Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zysk. Pokaż wszystkie posty
Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

W zeszłym roku, również w marcu, pisałam o debiucie obyczajowym Katarzyny Kowalewskiej o „Pudełku z pamiątkami”. Była to, a tak właściwie to jest - nadal można tę powieść kupić, ciepła historia o kobiecej przyjaźni. „Pudełko z pamiątkami” ukazało się pod patronatem m. in. mojego bloga i zawsze będzie miało dla mnie szczególne znaczenie.

Niebawem, bo już jutro, 16 marca 2021 roku, do księgarń trafi „Podmiejski na koniec świata” - druga powieść obyczajowa tej autorki, a trzecia wydana. Ta również ukaże się pod patronatem www.podlasemczytane.pl.

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata  - Katarzyna Kowalewska

Główną bohaterką „Podmiejskiego...” jest 32-letnia Alicja (mistrzyni organizacji), która ma prawdziwy dar do ratowania ludzi z opresji. Ona pomoże nie bacząc na liczbę związanych ze sprawą nowych obowiązków! Dla każdego problemu znajdzie rozwiązanie i zawsze podpowie, co można by jeszcze poprawić - nie tylko w pracy, ale również w życiu.
Alicja nie widzi problemów... Alicja widzi szansę na rozwój.
Co z tego, że... czyjś.

Kariera Ali jakiś czas temu stanęła w miejscu, a związek... okazał się inny, niż wyobrażenia. Tymon, druga połowa Ali, to przesadnie dbający o siebie architekt, lubujący się w rozrywkowym życiu. Alicja natomiast lubi w ciszy i spokoju poczytać książkę. Para zdaje się przeczyć powiedzeniu o przyciąganiu przeciwieństw. Żyją w „laboratorium” Tymona razem, a jednak osobno.
Można mieć „wszystko” jednocześnie nie mając nic wartościowego.

Ryszard Miłkowski, prezes Fashion of Warsaw i szef Alicji, zleca jej nowe zadanie. W związku z tym kobieta trafia do nowego miejsca, gdzie będzie miała szansę pokazać co umie i być może coś zyskać.
Krótko po przyjeździe na „koniec świata” Ala poznaje kilku ciekawych ludzi, mierzy się z brakiem... wygód :) oraz zaprzyjaźnia się, również z kilkoma, czworonożnymi.
Jednak jak to zwykle w życiu bywa, droga na szczyt nie jest jedynie przyjemnym spacerem i nasza bohaterka będzie musiała zmierzyć się z ludzką nieżyczliwością, interesownością i... zakłamaniem.

„Podmiejski na koniec świata” to powieść napisana w innym klimacie niż wspominane „Pudełko z pamiątkami”, a sama Alicja bardzo różni się od „pudełkowej” Asi, jednak gdyby obie panie spotkały się w realnym życiu, na pewno znalazłyby wspólny język, a Maciek z „Pijanego skryby” nie pozwoliłby się tej dwójce nudzić.

Chociaż Katarzyna Kowalewska w swojej najnowszej powieści porusza poważne tematy, to i tak pojawia się odpowiednia dawka humoru. Wszystko się znakomicie uzupełnia.
Postaci, które tworzy są bardzo charakterystyczne i wielowymiarowe. Tu nie ma makiet, są prawdziwi ludzie, nawet ci, którzy wzbogacają tło.

Kiedy na scenę wkracza czarny charakter, to możemy być pewni, że zaprezentuje się wiarygodnie. U Kasi Kowalewskiej nikt nie jest w jednym odcieniu.

Akcja ponownie toczy się głównie w Grodzisku Mazowieckim i wierzcie mi, chciałabym tam pojechać i skonfrontować to, co widziałam oczami wyobraźni z rzeczywistością. Czułam się jakbym chodziła po tym mieście!

Kowalewska również bardzo dobrze osadza tę historię w czasie - czytamy o rzeczach, które znamy nie tylko z dzisiaj, ale i sprzed wielu lat. Tymi zabiegami tworzy więź między czytelnikiem, a postaciami, bo one dzięki obrazowo użytym dekoracjom ożywają.

Jedną z pasji głównej bohaterki jest czytanie, więc nie zdziwcie się, gdy okaże się, że powieści, które poleca nowej znajomej, dobrze znacie.
Ale to nie jej jedyne hobby, na pewno nie będziecie się z Alicją nudzić.
Subtelnie zarysowany wątek romansowy jeszcze wzbogaca tę historię.

To powieść o odnajdywaniu własnej drogi, o zmianach, których nie należy się bać, o odwadze bez której szczęście może nam przejść koło nosa.
Historia Alicji jest świadectwem tego, że i „koniec świata” może być tym, czego pragnęliśmy najbardziej. Warto się w życiu rozglądać, a pojawiające się okazje sprawdzać, żeby nie żałować, że się ich nie wykorzystało.

