#48 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher

#48 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher

#86 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher - recenzja - czy warto przeczytać?

"Obcy powiew wiatru" do pierwszy tom Sagi nadmorskiej autorstwa Magdaleny Majcher.
Główną bohaterką - jak możemy odczytać już z okładki - jest Marcjanna, Marcjanna Zielczyńska, a akcja toczy się w latach 1939-1949; głównie na terenie Wołynia.
Powieść jest podzielona na prolog, trzy główne części i epilog.
Wystarczy spojrzeć na daty, miejsce i myśl dotycząca fabuły nasuwa się sama - Rzeź Wołyńska, przesiedlenia.

Marcjanna jest młodą dziewczyną. Dziś nazwalibyśmy ją pewnie, jeszcze dzieckiem, w tamtych czasach była już panną na wydaniu. Żyje w mieście - w Lubomlu, a wakacje spędza u dziadków w Woli Ostrowieckiej, obecnie nieistniejącej już wsi.
Jak to w przypadku młodych dziewcząt bywa, jej głowę zaprzątają rozmyślania o zamążpójściu i lekka zazdrość, że jej rówieśniczki są już najczęściej po "słowie". Marcjanna choć lubi się ładnie ubierać, to nie jest tylko pustym podlotkiem. Potrafi szczerze i na głos wypowiedzieć się nawet na kwestie polityczne. Nie lubi i nie rozumie podziałów, chciałaby - aby wszyscy byli traktowani równo, niezależnie od swojego pochodzenia społecznego czy narodowościowego.
Niemal sielskie życie Zielczyńskich przerywa wybuch wojny, a zawarcie paktu między Wehrmachtem, a Armią Czerwoną; o granicach i przyjaźni, powoduje, że województwo wołyńskie znajduje się pod okupacją radziecką. Tereny te były zamieszkiwane przez rożne nacje, a okres okupacji spowodował podziały etniczne i doprowadził do śmierci olbrzymiej ilości ludzi. 

"Marcjanna położyła się spać w Polsce, wprawdzie okupowanej, ale wciąż w Polsce, a obudziła się w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, a dokładniej: na Ukrainie Zachodniej wchodzącej w skład ZSRR".

Z dnia na dzień Marcjanna dorasta. Z wizji świetlanej przyszłości trafia wprost do mrocznej otchłani zdającej się nie mieć dna. Z rozmarzonej dziewczynki, musi stać się nie tylko dorosłą kobietą - musi nauczyć się przetrwać w świecie, w którym nie wiadomo, czego można się spodziewać po uprzejmym dotąd sąsiedzie.
Żyją, trwają w zawieszeniu, dzień po dniu. Odebrano im wszystko. Od uczciwie zarobionych środków finansowych zgromadzonych na kontach bankowych, przez własności nieruchomości. Nakładano tak wysokie podatki, że dotąd prężnie działające firmy musiały ogłaszać bankructwo. Prowadzący sklepy Ukraińcy, zamykali je przed innymi narodowościami, przechodzili na drugą stronę ulicy i udawali, że nie znają ludzi, których przed wojną nazywali dobrymi sąsiadami. 

"Jakże wielkie było zdumienie Marcjanny w następnych dniach, gdy Polak w jednym momencie przestał być przyjacielem, sąsiadem, a stał się największym wrogiem - znienawidzonym Lachem".

Jest źle. Często są głodni, choć matka stara się na ile to możliwe zapewnić byt rodzinie. Chorują, a dostęp do leków, jak i samych lekarzy jest bardzo ograniczony. Kontrast pomiędzy tym jak żyli wcześniej, a jak żyją teraz jest ogromny. Wszystkie problemy jakie mieli do tej pory jako rodzina - romans nastoletniej kuzynki z żonatym mężczyzną, tracą na znaczeniu w obliczu tego, co niesie ze sobą wojna.
Marcjanna jest pewna podziwu dla matki, którą do tej pory uważała za delikatną kobietę, chowającą się w cieniu męża. Tymczasem to matka robi wszystko by przetrwali.
Z poczucia beznadziejności wyrywa dziewczynę przypadkowa znajomość z młodym mężczyzną, życie staje się łatwiejsze, kiedy zaczyna z powrotem marzyć i mieć nadzieję, że wojna się skończy i będzie jak dawniej.
Jednak końca wojny nie widać, a na Wołyniu dzieje się coraz gorzej - banderowcy zaczynają czystki etniczne. Wojna i jej konsekwencje odbiera Marcjannie i jej rodzinie prawie wszystko.

Podobało mi się przedstawienie obrazu okupacji z różnych perspektyw. Nie tylko konfliktu zbrojnego, który niesie ze sobą ofiary, ale i  tego jak z powodu głodu, niedożywienia społeczeństwo zostaje zdziesiątkowane przez różne choroby - nie tylko fizyczne. Jak bliscy sobie wcześniej ludzie stają się dla siebie wrogami - zezwierzęcenie rozwija się rak. Wojna wkracza do szkół i próbuje siłą propagandy kształtować młode umysły. Nigdy też nie zastanawiałam się jak wyglądała codzienność ludzi w świecie, w którym śmierć zdarza się co chwilę. Jak radzili sobie z tą beznadziejnością egzystencji, która kompletnie odbierała sens życia? Tymczasem oni żyli - zapewne - na tyle normalnie, na ile się dało, śmiejąc się na przykład z Rosjanek paradujących w dzień w halkach; ubranych pod futra...

Mimo trudnego charakteru fabuły, książkę można czytać płynnie, praktycznie bez odkładania. Praktycznie ponieważ zdarzały się momenty, w których było mi trudno cokolwiek widzieć, z uwagi na łzy. Bo jak czytać o czasach, w których ludzie stawali przed wyborem sposobu śmierci: od kuli lub zadania jej siekierą i nie zapłakać?

"Są w życiu człowieka takie chwile, kiedy wydaje się, że nie udźwignie więcej, a jedyne, co pozostaje, to się poddać. Czas się zatrzymuje, a potem nagle zegar przyspiesza, jakby chciał nadrobić te utracone sekundy".

Choć pisarka zastosowała narrację trzecioosobową, wszechwiedzącego narratora, to nie mogłam oprzeć się wizji historii opowiadanej właśnie przez główną bohaterkę, czyli dojrzewającą dopiero młodą dziewczynę - może z uwagi na zastosowany język.
Żałuję też trochę, że autorka nie pokazała więcej wydarzeń z Woli Ostrowieckiej, narastających napięć wśród sąsiadów i rodzącego się strachu.
Zżyłam się z panną Zielczyńską. Śmiałam się z nią i płakałam. Tak wiele widziała, tak wiele przeżyła, a podjęta przez nią decyzja, była dla mnie olbrzymim zaskoczeniem. Czy była dobra? Czy jej sprosta? Dowiem się z drugiego tomu.

