#160 Tanie czytanie - zakupy w księgarni oczytani.pl

#160 Tanie czytanie - zakupy w księgarni oczytani.pl


Dziś trochę inny tekst, ale oczywiście o książkach. A dokładnie o zakupach.
Książki są drogie, nie będę udawała, że tego nie wiem.
Jest kilka opcji żeby ta przyjemność była trochę tańsza i bardziej dostępna. 
Tym razem o - książkach papierowych, bo z czasem napiszę również o Legimi i ich abonamentach, ale bez zbędnych peanów, bo nie jest to aż tak wspaniałe jak piszą, czy mówią.

Mam względnie dobry dostęp do nowości książkowych w ramach "współpracy" z niektórymi wydawnictwami, ale z większości z nich rezygnuję lub już zrezygnowałam, a dlaczego to wyjaśnię w innym poście. 

Kocham czytać, czytam nie po to by szukać w książkach błędów edytorskich czy autorskich.
Kiedy się dużo czyta nie tylko pięknie rozwija się wyobraźnia, poprawia się również słownictwo. Zdania zdają się same tworzyć, a znalezienie porównania, odpowiedniej metafory pojawia się zaskakująco szybko. Nie piszę i nie mówię idealnie, ale jest o wiele lepiej niż było kiedykolwiek. Strumień oświecenia spływa na mnie dość wolno.

Tanie czytanie


Czytam około stu książek rocznie, choć poprzedni rok zamknęłam z przeszło dwusetką.
Spotykam się z teoriami, które mówią, że niemożliwymi jest czytanie takiej ilości książek ze zrozumieniem, chyba, że... czyta się książki, których treść daleka jest od wywodów filozoficznych. 

Nie sądzę, aby tak było. Zdarza mi się czytać książki o prostej formie i prostej treści, w ramach rozrywki, wolę to niż ogłupiające treści bijące z niebieskich ekranów.
Zapamiętuję więcej niż bym chciała. Jak cytat mnie w jakiś sposób ujmuje, to zostanie ze mną na stałe, mimo że przeczytałam go raz.
Tak już mam, jak Rain Man.

Znowu się rozpisałam... Przechodzę do zakupów. 
 

Zakupy w księgarni oczytani.pl

Istnieją księgarnie oferujące książki, które nie zostały sprzedane i zalegają na półkach. Niektóre są uszkodzone - ale z reguły jest taka informacja już w ich opisie.
Do księgarni oczytani.pl trafiłam przez post niekulturalnie.pl.
Postanowiłam sprawdzić jak to faktycznie wygląda, zwłaszcza, że znalazłam tam książki, które kojarzyłam już wcześniej.  
Złożyłam zamówienie w piątek tj. 14 lutego, a paczka została do mnie nadana już w poniedziałek, a dziś jest już u mnie.
Koszt dostawy wyniósł mnie 8,50 zł, ponieważ wartość zamówienia przekroczyła 100 zł. 

Pod tym linkiem: KOSZT DOSTAWY, możecie sprawdzić koszt dostawy w zależności od wartości zamówienia, czy sposobu płatności. 

Książek jest 12. Przyszły w kartonie, zabezpieczone folią bąbelkową, o byciu eko nie będę truła, jest jak jest. Folię i tak wykorzystam do wysyłek, których trochę robię.


Poniżej pokażę co wybrałam, możecie zobaczyć w jakim stanie są książki, sprawdzić opis (wystarczy kliknąć w aktywny link i zostaniecie przeniesieni na stronę księgarni - może komuś coś przypadnie do gustu, oraz cenę.

1."Patrick Melrose. Tom 1. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja" - Edward St Aubyn

Czaiłam się na tę pozycję, już jakiś czas. Ceny może nie są jakieś zaporowe, ale wiecie - im więcej zostaje w kieszeni tym lepiej.
Zawsze można dołożyć do kolejnej książki, albo bochenka chleba... Kiedyś pójdę z torbami, naprawdę.
To jedna z dwóch droższych książek. Koszt 11,95 zł.
Jak widać wygląda bardzo dobrze.



2."Wojna i terpentyna" - Stefan Hertmans
Ma trochę "zmęczony" grzbiet, ale akceptowalny, zdarza się, że książki kupione po cenie okładkowej mają je w gorszym stanie. Widać to na pierwszym zdjęciu u góry. Koszt 9,85 zł.


3."Strasznie głośno, niesamowicie blisko" - Jonathan Safran Foer
Stan bez zarzutu. Książka została zekranizowana, stąd możecie kojarzyć tytuł.
Koszt 9,95 zł.
 

