Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zysk i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

W zeszłym roku, również w marcu, pisałam o debiucie obyczajowym Katarzyny Kowalewskiej o „Pudełku z pamiątkami”. Była to, a tak właściwie to jest - nadal można tę powieść kupić, ciepła historia o kobiecej przyjaźni. „Pudełko z pamiątkami” ukazało się pod patronatem m. in. mojego bloga i zawsze będzie miało dla mnie szczególne znaczenie.

Niebawem, bo już jutro, 16 marca 2021 roku, do księgarń trafi „Podmiejski na koniec świata” - druga powieść obyczajowa tej autorki, a trzecia wydana. Ta również ukaże się pod patronatem www.podlasemczytane.pl.

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata  - Katarzyna Kowalewska

Główną bohaterką „Podmiejskiego...” jest 32-letnia Alicja (mistrzyni organizacji), która ma prawdziwy dar do ratowania ludzi z opresji. Ona pomoże nie bacząc na liczbę związanych ze sprawą nowych obowiązków! Dla każdego problemu znajdzie rozwiązanie i zawsze podpowie, co można by jeszcze poprawić - nie tylko w pracy, ale również w życiu.
Alicja nie widzi problemów... Alicja widzi szansę na rozwój.
Co z tego, że... czyjś.

Kariera Ali jakiś czas temu stanęła w miejscu, a związek... okazał się inny, niż wyobrażenia. Tymon, druga połowa Ali, to przesadnie dbający o siebie architekt, lubujący się w rozrywkowym życiu. Alicja natomiast lubi w ciszy i spokoju poczytać książkę. Para zdaje się przeczyć powiedzeniu o przyciąganiu przeciwieństw. Żyją w „laboratorium” Tymona razem, a jednak osobno.
Można mieć „wszystko” jednocześnie nie mając nic wartościowego.

Ryszard Miłkowski, prezes Fashion of Warsaw i szef Alicji, zleca jej nowe zadanie. W związku z tym kobieta trafia do nowego miejsca, gdzie będzie miała szansę pokazać co umie i być może coś zyskać.
Krótko po przyjeździe na „koniec świata” Ala poznaje kilku ciekawych ludzi, mierzy się z brakiem... wygód :) oraz zaprzyjaźnia się, również z kilkoma, czworonożnymi.
Jednak jak to zwykle w życiu bywa, droga na szczyt nie jest jedynie przyjemnym spacerem i nasza bohaterka będzie musiała zmierzyć się z ludzką nieżyczliwością, interesownością i... zakłamaniem.

„Podmiejski na koniec świata” to powieść napisana w innym klimacie niż wspominane „Pudełko z pamiątkami”, a sama Alicja bardzo różni się od „pudełkowej” Asi, jednak gdyby obie panie spotkały się w realnym życiu, na pewno znalazłyby wspólny język, a Maciek z „Pijanego skryby” nie pozwoliłby się tej dwójce nudzić.

Chociaż Katarzyna Kowalewska w swojej najnowszej powieści porusza poważne tematy, to i tak pojawia się odpowiednia dawka humoru. Wszystko się znakomicie uzupełnia.
Postaci, które tworzy są bardzo charakterystyczne i wielowymiarowe. Tu nie ma makiet, są prawdziwi ludzie, nawet ci, którzy wzbogacają tło.

Kiedy na scenę wkracza czarny charakter, to możemy być pewni, że zaprezentuje się wiarygodnie. U Kasi Kowalewskiej nikt nie jest w jednym odcieniu.

Akcja ponownie toczy się głównie w Grodzisku Mazowieckim i wierzcie mi, chciałabym tam pojechać i skonfrontować to, co widziałam oczami wyobraźni z rzeczywistością. Czułam się jakbym chodziła po tym mieście!

Kowalewska również bardzo dobrze osadza tę historię w czasie - czytamy o rzeczach, które znamy nie tylko z dzisiaj, ale i sprzed wielu lat. Tymi zabiegami tworzy więź między czytelnikiem, a postaciami, bo one dzięki obrazowo użytym dekoracjom ożywają.

Jedną z pasji głównej bohaterki jest czytanie, więc nie zdziwcie się, gdy okaże się, że powieści, które poleca nowej znajomej, dobrze znacie.
Ale to nie jej jedyne hobby, na pewno nie będziecie się z Alicją nudzić.
Subtelnie zarysowany wątek romansowy jeszcze wzbogaca tę historię.

To powieść o odnajdywaniu własnej drogi, o zmianach, których nie należy się bać, o odwadze bez której szczęście może nam przejść koło nosa.
Historia Alicji jest świadectwem tego, że i „koniec świata” może być tym, czego pragnęliśmy najbardziej. Warto się w życiu rozglądać, a pojawiające się okazje sprawdzać, żeby nie żałować, że się ich nie wykorzystało.

„Podmiejski na koniec świata” przeczytałam „na raz” i trochę żałuję, że czyta się szybciej niż pisze... ale jestem cierpliwa i wytrwale czekam na kolejną powieść Katarzyny Kowalewskiej.



Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Podmiejski na koniec świata" trafi do sprzedaży 16 marca 2021 roku.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 16 marca 2021
Liczba stron: 228

Kategoria: literatura obyczajowa
Żywica - Ane Riel

Żywica - Ane Riel

Pierwszą książką, którą wybrałam do przeczytania w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, była „Żywica” Ane Riel. Czytałam ją w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, nie jest to świąteczna powieść, chociaż niektóre z opisywanych wydarzeń miały miejsce właśnie w okolicach świąt.

Żywica - Ane Riel
Ane Riel to duńska pisarka. Na początku swej twórczej drogi pisała podręczniki szkolne o sztuce, później stworzyła kilka książek dla dzieci, które to ozdabiały ilustracje wykonane przez jej matkę.
Powieścią zadebiutowała w 2013 roku „Slagteren i Liseleje”(„Rzeźnik z Liseleje”), za którą otrzymała nagrodę za najlepszy debiut kryminalny. W 2015 roku światło dzienne ujrzała „Żywica”, która w 2016 roku została nominowana do dwóch nagród literackich. W tym samym roku Ane Riel otrzymała stypendium im. Nielsa Matthiasena za dotychczasowe autorstwo. „Żywica” nadal zbierała nagrody.

Żywica - Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt”.

Główną bohaterką „Żywicy” jest Liv Haarader - dziewięciolatka, która mieszka wraz z rodzicami na małej wyspie zwanej Głową, która położona jest nad większą. Do Głowy droga prowadzi przez wąski przesmyk zwany Szyją. Naznaczeni tragedią sprzed kilku lat Haaraderowie nie czują potrzeby kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy ojciec Liv zgłasza jej śmierć, wcześniej już niezbyt zainteresowani mieszkańcy sąsiedniej wyspy, definitywnie zapominają o tej rodzinie.

Narracja „Żywicy” jest prowadzona z kilku perspektyw, wiele w niej retrospekcji, zmienia się styl i forma, pojawiają się nawet listy.
Autorka balansuje na granicy znanych z thrillerów i kryminałów schematów, ale nie zapuszcza się w nie głęboko, opowiada swoją historię w inny sposób. Miałam wrażenie, że cała fabuła oparta jest na jakimś modelowym przypadku chorobowym.