Magdalena Majcher stworzyła prawdziwe, żyjące postaci, które ukazują nam całe spektrum emocji. Ewoluują zgodnie z tym, co los im funduje. Starają się przetrwać i nie stracić tego, co w nas najlepsze - empatii. Wszystkiego tego, co w nas dobre i określane szerokim mianem człowieczeństwa.
Zastanawiałam się jak dzisiaj byśmy sobie poradzili z taką traumą jednostkowo?
My, których stresuje codzienność? My - zapadający na choroby cywilizacyjne wywołane długotrwałym wystawieniem na czynniki stresogenne?

To była dobra lektura.

Wydawnictwo: Pascal


Data wydania: 3. kwietnia 2019

Liczba stron: 400

Kategoria: literatura piękna/obyczajowa



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#86 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher - recenzja - czy warto przeczytać?


#47 Sukienka z mgieł - Joanna M. Chmielewska

#47 Sukienka z mgieł - Joanna M. Chmielewska

#85 Sukienka z mgieł - Joanna M. Chmielewska - recenzja - czy warto przeczytać?
Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek spojrzeć na obcego człowieka i poczuć, że coś jest nie tak? Zaoferowałeś pomoc? Przemykamy ulicami, nie zwracając na siebie uwagi, popychamy się łokciami, czy wózkami w sklepach. Patrzymy na siebie, ale nie widzimy. Czasem niewielki gest, zwykłe pytanie: czy coś się stało, dobre słowo, a być może zwykły uśmiech - zadziała jak katalizator, niekoniecznie czyjegoś całego życia, ale może choć tego jednego dnia.

Akcja "Sukienki z mgieł" Joanny M. Chmielewskiej toczy się w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem, która jest właśnie takim katalizatorem, to "Miejsce, gdzie dobre myśli łatwiej odnajdują człowieka". Z pozoru przypadkowi klienci, zbłąkani wędrowcy, którzy napojeni cudownymi, aromatycznymi herbatami i kawami - bo to magiczne miejsce to kawiarnia, odnajdują nie tylko chwilę wytchnienia, ale i receptę na... lepsze życie.

Głównymi bohaterkami powieści są Weronika, właścicielka tytułowej kawiarni i Anastazja Karpieluk zwaną Krychą, sprzątaczka. Pozostali bohaterowie tworzą sieć połączeń, kontaktów, które tkają razem z wolna płynącą fabułę. Jest Endrju nastolatek, który na samym starcie jest skazany na porażkę, ponieważ jest oceniany przez pryzmat pochodzenia społecznego. Jest tajemniczy Małomówny z przyklejonym do rąk laptopem, Mateusz, który pija tylko jeden rodzaj kawy, Ala, która wygląda jak ugrzeczniona dziewczynka, są też Kora - autystyczna dziewczynka, która nie mówi i jej matka oraz wielu innych.
Dwie główne postaci żeńskie są bardzo kontrastowe. Poznajemy ich losy od dzieciństwa.
Weronika jest dzieckiem pochodzącym z domu, który media z pewnością nazwałyby dobrym. Jej rodzicami jest para doskonałych lekarzy, która poświęca się pacjentom, nie tylko po to, by zarabiać, ale ze względu na poczucie swojego rodzaju misji. Weronika dorasta pozostawiona samej sobie, mówi, że wychowały ją koty. To dziecko, które miało cichy i spokojny dom, w którym zawsze czekał posiłek, gdzie nikt nigdy nie wyrządził mu żadnej fizycznej krzywdy, które mogło mieć wszystko, co tylko chciało i zostać tym kim chciało

"Bóg milczy, lecz Weronika wie, że On ją słyszy. 
Jej rodzice nie wierzą w Boga. Oni wierzą tylko w to, co daje się dotknąć, zobaczyć, zbadać. Weronika nie może tego pojąć. Bo przecież powietrze też jest niewidzialne. I miłość. I fale radiowe. Też nie da się ich dotknąć. I gdyby tak Boga można było zbadać, to nie byłby Bogiem".

Anastazja z kolei pochodzi z rodziny patologicznej. Gdzie przemoc fizyczna była na porządku dziennym, a wszelkie pozyskane środki finansowe służyły zaspokajaniu głodu alkoholowego. W domu nie było spokoju, nie było ciepłych posiłków. Nigdy nie czuła się bezpieczna i stale pragnęła ratunku. Uciekała w książki, kochała poezję, ale niestety nie pozwolono jej rozwijać zainteresowań. 
Z pozoru dwie różne historie, ale tak naprawdę wiele je łączy. Każdy dramat ma inną twarz, dla każdego poczucie krzywdy i samotności ma inny wydźwięk, tak samo jak definicja szczęścia - zawsze jest czymś innym. Życia kobiet się splatają, czasem przenikają.

"Ale Anastazja dusiła się tym powietrzem gęstym od cierpienia, pretensji, nienawiści, wypełniającym mieszkanie, które dawno przestało być domem, 
a właściwie nigdy nim nie było".

Nie ma tutaj zawrotnej akcji, zwrotów, które przyprawiają o ból głowy, to fabuła opisująca zwykłe życie, które z różnych powodów stało się dla bohaterów drogą - jak się im wydaje, ku klęsce. To dość emocjonalna historia, z tych które dają nadzieję na lepsze jutro. Światło w mroku zdarzeń, które przygniotły i odebrały sens życia.
Język stosowany przez autorkę jest przyjemny, mimo stosowania czasem dosadnych opisów, nadal brzmi on dość poetycko. Irytowało mnie jednak ciągłe powtarzanie pełnej nazwy Piwnicy. Odbierało to trochę realizmu dialogom, bo kto rozmawiając ze sobą stale powtarzałby tak długą nazwę?  Podobały mi się za to rzeczywiste opisy życia obu dziewczynek i ich wewnętrzne przemyślenia, charakterystyki psychologiczne. Jak różne doświadczenia z dzieciństwa prowadzą do zaburzeń w życiu dorosłym i emocjonalnego rozbicia. Irytowała mnie czasem dorosła Weronika, która przeżywała miłosne rozterki na poziomie nastolatki i rzeczywisty problem jaki miała - mianowicie stan zdrowia - zepchnęła na drugi plan.


"Dawno temu wierzyła, że mieszkają tu szczęście... Bo przecież niby gdzie miałoby mieszkać, jeśli nie w tych wypieszczonych domkach z ogródkami, wśród eleganckich pań i panów jeżdżących najlepszymi samochodami, i dzieciaków ubranych jak z amerykańskiego filmu. Tak myślała, kiedy miała jedenaście, dwanaście lat".