„Podmiejski na koniec świata” przeczytałam „na raz” i trochę żałuję, że czyta się szybciej niż pisze... ale jestem cierpliwa i wytrwale czekam na kolejną powieść Katarzyny Kowalewskiej.



Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Podmiejski na koniec świata" trafi do sprzedaży 16 marca 2021 roku.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 16 marca 2021
Liczba stron: 228

Kategoria: literatura obyczajowa
Mag - John Fowles

Mag - John Fowles

„Okłamujemy się, wmawiając sobie, że lubimy ludzi; jest to iluzja umożliwiająca nam życie w społeczeństwie. Od dawna się jej wyzbyłem, tu zresztą nie jest mi potrzebna. Ty chcesz, aby cię lubiano. A ja chcę tylko istnieć. Być może zrozumiesz kiedyś, co chcę przez to powiedzieć.
I uśmiechniesz się.
Nie będzie to uśmiech kpiny. Będzie to uśmiech zgody”.

Mag - John Fowles

To jak? Chcecie by Was lubiano? :)

John Fowles to angielski pisarz i eseista. Pracował jako nauczyciel, jednak po wydaniu „Kolekcjonera” (jego pierwszej wydanej książki) zrezygnował i poświęcił się pisaniu. „Mag” - jego pierwsza powieść (napisana jako pierwsza) opiera się poniekąd o jego osobiste doświadczenia, ponieważ główny bohater, podobnie do Autora, przybywa na grecką wyspę, aby uczyć angielskiego. W 1977 roku ukazało się jej drugie i zmienione wydanie.

To „Maga” uważa się za największe dzieło Fowlesa.
Jak długo powstawał, jak zmieniała się jego treść i dlaczego, dowiecie się z przedmowy samego Johna Fowlesa.
 

Mag - John Fowles

„Mag” jest podzielony na trzy części, a każdą z nich otwiera cytat z „Niedoli cnoty” Markiza de Sade'a.
W pierwszej poznajemy głównego bohatera
- młodego Anglika (Nicholasa Urfe'a), który przyjmuje ofertę posady nauczyciela angielskiego na greckiej wyspie Phraxos, kończąc przy okazji krótki romans z młodą Australijką, Alison, która również wkrótce zaczyna nową pracę.
Rozstają się, jednak nie definitywnie. Wymieniają ze sobą listy.

Tajemnica, jaka zawsze kryje się w początkowej fazie nowego doświadczenia, nie jest w stanie na tyle zająć Nicolasa, żeby nie czuł się osamotniony. Do tego czas świąt Bożego Narodzenia nie nastraja go zbyt optymistycznie, bądź co bądź to święta rodzinne i niezbyt miło spędza się je w nowym miejscu i to bez nikogo bliskiego.
Podczas jednego ze swoich spacerów w pięknych okolicznościach przyrody dostrzega willę. To jej właściciel będzie miał wpływ na losy naszego bohatera.
W drugiej części „Maga” uczestniczymy w dziwnym, niepokojącym teatrze zdarzeń, w którym trudno rozróżnia się prawdę od fikcji.
Z kolei w trzeciej części akcja skupia się na powrocie bohatera do Anglii i konsekwencjach wpływu jaki wywarł na niego pobyt na wyspie oraz odkrywaniu prawdy i to nie tylko tej oczywistej - dotyczącej dziwnych zdarzeń. 

Nicolas Urfe to egocentryk, ale kto nim nie jest, albo nie był - zapewne znajdzie się ktoś, kto będzie twierdził, że jest zdolny do ascezy...
Bohater to młody chłopak skoncentrowany na sobie, który myśli tylko o przyjemnościach, głównie tych cielesnych. Irytujący do granic możliwości młodzian patrzący, ale nie widzący.
Zapewne można go nie lubić, ja nie czuję do niego negatywnych uczuć, ja go rozumiem. To młodość, to chęć próbowania, to wrażenie nieśmiertelności, to chęć doznawania niekończących się uciech i kompletna nieświadomość konsekwencji.

Eleutheria.

Czym tak naprawdę jest wolność? Wolność „do” czy wolność „od”? 

 

„Im lepiej zrozumiesz, na czym polega wolność, tym mniej będziesz z wolności korzystał”.

Człowiek, którego bohater nazywa Conchisem, tak naprawdę rozpisuje mu scenariusze, które z prawdziwym rozmachem realizuje.
Snuje również przed nim historie (opowiada swoje życie), w tych miejscach „Mag” ma formę powieści szkatułkowej, nie wszystkie z przedstawianych opowieści są bardzo zajmujące, i być może to właśnie w tym zabiegu znajduje się problem czytelników, którzy po lekturze piszą, że się niemożebnie wręcz nudzili.

„Niestety”, trzeba być, czytając „Maga”, bardzo uważnym i zaangażowanym, bo łatwo można stracić wątek, a ten okazuje się niezbędny w zrozumieniu kolejnych zdarzeń.