Niewyjaśniona tragedia sprzed lat niszczy mieszkańców Głowy, którzy trawieni koszmarami tracą poczucie rzeczywistości i odcinają się od reszty ludzi. W snach Jensa Haaradera (ojca Liv) pojawia się woda zalewająca jedyną drogę ucieczki z tego mrocznej ziemi świerków. Mężczyzna to co było widzi wyraźniej niż to co jest, a z każdym kolejnym dniem robi się tylko posępniej.

Autorka różnicuje język, można poczuć jakby rzeczywiście kilka osób, w tym dziecko, opowiadało nam dramat mieszkańców Głowy. Fajnie rysuje całe spektrum emocji od współczucia do obrzydzenia, które można poczuć pomimo zachowania oszczędnej narracji.
Liv nie zna innego życia i innych ludzi. Świat, który rysują jej rodzice jest jedynym który zna, więc wszystko co robi tata kompletnie jej nie niepokoi. To o czym nam opowiada nie jest dla niej niczym odrażającym, to my je takim widzimy.

Akcja płynie wolno, a my skaczemy zarówno po linii czasu, jak i punktach widzenia. Zagłębiamy się w mgłę, która skrywa potwory.

„Żywicę” można czytać jako dramat obyczajowy z wątkami dreszczowca, czy kryminału, w którym izolacja od społeczeństwa powoduje coraz większe aberracje, ale można i głębiej. Jako studium przypadku choroby, kiedy wszystko co dzieje się w głowie człowieka, pozostaje przez nikogo niezauważone, a konsekwencją nawarstwiających się zaburzeń jest pożar, którego niszczycielska siła sięga daleko poza jednostkę.
Wszystko to sprawia, że „Żywica” nie jest kolejną z, nacechowanych przemocą, historii rozrywkowych, mających dać nam jedynie kilka godzin zabawy, a czymś więcej.

Żywica - Ane Riel


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 21 stycznia 2020
Liczba stron: 282
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

 

Władca much - William Golding

Władca much - William Golding

 
Władca much - William Golding
William Golding to brytyjski pisarz, poeta i laureat nie tylko Bookera, ale i literackiej Nagrody Nobla. Po spędzeniu dwóch lat na wydziale biologii przeniósł się na anglistykę. Wziął czynny udział w II wojnie światowej (m.in. uczestniczył w pościgu za niemieckim pancernikiem Bismarck i dowodził okrętem podczas operacji lądowania wojsk alianckich w Normandii). Po wojnie wrócił do nauczania i kontynuował pisanie. Początkowo odrzucany manuskrypt „Władcy much” trafił do księgarń w 1954 roku. W 1961 roku Golding był już w stanie zrezygnować z etatu nauczycielskiego, został pisarzem-rezydentem w amerykańskim Hollins College i zajmował się pracą twórczą. Pięć lat po otrzymaniu Nagrody Nobla został pasowany na rycerza i uzyskał tytuł szlachecki.
*ciekawostka
William Golding interesował się historią potwora z Loch Ness i napisał wiele artykułów na ten temat.
 

Władca much - William Golding 

 

„Władca much” to powieść paraboliczna.
(Ok. Nie lubię tego robić, bo nie chcę się wypowiadać w nauczycielskim tonie, ale postaram się wyjaśnić co to jest. Robię to głównie z uwagi na te komentarze zawodu, które dotyczą przedstawionej historii i w głównej mierze języka.)
Przykłady paraboli najłatwiej znaleźć w Biblii. To opowieść z drugim, o wiele głębszym, niż sugeruje to wierzchnia warstwa, dnem.
Postaci i opisywanie zdarzenie przedstawiają prawdy uniwersalne, pod płaszczem zwykłych ludzi, czy jak w przypadku Goldinga - dzieci.
Parabola ukazuje zatem problematykę egzystencjalną, dotyka historii świata pod płaszczem innej, jak się wydaje prostej i nieszczególnie intrygującej.

Akcja „Władcy much” toczy się podczas jakiegoś konfliktu nuklearnego. Tak, mamy tu klimat dystopii, takiej robinsonowskiej.
Grupa chłopców (od kilku do kilkunastu lat), po przeżyciu katastrofy lotniczej, trafia na bezludną wyspę. To brytyjscy uczniowie. Młodzi, niewinni, czyści. Pochodzą z tzw. dobrych domów.
Na początku wyspa wydaje im się rajem, jest ciepło, kolorowo i nie ma dorosłych. Jednak im więcej czasu na niej spędzają, im mocniej zakorzenia się w nich strach; przed tym, co być może czai się w mroku, a dodatkowo wizja ocalenia mocno się oddala, tym bardziej wyzbywają się człowieczeństwa. 
 
„- Boję się go - powiedział Prosiaczek - i dlatego wiem, co w nim siedzi. Jak człowiek się kogoś boi, to go nienawidzi, ale nie może przestać o nim myśleć. Człowiek sobie wmawia, że to w gruncie rzeczy dobry chłop, a jak znów go zobaczy... całkiem jak astma, nie można oddychać”.

Początkowe zamiary ustalenia jakiejś praworządności, wybrania przywódcy, dążenia do harmonii upadają, dając tym samym miejsce na gnębienie słabszych, infekując młode umysły „gromadomyśleniem”. Chłopcy tracą poczucie rzeczywistości, nie przyjmują do wiadomości, że ich postępowanie jest złe. Widzą i słyszą tylko to, co chcą.

U Goldinga widać jak łatwo można minąć granicę moralności, jak chęć przynależności popycha do wcześniej nieakceptowalnych zachowań.
Kiedy pojawia się możliwość posiadania władzy, to moralność udaje się na wakacje. Wystarczy włożyć maskę i już nie jest się odpowiedzialnym za swoje czyny, a kto zresztą miałby za nie nas ukarać? Spójrzmy jak, w naszej codzienności,
pod anonimowym pseudonimem bardzo łatwo niektórym przychodzi gnębienie innych.
 
„Maska przykuwała wzrok, przerażała chłopców. Zaczął tańczyć wokoło, a jego śmiech przeszedł w groźne warczenie. Dał susa w stronę Billa, a maska była jakby czymś od niego niezależnym, za którą Jack krył się uwolniony od wstydu i zarozumiałości”.

Bohaterami „Władcy much” (swoją drogą tytuł to odwołanie do hebrajskiego imienia Belzebuba) są dzieci, stąd też właśnie taki język. Niewyszukany, prosty, w niektórych miejscach balansujący na granicy infantylnego.
To powieść, której przesłanie jest widoczne wtedy, gdy się patrzy poprzez warstwy i czyta symbole, które są w tej historii często przedmiotami, których chłopcy używają na co dzień. 
Zachęcam do spróbowania powieści Williama Goldinga i otwarcia się na tę drugą, trochę ukrytą historię. Dłubanie w wieloznaczności jest satysfakcjonujące i zwyczajnie fajne.
 
„Władca much” był dwukrotnie zekranizowany w 1963 roku i 1990. Ja jak przez mgłę pamiętam tę drugą.  Może jak będzie okazja, to ją sobie odświeżę.
 
Władca much - William Golding

Zwykle nie odnoszę się do jakości wydania, ale tutaj muszę zarówno pochwalić jak i zganić wydawnictwo Zysk.
Pochwalę za oprawę graficzną. Na okładce mamy nawiązanie do głównego motywu, który wyłania się niejako z plamy atramentu, zupełnie jak w Teście Rorschacha, którego skuteczność w diagnozowaniu klinicznym dziś się podważa, z uwagi na
nieweryfikowalność. Ale za to pięknie otwiera nam drzwi do mnogości interpretacji tego, co widzimy. Tak jest i w tym przypadku.
Zganię za mnogość literówek, przepuszczono nawet błąd ortograficzny.
Ręce opadają. W książce noblisty.
Please, kill me.