To świetna lektura na zły dzień, na poprawę nastroju. Ale to nie powieść dla wszystkich. Dla jednych będzie nudną historią z gatunku: "po burzy zawsze wychodzi słońce", na której wynudzą się i zmęczą miotającymi się bohaterkami, których zachowania czasem mogą wydać się irytujące, czy nielogiczne. Ktoś kto w jakiś sposób podziela, którąś z tych dwóch historii, łatwiej zrozumie, ponieważ czy chcemy, czy też nie - wszystkich oceniamy przez pryzmat własnych doświadczeń. Stąd też dla tych, którym życie drogę ustawiło pod górkę i wbrew ich woli obdarzyło nadwrażliwością emocjonalną; to będzie lektura przy której odpoczną i nabiorą wiary, w to, że może być lepiej. Wiem jak to brzmi - jak filozofia z kioskowego poradnika za 1,50 zł, ale czasem proste wybory są tymi najtrudniejszymi i tzw. prawd oczywistych się nie dostrzega.
To książka o walce o siebie, o pogoń za marzeniami - niezależnie od tego czym one są.
O wierze w siebie i budowaniu poczucia własnej wartości, i odnalezieniu drogi do miłości, ale miłości do samego siebie.
7/10.


"A życie na szczęście się jeszcze nie skończyło. Zawsze można coś zmienić".


Wydawnictwo:Wydawnictwo MG

Data wydania: 17. sierpnia 2019

Liczba stron: 240

Kategoria: literatura piękna


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


#46 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso

#46 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso


#84 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso - recenzja - czy warto przeczytać?
Wstyd się przyznać, ale nie czytałam wcześnie nic Guillaume Musso. Za to słyszałam i czytałam wszechobecne zachwyty nad jego powieściami. Dziś już wiem skąd się wzięły. Sama staję się jednym z głosów w tym chórze. 
Głównym bohaterem "Zjazdu absolwentów" jest Thomas Degalais, który przyjeżdża do swojej starego liceum na tytułową imprezę. Jak się szybko okazuje Thomas nie ma czystego sumienia i jego obecność na zjeździe wiąże się ze sprawą z przeszłości. Tajemnica, którą w sobie nosi powinna znaleźć swój finał na sali sądowej. Wszyscy obecni uczniowie liceum, jak i absolwenci wracają wspomnieniami do roku 1992, kiedy to zaginęła piękna i jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole - Vinca Rockwell. Miała ona uciec ze swym nauczycielem filozofii, z którym łączył ją - jak wszyscy doskonale wiedzieli płomienny romans. Myśli Thomasa i jego najlepszego przyjaciela ze szkolnych lat - Maxime'a zaprząta jeszcze jedna sprawa... Szkoła po zjeździe ma zostać rozebrana, a ta dwójka doskonale wie, jaką tajemnice skrywa budynek... Są w nim ukryte zwłoki... Teraz prawda może ujrzeć światło dzienne, ale czy się tak stanie?

"W twarz uderza mnie lodowate zimno. Wdrapuję się na parapet, ale nie mogę skoczyć. Noc dotyka mnie - i odpycha. Śmierć ze mnie rezygnuje".

To powieść z tych, które jak się otworzy, to się zamknie dopiero po przeczytaniu. Autor żongluje historią i emocjami, które odczuwają jego bohaterowie. Kiedy wydaje się nam, że już wszystko układa się w całość, nagle następuje zwrot o 180 stopni i jesteśmy w punkcie wyjścia. Nie ma możliwości w żaden sposób przewidzieć jak autor poprowadzi fabułę. Doskonale wodzi nas za nos, podsuwa informacje, które za chwilę zdają się przeczyć kierunkowi w jakim podążaliśmy. Świetne charakterystyki psychologiczne postaci. Tajemnice, sekrety, brudy i życie na pokaz. Tak często powtarzane kłamstwa, że zastąpiły prawdę, stały się nią. Czym jest miłość? Czym jest też rodzicielska miłość i do czego może doprowadzić? Co można zrobić, kiedy chce się pomóc najbliższym? A może tak naprawdę się nie pomaga, tylko utrzymuje ten obraz doskonałości, jaki się stworzyło? Tak jakby wcisnęło się przycisk pauzy na pilocie, a obraz zastygł. Książka, która wije się jak rzeka i nie wiadomo co się kryje za kolejnym meandrem.
Autor opisuje nie tylko obrazy, ale i zapachy towarzyszące kolejnym scenom, przez co możemy poczuć się uczestnikami zarówno retrospekcji, wspomnień jak i teraźniejszości. Wszystko jest tutaj przemyślane i doskonale ze sobą współgra; tytuły rozdziałów, podrozdziałów i wprowadzające cytaty ze światowej literatury. I ten drobny smaczek o Depeche Mode... Nie mogłam napisać swojej opinii zaraz po przeczytaniu, bo byłby to hymn pochwalny na cześć autora. Ciężko tę powieść zakwalifikować jako gatunek, bo to swego rodzaju kocioł, doskonała mieszanka wielu - thrillera, kryminału, czy powieści obyczajowej z wątkiem z romansu. Autor posiada patent na przepis lektury niemal doskonałej.
A zakończenie? Kiedy zostanie powiedziane już wszystko, to
zrobi coś, co sprawi, że znowu zwątpimy... 
8/10.

"To prawda, że dawali się ponieść emocjom, jednak z pewnością starali się robić wszystko jak najlepiej. Najlepiej unikać banalnych ścieżek, najlepiej godzić przygody z poczuciem odpowiedzialności, najlepiej odmieniać słowo "rodzina", ale według zasad własnej gramatyki".


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 31. lipca 2019

Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa/piękna
#45 Pchła - Anna Potyra

#45 Pchła - Anna Potyra

#83 Pchła - Anna Potyra - recenzja - czy warto przeczytać?
Nie pamiętam już - kiedy książka opętała mnie tak, że przykleiła mi się praktycznie do ręki. "Pchła" była ze mną wszędzie; podczas kąpieli, w łóżku, a nawet w kuchni.
Zaczęłam ją czytać wieczorem, miałam zajrzeć tylko na chwilę i... przeczytałam 120 stron... Obudziłam się chwilę, coś po drugiej w nocy z realnym przeświadczeniem, że ktoś stoi w rogu sypialni... Spokojnie, nikogo tam nie było.