Fabuła to taka arena do zabawy w Boga. Reżyser coś daje, potem zabiera. Szepcze, a czasem krzyczy życiowe prawdy, i to wiele razy.
Manipuluje? Znęca się? Zdecydowanie.
Życie jako scena, na której gramy stale będąc nie tylko podglądanymi, ale i przez innych kształtowanymi wcale nie jest czymś nierealnym.
Ile razy zdarzyło się Wam, choćby podczas spaceru, zaniechać czegoś, bo ktoś może to zobaczyć? Nie musicie odpowiadać, ja wiem - zdanie innych na pewno Was nie interesuje :)

„Mag” to  mieszanka gatunkowa, pełna nawiązań do świata literatury nie tylko w jednoznaczny sposób, dająca rozrywkę (ja naprawdę byłam ciekawa do jakiego finału akcja prowadzi), jednocześnie naszpikowana mądrymi i uniwersalnymi zdaniami. Wielowymiarowa.
Przez narrację pierwszoosobową możemy stać się w większym lub mniejszym stopniu tym młodzianem. Ja akurat stałam za nim.

Nie czuję jednak, abym została w jakiś sposób oświecona.
Ale nie wiem też czy taki też był cel „Maga”, skoro sam Autor poprawiał tę powieść niejako z dystansu, wraz z nabywaniem doświadczenia życiowego. Byliśmy, choćby w niewielkim stopniu, takimi egotycznymi fascynatami przyjemności - hulaj dusza, piekła nie ma... Chociaż może lepiej nazwę nas hedonistami, lepiej brzmi, to ładne słowo, i ma pozytywny wydźwięk.
Słowa, parę liter, które podobno nie mają znaczenia.

Wracając na chwilę do tego piekła: a co jeśli piekło to sami sobie gotujemy, kiedy przychodzą wyrzuty sumienia?

„Każda śmierć obciąża żywych potwornym uczuciem współwiny, każda śmierć jest wyzbyta wielkoduszności, nakłada ciężar odpowiedzialności, jak bransoletka z jasnych włosów nałożona na nagą kość”.

„Mag” to na pewno powieść, do której się wraca. Powieść, w której można stawać się nie tylko główną postacią, a każdą inną i przyjrzeć się konsekwencjom podejmowanych przez nią działań. Bo chcemy czy nie, to zawsze oddziałujemy na innych.

Dobrze się bawiłam odnajdując znane motywy i podziwiając piękne i mądre zdania, z których przesłaniem bardzo się zgadzam. Już dla samych tych zdań, warto tę powieść poznać.
Pomimo niektórych opisów, które próbowały uśpić mą czujność, to czytałam z zainteresowaniem.

O co chodzi każdemu człowiekowi? Czego szuka? Czego pragnie?

Jak jeszcze nie wiecie to być może właśnie w „Magu” znajdziecie odpowiedź. Ja ją znałam, więc może dlatego, aż tak bardzo jakbym chciała nie zachwyciłam się dziełem Fowlesa.

Mag - John Fowles

*„Mag” był w 1968 roku zekranizowany, scenariusz napisał sam John Fowles.


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 3 listopada 2020 (wznowienie)
Liczba stron: 392
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Ewa Fiszer




#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre

#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre

#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre
Jakiś czas temu praktykowałam czytanie kilku książek w jednym czasie.
Musiały być one kompletnie inne i często jedną z ich była książka popularnonaukowa. Zgłębiałam wiedzę w dziedzinach żywienia, czy tych około treningowych.
Kiedy zobaczyłam, że Wydawnictwo Zysk i S-ka wydaje "Szkodliwą medycynę Bena Goldacre'a nie mogłam sobie odmówić tej lektury. 

Ben Goldacre to brytyjski lekarz, pisarz i dziennikarz naukowy, który jest głównie znany z z kolumny "Bad Science" w "The Guardian". Krytykuje różne formy pseudonauki i medycyny niekonwencjonalnej.
Oryginalny tytuł "Szkodliwej medycyny" to właśnie "Bad Science".

Przyznaję, że spodziewałam się czegoś kompletnie innego. Większego udziału samej medycyny, nawet tej niekonwencjonalnej, ale nie poddawałam się i czytałam dalej. Być może za rozdziałem trzynastym coś takiego się pojawia, być może ponieważ nie byłam w stanie tej książki przeczytać.

Zgadzam się, że Autor wiedzę posiada i prawdopodobnie chce się nią dzielić, ale kiedy robi to w tak protekcjonalnym stylu jak Ben Goldacre to niestety, ale ja tego nie kupuję. 

Kiedy czytam książkę nie chcę by Autor zwracał się do mnie jak do półgłówka, żeby nie zakładał, że jestem mniej inteligenta od niego, a niestety takie wrażenie po tych kilkunastu przeczytanych rozdziałach odniosłam. 

