.

Ta książka to takie zaproszenie do dyskusji nad zmianą postrzegania świata. Pracy na wspólny rachunek i wspólnego - równego - podziału zysku, bez równego wkładu, nie wiem czy wyrażam się ze zrozumiale? Wkładu nie wartościuje się tak, jak zysku. Kiedy wszyscy będziemy dawać to samo (będziemy jednakowi) nie osiągniemy wzrostu zysku. Każdy wnosi coś innego bo - bez różnorodności nie ma współpracy, bez współpracy nie ma społeczeństwa, bez społeczeństwa nie ma dobrobytu...  

Podsumowując, tak po prostu - ŚWIETNA KSIĄŻKA, o której mogłabym pisać i pisać. Kojarzycie może ten obrazek z pokrojonym na równe części tortem, które po złożeniu nie dają 100 %? I żart mówi o tym, że to czego brakuje zostało na nożu?
Tutaj znajdziecie odpowiedź :)


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAB.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 464
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
 
#64 Czerwień - Małgorzata Oliwia Sobczak - premiera 4. września 2019 r.

#64 Czerwień - Małgorzata Oliwia Sobczak - premiera 4. września 2019 r.

#102 Czerwień - Małgorzata Oliwia Sobczak - recenzja - czy warto przeczytać?
Kryminał jest mi najbliższym gatunkiem literackim. Czytam je od wczesnych nastoletnich lat. Najbardziej lubię w nich kiedy nie tylko trzeba rozwiązać zagadkę - kto? ale i dlaczego to zrobił. Układam wtedy w głowie puzzle z informacji i rozmyślam nie tylko nad motywem, ale i nad procesem, który doprowadził do degeneracji człowieka, a stworzył mordercę.

"Czerwień" jak sugeruje okładka otwiera serię o mrocznie pięknym tytule "Kolory zła" autorstwa Małgorzaty Oliwii Sobczak. Trup pojawia się już na trzeciej stronie i to w niezwykle pobudzającej wyobraźnię scenerii wzburzonego morza i typowo depresyjnej aurze początków naszej polskiej wiosny.
Sprawą zajmuje się prokurator Leopold Bilski, a sama topielica nosi okaleczenie sugerujące jej związek ze sprawą sprzed 17 lat.
Okazuje się, że obie zamordowane kobiety były do siebie łudząco podobne, a im bardziej prowadzący sprawę prokurator zagłębia się w życiorysy ofiar, tym więcej widzi podobieństw.
Czy to możliwe, że mordercą jest ta sama osoba?
Ktoś czekał 17 lat by znowu zabić?
A może to naśladowca?
Dlaczego sprawa zabójstwa córki sędzi - Heleny Boguckiej z 1996 roku nie została rozwiązana? 

Ta książka jest niebezpieczna! Niebezpiecznie wciągnie Was w fabułę i nie wypuści do ostatniej strony. Autorka stworzyła niezwykle ciekawe postaci.
Pierwsza ofiara Monika Bogucka - dziecko z tzw. dobrego domu, z niczym nieograniczoną swobodą, jednocześnie pełne kompleksów i z bardzo niską samooceną.
Matka Helena Bogucka, kobieta u szczytu kariery sędziowskiej, tkwiąca w aranżowanym małżeństwie, nie potrafiąca nawiązać więzi z własnym dzieckiem.
Krążą z córką w okół siebie, raniąc się, jednocześnie nie znając się w ogóle, mimo że powinny być sobie najbliższymi osobami.
Świetnie napisane wątki obyczajowe, które pochłania się w mig.
Wątki mafijne, narkotyki i pasja - namiętność - sztuka?
Prokurator Leopold Bliski - często wykracza poza swoje kompetencje, łączy wątki, zbiera materiał dowodowy, czyta w przestępcach jak w otwartych księgach, nie wystrzega się jednak własnych problemów, głównie sercowych. Emocjonalna i ciekawa postać, której nie sposób nie polubić.
Fabuła wciąga i oplata niczym bluszcz. Podczas czytania się nie słyszy i nie widzi nic poza sopocką sprawą kryminalną. Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie. Akcja powieści toczy się w dwóch wymiarach czasowych  w 1996 roku i 2013. Mimo że są one wyraźnie zaznaczone i to mocną czcionką, to podczas czytania - łapałam się na tym, że nie wiem w jakiej osi czasu obecnie przebywam. Nie wiem z czego to wynikało, może to moje subiektywne odczucie, ale nie mogę powiedzieć, że było to winą rozproszenia, bo nic takiego nie miało miejsca.

Po przeczytaniu mniej więcej 1/3 powieści wytypowałam sprawcę i byłam trochę zawiedziona...ale tylko trochę, ponieważ nie odebrało mi to przyjemności z odkrywania późniejszych powiązań.
Świetnie splątane nici zdarzeń i niedopowiedzeń. Klimat nadmorskiego miasta poza sezonem świetny, czułam tę ponurą aurę całą sobą. Uważam, że to bardzo dobra propozycja i wielbiciele kryminałów z bogatym tłem obyczajowym, będą nią zachwyceni.
Całość oceniam na mocną 7/10 i czekam na kolejne części serii!