Akcja "Pchły" toczy się w kilku wymiarach czasowych. Same śledztwo i główny wątek dzieje się współcześnie, a od czasu do czasu pojawiają się retrospekcje; nie tylko z czasów II wojny światowej.
Pierwszą ofiarą jest Łukasz Kos, którego zwłoki ktoś ułożył z najwyższym szacunkiem. Stworzył pośmiertną kompozycję, którą opatrzył białą różą, a zamordowanemu włożył do kieszeni stare zdjęcie. Mieszkanie zostało dokładnie wysprzątane, a zdjęcie ofiary morderca przesłał jego narzeczonej... 
Śledztwo prowadzi komisarz Adam Lorenz, pomagają mu -  Mateusz Corsetti, młody policjant o pseudonimie Brylant oraz Iza Rawska psycholog - profiler, która dopiero rozpoczęła  pracę.  
Warto wspomnieć również o prokuratorze prowadzącym sprawę - panu Zadrożnym, który jest tak bardzo skoncentrowany na sobie, że momentami zapomina po co został stworzony urząd, którego jest reprezentantem.
Zbrodnia została popełniona w najbardziej rodzinnym okresie roku - w Wigilię Bożego Narodzenia. W sprawie jest wiele niewiadomych i szybko okazuje się, że to nie jedyna ofiara niezrozumiałej na tę chwilę krucjaty mordercy.

"Człowiek wytrzyma tyle, ile może wytrzymać. Potem popadnie w desperację. Wtedy już tylko jeden krok dzieli go od szaleństwa".

Adam Lorenz to typowy bohater historii kryminalnej - jest "po przejściach", traumie, z którą się zmaga i z którą sobie tak do końca nie poradził. Lubi spędzać czas w "Biurze", które poi swoich interesantów nie tylko wodą. Mieszka sam, ma rodziców i siostrę, która zmaga się z problemami małżeńskimi.
Obecnie całym życiem Lorenza jest jego praca. To bardzo dokładny śledczy. Nie boi się badać z pozoru nic nieznaczących poszlak, które mogą okazać się jedynie stratą czasu. Szuka nieoczywistych połączeń, znaczeń, których inni by nie zauważyli, a ma do tego prawdziwy zmysł śledczy. 
W powieści pojawia się wątek romansu, ale jest drobny, nie zajmuje fabuły, a ukazuje komisarza z innej, bardzo emocjonalnej strony. 

Postaci stworzone przez Annę Potyrę są soczyste, prawdziwe. Prezentują cały wachlarz osobowości. Nieomylna pani psycholog, zbytnia pewność siebie może irytować, ale nie w przypadku Izy Rawskiej, choć nie było jej postaci zbyt wiele, można ją polubić. Corsetti i Brylant tworzą z Lorenzem skuteczne trio, a Zadrożny ze swoim zbiorem "sucharów" na każdą okazję, doskonale dopełnia tę plejadę świetnych bohaterów.

"Wszyscy chcą więcej i lepiej, i szybciej. A kiedy ich żądania i roszczenia nie są zaspokojone, ruszają do walki uzbrojeni w złe słowo".

Choć sam główny wątek seryjnego mordercy jest oczywisty, to już nie tak oczywisty jest jego motyw. To, co skłoniło go do tak okrutnych poczynań - również zaskakuje czytelnika. 
Retrospekcje dotyczące wojny, jej ofiar, bardzo sugestywne i mocno emocjonalne w odbiorze. 
Wiele razy zdawało mi się, że już wiem, gdzie podąża fabuła, a autorka za chwilę dawała mi prztyczka w nos... Otoczka towarzysząca śledztwu, mroźna i śnieżna aura, bardzo pobudzają wyobraźnię, a świąteczna atmosfera stanowi idealny kontrast dla zbrodni.

Tło historii kryminalnej również znakomite, obfitujące w dylematy moralne, rodzinne niedopowiedzenia, przemilczenia i ciche dramaty, które każdy chciałby zamieść pod dywan.
"Pchła" to nie tylko bardzo dobry kryminał, to książka o życiu. O wartościach jakie ono ze sobą niesie. O tym jak w dobie luksusu pokoju, łatwości bycia ze sobą; nie potrafimy się w nim odnaleźć i na siłę szukamy czegoś, z czego możemy być niezadowoleni. Jak lubimy się karmić tym, co złe i pozwalać mu w nas wzrastać i niszczyć.
Naprawdę ciężko uwierzyć, że to debiut kryminalny! Czekam na kolejne śledztwa prowadzone przez komisarza Lorenza.
8/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 9. lipca 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: thriller/sensacja/kryminał

#83 Pchła - Anna Potyra - recenzja

#44 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke

#44 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke

#82 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke - recenzja - czy warto przeczytać?
Niezwykle rzadko sięgam po historie miłosne ponieważ romans został dziś kompletnie pozbawiony subtelności i odarty z jakiejkolwiek magii.
Jak się czyta dużo, czasem mało optymistycznej literatury to niestety trzeba się przyznać przed samym sobą do... zmęczenia - zmęczenia czytaniem. Miałam tak od kilku już książek, stąd pojawił się pomysł by przeczytać jakąś słodką, choćby naiwną historię.
Wybór padł na "Połączyły ich gwiazdy" Minnie Darke - i tak miała na to wpływ ta kosmiczna okładka.

Głównymi bohaterami powieści Minnie Darke są Justine i Nick.
Justin to Strzelec, który dąży do realizacji swoich zawodowych marzeń - chce być redaktorką w "Alexandria Park Star". Uwielbia zasady pisowni, nie przepuści żadnej okazji by poprawić czyjś błąd, to markerem w sklepie na szyldzie z nazwą, to ołówkiem w menu restauracji, w której akurat je obiad. Kocha książki, szybko, wszystko zapamiętuje. Czeka na swój upragniony staż, pełni rolę gońca - człowieka od wszystkiego. 

Nick - to z kolei Wodnik. Aktor - marzyciel, który po konfrontacji z rzeczywistością przewartościowuje listę swoich marzeń dotyczących kariery zawodowej. Nick jest bardzo empatyczny zarówno w stosunku do zwierząt jak i ludzi, a dla miłości, jest w stanie poświęcić wszystko. Wierzy w horoskopy.


Justine i Nick znają się z lat młodzieńczych. Jako nastolatkowie spędzili ze sobą wieczór podszyty pierwszymi pocałunkami, po którym się rozstali i... nie widzieli 12 lat, jeden miesiąc i trzy tygodnie. Przypadkiem wpadli na siebie w sklepie, gdzie Justine korygowała błędy w pisowni "Awokado", a Nick przebrany za rybę reklamował ostrygi.
Po tym przypadkowym spotkaniu, mimo że oboje chcą utrzymywać kontakt, żadne tego nie robi, aby nie wypaść na desperata? Na ich perypetie będzie miał wpływ Leo Thornbury - astrolog, którego horoskopy nie tylko czyta, ale i w nie wierzy, multum ludzi oraz Szekspir - tak William. 
Traf lub też koniunkcja planet sprawia, że Justine z gońca awansuje na odpowiedzialną za skład magazynu, co niesie za sobą konieczność przepisywania artykułów - w tym horoskopów tworzonych przez tajemniczego Leo. Korzystając z okazji kobieta, "lekko" koryguje dział Leo w sekcji odpowiedzialnej za Wodnika - znak zodiaku Nicka. Jak możemy przypuszczać skutki nie będą takie jakich oczekiwała, a przy okazji będzie miała wpływ na decyzje innych, nieznanych sobie osób, które wskazania celu w życiu upatrują w gwiazdach. 