Pisze o dziwnych, nic wnoszących praktykach w szkołach, które mają pobudzić uczniów do koncentracji, a tak naprawdę są bezwartościowe.
Spotkamy się tu naciąganiem klienta na różnego rodzaje kuracje detoksykujące organizm.
Porusza temat oszukiwania klientów branży kosmetycznej - jakoby jakikolwiek krem mógł mieć inne właściwości niż jedynie nawilżające.
Dowiemy jak manipuluje się wynikami testów, jak dopasowuje się statystki do własnych potrzeb żeby sprzedać lek.
Jak jesteśmy podatni na wszelkie sugestie - my - bo przecież sam Autor zapewne nie jest.
Wspomina obszernie o homeopatii, że nie istnieją żadne badania, które potwierdzałyby, że ona naprawdę działa. Połykamy tylko tabletki z cukrem - efekt placebo. Ale jednocześnie ten sam Autor pisze o mocy roślin, które jak wiemy, stosuje się w homeopatii.
Obszernie rozprawia się z Gillian McKeith - amerykańską dietetyczką i osobowością telewizyjną. Dostaje się też ogólnie dietetykom.
I tak jeszcze mogłabym długo wymieniać - wiedzy w tej książce na pewno nie brakuje, choć odkrywcza również ona nie jest, a nie uważam się za przesadnie w tych dziedzinach wykształconą.

Nie brakuje też przydługich mów o tym, czego sam Autor dokonał i do jakich to dokumentów uzyskał dostęp. Superbohater.
Jednak sposób jej podania dla mnie nie jest ani pełen goryczy, ani pełen sarkazmu, a tym bardziej nie widzę tu żadnego żartu - choć do tej pory myślałam, że rozumiem brytyjskie poczucie humoru.

Mimo szczerych chęci - nie mogę zmusić się do jej przeczytania.
Zmęczyła mnie ta książka. Nie wiem ile to "zasługa" samego Autora, a ile Tłumacza - choć zakładam, że wiernie oddał to, co Goldacre chciał przekazać. 

Niedawno czytałam żartobliwe podsumowanie stopni edukacji: kiedy kończysz licencjat - myślisz, że wiesz wszystko, kiedy kończysz magistrat - myślisz, że nic nie wiesz, a kiedy kończysz doktorat - wiesz, że to inni nic nie wiedzą.
I chyba w takim tonie właśnie, jest napisana ta książka.


Nie mogę jej nikomu odradzić, ani nikomu polecić.
Ocenić też nie potrafię, bo nie dobrnęłam do końca.






Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 5. listopada 2019
Liczba stron:426

Kategoria: popularnonaukowa

Tłumaczenie: Aleksander Wojciechowski

#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

Nie lubię świątecznych książek... Odstraszają mnie tym wciskanym na siłę cukierkowatym klimatem. Lubię święta, ale nie lubię jak mi ktoś wmawia, że to jedyny magiczny czas w roku, kiedy może wydarzyć się coś cudownego... Wracając do meritum... W kwestii świątecznych historii zainteresowały mnie jedynie klasyczne opowieści Dickensa i antologia "Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne". 

Na tę antologię składa się piętnaście opowiadań z kanonu brytyjskiej klasyki. Trzeba mieć to na uwadze sięgając po tę książkę. Znajdziemy tu historie napisane przez znanego, chyba wszystkim, Arthura Conana Doyla i mniej znanych lub też kompletnie zapomnianych pisarzy, z których wielu publikowało pod pseudonimami. Co ciekawe wielu autorów cenił sam Alfred Hitchcock adaptując często ich powieści. Wszystkie opowiadania łączy świąteczny czas akcji, mimo że często dzielą je lata. Charakteryzują się typowo brytyjskim klimatem, nie znajdziemy więc tu porywającej akcji. Będziemy dużo dedukować i to czasem w mało morderczych historiach - takich jak kradzieże, krwi będzie niewiele, choć pojawią się sztylety, będą też spektakularne otrucia i inne mordy z tych "mało brudzących ręce".
Każdą historię otwiera krótka biografia autora, z której to - dowiemy się jak bardzo znany był autor w czasach których żył, co publikował i czy to właśnie jego powieść upatrzył sobie sam Alfred Hitchcock.

Skłamałabym jakbym napisała, że wszystkie były świetne. Jak to w przypadku antologii bywa opowiadania są różne i siłą rzeczy nie mogą podobać się wszystkie. Dwa z nich przeczytałam i w momencie pisania tych słów już nie pamiętam o czym były - "Salonowe sztuczki" Ralpha Plummera i "Szczęśliwe rozwiązanie" Raymunda Allena - zastrzelcie mnie, ale nie przypomnę sobie tych opowieści. 