*dodatek.
W książce Williama Goldinga przyglądamy się upadkowi człowieczeństwa. Wszystko to, co daje nam wychowanie w cywilizowanym świecie, w ludzkiej kulturze znika jak ślady po katastrofie samolotu na wyspie. Dżungla odradza się bardzo szybko.
Człowiek lubi nie tylko dręczyć zwierzęta, lubi dręczyć i samego siebie. Robi to od zarania dziejów. Na poziomie psychicznym, jak i fizycznym. I wcale nie mam tu na myśli konfliktów zbrojnych, a chęć poznania mechanizmów kształtujących nas jako ludzi.
W literaturze pojawia się wiele nawiązań do postaci wychowanych poza społeczeństwem, choćby Tarzan, który pozostał bardziej ludzki niż ludzie żyjący w społeczeństwie. Wiemy, że to fikcja. Kompletnie niemożliwa sprawa.
Robiono podobne rzeczy i umieszczano dzieci w dżungli celem sprawdzenia jak sobie poradzą i czy proces zdziczenia jest odwracalny. Nie jest.
Robiono też inne dziwne rzeczy, jak np. próby przystosowania szympansów do ludzkiego życia. Adoptowano zwierzę i traktowano je jak ludzkie dziecko.
Niektóre z tych eksperymentów były jeszcze bardziej pokręcone, ponieważ podejmowano się próby wychowania szympansa z dzieckiem. Traktowano oboje w jednakowy sposób.
Wyniki, co prawda, były zaskakujące, ale sama chęć prowadzenia takich doświadczeń jest zwyczajnie obrzydliwa.
Szympans rozwijał się szybciej jak ludzkie dziecko, a ludzkie dziecko uczyło się od szympansa. Gryzło, nie chciało mówić, ani chodzić. Eksperyment przerwano dla dobra ludzkiego dziecka, jednak to, jak wpłynął on na jego życie pokazuje, że taśmy cofnąć się nie da. To dziecko nigdy już nie było stabilne psychicznie i jako dorosłe popełniło samobójstwo.
Wszystko w imię nauki. Wszystko w imię udowodnienia, że nie jesteśmy promyczkiem upuszczonym na Ziemię przez Istotę Wyższą.
Człowieczeństwo i język, który wyróżnia nas na tle innych gatunków jest wynikiem wychowania w kulturze, a nie ewolucji biologicznej.
Pominęłam nazwiska, daty itd., ale jeżeli interesują Was takie tematy to na Copernicus Collage, na platformie z darmowymi kursami, pod szyldem Uniwersytetu Jagiellońskiego, można skorzystać z kursu „Ewolucja języka” i prześledzić to, czym się na tle gatunkowej złożoności wyróżniamy.


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 10 października 2020
Liczba stron: 296
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki

 

Mag - John Fowles

Mag - John Fowles

„Okłamujemy się, wmawiając sobie, że lubimy ludzi; jest to iluzja umożliwiająca nam życie w społeczeństwie. Od dawna się jej wyzbyłem, tu zresztą nie jest mi potrzebna. Ty chcesz, aby cię lubiano. A ja chcę tylko istnieć. Być może zrozumiesz kiedyś, co chcę przez to powiedzieć.
I uśmiechniesz się.
Nie będzie to uśmiech kpiny. Będzie to uśmiech zgody”.

Mag - John Fowles

To jak? Chcecie by Was lubiano? :)

John Fowles to angielski pisarz i eseista. Pracował jako nauczyciel, jednak po wydaniu „Kolekcjonera” (jego pierwszej wydanej książki) zrezygnował i poświęcił się pisaniu. „Mag” - jego pierwsza powieść (napisana jako pierwsza) opiera się poniekąd o jego osobiste doświadczenia, ponieważ główny bohater, podobnie do Autora, przybywa na grecką wyspę, aby uczyć angielskiego. W 1977 roku ukazało się jej drugie i zmienione wydanie.

To „Maga” uważa się za największe dzieło Fowlesa.
Jak długo powstawał, jak zmieniała się jego treść i dlaczego, dowiecie się z przedmowy samego Johna Fowlesa.
 

Mag - John Fowles

„Mag” jest podzielony na trzy części, a każdą z nich otwiera cytat z „Niedoli cnoty” Markiza de Sade'a.
W pierwszej poznajemy głównego bohatera
- młodego Anglika (Nicholasa Urfe'a), który przyjmuje ofertę posady nauczyciela angielskiego na greckiej wyspie Phraxos, kończąc przy okazji krótki romans z młodą Australijką, Alison, która również wkrótce zaczyna nową pracę.
Rozstają się, jednak nie definitywnie. Wymieniają ze sobą listy.

Tajemnica, jaka zawsze kryje się w początkowej fazie nowego doświadczenia, nie jest w stanie na tyle zająć Nicolasa, żeby nie czuł się osamotniony. Do tego czas świąt Bożego Narodzenia nie nastraja go zbyt optymistycznie, bądź co bądź to święta rodzinne i niezbyt miło spędza się je w nowym miejscu i to bez nikogo bliskiego.
Podczas jednego ze swoich spacerów w pięknych okolicznościach przyrody dostrzega willę. To jej właściciel będzie miał wpływ na losy naszego bohatera.
W drugiej części „Maga” uczestniczymy w dziwnym, niepokojącym teatrze zdarzeń, w którym trudno rozróżnia się prawdę od fikcji.
Z kolei w trzeciej części akcja skupia się na powrocie bohatera do Anglii i konsekwencjach wpływu jaki wywarł na niego pobyt na wyspie oraz odkrywaniu prawdy i to nie tylko tej oczywistej - dotyczącej dziwnych zdarzeń. 

Nicolas Urfe to egocentryk, ale kto nim nie jest, albo nie był - zapewne znajdzie się ktoś, kto będzie twierdził, że jest zdolny do ascezy...
Bohater to młody chłopak skoncentrowany na sobie, który myśli tylko o przyjemnościach, głównie tych cielesnych. Irytujący do granic możliwości młodzian patrzący, ale nie widzący.
Zapewne można go nie lubić, ja nie czuję do niego negatywnych uczuć, ja go rozumiem. To młodość, to chęć próbowania, to wrażenie nieśmiertelności, to chęć doznawania niekończących się uciech i kompletna nieświadomość konsekwencji.

Eleutheria.

Czym tak naprawdę jest wolność? Wolność „do” czy wolność „od”? 

 

„Im lepiej zrozumiesz, na czym polega wolność, tym mniej będziesz z wolności korzystał”.

Człowiek, którego bohater nazywa Conchisem, tak naprawdę rozpisuje mu scenariusze, które z prawdziwym rozmachem realizuje.
Snuje również przed nim historie (opowiada swoje życie), w tych miejscach „Mag” ma formę powieści szkatułkowej, nie wszystkie z przedstawianych opowieści są bardzo zajmujące, i być może to właśnie w tym zabiegu znajduje się problem czytelników, którzy po lekturze piszą, że się niemożebnie wręcz nudzili.