Oczekiwałam lekkiej, przyjemnej i miłej w odbiorze lektury - taką też dostałam. Podczas czytania śmiałam się i krzywiłam nad decyzjami jakie podejmują świadome, dorosłe jednostki - bo tak mówi im ich horoskop. Postaci było bardzo dużo, autorka zadbała o rozbudowanie fabuły o pobocznych bohaterów, którzy kierując się wyznaczoną przez astrologicznego guru drogą; nieświadomie mają wpływ na to, co czeka naszą parę.
Historie zdają się ze sobą niepowiązane, przypadkowe i czasem mogą wybić z rytmu czytania, ale warto się nie zrażać - wszystko ma znaczenie.

Jest miło, słodko i tak... ciepło. To nie tylko historia o rodzącej się miłości, to także opowieść o tym jak ścieżki nieznanych sobie osób łączą się ze sobą i nieświadomie na siebie oddziałują, niejednokrotnie trwale zmieniając czyjeś życie. Jak pokrętne bywają nasze decyzje, jak zamiast ze sobą szczerze porozmawiać, krążymy w okół siebie jak te planety, w okół słońca. Odpoczęłam przy tej lekturze i doskonale się bawiłam, uważam, że to dobra komedia romantyczna.
6/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 25. czerwca 2019
Liczba stron: 416
Kategoria: literatura obyczajowa/romans

Tłumaczenie: Jacek Spólny
#43 Na przekór - Agata Polte

#43 Na przekór - Agata Polte

#81 Na przekór - Agata Polte - recenzja - czy warto przeczytać?
Często zdarza mi się czytać literaturę skierowaną do młodzieży, ale taką z gatunku tych fantastycznych. Taką traktującą o codzienności - bardzo rzadko. Do młodzieży już dawno nie należę i czasem nie rozumiem wszechobecnej i bardzo modnej wręcz wulgarności przejawiającej się w literaturze, a także w produkcjach wyświetlanych na szklanym ekranie. 

"Towarzyszył mi nieustanny strach, że następnego dnia obudzę się i kolejna osoba, którą kochałam najbardziej na świecie, mnie opuści".

Kiedy zobaczyłam okładkę "Na przekór" Agaty Polte wzbudziła o mnie jakąś nutę nostalgii i tęsknoty za licealnymi czasami, więc dałam jej szansę. 
Główną bohaterką powieści jest Laura Piech. Młoda dziewczyna o złotym sercu, które łamane - mimo jej wieku, było już wielokrotnie. Kiedy była jeszcze małym dzieckiem opuścił ją ojciec, a matka popadła w stan odrętwienia i automatyzmu działań, z którego udało się jej jakoś wyjść, ale jak wskazuje jej dalsze postępowanie - było to tylko złudzenie.
Matka Laury wyjechała do pracy za granicę, do Anglii, gdzie miała przygotować się finansowo na przyjazd córki, jednak jej telefony były coraz rzadsze, aż w końcu kontakt się z nią urwał.
Dziewczyną opiekuje się babcia, która sama jest chora. Mieszkają w małym domku, który domaga się o remont, a ich codzienność ubarwiają kot Ninja i pies Loki. Laura ma tak naprawdę jednego przyjaciela - kolegę z klasy - Adama. Jednak wkrótce na jej drodze pojawia się Filip.
Laura to niezwykła nastolatka - przygarnęła wyrzuconego szczeniaka, pomaga w schronisku i pracuje w gabinecie weterynaryjnym, pomaga babci i dobrze się uczy.
Kiedy tylko zaczyna się czuć szczęśliwa dzieje się coś, co wytrąca ją z tego stanu.


"Mama mówiła mi, że potwory nie czają się w ciemności, nie czekają na dogodną okazję, by nas złapać, zranić czy z nas zakpić. I udowodniła mi to w najprostszy z możliwych sposobów - ukazała mi swoją prawdziwą twarz, tak zwyczajnie w świetle dnia. Pokazała, że by sprawić komuś ból, nie trzeba trzymać w ręce ostrza. I że nie potrzeba mroków, w których może się coś ukryć, o nie. Bo prawdziwy ból można było zadać za dnia, w blasku słońca. I nie było to zadrapanie pazurami potwora, ugryzienie jakiejś bestii czy inne bzdury - ale zwykłe kłamstwo, obłuda i zawiedzione zaufanie".


To dobrze napisana opowieść o codzienności "zwykłej - niezwykłej" nastolatki, której życie dalekie jest od bajki. Przesiąknięta natłokiem emocji i bardzo dojrzałych przemyśleń dziewczyny. Z bohaterką można się zżyć i odczuwać wraz z nią ten kocioł złych wydarzeń, w którym żyje. Każda z postaci jest wyrazista i łatwa do zapamiętania.
To historia o rozwijającej się prawdziwej przyjaźni, o rodzącej się młodzieńczej miłości i dorastaniu, które nie wygląda jak na zdjęciach w kolorowych magazynach.
O tym jak warto ze sobą rozmawiać i że zawsze trzeba wierzyć, że będzie lepiej.
Ciężko mi się czytało przemyślenia panny Piech na temat tego jak potraktowali ją rodzice i jak to na nią wpłynęło. Ciężko, bo nie rozumiem jak jakikolwiek rodzic może tak postępować wobec dziecka, choć wiem, że rzeczywistość bywa dużo gorsza.
Laura jest bardzo wrażliwa, stale martwi się o babcię i ich przyszłość, współodczuwa z tymi wszystkim porzuconymi zwierzętami, a jednocześnie to niesamowicie silny charakter.
Warto również wspomnieć o bardzo dobrych dialogach, które choć przesiąknięte ironią i wzbudzające uśmiech, to są mądre i zawsze coś wnoszą.
"Na przekór" to bardzo dobry przykład, że można napisać książkę dla młodzieży bez tej wspomnianej przeze mnie na początku - wulgarności, bez taniego erotyzmu i narkotycznych wizji świata. Można stworzyć interesującą bohaterkę, którą trapią prawdziwe problemy, a mimo to nigdy nie upada - takie książki chce się czytać! 
8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 25. czerwca 2019
Liczba stron: 296
Kategoria: literatura młodzieżowa

#42 I sprawisz, że wrócę do prochu - Ambrose Parry - recenzja przedpremierowa

#42 I sprawisz, że wrócę do prochu - Ambrose Parry - recenzja przedpremierowa

#80 I sprawisz, że wrócę do prochu - Ambrose Parry - recenzja przedpremierowa
Na samym początku zaznaczę, że w przypadku tej książki nie mogę być bardzo obiektywna. Dlaczego? Bo darzę ogromną sympatią wszelakie historie o XIX wiecznym, brudnym świecie, z bolesną i krwawą medycyną, otoczone aurą tajemnicy zabłoconych ulic, na których ludzie znikają niczym rozpływająca się mgła.