#102 Czerwień - Małgorzata Oliwia Sobczak - recenzja - czy warto przeczytać?


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAB.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 4. września 2019
Liczba stron: 384 (egzemplarz recenzencki)
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?

"Współczesność jest nudna, ale dodaj pogłos, a usłyszysz, jak czas odwraca bieg, ześlizguje się w przeszłość, w echo i nieszczęście".

Lubię dziwne historie. Czy to w filmie, muzyce czy książce - kiedy autor balansuje na granicy rzeczywistości i pozwala nam snuć dowolne przypuszczenia. Kupiłam tę książkę na wyprzedaży w Biedronce (!) przyciągnęły mnie brzydkie, przesunięte napisy - koszmar estety. Miało to zapewne oddawać trójwymiarowość treści, głębie, ale jest zwyczajnie nieczytelne i brzydkie. Przeczytałam opis, brzmiał nieźle - choć teraz po zakończonej lekturze odnoszę wrażenie, że autor tego opisu nie przeczytał tej książki...

Poznajemy dwóch zupełnie różnych chłopaków, których łączy jedna rzecz - ogromne serce, ogromna miłość do muzyki. Jeden pochodzi z biednej rodziny - Seth, drugi jest dziedzicem fortuny - Carter, ale obaj są dość wyalienowani i najlepiej czują się w towarzystwie dźwięków. 
Seth chodzi ulicami w słuchawkach i nagrywa wszystko w okół, potem to skrzętnie przesłuchuje i wyłapuje to, czego nikt inny by nie usłyszał. Carter natomiast jest kolekcjonerem płyt winylowych, szuka starych wydawnictw, pojedynczych sztuk, które kupuje za horrendalne kwoty. Kłócą się, godzą i tak w kółko. Udaje im się jednak założyć wspólnie studio i odnoszą ogromny sukces. Produkują utwory z duszą, które brzmią jak z dawnych lat, kiedy dźwięk nie był zupełnie czysty. 

Na jednym ze swoich spacerów Seth nagrywa śpiewającego mężczyznę, jego głos jest tak niesamowity, że obaj czują się jakby ich zahipnotyzował. Seth wie wszystko, co się działo, gdy nagrywał jak mężczyzna śpiewa, ale nie potrafi sobie przypomnieć jak wyglądał. Trafia na jego głos jeszcze parę razy i przy każdym takim spotkaniu mężczyzna wygląda inaczej i za nic w świecie chłopak nie potrafi go dokładnie opisać.
Raz udaje mu się nagrać też gitarę i kiedy odsłuchują nagranie w studio łączą tajemniczy głos z dźwiękiem gitary i tworzą utwór. Carter bez wiedzy Setha fałszuje do utworu etykietę - na której jest napisane, że autorem jest Charlie Shaw i umieszcza piosenkę w internecie.
Ludzie są zachwyceni, chcą kupić za ogromne kwoty płytę tego artysty. I wtedy zaczynają się problemy. Carter staje się ofiarą pobicia i leży w stanie śpiączki w szpitalu.
Seth odnajduje osobę, która również poszukuje Charliego Shawa - Chestera - i wraz z nim i siostrą Cartera - Leonie, ruszają śladem wyimaginowanego artysty. Podróżują przez Missisipi - co wraz z wszechobecnym bluesem tworzy niesamowity klimat. Poszukiwania trochę przypominają kryminalne śledztwo.

"Guglielmo Marconi, wynalazca radia, wierzył, że fale dźwiękowe nigdy nie cichną, że trwają, coraz słabsze i słabsze, maskowane codziennym gwarem świata. Marconi uważał, że gdyby był w stanie wynaleźć odpowiednio mocny mikrofon, mógłby słuchać dźwięków starożytności".

Pierwszy raz spotykam się z książką, w której - tyle i w tak magiczny sposób pisze się o muzyce. To nie jest książka dla każdego. To doskonała lektura dla tych co widzą, czują i słyszą znacznie więcej niż pozostali. Dla tych co wierzą, że jesteśmy nie tylko organizmem ale i energią. Świetne monologi wewnętrzne Setha, niezrozumienie otoczenia, poczucie wyobcowania i ta łatwowierność przez którą jego życie wywraca się do góry nogami.
Nie można również nie wspomnieć o niebywałym talencie pisarskim autora, lekkość pióra i opisy tonów, dźwięków w tak magiczny sposób, że nie tylko można je usłyszeć, ale i dotknąć. To wszystko otacza ciemna aura wszechobecnego rasizmu, segregacji rasowej. Atmosfera bywa ciężka,
wręcz depresyjna.  

Nie jest to książka, która "zmieniła moje życie", ale długo o niej nie zapomnę, z uwagi na tak niesamowite użycie zdań do opisania czegoś, czego nie widać. 

"To, co żyje, opiera się entropii. Posiada pewnego rodzaju granicę, błonę albo skórę, metabolizm, umiejętność reagowania na świat. I tworzenia kopii. Aby coś przekazać". 

Ode mnie 7/10. 

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?



Wydawnictwo: Wydawnictwo WAB


Data wydania: 28. lutego 2018

Liczba stron: 320

Kategoria:
literatura współczesna / angielska / obyczajowa

Tłumaczenie: Krzysztof Cieślik


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...