„Niestety”, trzeba być, czytając „Maga”, bardzo uważnym i zaangażowanym, bo łatwo można stracić wątek, a ten okazuje się niezbędny w zrozumieniu kolejnych zdarzeń.

Fabuła to taka arena do zabawy w Boga. Reżyser coś daje, potem zabiera. Szepcze, a czasem krzyczy życiowe prawdy, i to wiele razy.
Manipuluje? Znęca się? Zdecydowanie.
Życie jako scena, na której gramy stale będąc nie tylko podglądanymi, ale i przez innych kształtowanymi wcale nie jest czymś nierealnym.
Ile razy zdarzyło się Wam, choćby podczas spaceru, zaniechać czegoś, bo ktoś może to zobaczyć? Nie musicie odpowiadać, ja wiem - zdanie innych na pewno Was nie interesuje :)

„Mag” to  mieszanka gatunkowa, pełna nawiązań do świata literatury nie tylko w jednoznaczny sposób, dająca rozrywkę (ja naprawdę byłam ciekawa do jakiego finału akcja prowadzi), jednocześnie naszpikowana mądrymi i uniwersalnymi zdaniami. Wielowymiarowa.
Przez narrację pierwszoosobową możemy stać się w większym lub mniejszym stopniu tym młodzianem. Ja akurat stałam za nim.

Nie czuję jednak, abym została w jakiś sposób oświecona.
Ale nie wiem też czy taki też był cel „Maga”, skoro sam Autor poprawiał tę powieść niejako z dystansu, wraz z nabywaniem doświadczenia życiowego. Byliśmy, choćby w niewielkim stopniu, takimi egotycznymi fascynatami przyjemności - hulaj dusza, piekła nie ma... Chociaż może lepiej nazwę nas hedonistami, lepiej brzmi, to ładne słowo, i ma pozytywny wydźwięk.
Słowa, parę liter, które podobno nie mają znaczenia.

Wracając na chwilę do tego piekła: a co jeśli piekło to sami sobie gotujemy, kiedy przychodzą wyrzuty sumienia?

„Każda śmierć obciąża żywych potwornym uczuciem współwiny, każda śmierć jest wyzbyta wielkoduszności, nakłada ciężar odpowiedzialności, jak bransoletka z jasnych włosów nałożona na nagą kość”.

„Mag” to na pewno powieść, do której się wraca. Powieść, w której można stawać się nie tylko główną postacią, a każdą inną i przyjrzeć się konsekwencjom podejmowanych przez nią działań. Bo chcemy czy nie, to zawsze oddziałujemy na innych.

Dobrze się bawiłam odnajdując znane motywy i podziwiając piękne i mądre zdania, z których przesłaniem bardzo się zgadzam. Już dla samych tych zdań, warto tę powieść poznać.
Pomimo niektórych opisów, które próbowały uśpić mą czujność, to czytałam z zainteresowaniem.

O co chodzi każdemu człowiekowi? Czego szuka? Czego pragnie?

Jak jeszcze nie wiecie to być może właśnie w „Magu” znajdziecie odpowiedź. Ja ją znałam, więc może dlatego, aż tak bardzo jakbym chciała nie zachwyciłam się dziełem Fowlesa.

Mag - John Fowles

*„Mag” był w 1968 roku zekranizowany, scenariusz napisał sam John Fowles.


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 3 listopada 2020 (wznowienie)
Liczba stron: 392
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Ewa Fiszer




Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Jerome K. Jerome (1859 - 1927) to angielski pisarz i dramaturg, który w wieku 14 lat, zaraz po przeprowadzce z rodziną do Londynu, zakończył edukację. Dorastał w biedzie. Chwytał się różnych zajęć, pracował m. in. jako aktor, nauczyciel, urzędnik na kolei. W 1892 roku wraz z przyjaciółmi założył humorystyczny miesięcznik „The Idler” (Próżniak), gdzie publikowali m. in. Mark Twain i Robert Louis Stevenson. 

Choć jego pierwsza książka „On the Stage - and Off” została opublikowana w 1885 roku, to sławę zyskał dopiero dzięki „Trzem panom w łódce (nie licząc psa)” wydanej cztery lata później. Krytycy nie wyrażali się jakoś bardzo pochlebnie o jego twórczości, z uwagi na dość potoczny język, lekki styl i komizm - żart, który często był określany mianem prostackiego. Z tego co zaobserwowałam to nadal bywa tak nazywany. Jerome K. Jerome pisał o codzienności niższych klas średnich i ich językiem toteż krytyka była dość powszechna - no bo jak można pisać w taki sposób? takim językiem? A wtedy pisało się głównie dla elit.
Dzisiaj chciałoby się wierzyć, że już nie ma podziałów i każdy może sobie czytać co chce i śmiać się z czego chce. Jednak kiedy przyjrzymy się powszechnemu krytykanctwu wszystkiego czego się w jakiś sposób nie rozumie i chęci przypięcia łatki prostaka odbiorcom, to jakoś nie widzę tej „postępowej” tolerancji. 

Jerome K. Jerome 

Jerome K. Jerome - Trzech panów w łódce (nie licząc psa)


„Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” miało być przewodnikiem turystycznym opisującym atrakcje umiejscowione wzdłuż Tamizy. Jednak chęć wprowadzenia zabawnych opowieści, mających stanowić jedynie akcent, rozrosła się i Autor odwrócił proporcje usuwając większość „poważnych” opisów. Powieść była publikowana w odcinkach na łamach „Home Chimes” (1888-1889), a następnie została wydana jako książka przez J. W. Arrowsmitha. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

W tej historii fikcyjny jest jednie Montmorency, czyli pies. Pierwowzorem narratora jest sam Autor, a pozostałych dwóch bohaterów ma również swoje umocowanie w prawdziwych postaciach - George to George Wingrave (urzędnik bankowy, a później menedżer w Barclays Bank), a Harris to Carl Hentschel (właściciel drukarni, syn emigrantów z Polski).

Trzech „przepracowanych” mężczyzn widząc u siebie objawy chorób wszelakich (osłabiony pracą organizm jest narażony na infekcje) postanawia odpocząć i to dość aktywnie. Po rozważeniu wszelkich możliwych opcji, w  tym morskiej podróży, zmęczeni panowie wybierają dwutygodniową wycieczkę łodzią po Tamizie. Będziemy się z nimi przygotowywać, podróżować, zwiedzać warte poznana miejsca i zmagać się z przeciwnościami, które na mapie ich wycieczki są bardzo częste. Powieść jest upstrzona dygresjami, humorystycznymi opowiastkami, które z całą należną im „powagą” przedstawia narrator. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome


Znam tę powieść doskonale. Tak się lubimy, że kiedy czytałam ją w wydaniu Wydawnictwa Zysk, które widzicie na zdjęciu, to „poprawiałam” tłumaczenie, inne wryło mi się w pamięć nawet za bardzo. Czytałam ją w całości, czytam fragmentami, co jest bardzo ułatwione, z uwagi na dokładny opis tego, co poszczególny rozdział zawiera, i słuchałam doskonały audiobook, czytany przez Michała Kulę.
Mnie Jerome K. Jerome bawi i to do łez większością anegdot dotyczących naszej natury. Uwielbiam się śmiać, kocham ironię, nawet tę w trybie auto. Jeżeli przez to jestem prostaczką, co wynikałoby z opinii tych, którzy żartu Jerome'a K. Jerome'a nie rozumieją i muszą go skrytykować, to całkiem mi z tym dobrze.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Jerome nie sypie dowcipami, to po prostu żarty sytuacyjne. Kochamy marudzić, narzekać na wszystko co podobno dzieje się przeciwko nam - trzech panów zdaje się być ofiarami wszechświata. Lubimy wierzyć, że możemy być jak superbohaterowie, kiedy tylko zapragniemy, a kiedy przychodzi co do czego to okazuje się, że jakoś dziwnie szybko się męczymy.
I z tego, między innymi, śmieje się Jerome K. Jerome. Z naszych wyobrażeń, które w zestawieniu z codziennością znikają jak wspomnienie sennych marzeń. Chciałabym napisać, że „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” się zestarzało i my już tacy nie jesteśmy, a różnice społeczne, które są w niej opisywane dawno odeszły do lamusa, jednak to nie prawda. 
Czasy się zmieniają, ale nie ludzie. Nadal liczymy się... głównie ze sobą. To jest ten gorzki wydźwięk tych wszystkich żartów. Jak każdy utwór o charakterze farsy „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” obnaża nasze słabości - wady, które wszyscy mamy. 
Każdemu choć raz wydawało się deszcz pada tylko na niego, a kiedy coś mu nie wychodziło jak zaplanował, pomimo tego, że przecież robił to doskonale, bo posiadł tajemną wiedzę, to wszyscy inni byli winni jego porażki. Nie jest tak?
Przyjrzyjmy się opisowi „miłości” do pracy: „Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Potrafię godzinami siedzieć i przyglądać się jej. Uwielbiam mieć ją koło siebie. Na myśl, że mógłbym zostać jej pozbawiony, serce mi krwawi”. Nawet jak się swoją pracę kocha, to każdy ma czasem jej zwyczajnie dość.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Sprzedaż „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” w ciągu pierwszych kilkunastu lat od wydania przekroczyła milion egzemplarzy. Książka była tłumaczona na wiele języków, a podobno w Rosji pewien mężczyzna opublikował własną książkę podszywając się pod Jerome'a K. Jerome'a i umożliwiło mu to zawodowe zajęcie się pisarstwem... To ci dopiero farsa! 
Sam Autor napisał kontynuację, jednak nie osiągnęła ona już tak spektakularnego sukcesu.

Na całe szczęście świat nie składa się jedynie z krytyków wszelakiej maści i powieść „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” jest nadal czytana i wznawiana. Nawet krytycy literaccy nie są już tak zatwardziali w swoim osądzie i dzieło Jerome'a K. Jerome'a było drukowane w przeróżnych seriach prezentujących klasyczną literaturę angielską. 

Każda z opisywanych przez Jerome'a K. Jerome'a sytuacji jest prawdziwa, to obraz każdego człowieka. Rozumiem, że może kogoś nie śmieszyć, jednak nie można mu odmówić doskonałego zmysłu obserwacji i talentu do wskazywania wad w gawędziarskim, lekkim stylu.

Mamy różne spojrzenie na świat i różne rzeczy, sytuacje nas śmieszą, dopóki nikogo nimi nie krzywdzimy śmiejmy się i dajmy się śmiać innym, a kiedy nie umiemy, to krytykujmy, ale w dobrym tonie, bo nie ma nic wyjątkowego i objawionego w posiadaniu własnego zdania.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome



Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 6 października 2020
Liczba stron: 250
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń

#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"

#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"


Już we wtorek - 10 marca 2020 roku - do księgarń trafi "Pudełko z pamiątkami", które objęłam patronatem medialnymi,
i o którym pisałam w poprzednim poście - TUTAJ.
W przededniu premiery udało mi się zadać Katarzynie Kowalewskiej kilka pytań!

fot. Kuba Machnikowski 

Katarzyna Kowalewska to wielbicielka książek, która potrafi czytać, idąc chodnikiem i się przy tym nie przewrócić. Mieszka w Grodzisku Mazowieckim z mężem i dwoma psami, z których jeden bez przerwy wyleguje się w słońcu, a drugi bez przerwy psoci. Kocha lato, morze, swój pisarski pokój, wesołego punk rocka oraz grę w badmintona. Uczestniczka warsztatów literackich w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2015, 2018), Międzynarodowego Festiwalu Kryminału (2018) oraz Festiwalu Góry Literatury (2018). Zaczynała jako felietonistka dla portalu sportowego. Zadebiutowała powieścią łotrzykowską „Pijany skryba”. Jej opowiadania ukazały się w antologiach: „Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności”, „Obiecaj”, „Bierz mnie”, „Memento” oraz „Czytanie ziemi”. 
"Pudełko z pamiątkami" to jej pierwsza powieść obyczajowa. 



Pod_lasem czytane: Zacznę od tego, od czego zwykle się zaczyna - czyli od początku… :) 

Katarzyna Kowalewska: Fantastycznie! Lubię to. 

Pod_lasem czytane: Urodziłaś się z długopisem w dłoni? Od dziecka wiedziałaś, że chcesz pisać? Z wypracowań na lekcjach języka polskiego zawsze miałaś najwyższą ocenę? 

Katarzyna Kowalewska: No co Ty! Przyznaję się jedynie do tego, że urodziłam się z książką w dłoni. A panie z Biblioteki Garnizonowej w mojej rodzinnej miejscowości zrobiły ze mnie książkoholika.
Pisanie? Scenariusze do dziecięcych teatrzyków to dziecinada, a pamiętniki to głównie gorzkie żale na rodziców. Chyba pierwszy kurs kreatywnego pisania zasiał we mnie ziarno pisarzyny. Zresztą na tych zajęciach napisałam pierwszy rozdział mojej pierwszej powieści. Poważnie!
A lekcje polskiego? Kochana, ja prawie w ogóle nie czytałam lektur. Na szczęście Pani Profesor zawsze na początku je streszczała, więc nie musiałam obawiać się zdemaskowania. Na maturze... Do diabła, to będzie poważny coming out! Polski to jedyny przedmiot, z którego dostałam czwórkę. 

Pod_lasem czytane: Debiutowałaś sześć lat temu powieścią łotrzykowską "Pijany skryba", w której głównym bohaterem jest mężczyzna... 10 marca tego roku ukaże się Twój debiut obyczajowy, w którym bohaterkami są w głównej mierze kobiety. Z perspektywy której z płci pisało Ci się łatwiej? 

Katarzyna Kowalewska: Zacznę od tego, że gdy pisałam „Pijanego skrybę”, byłam zupełnie inną osobą. Teraz nie umiałabym napisać czegoś podobnego. Maciek – główny bohater – odzwierciedlał mój ówczesny temperament. Od tamtego czasu trochę się uspokoiłam. ;) Wcześniej czułam, że pisząc z perspektywy kobiety, robię się nienaturalnie ckliwa. Jakby bliżej było mi mentalnie do płci męskiej, mój kobiecy głos brzmiał fałszywie. Pisząc „Pudełko...”, stwierdziłam, że wcale nie muszę być ckliwa, żeby dobrze oddać kobiecą naturę. Mam nadzieję, że mi się to udało.

Opowiedzieć Ci dwie anegdoty na tematy „Skryby”? 