4."Miejsce na ziemi" - Umi Sinha
Stan bez zarzutu. Skusiła mnie piękną okładką, opisem. Widziałam ją u znajomej na instagramie i jak zobaczyłam jej cenę 9,55 zł, to nie mogłam nie wziąć.
 

5."Tragedia Lusitanii" - Erik Larson
Ma drobne uszkodzenia na okładce, których nie widać nawet na tym zdjęciu, ale są. 
Pewnie małe zaskoczenie, że taka tematyka? Interesuję się statkami w historii, ich katastrofami. Woda i jej ogrom, stalowy kolos i mali ludzie.
Nic głębszego w tym nie ma. Koszt 9,95 zł.


6."Wyspa dusz" - Johanna Holmström 
Tutaj skusił mnie opis, jakby co, to jest w linku.
Stan bez zarzutu. Koszt 8,85 zł.
 

7."Sonata Gustava" - Rose Tremain
Tak, tak tu też opis i okładka miały znaczenie.
Stan bez zarzutu. Koszt 9,95 zł.


8."Zapadła dziura Bone Gap" - Laura Ruby
Tak, jest ze mnie sroka okładkowa, lubię takie okładki.
Stan bez zarzutu. Koszt 8,95 zł.
 

9."Dwie niedźwiedzice" - Meir Shalev
Skusił mnie opis, jest w linku.
Stan bez zarzutu. Koszt 9,95 zł.


Pozostałe trzy książki są tej samej autorki. Pani, którą wszyscy znamy, ale pewnie nie z pisania dla dorosłych - Tove Jannson - Pani od Muminków.

10."Córka rzeźbiarza"
Stan bez zarzutu. Koszt 8,45 zł.


11."Wiadomość"
Stan bez zarzutu. Koszt 9,95 zł.


Link do opisu.

12."Listy Tove Jansson"
Stan bez zarzutu. Koszt 11,95 zł.


Jaki jest stan książek, które w większości nie kosztowały więcej jak 10 zł, możecie ocenić sami.
Zdarzało mi się kupować książki w Empiku i przebierać jak w skrzynce jabłek, czy pomidorów - żeby znaleźć jak najmniej uszkodzony egzemplarz. 
Do zamówienia jest dołączona faktura.
Jedyne co może Was zdziwić, to koszt przesyłki doliczony do cen jednostkowych.

Tekst nie jest sponsorowany. Koszt jaki poniosłam to 127,80 zł.
12 książek, w większości w twardej lub zintegrowanej oprawie, wraz z wysyłką. Grzbiety w niektórych są trochę sfatygowane, ale jak nie jest to dla Was problem, to jak najbardziej polecam.

Dzięki niekulturalnie.pl, gdyby nie Ty nie znalazłabym tej księgarni.



#159 Wskrzesina - Artur Boratczuk

#159 Wskrzesina - Artur Boratczuk

#159 Wskrzesina - Artur Boratczuk
"Czekają na jego sygnał w swoich wieżowcowych apartamentach z widokiem na inne wieżowce, wyniosłe i święte jak megality Stonehenge, cyberdruidzi obżarci cynkiem i magnezem, kwasem hialuronowym, witaminami, wygimnastykowani, godzina jogi w środy i piątki, dumni ze swojego rozsądku i niewstydzący się swojej dzikości, partnerzy i partnerki partnerów i partnerek, rozsmakowani w ciemnych piwach z lokalnych browarów i chlebie orkiszowym z małej piekarni".

Akcja "Wskrzesiny"Artura Boratczuka, jest osadzona we Fraudencji - w nieistniejącej - istniejącej mieścinie, która dla każdego z jej mieszkańców, w zależności od ilości wiosen na karku, jest rajem, przekleństwem albo więzieniem. Starzejący się były sekretarz PZPR - Michał Serpina - pszczelarz, poszukuje kogoś chętnego na tzw. dożywotkę - ktoś otrzyma majątek w zamian za opiekę nad nim. Żona pana Michała nie żyje, a córka, która mogłaby mu pomóc zamieszkuje na plebanii u 103-letniego proboszcza Smętka - hodowcy koni, który planuje żyć tak długo, aż pewne dzieła sztuki - ujrzą światło dzienne.
W odpowiedzi na ogłoszenie - do Fraudencji przybywa Adam, a wraz z jego przybyciem rzeczywistość znana mieszkańcom miasteczka zdaje się falować. 


Fraudencja jest jak wycinek świata. Całego świata - materialnego i duchowego. Mieni się tysiącem barw, połyskuje, a czasem brzydko szarzeje. To, co widzialne i niewidzialne nakłada się na siebie i trudno jest odróżnić jedno od drugiego. Może jest tak, że to - jedno bez drugiego - po prostu nie istnieje: jak dobro bez zła, jak czystość bez brudu, jak duchowość bez cielesności.