Pozostałe prezentują, jak dla mnie, dobry i bardzo dobry poziom i zaangażowałam się w rozwiązywanie tych zagadek. Wiele z nich łączy również częste nawiązywanie do Charlesa Dickensa i ten trochę mroczny klimat świąt, kiedy do naszych drzwi może zapukać strudzony wędrowiec, o niekoniecznie miłych zamiarach.
Powtarza się również motyw "zamkniętego pokoju" i poszukiwania winnego wśród wieczornych gości. 

"Patrzyła na tę czarną szczelinę i rozpoznała pierwszy sprawdzian dla swoich nerwów. Później miały przyjść kolejne. Uzmysłowiła sobie, że w swoim chłodnym i praktycznym "ja" wozi histerycznego, neurotycznego pasażera, który z pewnością mocno da jej w kość swoimi natrętnymi sugestiami i nieprzyjemnymi przypomnieniami". 
*"Figury woskowe" Ethel Lina White

Najbardziej podobały mi się "Niebieski karbunkuł" Arthura C. Doyla,  "Nieznany morderca" H.C. Baileya, "Nieoczekiwany zwrot w sprawie" Margery Allingham, "Figury woskowe" Ethel Liny White - gdzie pojawia się lekki klimat grozy i "Śnieżna zagadka" Nicholasa Blake-a - która z kolei skojarzyła mi się z "Morderstwem w Orient Expressie" Agathy Christie. 

Brytyjskie kryminały świetnie rozkładają na czynniki pierwsze ludzką naturę. Wskazują, że zło współistnieje i jest w każdym człowieku, więc każdy na kogo patrzymy może być przestępcą. Zaufaniem, więc, powinniśmy operować niezwykle uważnie. 

"Nie zauważyłeś, że czasem ludzie bardzo angażujący się w cierpienie innych, czynią to tylko po to, aby sobie popatrzeć?"
*"Nieznany morderca" H.C. Bailey

Podoba mi się język, którym kiedyś się posługiwano - pamiętajmy, że  powstały na przełomie XIX i XX wieku. Jest bogaty i naprawdę pięknie brzmi. Jestem w tej kwestii trochę dziwakiem, ponieważ lubię czytać na głos - kiedy tekst, aż się prosi, aby popracować nad nim głosem, ćwicząc przy okazji dykcję.
Kompletnie zmienia to odbiór i chyba nie muszę opisywać jakie korzyści płyną z głośnego czytania?

Polecam czytać je w odstępach czasu, najlepiej wieczorem i to pod kocem i herbatą, wtedy darmowa podróż w czasie - gwarantowana.
Jeżeli, więc wiecie z czym się wiąże brytyjska klasyka, nie boicie się tego, że trzeba będzie przy czytaniu poświęcić trochę więcej uwagi niż w przypadku sztampowych i współczesnych kryminałów, nie oczekujecie morza krwi i trupiego festiwalu - to zdecydowanie je Wam polecam. 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 26. listopada 2019
Liczba stron: 328

Kategoria: kryminał/opowiadania
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń, Jerzy Łoziński
#72 Letnia noc - Dan Simmons

#72 Letnia noc - Dan Simmons


#110 Letnia noc - Dan Simmons - recenzja - czy warto przeczytać?

Kiedy chodzi o Dana Simmonsa nigdy nie będę zupełnie obiektywna. Po protu uwielbiam jego styl. Ubiera w słowa światy, które od dawna żyją w mojej głowie. Buduje miasta, tereny, tworzy ludzi i ich emocje za pomocą niezwykle bogatych i długich zdań, które zawsze fundują mi mroczne marzenia senne.
"Letnia noc" stała już od jakiegoś czasu na moje półce zasilając zbiór tzw. stosu hańby. Simmons się nie rozdrabnia, jak długie zdania tworzy, tak samo nie oszczędza na stronach powieści. Za każdym razem choć lubię go czytać wzbraniam się przed lekturą z uwagi na samą wagę książki.
Kiedy zobaczyłam, że wielkimi krokami zbliża się premiera "Zimowego nawiedzenia" postanowiłam dłużej nie zwlekać i przeczytać "Letnią noc".

Powieść opowiada o lecie 1960 roku, które stało się niezwykłe dla grupki dzieci z miasteczka Elm Heaven w stanie Illinois. Skończył się rok szkolny i gmach Old Central School dla jej uczniów odchodzi w zapomnienie nie tylko z uwagi na początek wakacji, ale i rychłe plany wyburzenia budynku, który skrywa wiele tajemnych przejść i zdążył wpisać się już w miejskie legendy. 