Pod_lasem czytane: No pewnie!
 Katarzyna Kowalewska: Pierwsza dotyczyła zarzutu użycia przeze mnie w tekście słowa „kardigan”. Jeden z krytyków stwierdził, że żaden mężczyzna nie potrafiłby zidentyfikować tego rodzaju odzieży. Odwróciłam się do męża i spytałam: „Wiesz, co to jest kardigan?”. A on: „Taki sweter zapinany na guziki.” Gdybyś go poznała, zrozumiałabyś, że nie jest to facet, którego konikiem jest moda. 
Druga anegdota dotyczy męskiego czytelnika. Pani w zaprzyjaźnionej bibliotece zapytała go po oddaniu książki, czy mu się podobała. Powiedział, że owszem, książka zabawna, przygodowa, super. Pani spytała więc: „A zauważył pan, że napisała ją kobieta?” Pytanie wynikało z tego, że na okładce jako nazwisko autora widnieje „K.A. Kowalewska”, co nie jest oczywistym wskazaniem płci. No i kiedy pan sobie to uświadomił, stwierdził: „Faktycznie. Zdarzały się pewne dłużyzny.” Tak że w oczach mężczyzny kobiety pisarki mają przyszytą jakąś łatkę nudziar. Tak czy siak to zabawna historia.] 

 
fot. Kuba Machnikowski 
Pod_lasem czytane: Zapytałam Marcina i powiedział, że kardigan to: sweter :) Jednak krytyk nie miał racji :)
Zanim przejdę do pytań o "Pudełko z pamiątkami" chciałabym jeszcze dowiedzieć się dlaczego "aż" lub "tylko", bo wszystko zależy od punktu widzenia, czekałaś z wydaniem kolejnej powieści? 

Katarzyna Kowalewska: Nie wiem, czy chcesz tego słuchać. Zacznę dramatyzować. 

Pod_lasem czytane: Ależ chcę! Pisałaś i wydawałaś opowiadania, to wiem, ale co w trakcie? 

Katarzyna Kowalewska: Jednak chcesz, żebym opowiedziała tę dramatyczną historię. W porządku. Na Twoją odpowiedzialność. Otóż „w trakcie”, jak to ujęłaś, oprócz kilku opowiadań na zadany temat, nie napisałam niczego, to znaczy żadnej powieści. Straciłam pisarski głos. Niestety.
Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie zdemaskować osoby, która nie jest nawet świadoma tego, co się stało. W każdym razie jest cenionym krytykiem. Wyraziła się szczerze o jednym z tekstów, nad którym pracowałam i z którego byłam dumna. Ogólny wydźwięk wypowiedzi tej osoby był taki, że tekst jest o niczym. Rozumiesz? To całkowicie podkopało moją wiarę we własne umiejętności. Plik natychmiast skasowałam i bodaj przez dwa lata nie byłam w stanie napisać dłuższego tekstu, bojąc się, że nie będzie wystarczająco dobry.
Na szczęście ten czas mam za sobą. Teraz wystukuję literki, aż się iskrzy! Właśnie kończę kolejną powieść, już mam pomysł na następną i nikt mnie nie zatrzyma. ;) 

Pod_lasem czytane: W "Pudełku z pamiątkami" główną bohaterką jest Asia, z którą i ja odnajduję kilka punktów wspólnych, ale nie mogę wyzbyć się skojarzeń z Tobą! Asia jest ciepłą, niezwykle sympatyczną 32-latką, która niemal wszystko wizualizuje i ma dość zadziorne poczucie humoru. Do tego jest tłumaczką - jak Ty, która pracuje jako fotografka - Twoją pasją jest również fotografia, a jej pokój to dżungla - jak Twój pisarski pokój (który zresztą można zobaczyć na Twoim profilu na Instagramie). Dzielisz z nią i gust muzyczny, czy umiłowanie do literatury, ponieważ Aśka pięknie wszystko potrafi spuentować odpowiednim cytatem. U innych bohaterek również, widzę kilka Twoich cech, np. u Lilki umiłowanie do kolorów.
Kiedy tworzyłaś swoje bohaterki, to miałaś od razu taki zamysł? 

Katarzyna Kowalewska: Ach, jakże trudno całkowicie zdystansować się wobec swojego bohatera. No nie potrafię. Na tej zasadzie nie umiałabym napisać powieści, której głównym bohaterem byłby morderca, bo zwyczajnie nie mam morderczych skłonności. Tak więc owszem, mamy z Aśką wiele punktów stycznych. Z drugiej strony moi bohaterowie to nie wiwisekcja własnej osoby, nie piszę w ramach autoterapii i nie poruszam wątków osobistych. Sprawy osobiste zostawiam w zaciszu domowym.
Natomiast wspólne mianowniki to raczej ułatwienie, które pozwala na uzyskanie bardziej plastycznych opisów. Mówiąc konkretnie, o wiele łatwiej jest mi opisać własny pokój, niż tworzyć nowy byt. Nota bene, kostka brukowa w kolorze cafe late to moja kostka, dom Aśki znajduje się w podobnej lokalizacji. Maciek ze „Skryby” mieszkał w mojej ówczesnej kawalerce i podróżował w moje rodzinne strony tym samym autobusem PKS. Ale uspokajam: nie wszyscy moi główni bohaterowie mieszkają w jednym pokoju i jeżdżą jednym PKSem. Choć byłby to z pewnością wesoły autobus. ;) 

 

Pod_lasem czytane: Czy kiedy zaczynasz pisać to masz już w głowie zarys tego, co chcesz opowiedzieć, czy może najpierw tworzysz bohaterów?
A jak było w przypadku "Pudełka z pamiątkami"? 

Katarzyna Kowalewska: Mam swoją metodę. Jest to średnia wyciągnięta z cennych porad pisarskich i polega na tym: daję sobie trzy dni na obracanie pomysłu w głowie i wypisywanie go na kartkach. W trakcie owej burzy mózgu zdarza mi się tak udoskonalić wizję, że kompletnie się różni od pierwotnego zamysłu. Notuję początek, to znaczy, w jaki moment akcji chcę wrzucić bohatera, i koniec, czyli w jakim punkcie bohater ma się znaleźć po przejściu przemiany, taki azymut. Wypisuję również trzy, cztery punkty zwrotne i ustawiam je w kolejności od najmniej poważnego, do najbardziej dramatycznego. Teraz wystarczy wypełnić wszystko tekstem. ;)
Opracowuję jeszcze coś na kształt CV ważniejszych bohaterów. Kiedy, gdzie się urodzili, członkowie rodziny, szkoły, zainteresowania, wygląd, cechy charakteru. To bardzo pomaga w trakcie pisania. Nawet jeśli nie zamieszczę konkretnej informacji w tekście, zawsze mam podstawę do zastanowienia, czy np. osoba, która studiowała psychologię, zachowałaby się w taki a nie inny sposób. Niestety mam też słabą pamięć do szczegółów i często muszę sprawdzać np. jak ma na imię siostra bohaterki albo jaki kolor oczu ma jej ukochany. Poważnie. Wiem, że to nie najlepiej o mnie świadczy, ale taka jest prawda.
I to by było na tyle. Oczywiście moje notatki nie nadają się do publicznego odtwarzania, gdyż wypracowanie dziesięciolatka brzmi bardziej literacko. Ale tyle mi wystarcza. Kiedyś, w ramach eksperymentu, obmyśliłam sobie powieść scena po scenie, na tablicy korkowej, zaznaczając kolorami, i tak mnie ta czynność znudziła, że nigdy tej powieści nie napisałam. Tak że jak widzisz, nie jestem typiarą, która wszystko szczegółowo planuje. 