Pszczoły są równorzędnymi bohaterkami tej powieści. Pojawiają się co chwila - dając to: pożywny miód który, być może, umożliwia prawdziwe widzenie, informując swoim stanem zdrowia o kondycji przyrody i społeczeństwa, 
są przyczynkiem do zmian, przeobrażeń.
Nie da się wyzbyć z głowy przekonania, że to jak żyją i jakie są - stanowi odbicie naszej egzystencji. 


"Na dobrą sprawę nie pamiętam swojego życia na jawie. Biorę czasem kalendarz sprzed kilku lat, otwieram na chybił trafił. Myślisz, że pamiętam, co robiłem tamtego dnia, gdzie byłem, o czym myślałem, co czułem?
Życie na jawie chowa się przed człowiekiem tak samo jak sny".

 
Artur Boratczuk stworzył historię nieoczywistą. Im dłużej się o niej myśli tym więcej dostrzega się nawiązań, ukrytych znaczeń, symboli. Można ją czytać na kilku płaszczyznach i za każdym razem dojść do innych wniosków.
Wiele w niej odniesień do jakości  - bylejakości - życia, do poszukiwania w nim sensu i udziału Istoty Wyższej w procesie kształtowania świata, która może nie do końca jest taka, jaką chcemy ją postrzegać.
Chcemy wierzyć, mówimy, że wierzymy. Przebieramy się i siadamy w pierwszej ławce w kościele, sądząc, że to właściwe, a tymczasem to, co myślimy nie jest tak czyste jak nasza świeżo wyprana i wyprasowana koszula.
Chcemy być dobrzy, tak mówimy, ale robimy zupełnie co innego.
Świetnie jest to pokazane na przykładzie działania aparatu władzy. Ludzie składają donosy, domagają się ukarania sąsiadów, skrzywdzenia ich, dźgnięcia ich nożem źle pojętej sprawiedliwości, jednocześnie umywając ręce od odpowiedzialności, bo nie zrobili przecież tego osobiście.

Znajdziemy tu dążenie do szybkiego wzbogacenia się, wieczne chowanie urazy bo komuś wiedzie się lepiej niż nam, zemstę, a nawet przemoc.

Wytłumaczymy sobie wszystko, czego się w życiu dopuścimy, bo musimy mieć wewnętrzne usprawiedliwienie dla swoich moralnie niewłaściwych poczynań, bo spać spokojnie przecież każdy lubi.

Język, którym operuje autor bywa liryczny, obfituje w kwieciste metafory, ale zdarzają się zachowania bohaterów, ich słowa, stosowane przez nich określenia, które są jak rysa na czymś pięknym - wzburzają, czasem zniesmaczają, ale sprawiają, że to, co zdaje się idealne staje się...  rzeczywiste.

We "Wskrzesinie", jak w życiu, liczy się uważność, a i tak zapewne przeoczymy wiele ukrytych przez Autora nawiązań. Już sama okładka książki jest niejako wprowadzeniem do jej treści.

To książka o poszukiwaniu siebie, o poszukiwaniu sensu i budzeniu się do życia. Czasem za pomocą miodu w innym kolorze niż ten, który znamy, a czasem -  jako uczestnik gry zwanej Jaźnią.
Tylko czy tego naprawdę chcemy? Chcemy być świadomi tego, co dajemy? I co z tą świadomością w końcu zrobimy?




Wydawnictwo: JANKA

Data wydania: 3. lutego 2020
Liczba stron: 294

Kategoria: literatura piękna

#158 Pod śniegiem - Petra Soukupová

#158 Pod śniegiem - Petra Soukupová


Rodzina - grupa osób powiązanych ze sobą przez pokrewieństwo, powinowactwo lub wspólne zamieszkiwanie. Podstawowa grupa społeczna, na której opiera się społeczeństwo. Tak, mniej więcej, tę instytucję definiuje Wikipedia. 

"Pod śniegiem" Petry



Wydawnictwo: AFERA

Data wydania: 22. grudnia 2016
Liczba stron: 404
Kategoria: literatura piękna
#157 Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk

#157 Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk


Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk
Żyję sobie pod lasem. Kocham przyrodę i ciszę przerywaną przez zwierzęta żyjące pośród drzew.  Uwielbiam wilki, zrobiłam wiele prac graficznych, w których one były w centrum.
Za dzikość, za wolność, którą tak naprawdę one są i za strach... przed ludźmi. 
Moją ulubionym cyklem z gatunku szeroko pojętej fantastyki jest "Opowieść o Alvinie Stwórcy" Orsona Scotta Carda, gdzie postaci z historii mieszają się z fikcyjnymi, a wszystko łączy się z opowieścią o zielonej krainie. O tym jak człowiek współistnieje z przyrodą, a nie nią włada. 