"Ludzie często snują najbardziej fantastyczne hipotezy i stają się niewytłumaczalnie ślepi na to, co oczywiste i co widzą na własne oczy tuż przed własnym nosem".

Akcja książki toczy się w 1847 roku w Edynburgu. Głównym bohaterami są Will Raven - asystent pioniera w dziedzinie stosowania eteru jako znieczulenia - doktora Simpsona i Sara Fisher, niezwykle inteligenta pokojówka i pielęgniarka, którą właśnie praca wiąże ze wspomnianym wcześniej doktorem Simpsonem.


"Ale Raven nigdy nie zapomniał, że mieszka w Edynburgu, mieście o janusowym obliczu: jednym na pokaz, dla towarzystwa, i drugim, przyoblekanym za zamkniętymi drzwiami".

Sam doktor Simpson prowadzi dość otwarty dom, odwiedzają go różni przedstawiciele świata medycyny i nie tylko. Leczy on zarówno bogatych jak i biednych - toteż Raven i Sara ocierają się o zróżnicowanych; nie tylko pod względem dolegliwości, ale i statusu społecznego pacjentów. Oni sami na początku nie darzą się sympatią. Ich znajomość zupełnie jak fabuła, rozwija się powoli.
Na terenie Edynburga odnajdywane
zwłoki kobiet, których kończyny są nienaturalnie powyginane, zastygłe w pośmiertnym spazmie, a twarze noszą ślady ogromnego bólu. 
Jest tak jak lubię - piękno XIX wieku - ubrane w brud myśli, czynów i ten mniej metaforyczny brud codzienności. Ulicami przemykają przestępcy, których nie idzie odróżnić od zwykłych mieszkańców. Każdego określało klasowe pochodzenie i płeć. 

"Nigdy nie ufaj człowiekowi bez wad. Te, które ukrywa, muszą być odrażające".

Samych tajemniczych zgonów było mi mało, jednak opisy ówczesnej bardzo krwawej i bolesnej medycyny mi to rekompensowały jak i wszechobecne zepsucie ówczesnego społeczeństwa, które choć czasowo odległe - to pod względem przestępczości dziwnie bliskie. Tak wiem jak to brzmi. Akcja rozwijała się powoli, a ja do połowy myślałam, że sam wątek powykręcanych przedziwnie kobiecych zwłok został zapomniany, ale autor spokojnie budował klimat i przygotowywał grunt. Powieść jest bardzo w schemacie dobrego serialu z wysp brytyjskich. Nie było mi trudno odgadnąć kto, bo autor praktycznie na tacy podawał rozwiązanie, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Opisy zabiegów, narzędzi położniczych przyprawiały mnie o dreszcze, a kiedy przeczytałam narzeczonemu fragment o kraniotomii, ten się skrzywił i zapytał: Co Ty czytasz? 


"Latem 1826 roku panowały tak dotkliwe upały, że smród rozkładających się ciał zmusił kapitanat portu do otwarcia zamówionych przez Syme'a skrzyń z nielegalnym ładunkiem, co wywołało powszechne oburzenie i skandal".

Bohaterów jest dość dużo, ale są tak charakterystyczni, że nie ma możliwości pogubienia się w fabule. Każdą z postaci przedstawionych przez autora cechuje złożoność charakteru i nuta tajemnicy, sekretu, który będziemy musieli odkryć. Bardzo podobało mi się dokładanie wątków i łączenie ich z głównym, przez co historia nie tylko nabierała tempa, ale i rozrastała się dając autorowi możliwość kontynuacji. Każdy z charakterów; nie ważne jaką klasę społeczną reprezentuje; jest bardzo ludzki - nawet jak obraca się w przestępczym światku - bo nikt nie jest tu po prostu dobry lub zły.
Mimo że liczyłam na więcej samego kryminalnego śledztwa, nie czuję się zawiedziona!
To była doskonała rozrywka ubarwiona historią medycyny położniczej i narodzin anestezjologii. 
Jako fanka demonicznego golibrody z Fleet Street, Inspektora Fredericka Abberline'a z Piekła rodem, bohaterów Ripper Street i Alienisty oceniam tę książkę na mocną siódemkę w skali dziesięciostopniowej - czy słusznie, to już musicie sprawdzić sami. 

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 23. lipca 2019
Liczba stron: 480
Kategoria: thriller/sensacja/ kryminał

Tłumaczenie: Jędrzej Polak

#41 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski

#41 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski

#77 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski - recenzja - czy warto przeczytać?
Czasem bywa tak, że w bohaterze książki, którą czytamy widzimy cząstkę siebie. Podobne zainteresowania, doświadczenia, czy cechę charakteru. Rzadko zdarza się jednak tak, by w każdym z bohaterów ujrzeć fragment własnego życia.
To nie jest książka dla wszystkich. Nie wiem czy ta książka jest też dla Ciebie, ale na pewno była ta książka dla mnie.Jest rok 1997. Lato naznaczone wielką powodzią. Pamiętam ten okres bardzo dobrze, z uwagi na przyjazd kolonii dzieci z rejonów, które spustoszyła woda, do Domu Księży Werbistów - obok którego wtedy mieszkałam. Jedno z przebywających tam dzieci opowiedziało mi historię; najsmutniejszą historię jaką wtedy słyszałam i która do dziś powoduje u mnie smutek, ale ja nie o tym...
Dla mnie to lato było dwukolorowe. Z uwagi na krzyczący zewsząd utwór zespołu Hey "Moja i Twoja nadzieja".
Akcja powieści toczy się na blokowiskach Kutna. Bohaterami są trzynastoletni chłopcy, głównym jest Chudy. Chłopcy właśnie rozpoczęli wakacje, dla niektórych z nich zaczną się one dopiero po otrzymaniu lania - za brak promocji do następnej klasy. Chudy opowiada jak spędzał ten letni czas, który miał być "najlepszymi wakacjami jakie do tej pory przeżył".
I tak za pomocą jego narracji jesteśmy na wakacjach zwykłych dzieci, z niezbyt zamożnych rodzin i tych z głębokimi problemami nazywanymi dziś popularnie - patologią.