W Elm Heaven dochodzi do zaginięcia chłopca, a okoliczne dzieciaki chcąc je wyjaśnić patrolują na rowerach okolice. Podejrzewają oczywiście osoby powiązane ze szkołą :) Ulice przemierza straszny Trupowóz, którego kierowca chce zabić jednego z chłopców, inny z bohaterów z kolei spada ze ściany budynku, a następny odnajduje dziwny tunel, a temu wszystkiemu przygląda się milczący żołnierz, który jak się później okazuje ma jakiś związek z babcią jednego członków patrolu.
W miasteczku zaczynają ginąć zarówno dorośli  jak i dzieci, ale jak to w świecie zwykle bywa, ci wyżsi i starsi nie widzą w tym udziału sił nadprzyrodzonych, a jedyne następstwa nieszczęśliwych wypadków.
Tymczasem grupa dzieci dostrzega rozlewający się po okolicy mrok, który w dziwny sposób łączy się z historią pewnego dzwonu, którego dźwięki od czasu do czasu słychać w nocy.

Dan Simmons choć utrzymuje powieść w znanej nam konwencji - dzieci, wakacje, nadprzyrodzone siły, biblioteka, zbieranie informacji - to robi to we własny sposób. 
Grupa, którą tworzą dzieciaki, jest pełna indywidualności - nie są oni niczym trzej muszkieterowie. Każdy z nich jest inny, każdy ma własne marzenia, cele, nikt tu nie opływa w luksusy i nikt tu nie chce się poświęcać dla ogółu.
Autor nie boi się również krwawo wymazywać kolejnych bohaterów historii. Akcja jak to w jego powieściach bywa rozwija się powoli. Z ogromną skrupulatnością opisuje nam topografię miasta, wygląd poszczególnych bohaterów czy którejś z demonicznych emanacji. 

Historia, która z początku przypomina jedynie wakacje z przygodami zmienia się w prawdziwy horror. Dzieci próbują ratować świat przed zalewającym je piekielnym złem, którego dorośli zdają się w ogóle nie dostrzegać. Co ciekawe każdą z dziecięcych akcji przeciwstawienia się demonom za pomocą na przykład ognia, dorośli są w stanie zawsze wyjaśnić; nie biorąc pod uwagę nieletnich.

Bardzo podobało mi się nawiązanie do wcześniejszej - sprzed Ekspedycji Franklina - historii Erebusa - w połączeniu z wykorzystaniem motywu przeklętego Dzwonu Borgiów, który ma rozpocząć apokalipsę. Pojawiają się tu nawiązania do Aleistera Crowleya, czy do ekranizacji noweli Edgara Alana Poe - "Zagłada domu Usherów". Autor funduje nam prawdziwą plejadę demonów, strachów, straszydeł i tajemnic przeplataną wyszukanymi rodzajami śmierci - od teraz inaczej będę patrzeć na pracujące kombajny. 

Mimo ogromu powieści i niezwykle bogatych opisów nie sposób się podczas czytania nudzić. Myślę, że to jest właśnie zasługa mrocznie magicznego stylu Simmonsa. Jego umiejętności żonglowania faktami, czerpania z dzieł innych autorów w połączeniu z kreacjami jego umysłu. 
Podobno dzieci widzą więcej, mają bogatszą wyobraźnię.
Kto nie pamięta swoich strachów z dzieciństwa? A co jeżeli nie były to tylko wyobrażenia?
8/10. 

#110 Letnia noc - Dan Simmons



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 29. listopada 2018
Liczba stron: 727
Kategoria: horror

Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
#65 Porozmawiajmy z... Anną Potyrą - autorką  "Pchły".

#65 Porozmawiajmy z... Anną Potyrą - autorką "Pchły".

 O natchnieniu, zbieraniu materiałów i pisaniu książek
"Pchła" powieść spod pióra Anny Potyry miała premierę 9. lipca 2019 roku.
To kryminał, który łączy w swojej fabule wątki II wojny światowej
z teraźniejszością; zbiera wysokie oceny i pochlebne opinie.

Autorka do tej pory pisała książki dla dzieci, więc jest to jej kryminalny debiut, w moim odczuciu bardzo udany. 



Anna Potyra
Anna PotyraUrodzona w 1982 roku w Warszawie.
Z wykształcenia anglistka.
Mama czterech córek.
Autorka książek dla dzieci.
W wolnych chwilach pisze lub jeździ konno.
"Pchła" to jej debiut kryminalny.




Udało mi się zadać autorce parę pytań - odnośnie pomysłów, zbierania materiałów i samego procesu twórczego oraz tego czy możemy spodziewać się kolejnych śledztw prowadzonych przez komisarza Adama Lorenza.
Zapraszam na rozmowę!


Pod_lasem_czytane: Na samym początku muszę wspomnieć, że “Pchła” mnie opętała. Chodziłam z książką wszędzie, by móc co chwilę przeczytać chociaż fragment. W noc, po rozpoczęciu czytania, obudziłam się z przekonaniem, że ktoś stoi w rogu mojej sypialni… Skąd umiejętność tak sugestywnego przedstawiania scen? Lubi się Pani bać?

Anna Potyra: Nie, nie lubię się bać. Jednak w swoich książkach staram się zanurzać czytelników wszystkimi zmysłami. Moi bohaterowie przeżywają cały wachlarz emocji, również strachu. I wtedy muszę przedstawić go tak, by czytelnik go poczuł.