"Czarna, czarna toń" to debiut Martyny Szkołyk znanej z bloga PARTYZANTKA. Od razu wspomnę o tym, że dochód ze sprzedaży książki Autorka przeznacza na budowę pasieki, a książkę można zakupić TUTAJ.


Książka opowiada losy Klanu Nocy, postaci, które potrafią przemieniać się w wilka. Głównym bohaterem i narratorem jest Burzowy Gniew - zwany Burym, który trafił do aresztu, wtrącony do niego przez ludzi. Jest ranny, trawi go gorączka i trawi go historia, którą w sobie nosi. Zaczyna ją opowiadać chłopcu, który jest uwięziony wraz z nim. Do zwierzeń Burego skłaniają - niebieskie oczy chłopca - Svena, które przypominają mu kogoś, o kim mu opowie. Od czasu do czasu będziemy wracać do celi i monitorować stan zdrowia Burzowego Gniewu. Opowie o nam wszystko na temat jego Klanu, jego członków i pewnych ksiąg.

Narracja, którą stosuje Martyna Szkołyk przypomina mi podania. Jakby mi ktoś opowiadał zasłyszaną gdzieś, od kogoś historię, ocierającą się o różne wierzenia, muskającą nasze słowiańskie dziedzictwo. Może przeczytał ją w jakimś zbiorze, może co nieco sam dodał.
Wszystko w tej książce jest przesiąknięte magią. Od samego lasu i Wieczna - jeziora, po postaci, które choć przemieniają się w zwierzęta, są bardziej ludzkie niż nie jeden człowiek. Mają jednak podobne do nas wady -  oceniają się przez pryzmat pochodzenia, boją się tego, czego nie znają, a na krzywdę odpowiadają krzywdą.
Autorka wspomina rusałki, czy licho, jest i szaman, pojawiają się inkwizytorzy. Jest mrocznie. Jest krwawo. Głód i przemoc zbierają swoje żniwo. Co dajesz wraca.

Mimo że sama oś fabuły jest dynamiczna, to spokojna narracja równoważy dzikość charakterów bohaterów. Las żyje, a niektóre jego miejsca budzą strach i to nawet wśród żyjących w nim istot. Jednak najbardziej niebezpieczne mogą okazać się miasta zamieszkane przez ludzi.

Jak możemy się domyślić to nie jest to tylko wymyślona opowieść o nieistniejącym miejscu. Świat przedstawiony w "Czarnej, czarnej toni" jest odbiciem naszego. Nie mówimy bliskim tego, co czujemy. Popełniamy błędy, nie za wszystkie ponosimy pełną odpowiedzialność, ale często poczucie winy wynikające z ich popełnienia, więzi nas bardziej niż stalowe kraty.
Nie umiemy poprosić o pomoc, bo zdaje się, że nią nie zasługujemy. Czasem przykrywa nas woda, a wodę lód - toniemy, i musi przyjść ktoś kto wykuje przerębel. Przebaczyć nie jest łatwo, jak i o to przebaczenie poprosić - a ludzka niechęć do nazywania emocji jest jedną z najbardziej niszczycielskich sił.
To opowieść o potędze przyjaźni, umiejętności przyznania się do błędów i przebaczeniu. Sądzę, że każdy znajdzie w tej opowieści coś innego, ponieważ czytamy filtrując tekst przez pryzmat własnych emocji i doświadczeń.

Czytałam leniwie, niespiesznie i z dużą przyjemnością, choć żałuję, że to zaledwie 196 stron opowieści ze świata magii lasu.




Martyna Szkołyk - "Czarna, czarna toń"
Liczba stron: 200
Kategoria: fantastyka/fantasy
Kup

 


#156 Kult - Łukasz Orbitowski

#156 Kult - Łukasz Orbitowski

"Kult" nie jest powieścią, którą powinno czytać się na raz. To pokaźnych rozmiarów gawęda podzielona na rozdziały, nazwane "Taśmami" i opatrzone datami. Monolog, w którym narrator Zbyszek Hausner, co jakiś czas zwraca się bezpośrednio do autora - Łukasza Orbitowskiego.
Daje to efekt rzeczywistego zapisu wywiadu, jakbyśmy stali gdzieś obok i zza drzewa podsłuchiwali. Choć narrator opowiada o objawieniach oławskich i nawiązuje do Kazimierza Domańskiego, to nie jest to powieść biograficzna, a jedynie fikcja literacka. 