Pod_lasem czytane: Jesteś niezwykle interesującą kobietą. Masz szereg zainteresowań, od sportu przez fotografię i sztukę pisania, języki obce, kochasz muzykę i zwierzęta, czy to wszystko pomaga Ci w tworzeniu opowieści? I jeszcze jedno: czy zawsze masz przy sobie notes, w którym zapisujesz to, co może Ci się przydać w kolejnej historii? 

Katarzyna Kowalewska: Dziękuję, choć uważam, że każdy człowiek jest interesujący, tylko niektórzy po prostu mają większe gadane. ;)
Różne zainteresowania na pewno pomagają, choć lubię się żalić, że nie mam żadnego konkretnego, ciekawego fachu, który mogłabym wykorzystać w książce. Nie jestem archeologiem, psychiatrą ani policjantką. Miałabym osadzić akcję w urzędzie? Chyba żart! Czytelnicy poumieraliby z nudów.
Jeśli chodzi o notes, oczywiście mam coś takiego i zawsze jest to Moleskine. Wiem – luksusowy fetysz, ale na żadnych innych kartkach nie pisze się tak wygodnie ołówkiem automatycznym. A jestem też ołówkowo-automatyczną fetyszystką. Ostatnio jednak spisuję wszystko w komórce. Nie, nie zrobiłam się ultranowoczesna. Po prostu kupiłam sobie świetny smartfon i lubię czasem popisać się nim w pociągu. 

Pod_lasem czytane: Może to niedyskretne pytanie, ale czy "Pudełko z pamiątkami" wysłałaś do wielu wydawnictw? Jak to z nim było? Jeżeli oczywiście nie jest to tajemnicą. 

Katarzyna Kowalewska: Już opowiadam. Ach, jak ja lubię Twoje pytania! Mówiłam Ci? Są genialne, niesztampowe. Będę Cię wszystkim polecać jako wywiadowczynię. ;)
Ale do rzeczy. Otóż w tym przypadku też miałam metodę. Najpierw odwiedziłam kilka popularnych księgarń. Zatrzymywałam się przed regałami z literaturą obyczajową i
wypisywałam nazwy wydawnictw, których książek najwięcej stało na półkach. Szczerze, naprawdę chciałabym kiedyś pisać zawodowo, a żeby to robić, czytelnicy muszą o mnie wiedzieć. Nie dowiedzą się inaczej, niż widząc moje książki na półkach.
Wracając to meritum, zrobiłam listę A, czyli najlepszych z najlepszych, i awaryjną listę B wydawnictw, do których miałam wysłać powieść, gdyby nie odezwał się nikt z listy A. Tych najlepszych było bodaj osiem i do nich rozesłałam rękopis. Po dwóch miesiącach braku odpowiedzi, pamiętam, że to był piątek, napisałam maila z delikatnym przypomnieniem. W poniedziałek czekała na mnie wiadomość życia od wydawnictwa Zysk i S-ka. Nie muszę mówić jaka. ;) 

Pod_lasem czytane: Nie będę pytała o ulubione gatunki literackie, ale zapytam o ulubionych pisarzy. Kto inspiruje Kasię Kowalewską? 

Katarzyna Kowalewska: Jest wielu takich pisarzy. Nie chciałabym mówić, że mnie inspirują, bo to by oznaczało, że w jakiś sposób wybrzmiewają w moich powieściach, a to byłoby zbyt daleko posunięte stwierdzenie. Nie śmiem się porównywać do takich osobistości. Alice Murno – czarodziejka słów, która pozwala podglądać zwykłe życie przez okno kuchenne. Etgar Keret – mistrz zaskakującej pointy. Stephen King – ten facet pisze takie thrillery, że nawet jeśli przez całą powieść bohater tylko idzie, to czapki z głów, droga Pani. Liz Gilbert – po prostu kocham jej umysł. Elif Shafak i Chimamanda Ngozi Adichie – szacunek za to, jak postrzegają kobiety. Lubię też humor i lekkość pióra Nicka Hornby’ego oraz polskich autorek Aleksandry Tyl i Asi Tekieli. 

Pod_lasem czytane: Wybacz mi to może niezbyt wyszukane pytanie, ale: po co piszesz?

Katarzyna Kowalewska: Bo jest to dla mnie świetny sposób na spędzanie wolnego czasu. Bo chcę się tym zajmować zawodowo – takie moje utopijne marzenie. Bo lubię czasem pobyć sama ze sobą, bez towarzystwa innych ludzi. A ile można czytać. ;) 

Pod_lasem czytane: Stresujesz się nadchodzącą premierą? Czy może jesteś przekonana o jej sukcesie, tak jak ja? 

Katarzyna Kowalewska: Stresuję się to może za dużo powiedziane. Czuję dreszczyk podniecenia. Jestem ciekawa, jak to wyjdzie, zwłaszcza że zaczęłam współpracę z dużym wydawnictwem. I absolutnie nie jestem przekonana o sukcesie, nawet jakby mi ktoś codziennie to powtarzał. Po prostu taka jestem. No nie przetłumaczysz.
To już ostatnie pytanie? Jaka szkoda! Ja się dopiero rozkręciłam. Dziękuję pięknie za rozmowę. Było mi bardzo miło i mam ogromną nadzieję, że Cię nie zanudziłam. Pozdrawiam wszystkich moich czytelników, życzę przyjemnej lektury „Pudełka...” i uprzedzam uczciwie: zwrotów nie przyjmujemy. ;) 

Kasiu, bardzo dziękuję Ci za tę krótką rozmowę! Życzę Ci niekończącego się natchnienia i samych bestsellerów :)


"Pudełko z pamiątkami" ukaże się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka
10 marca 2020 roku.  
Tego dnia planuję ogłoszenie konkursu na moim profilu na instagramie (@pod_lasem_czytane), gdzie będą do wygrania trzy egzemplarze tej powieści!
Zapraszam!



#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY

#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY


"Pudełko z pamiątkami" Katarzyny Kowalewskiej to ciepła opowieść o trudach codzienności; o prawdziwej kobiecej przyjaźni, z subtelnym wątkiem romantycznym, okraszona kilkoma kroplami smutku i obficie podlana zadziornym poczuciem humoru. 

Główną bohaterką powieści jest Asia Maciejska, trzydziestodwuletnia tłumaczka, która oddaje się wolnemu zawodowi fotografki. Tworzy ze swoimi przyjaciółkami Lilką i Wiktorią trio, które wyznaje zasadę zupełnie jak z powieści Aleksandra Dumasa: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!"
Ale jak to w życiu bywa nic doskonałe nie jest! Czasem wystarczy coś przemilczeć, oczywiście mając czyjeś dobro w zamyśle, i zaczynają się kłopoty.
Lilka właśnie wychodzi za mąż, Wiktoria jest organizatorką wesela - zajmuje się tym zawodowo, a Asia, oprócz roli druhny, wypełnia również rolę fotografa.
Wszystko zapowiada się pięknie, w końcu ślub, miłość, romantyzm, ale... przyjaciółki niekoniecznie popierają wybór Lilki. Wspierają ją jednak, jak tylko kobiety potrafią.
Traf chce, że czujne oko aparatu rejestruje pewien szczegół, który niczym ruch skrzydeł motyla uruchamia prawdziwe tsunami zdarzeń.
Dodatkowo Asia, nie zna prawdy dotyczącej jej rodziców, a babcia Maryla, która mogłaby udzielić jej wyczerpującej odpowiedzi - milczy jak zaklęta. Kiedy bohaterka zbiera się na odwagę i próbuje nakłonić babcię do zwierzeń, to dla obu nie kończy się to dobrze. Jedna trafia do szpitala, a druga musi poruszać się o kuli.
Panna Maciejska nawet spowolniona, z powodu nabytej kontuzji, nie poddaje się w odkrywaniu prawdy - zarówno tej dotyczącej jej rodziców, jak i tej zapisanej przez aparat. Po drodze zmieni życie kilku nowo poznanych ludzi i stanie się doradcą w sprawach związanych z dorastaniem.