Wiem, że “Pchła” to Pani debiut kryminalny, wcześniej pisała Pani książki dla dzieci. Podejrzewam, że proces powstawania całej historii może być zbliżony, a jak jest w pomysłami? Które przychodzą łatwiej?

Tworzenie dla dzieci jest łatwiejsze tylko dlatego, że fabuła jest mniej zawiła i nie potrzebuję skryptu na 20 stron, którym podpieram się przy pracy, żeby się nie pogubić. Czyli tak naprawdę chodzi o skalę i rozmach projektu. Jednak z pomysłami sprawa wygląda podobnie. Czasem wpadają nagle i niespodziewanie, innym razem godzinami szukam rozwiązań. 
#103 Porozmawiajmy z... Anną Potyrą - autorką  "Pchły".

Pisanie nie jest ani szybkim, ani też łatwym zajęciem. Czy przed przystąpieniem do tworzenia fabuły “Pchły” czytała Pani dużo na temat pracy policji i historii II wojny światowej, której wątki zgrabnie Pani połączyła?

Owszem, czytałam dużo zarówno przed rozpoczęciem pisania, jak i w trakcie. Doszkalałam się nie tylko w zakresie pracy policji czy przebiegu rzezi na Woli, ale również technik kradzieży samochodów, nomenklatury boksu. Przeczytałam dziesiątki stron forów kolekcjonerów starej broni, obejrzałam masę filmików z treningów bokserskich, żeby poczuć ich klimat. Naprawdę dużo różnych dziwnych rzeczy przewinęło się przed moimi oczami :-)

Kryminałów raczej nie piszą osoby, które ich nie czytają. Dużo literatury z tego gatunku Pani przeczytała zanim zaczęła pisać swój? A może jest jakiś szczególny pisarz lub też szczególny tytuł, po którego przeczytaniu stwierdziła Pani, że chce iść właśnie w tym kierunku?

Zaczęło się dawno temu od Agathy Christie. Ale to chyba książki Jo Nesbo sprawiły, że w mojej głowie pojawiła się myśl: „Ja też tak chcę…” Wtedy traktowałam to jako marzenie z gatunku tych abstrakcyjnych, co to wiadomo, że nigdy się nie spełnią. Ale z czasem (naprawdę nie wiem jak to się stało) zmieniły się w plany i wreszcie podjęłam to wyzwanie.

Proces twórczy jakim jest pisanie historii jest dość nieprzewidywalny, bo może zdarzyć się ten gorszy dzień, kiedy wszystko idzie jak po grudzie, a jak jest wtedy z tekstem i pracą nad nim? Zdarzają się Pani taki dni twórczej niemocy? Czy może stara się Pani pisać na siłę?

Zdarzają mi się dni, że tekst płynie sam, ale jednak mimo wszystko to jest bardziej kwestia pracy i wytrwałości, niż natchnienia. Bardzo często jest tak, że gdy zaczynam pracę mam pustkę w głowie. Piszę, kasuję, piszę, kasuję i czuję frustrację, bo wiem co chcę napisać, ale nie znajduję odpowiednich słów. Mijają dwie godziny a ja mam pół strony. A potem nagle wchodzę w tekst, on mnie porywa i słowa wskakują tak szybko, że ledwie nadążam je pisać. Ale żeby tam dojść, muszę powalczyć. Jeśli mam zaplanowane 3 godziny pisania, to piszę 3 godziny. Nawet jeśli początek jest trudny. 
 #103 Porozmawiajmy z... Anną Potyrą - autorką  "Pchły".

Czy po tak dobrym przyjęciu możemy spodziewać się kolejnego śledztwa komisarza Adama Lorenza? Czy Iza Rawska się pomyli? :)

Tak, tom drugi już na warsztacie. Ponieważ dla mnie nośnikiem książki są emocje, Iza na pewno będzie miała szansę rzucić nowe światło na sprawę. Zawodowo na pewno będą się z Adamem świetnie uzupełniać. A prywatnie? Jeszcze się nie zdecydowałam :) 

Czy odczuwa Pani mocno emocjonalny związek z postaciami, które Pani stworzyła? Czy któraś jest Pani szczególnie bliska? 

Lubię swoich bohaterów. Gdy piszę, czuję się, jakbym spędzała czas w gronie znajomych. Jednak nie mam faworytów. 

Czy uważa Pani, że napisanie kryminału bez wszechobecnych krwawych zbrodni, tak by ludzie chcieli je czytać jest jeszcze możliwe? Czy może szukamy w nich właśnie koncertu przemocy? 

Nie uważam, żeby makabryczne i krwawe zbrodnie były elementem koniecznym. Wprawdzie zmienił się trochę styl pisania. Współczesne kryminały są dużo bardziej dynamiczne i sensacyjne niż klasyka gatunku, gdzie detektyw rozwiązuje zagadkę siedząc w fotelu, ale mimo to można podziałać na wyobraźnię i emocje czytelnika bez epatowania przemocą.