Powieść charakteryzuje stałość. Stałość wypowiedzi, stałość wydarzeń. Linia prosta. Tu nic nie przyspiesza, ani nic nie zwalnia. Czytelnik oczekujący szybko obracającej się karuzeli zdarzeń - może poczuć się znudzony.
Styl wypowiedzi narratora jest trochę bełkotliwy. Jakbyśmy usiedli, z którymś z panów wystających na wsi pod sklepem, przy stoliku i on zacząłby opowiadać nam historię swojego życia. Papierosy, woda toaletowa "Przemysławka" i co jakiś czas przemyka łaszący się kot.

"Kult" choć nawiązuje do nieuznanych przez Kościół katolicki - objawień maryjnych - nie odkrywa przed nami żadnej tajemnicy. Tu nie ma treści, która przedstawiałaby coś czego nikt nie wie, a Łukasz Orbitowski to bardzo dobry pisarz, a nie filozof, który zajrzał Panu Bogu w scenariusz. I raczy nas boskim słowem.

Mogłabym napisać, że pokazuje obraz społeczeństwa lat PRL-u, wszechogarniającej beznadziei, bylejakości życia. Wydaje mi się jednak, że to powieść uniwersalna, bo choć zdajemy się wiedzieć już prawie wszystko, co możliwym do poznania było, to nadal topimy się w tym samym bagnie.
Zbyszek opowiada o swoim bracie - Heńku, któremu objawiła się Matka Boska (zresztą nie tylko ona) i za jego pośrednictwem przemawiała do ludu.
Każdy z nas zna te przepowiednie o narodzie wybranym po to, by mógł przetrwać Armagedon.
Henryk schorowany rencista uzdrawiał ludzi, którzy wpychali mu pieniądze do kieszeni, z którymi nie wiedział co począć i chował je po tapczanach.
Jedni kpili, drudzy być może mu wierzyli, trzeci inwigilowali, kolejni chcieli usunąć - ale wszystkich łączyła jedna cecha - nikt tak naprawdę go nie słuchał, choć przed czymś ostrzegał. Otaczali go jeremiasze i mateusze, ale i faryzeusze.

"Tylko, wie pan, życie to raczej smutna sprawa i nie ma co za bezdurno jeszcze smutków drążyć. Zmartwień się nie szuka, bo same przychodzą."

Zbyszek opowiada o wszystkim i o niczym, o szczegółach, które do samej - nazwijmy to akcją - nic nie wnoszą, ale każdy taki szczegół wiele mówi o człowieku. O każdym człowieku. 

Ponure poczucie humoru i mocno przygnębiająca opowieść, która potrafi realnie zmęczyć. Nawet kiedy mówi o gorącym i słonecznym lecie, to zdaje się, że i tak jest ciemno, a ciężkość powietrza uniemożliwia oddychanie. 

Nie ma tu chronologicznego
ciągu zdarzeń, Zbyszek czasem wtrąca coś kompletnie "od czapy", ale przez to roztacza obraz całego siebie, bo choć twierdzi, że opowiada o bracie - to opowiada o sobie, opowiada o nas wszystkich.
Wybieramy sobie z tego, co słyszymy to, co chcemy słyszeć. Lubimy udawać, że wierzymy w coś, czego nie rozumiemy, a kiedy nadarzy się okazja by samemu coś zyskać, zaraz zmienimy stronę. Pokazuje jak postrzegamy rodzinę i jak pokrętne bywa postrzeganie miłości, jakie zawiązujemy relacje, jak jeden krzyż jest bardziej święty od drugiego, jak musimy w COŚ wierzyć, a nie wierzymy w siebie.
My nie potrzebujemy nikogo do tego, by nam spieprzył ten cud, którego doświadczyliśmy, my to zrobimy sobie sami.




"Kriszna i Budda rankiem im zbiegli
Chrystusa nie zjedli, bo na krzyżu nie sięgli
Reszty proroctwa zjeść rady nie dali

 Co trochę nadgryźli - wymiotowali" 
*Lao Che - Zombi!
 

Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Data wydania: 15. maja 2019
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna




#155 Sabo się zatrzymał - Oto Horvat

#155 Sabo się zatrzymał - Oto Horvat



Żyjemy z dnia na dzień. Czas wypełniają nam codzienne obowiązki, codzienne małe i większe problemy. Przejmujemy się rzeczami, które nie mają tak naprawdę większego znaczenia. Banałami, o których prędzej czy później zapomnimy.
"Sabo się zatrzymał" to zbiór miniesejów traktujących o próbie przetrwania po śmierci bliskiej sercu osoby, o próbie życia, kiedy Ziemia się dla nas zatrzymała.
Jak żyć kiedy świat się dla nas skończył. Kiedy się okazuje, że nic już nie istnieje, a nasze dalsze życie przypomina otwartą, zaropiałą ranę, którą ktoś zasypał solą. Kiedy czujemy się jak obserwator bezwartościowego filmu, który oglądamy przez śnieżący ekran i tylko chcemy, żeby ktoś odłączył prąd.