To nie jest kolorowy świat, gdzie wszyscy szukają tęczy i biegają z jednorożcami, jaki żyje w pamięci niektórych z moich rówieśników. To owszem była też zabawa - gra piłkę, ale i wybijanie szyb, chęć uniknięcia konsekwencji - modły żeby przewidywany efekt millenium jednak nastąpił szybciej (sic!), i wszechobecna manifestacja siły fizycznej starszych i większych.
Opis samej powodzi jest mocno realistyczny, przytłaczający, mroczny i niestety prawdziwy. 

"Powódź sprawiła, że hałas zniknął, ale wszystkie brudy tego miasta wypłynęły
z piwnic, serc i spod paznokci".

Podczas czytania bywało różnie. Śmiałam się, ale i było mi smutno. Dla mnie to była sentymentalna podróż w głąb siebie. Wiele rzeczy z tamtego okresu, nie że zapomniałam, ale nie chciałam pamiętać, teraz musiałam je przemyśleć raz jeszcze, jako dorosła i chyba było mi to potrzebne.

"Gdy masz trzynaście lat, jedyne miejsce, do którego możesz uciec, jest wewnątrz ciebie".

Znowu czułam smak lizaka HIT z rozmiękczonym śliną, obgryzionym kartonowym patyczkiem. Znowu żułam Hubbę Bubbę, a na śniadanie jadłam bułkę z żółtym serem i pomidorem, któremu daleko było do uprawy BIO, a wszystko popijałam słodzoną cukrem, zwykłą czarną herbatą. Wychodziłam rano, wracałam późnym wieczorem. Nie było smartfonów. Pilnowaliśmy się sami. Choć robiliśmy głupoty i dziś łapię się za głowę jak mogliśmy być, aż tak nieodpowiedzialni... To mimo wszystko - był to piękny czas...
Większość z nas wyglądała tak samo. Trampki, rozciągnięte koszulki i spodenki z obciętych spodni. Nikt nie obnosił się gadżetami, a jak ktoś dostał coś nowego, to zabierał to na podwórko. Byliśmy brudni, piliśmy czerwoną, chemiczną oranżadę z jednej butelki, na którą robiliśmy zrzutkę. 

"Po policzkach dziewczyny spływają czarne krople tuszu, jej głos się łamie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Dopiero teraz dociera do mnie, że ona i cała reszta nie stracili tego dnia ulubionego wokalisty, który śpiewał te wszystkie fajne piosenki. Umarł ich przyjaciel, ten, który powierzył im wszystkie swoje sekrety.
I krzyczał za nich, gdy oni nie mogli nawet mówić".


Chudy nie pochodzi z patologicznej rodziny. Ma kochających rodziców, którzy kiedy nie mogą zabrać go na wakacje informują go o tym i... przepraszają. Jednak otoczenie chłopaka, nie ma takiego szczęścia i ten chcąc się dopasować nie wychyla się, wtapia się.
Uczy się bardzo dobrze, ale czy dlatego, że tego chce? Czy dlatego, że nie chce zawieźć rodziców? 
Narracja jest pierwszoosobowa. Choć opowiada to młody chłopak, to przemyślenia bywają bardzo dojrzałe, jakby obecnie dorosły, tłumaczył sam sobie własne młodzieńcze posunięcia i próbował wykonać rachunek sumienia.
Były to czasy Nirvany, The Offspring, czy polskich formacji Kaliber 44, czy Wzgórze Ya-Pa 3. Spędzaliśmy czas ze sobą. Kupowaliśmy Popcorn, Bravo czy Świat Wiedzy. Pokoje oklejaliśmy plakatami, a swój wewnętrzny bunt większość z nas manifestowała obnosząc się ze swoim muzycznym idolem. Był to też czas pierwszych miłości, ale i u niektórych - prób z różnego rodzaju używkami


"Mama kręci głową i głośno wzdycha. Maciej Orłoś zapowiada muzykę z Markiem Sierockim, a ja wkładam trampki i wychodzę z domu, myśląc o tym, że świat może być gorszy niż najbardziej brutalna z gier. On istnieje naprawdę".

Czy to ciężka, osnuta kanwą beznadziejności blokowisk lat 90 - tych książka? Nie. To zwykłe wakacje, dojrzewających nastolatków, którym nikt nie serwował jeszcze wykładu jak powinno wyglądać szczęśliwe dzieciństwo i ile trzeba mieć, by móc nazwać się szczęśliwym. Kiedy nikt przesadnie nie lukrował wizji przyszłości.

"Zawsze, gdy ją widzę na mieście lub w głowie, myślę o tym, że idziemy przez to życie i zostawiamy fragmenty siebie w innych osobach. Czasem te fragmenty uwierają.
Ale to czyni nas tym, kim jesteśmy. Wszyscy jesteśmy ulepieni z niepasujących
do siebie części".

Siedzę dziś i żuję gumę rozpuszczalną Maoam (nadal wszyscy nazywają ją też Mambą), którą dostałam od bratanicy i smak jest taki jak zapamiętałam, więc może ja też nie zmieniłam się aż tak bardzo; jak mi się wydawało? I świat też nie?

"Dobra muzyka ma tę właściwość, że słychać w niej twoje własne myśli".

Dobra książka też.
7/10. 


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 12. czerwca 2019

Liczba stron: 352

Kategoria: literatura polska/ literatura piękna


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#77 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski - recenzja


#40 Gambit - Maciej Siembieda

#40 Gambit - Maciej Siembieda

#76 Gambit - Maciej Siembieda - recenzja - czy warto przeczytać?

Odkąd przeczytałam "Miejsce i imię" Macieja Siembiedy wiedziałam, że przeczytam każdą kolejną powieść spod jego pióra. Myślę, że gdyby postanowił sfabularyzować książkę telefoniczną, to też czytałoby się ją znakomicie.
Główną bohaterką najnowszej powieści pana Macieja - o dźwięcznej nazwie "Gambit" - jest Wanda Kuryło. Karty powieści to najprościej rzecz ujmując przekrój jej życia; od młodzieńczych lat po wysłużoną emeryturę (1939 - 1990). Wanda jest nieprzeciętnie inteligenta, na początku działa w szeregach AK, później w MI6, aż trafia do amerykańskiego kontrwywiadu.
Jej losy splatają się z dwojgiem braci Ostrowskich - Jerzym i Włodzimierzem. 