"Fotografowanie ślubów, komunii czy chrzcin pozwala mi pozostawać w cieniu. Ludzie są tak zaaferowani przeżywaniem rodzinnych radości, że nie zwracają na mnie uwagi. Traktują jak burego kota, który chodzi własnymi ścieżkami i do nikogo się nie łasi. A to schowa się za doniczką, to znów przyczai w półotwartych drzwiach. Niewidzialny. Wyizolowany. Bezszelestny".

Rzadko zdarza mi się znaleźć w fikcyjnej postaci tak wiele punktów wspólnych jak w przypadku Asi. Mamy podobne zamiłowanie do fotografii, i podobnie się ono rozpoczęło, współdzielimy gust muzyczny, lubimy czarne ubrania i gadżety, podkreślające zadziorny charakter. Nie lubimy nadmiernego okazywania uczuć i zbyt szybkiego skracania dystansu. Pomagamy, ale nie przepadamy za podziękowaniami, bo nas peszą. Kochamy wszystko wizualizować i zawsze znajdziemy odpowiedni cytat.
Choć przez większość fabuły jest zabawnie, z powodu kłopotów, w które Aśka co chwilę wpada i jej kwiecistych porównań, to Katarzyna Kowalewska porusza wiele trudnych tematów.
Podkreśla rolę dzieciństwa w życiu dorosłego człowieka, jak przemilczenia, które choć w gruncie rzeczy miały nas uchronić przed smutkiem, to go tylko powodują.
Człowiek zawsze dąży do poznania, a jak poznać siebie, kiedy się nie wie skąd się pochodzi?
Dostrzega jak nieodpowiednie zachowania dorosłych mają wpływ na kształtowanie psychiki nastolatki.
Jak jedna nieuczciwość rodzi kolejną.
Wytyka nam ocenianie po pozorach i przez pryzmat własnych doświadczeń, które nie zawsze są dobre, a przecież lubimy generalizować.
Porusza nawet problem nierównego traktowania rodzeństwa.
Dostaje się też trochę służbie zdrowia, ale oczywiście z odpowiednią dawką humoru.


A co z mężczyznami? Oczywiście są! Miłośniczki skrupulatnych opisów, służących do wiernego wyobrażenia sobie męskich bohaterów, na pewno nie będą zawiedzione!  

Podczas czytania miałam uśmiech "przyklejony" do twarzy, nawet zakończenie, które mnie wzruszyło, nie spowodowało, że przestałam się uśmiechać. 
To piękna historia o odkrywaniu własnych korzeni, o kobiecej przyjaźni, która choć ma czasem ciche dni, to przetrwa wszystko, kiedy jest prawdziwa.
Polecam, ale i ostrzegam! Książka Katarzyny Kowalewskiej jest jak słodka babeczka, od której się nie tyje, ale niestety równie szybko się ją kończy!


Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Pudełko z pamiątkami" trafi do sprzedaży 10 marca 2020 roku.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 10 marca 2020
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa


#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że ktoś podmienia mi strony w czytanych przeze mnie książkach. Mam tę samą okładkę, ale chyba inną treść.
Kiedy mi coś przypada do gustu, kiedy znajduję w książce coś, co chcę docenić, to w innych opiniach czytam, że to dziwna i mało zajmująca książka.
Natomiast kiedy spotykam się z ogromem entuzjazmu u innych czytelników, to nie potrafię zauważyć tego, co oni dostrzegli.

"Ktoś kogo znamy" Shari Lapeny to czwarta książka wydana w naszym kraju przez Wydawnictwo Zysk i S-ka. To thriller, który porywa czytelników i wskazuje co może się wydarzyć, kiedy zbyt intensywnie zainteresujemy się sąsiadami.
Ze skrzydełek książki krzyczą do nas informacje jak piekielnie dobrze jest to napisana książka, jak ważną problematykę porusza, jak buduje napięcie...

Autorka osadziła akcję swojej powieści w dusznym miasteczku niedaleko Nowego Jorku. Ktoś włamuje się do domów i przegląda zawartość komputerów, przez co najprawdopodobniej poznaje najbardziej skrywane tajemnice ich właścicieli.
Dodatkowo odnaleziono zwłoki kobiety, która niedawno zaginęła, a do jej domu również miał się zakraść rzeczony włamywacz. Niepokój w mieszkańcach narasta. Do tego ktoś pisze anonimowe listy z przeprosinami do ofiar włamywacza...

Książkę rozpoczyna prolog, który nie jest bajką dla dzieci.
Potem przechodzimy do rozdziałów, w których poznamy poszczególnych mieszkańców. Wszystko będzie się toczyć w okół Olivii Sharpe i jej nastoletniego syna Raleigha. Będziemy odkrywać sąsiedzkie powiązania, przemilczane konflikty. I patrzeć jak członkowie rodzin są sobie obcy. Jak żona nie wie nic o mężu i odwrotnie. Jak rodzice nie rejestrują tego, co dzieje się z ich dziećmi.

Autorka wdzięcznie miesza czytelnikowi w głowie, zwodzi. I choć samym rozwiązaniem byłam zawiedziona, bo jest bardzo schematyczne, to zakończenie samej powieści oceniam na plus.
I dla mnie to jest wszystko co mogę dobrego o tej książce napisać.

Postaci są jak zrobione przez kalkę. Wszystkie identyczne i kompletnie bezbarwne. Nudne. A ich wzajemne relacje określiłabym na wzór pewnej opery mydlanej opowiadającej o wielkim świecie mody. I nie tylko ich relacje. Narracja i dialogi mówią o tym samym, po wielokroć.
Rozumiem, że miała to być łatwo przyswajalna historia z gatunku tych, które nie prowokują czytelnika do nadmiernego wysiłku, ale naprawdę nie trzeba nam stale powtarzać tego samego...
Miałam wrażenie, że jak otworzę tę książkę na losowej stronie, to z jej treści dowiem się i tak tego, co się do tego momentu w fabule wydarzyło.
Przeczytać ją można z prędkością światła, ale nie dlatego, że jest taka zajmująca. Napięcia niestety żadnego nie odnotowałam.
Przewracałam oczami i wzdychałam. Czułam się jakby wpadł mi do gardła gorący kartofel i prędzej go połknę niż wypluję. 

Autorka chciała przedstawić małe, zamknięte środowisko, które zatracając się w ciągłych kłamstwach i życiu na pokaz nie wie już komu może ufać. Nikt o sobie nic nie wie, nawet najbliżsi.
To mogła być zajmująco napisana historia, nawet jak w ogólnie przyjętym schemacie. Mogła, ale dla mnie nie była. 


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 29. stycznia 2019
Liczba stron: 336

Kategoria: thriller

Tłumaczenie: Piotr Kuś

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...