"Kiedy jesteś już gotów, żeby udawać siebie, zatrzymujesz się na chwilę przed niby-lustrem i przyglądasz się atrapie swojej twarzy, która w miarę jak para znika ze szkła, staje się coraz lepiej widoczna. Jesteś kopią kopii. I tkwisz tu bez ruchu. Czy właśnie to tak bardzo boli?"

Oto Horvat w poetycki sposób pisze o codzienności, która stała się trwaniem w ciągłym i stale narastającym poczuciu winy. Winy tego, który został. Tego, który musi dalej żyć sam.

W piękny sposób wspomina zmarłą żonę, pisze o miłości do niej w sposób niezwykły - o miłości wyrażającej się w uwielbieniu do gestów, czy przyzwyczajeń.

"Później latem obserwowałem ją, jak schodzi stromą ścieżką na dziką plażę, gdzie czekałem na nią niecierpliwie. Miała na sobie czerwony dwuczęściowy strój kąpielowy, w jednej ręce niosła klapki, w drugiej - książkę zawiniętą w ręcznik. Co rusz zasłaniały ją szerokie pnie sosen, ale zaraz się wyłaniała i znów ją widziałem. Chciałem, żeby czym prędzej znalazła się przy mnie, a jednocześnie, żeby zwolniła kroku i szła, ciągle szła, abym mógł nadal patrzeć, jak ostrożnie stąpa po kamieniach pokrytych igłami, podziwiać słońce na jej skórze i gęstych blond włosach. Pragnienie chwili i pragnienie wieczności mieszały się ze sobą jak fale pod skałami kilka metrów ode mnie".

To też studium żalu, ogromnego i namacalnego bólu. Słowa pełne emocji, które zalewają wrażliwego i świadomego czytelnika. To niezwykle intymny pamiętnik uczuć, próby zdefiniowania ich za pomocą zdań.
W niektórych momentach czułam się jakbym stała obok, cierpiała razem z nim.
Na ten zbiór trzeba być przygotowanym, bo nie jest on łatwy w odbiorze. 
Oto Horvat przewrotnie pisze również o życiu. O jego małych przyjemnościach, których z reguły nie dostrzegamy. O poczuciu bliskości z drugim człowiekiem, które znaleźć nawet we wspólnym milczeniu. O odczuwaniu zmysłowym. O prostocie życia, małych przyjemnościach.
Na uznanie zasługuje również przekład pana Miłosza Waligórskiego. Zachowanie rytmu, tonu wypowiedzi w tak trudnej formie wypowiedzi jaką jest esej - nie jest łatwą sztuką - a czytanie było wielką przyjemnością, choć obfitującą w łzy.

Polecam czytelnikowi dojrzałemu, dojrzałemu emocjonalnie, gotowemu przejrzeć się w czyichś trudnych doświadczeniach i podjąć się próby zrozumieniu ich.
Empatia jest bardzo cenną, choć dziś rzadką cechą - warto ją w sobie pielęgnować.


Wydawnictwo: BIBLIOTEKA SŁÓW
Data wydania: 15 grudnia 2019
Liczba stron: 160
Kategoria: literatura piękna
Przekład: Miłosz Waligórski
#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że ktoś podmienia mi strony w czytanych przeze mnie książkach. Mam tę samą okładkę, ale chyba inną treść.
Kiedy mi coś przypada do gustu, kiedy znajduję w książce coś, co chcę docenić, to w innych opiniach czytam, że to dziwna i mało zajmująca książka.
Natomiast kiedy spotykam się z ogromem entuzjazmu u innych czytelników, to nie potrafię zauważyć tego, co oni dostrzegli.

"Ktoś kogo znamy" Shari Lapeny to czwarta książka wydana w naszym kraju przez Wydawnictwo Zysk i S-ka. To thriller, który porywa czytelników i wskazuje co może się wydarzyć, kiedy zbyt intensywnie zainteresujemy się sąsiadami.
Ze skrzydełek książki krzyczą do nas informacje jak piekielnie dobrze jest to napisana książka, jak ważną problematykę porusza, jak buduje napięcie...