"Czasami, żeby ten cel osiągnąć i zdobyć lepszą pozycję na planszy, z rozmysłem poświęca się pionki, a nawet figury. Kiedyś pojmiesz sens tego manewru. Nazywa się gambit".
Włodzimierz Ostrowski pseudonim "Dzidek" również zasilał szeregi Armii Krajowej, gdzie poznał Wandę, w której z wzajemnością się zakochał, jednak aresztowanie kobiety oraz późniejsze wydarzenia sprawiły, że drogi tych młodych ludzi się rozeszły.
Jerzy Ostrowski to nie tylko inżynier pracujący w zakładach motoryzacyjnych, ale i utalentowany szachista. 
Tajemniczy medalik z współrzędnymi, skarb, który jest w kręgu zainteresowań największych ówczesnych światowych przywódców i niespełniona młodzieńcza miłość. Wszystko to twory niesamowitą fabułę, okraszoną doskonałymi dialogami.
Niestety nic więcej z fabuły nie mogę zdradzić, bo powiedziałabym zbyt wiele. Dodam jeszcze, że wiele elementów fabuły ma swoje umocowanie w historii i to czyni ją jeszcze bardziej niesamowitą.

Pan Maciej pisze niesamowicie obrazowo i płynnie. Wyobraźnia może spokojnie zająć się tworzeniem zdarzeń i przysłonić tekst. W trakcie czytania możemy odciąć się od rzeczywistości, odpłynąć w kreowany przez niego świat i poczuć się jak widz w pierwszym rzędzie na premierze wysokobudżetowego filmu, w którym nikt nie oszczędzał na scenarzyście i obsadzie.
Maciej Siembieda tworzy bohaterów rzeczywistych, realnych nawet jeżeli zajmują się tak niecodziennymi sprawami jak praca dla MI6. To prawdziwi ludzie. Robi to, tak doskonale, że gdyby nie Posłowie, nie domyśliłabym się, kto rzeczywiście żył, a kogo stworzyła wyobraźnia pisarza. 

Dodatkowo, praktycznie w gratisie - mamy lekcję historii, podaną w taki sposób, że na samej książce się nie poprzestaje. W trakcie czytania i po zakończonej lekturze na pewno spędzimy trochę czasu na wyszukiwaniu dodatkowych informacji na temat postaci i zdarzeń, które oplata fabuła. 

Polecam i szczerze zachęcam do zapoznania się ze we wszystkimi powieściami Macieja Siembiedy, ale i ostrzegam... że zbyt mocne zatracenie się w treści może skończyć się uronieniem niejednej łzy.
9/10. 

Za swój egzemplarz dziękuję zarówno Gosi -  @lareinemargotpl jak i samemu autorowi :) 





Wydawnictwo: Agora

Data wydania: 3. kwietnia 2019

Liczba stron: 416

 
Kategoria: thriller, sensacja, kryminał
#39 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch

#39 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch

#75 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch - recenzja - czy warto przeczytać?
Czy zdarzyło się Wam narzekać jak źle się żyje w Polsce? Na pewno. Na co dzień nie myślimy o tym jak wielu ludzi oddało to, co miało najcenniejszego - własne życie, za to - byśmy dziś sami o sobie stanowili - bez podległości żadnemu innemu państwu. Nie zastanawiamy się nad tym, żyjemy tu i teraz. 

Krzysztof Goluch w swojej książce przedstawia losy członków ruchu partyzanckiego powstałego by stawiać opór sowietyzacji Polski, kiedy to Armia Czerwona nas "wyzwoliła" spod jarzma niemieckiego agresora. "Czerwona zemsta" opiera się na historii autentycznych postaci z szeregów Żołnierzy Wyklętych.
Na samym początku poznajemy Janka, który po ogłoszonej amnestii żyje na wsi z kobietą, którą kocha. Jednak nie jest mu dane zaznać spokoju życia rodzinnego, ponieważ zostaje aresztowany, a ukochana ginie od kuli - na jego oczach. Narastający gniew i chęć zemsty za odebraną miłość sprawiają, że trafia do oddziału "Orlika" - Mariana Bernaciaka, u którego boku przyjdzie mu walczyć przeciwko NKWD, KBW, UB i MO.


"Mądry dowódca robi to, czego wróg się nie spodziewa".

Oprócz Janka, którego historia jest przedstawiona najszerzej, na kartach powieści poznajemy kilku spośród Żołnierzy Niezłomnych - ich niejednokrotnie zawiłe historie, charaktery
i odwagę by stawiać opór potędze ZSRR.
Kilku z nich zdradziło, zachowało się wbrew temu, o co mieli walczyć. Jednak kiedy dowiadujemy się co do tego doprowadziło, to sama zdrada i kara za nią nie jest już tak oczywiste. Bohaterkami są też ukochane kobiety żołnierzy, a także ich dzieci, np. Emilka, która choć jest małym, osieroconym dzieckiem, które wiele widziało, to zawsze wie, co powiedzieć i nie boi się konsekwencji tych słów. 

"- Głupi ten, kto chwastów w porę nie wyrywa, tylko pozwala im się rozrastać".

Zastanawiałam się jak przybliżyć pokrótce losy bohaterów, gdyż są tak zawiłe i rozbudowane, że nie da się napisać na tyle mało, by nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać przyjemności samodzielnego ich poznawania.
Tej powieści się nie czyta, tylko się nią żyje. Momentami czułam się jakbym podglądała działania partyzanckie z góry i widziała jak Żołnierze "Orlika" przemykają między drzewami, jakbym uczestniczyła w ich codzienności, była na przesłuchaniu, uciekała z nimi kanałami, czy siedziała ukryta w wozie, by za chwilę zatańczyć na weselu.
Język, którym operuje autor jest tak sugestywny i prawdziwy, że naprawdę możemy usłyszeć i zobaczyć tych niesamowitych ludzi. Pośmiejemy się z nimi i nie raz uronimy kilka łez...
Sposób przeprowadzania przesłuchań, zdobywania informacji, czy też opisy zachowań żołnierzy Armii Czerwonej sprawią, że zapewne będziemy musieli na chwilę odłożyć lekturę, ponieważ nie sposób ogarnąć rozumem ogromu zła, bólu i okrucieństwa, które niosły ze sobą tamte czasy. 

"- Wojna potrafi lepiej rozegnać ludzi niż dmuchawce na wietrze".

"Czerwona zemsta" to książka, która przypomina - przypomina o Tych, dzięki którym dziś możemy narzekać na swoją codzienność, a także myśleć i mówić po polsku. Tych, którym jesteśmy winni tak niewiele, za tak wiele. Człowiek żyje tak długo, jak długo żyje pamięć
o nim. To prawdziwy pomnik zbudowany ze słów.
Mogę zagwarantować, że po zakończonej lekturze spędzicie czas tak jak ja, czyli na szukaniu informacji o Żołnierzach Drugiej Konspiracji, o Bitwie w Lesie Stockim... oraz na wyglądaniu drugiego tomu o losach oddziału "Orlika".
9/10.


"Tylko śmierć może mnie uwolnić, bo ja jestem więźniem duszy".


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 30. maja 2019

Liczba stron: 473

Kategoria: historyczna


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...