Na koniec wrócę do strachu. Czy po tym jak książka trafiła do czytelników, bała się Pani o jej odbiór? Czy może była Pani pewna sukcesu?

Oczywiście, że odczuwałam duży niepokój. Włożyłam w tę książkę mnóstwo pracy i emocji. Chociaż na początku nie zastanawiałam się nad tym. Przez długi czas byłam zadowolona, że książką zainteresowało się kilka wydawnictw, przeżywałam miłe emocje związane z oczekiwaniem, współpracą z redaktorami itd. Ale gdy wreszcie przyszła data premiery, uświadomiłam sobie, że wystawiłam się na publiczne biczowanie. Na szczęście „Pchła” została przyjęta bardzo ciepło. Przeczytałam dużo miłych słów na jej temat. To bardzo motywuje do dalszej pracy. Dołożę wszelkich starań, żeby nie zawieźć Czytelników w kolejnym tomie!
 
#103 Porozmawiajmy z... Anną Potyrą - autorką  "Pchły".

Bardzo dziękuję za rozmowę i poświęcony czas!
Życzę samych natchnionych dni i wielu sukcesów!

"Pchła" ukazała się nakładem Zysk i S-ka.


#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja

#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja


#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?
 
"Czy historia, którą opowiadam, jest fantastyką, opowieścią grozy, literaturą faktu, obyczajową, realizmem magicznym, wyimkiem biografii, powieścią psychologiczną, pamiętnikiem wariatki, sennikiem?"

Alina została adoptowana i niewiele pamięta ze swojego dzieciństwa. Jej przybrany ojciec Mateusz, przed śmiercią zostawia jej teczkę z artykułami dotyczącymi sprawy sprzed dwudziestu lat. Okazuje się, że pracował wtedy jako dziennikarz i interesował się sprawą tajemniczych zaginięć dzieci - powracających z wyrysowanym piętnem. Mało tego, okazuje się, że ta sprawa miała swoje korzenie wiele, wiele lat wcześniej... 

Bohaterka cierpi na zaburzenia snu, z którymi nauczyła się żyć. Alina potrafi tkwić w półśnie, którego nikt nie zauważy, a w nocy nie spać lub też lunatykować, co z kolei przyczynia się do wyprowadzek jej współlokatorów. Każdy ze swoich snów notuje, szukając w nich odpowiedzi dotyczących jej przeszłości, ale zdają się one być kompletnie fantastyczne. Przypadkiem trafia na seans filmu "Kobieta z kukułką", gdzie poznaje swoją kolejną lokatorkę - Gretę - co ciekawe są one jedynymi uczestniczkami seansu. Okazuje się, że Alinę i reżysera filmu o "Kobiecie z kukułką" coś... łączy. 

Dodatkowo narracja jest prowadzona przez kilka postaci - Alinę - w pierwszej osobie, Myszę - dziewczynkę o niebywałej wyobraźni w osobie trzeciej, i Marię pisarkę, wypowiadającą się również  w osobie pierwszej - później pojawia się jeszcze postać nazwaną - Zjawą. 

"- Mam klucze do wszystkich światów, znam wszystkie drogi. Nie sposób przede mną uciec. Odszukuję to, co głęboko ukryte, oddaje, co zagubione. Odkopuje to, co zakopane. Zawsze wracam. Bądźcie gotowi".

Pierwszy raz czytałam książkę, której bohaterką jest moja imienniczka, ale to nie jedyna zbieżność, pojawia się wiele punktów wspólnych, ale nie będę nikogo nimi zanudzać. Powieść pochłonęłam w dwa dni - co jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę fakt, że zmagałam się z wysoką gorączką i postępującym grypopodobnym schorzeniem. Domyśliłam się dość wcześnie tego, co może kryć się pod aurą niezwykle bogatych wyobrażeń sennych bohaterki, ale nie mogłam i tak pozwolić sobie na nie skosztowanie kolejnej strony tej prawdziwej uczty mrocznej wyobraźni pani Bichalskiej. To jedna z tych historii, których nie chce się odłożyć dopóki się nie dowiemy, co będzie dalej. Miesza się tu ze sobą świat wyśniony, często daleki od tego, o czym chcielibyśmy marzyć, ze światem rzeczywistym. 
To książka, dla ludzi, których wyobraźnia nadal pracuje na wysokich obrotach, którzy lubują się w smaczkach nieoczywistości, w morzu znaczeń i dźwięków podświadomości, podlanych szczyptą grozy.
Na koniec kieruję prośbę do autorki o... nie tak częste używanie "gumki do mazania" :)

7/10.

#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019

Liczba stron: 451

Kategoria:
Kryminał/Sensacja/Thriller
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...