Autorka osadziła akcję swojej powieści w dusznym miasteczku niedaleko Nowego Jorku. Ktoś włamuje się do domów i przegląda zawartość komputerów, przez co najprawdopodobniej poznaje najbardziej skrywane tajemnice ich właścicieli.
Dodatkowo odnaleziono zwłoki kobiety, która niedawno zaginęła, a do jej domu również miał się zakraść rzeczony włamywacz. Niepokój w mieszkańcach narasta. Do tego ktoś pisze anonimowe listy z przeprosinami do ofiar włamywacza...

Książkę rozpoczyna prolog, który nie jest bajką dla dzieci.
Potem przechodzimy do rozdziałów, w których poznamy poszczególnych mieszkańców. Wszystko będzie się toczyć w okół Olivii Sharpe i jej nastoletniego syna Raleigha. Będziemy odkrywać sąsiedzkie powiązania, przemilczane konflikty. I patrzeć jak członkowie rodzin są sobie obcy. Jak żona nie wie nic o mężu i odwrotnie. Jak rodzice nie rejestrują tego, co dzieje się z ich dziećmi.

Autorka wdzięcznie miesza czytelnikowi w głowie, zwodzi. I choć samym rozwiązaniem byłam zawiedziona, bo jest bardzo schematyczne, to zakończenie samej powieści oceniam na plus.
I dla mnie to jest wszystko co mogę dobrego o tej książce napisać.

Postaci są jak zrobione przez kalkę. Wszystkie identyczne i kompletnie bezbarwne. Nudne. A ich wzajemne relacje określiłabym na wzór pewnej opery mydlanej opowiadającej o wielkim świecie mody. I nie tylko ich relacje. Narracja i dialogi mówią o tym samym, po wielokroć.
Rozumiem, że miała to być łatwo przyswajalna historia z gatunku tych, które nie prowokują czytelnika do nadmiernego wysiłku, ale naprawdę nie trzeba nam stale powtarzać tego samego...
Miałam wrażenie, że jak otworzę tę książkę na losowej stronie, to z jej treści dowiem się i tak tego, co się do tego momentu w fabule wydarzyło.
Przeczytać ją można z prędkością światła, ale nie dlatego, że jest taka zajmująca. Napięcia niestety żadnego nie odnotowałam.
Przewracałam oczami i wzdychałam. Czułam się jakby wpadł mi do gardła gorący kartofel i prędzej go połknę niż wypluję. 

Autorka chciała przedstawić małe, zamknięte środowisko, które zatracając się w ciągłych kłamstwach i życiu na pokaz nie wie już komu może ufać. Nikt o sobie nic nie wie, nawet najbliżsi.
To mogła być zajmująco napisana historia, nawet jak w ogólnie przyjętym schemacie. Mogła, ale dla mnie nie była. 


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 29. stycznia 2019
Liczba stron: 336

Kategoria: thriller

Tłumaczenie: Piotr Kuś

#153 Schronisko dla ludzi - Wojciech Szlęzak

#153 Schronisko dla ludzi - Wojciech Szlęzak


Przyzwyczailiśmy się do tego, że literaturę trzeba zaszeregować. Wybieramy lektury według kategorii, którym ktoś ją przypisał. Nie chodzi nam już o cechy powieści, które pozwoliły ją przyporządkować do konkretnej grupy, a o konkretną formę. Pisarze tworzą historię jak z przepisu na ciasto, które raz wyrośnie, a raz wyjdzie z niego zakalec, pomimo użycia tych samych składników.
"Schronisko dla ludzi" Wojciecha Szlęzaka to nie jest powieść, której spodziewamy się kiedy czytamy określenie - chyba najlepiej sprzedające książki - "thriller psychologiczny".
Pozwólcie mi powróżyć - zapewne spodziewamy się: ogromu zwrotów akcji, zwichrowanych postaci, krwi, najlepiej fruwających wnętrzności, narastającego uczucia lęku, za którym czai się zwykle czarny charakter czy jakaś choroba psychiczna. 

Wojciech Szlęzak opowiada swoją historię w kompletnie inny sposób i mam pewne obawy o to, jak zostanie ona odebrana i czy po prostu nie znudzi nastawionego na ciągłe bodźce czytelnika.
Tu akcja nie pędzi, napięcie nie skacze jak wahające się ostatnio ciśnienie atmosferyczne. Choć ta książka mieści się w definicji szeroko pojętych thrillerów, to zdecydowanie bliżej jej do literatury obyczajowej.


Wędrujemy do górskiego schroniska razem z szóstką kompletnie obcych sobie ludzi. Prezentują różne grupy społeczne. Dyrektor firmy, nastolatka lubiąca ryzykowne życie, alkoholik, kobieta żyjąca pod dyktando męża, hazardzista i tajemniczy gospodarz. Zdaje się nam, że nic ich nie łączy. Spędzą ze sobą czas - w odciętej od cywilizacji chatce, w otoczeniu niebezpiecznej i mrocznej przyrody. Szybko zapadający zmrok, świszczący wiatr, gęste zadrzewienie i skrzypiący od mrozu śnieg. Poczucie odosobnienia, brak zrozumienia i wzajemne punktowanie się za życiowe niepowodzenia - to towarzyszy naszym bohaterom.

Autor rozrzuca na stół części układanki, które będziemy próbować do siebie dopasować i zobaczyć obraz jaki chce nam pokazać. Wydarzenia się przeplatają. Raz będziemy w odciętej od świata chatce, a raz zajrzymy do przeszłości opisywanej szóstki. Każdy coś ukrywa.

To opowieść o człowieku. O naszych słabościach i łatwo rodzącej się agresji.
O relacjach międzyludzkich. O cząstkowym widzeniu innych, bez względu na to jak wysoko w życiu nie zaszliśmy i ile pieniędzy nie zarobiliśmy. Kiedy mamy władzę, jak zauważa jedna z bohaterek, przestajemy zwracać uwagę na to, co dla nas nieistotne - na innych ludzi. Często widzimy to, co chcemy widzieć, a nie to, co jest prawdą, bo prawdę każdy ma przecież własną. Jesteśmy podatni na sugestie i wszelkie manipulacje - wystarczy nam odrobinę pograć na emocjach.
Tutaj niepokój nie objawia się w zdarzeniach, a w poczuciu tego, że każdy z nas jest zdolny do przekroczenia wszystkich przyjętych wartości i obudzenia w sobie tego, czego nie spodziewał się w sobie mieć.
Jesteśmy jak Doktor Jekyll i pan Hyde tyle, że bez magicznych eliksirów. 

Pisarz wdzięcznie kreśli portrety swoich bohaterów, którymi moglibyśmy się stać i my. Czuć, że jednym z jego zainteresowań jest psychologia i na tym się w tej powieści skupia.
Często jesteśmy niemal zakorzenieni w przeszłości i wszystko co w życiu robimy, czy to jak się czujemy ma swój początek właśnie w niej.
Kształtuje nas środowisko, w którym żyjemy. Staramy się niczym szczególnym nie wyróżniać lub chciwie zagarniamy wszystko, co uda się nam sięgnąć, wyzbywając się wyrzutów sumienia.

Niektóre z naszych decyzji mogą sprawić, że zostaniemy sami na zaśnieżonej ścieżce, pośród setek drzew, spomiędzy których nie uda się nam już bezpiecznie wyjść.

Wojciech Szlęzak nie skorzystał z powszechnie dostępnego przepisu na dreszczowiec. Napisał własny i już tylko od czytelnika zależy czy się w nim rozsmakuje. Dla mnie to była dobra historia, sprawnie napisana, którą czytałam z przyjemnością mimo, że była kompletnie inna niż na początku zakładałam.






Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 22. stycznia 2020
Liczba stron: 352
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Rivers of Babylon" to debiut Petera Pišťanka z 1991 roku, ale dopiero dzisiaj możemy go w Polsce przeczytać dzięki wydawnictwu Książkowe Klimaty. Wcześniej, czego dowiedziałam się za sprawą umieszczonego na końcu powieści "Słowa od tłumaczki" - Olgi Stawińskiej, można było czytać w Polsce zaledwie jej fragmenty - drukowane w czasopiśmie "Erotyka w Życiu i Literaturze", w której obok zdjęć i ilustracji pornograficznych umieszczano przekłady z literatury światowej.
Tak, tak... w "Rivers of Babylon"... szczegółowych opisów uciech cielesnych nie brakuje. 

Wszyscy bohaterowie tej powieści ucieleśniają najgorsze ludzkie cechy. Każdy chce mieć jak najwięcej pieniędzy, ale pracować nie chce nikt. Każdy żyje tylko po to - by gromadzić i wydawać, ale tylko na przyjemności. Nikt z nikim się nie liczy.
Główną postacią jest Rácz. Prosty chłop, który ma zaledwie kilka zwierząt gospodarskich. Złupiony przez krewnych, marzy o ożenku z Eržiką. Wyjeżdża do miasta w poszukiwaniu  pracy, którą dość szybko, mimo nie posiadania żadnych kwalifikacji, znajduje.
Staje się palaczem w hotelu "Ambassador" i staje się prawdziwym "szefem szefów". Bardzo szybko pnie się po szczeblach "kariery", nawet sam dyrektor hotelu staje się mu podległy. Wszyscy znoszą mu przeróżnego rodzaju fanty, byleby tylko pozwolił płynąć ciepłu w hotelowych grzejnikach.
Pieniądze gromadzi w walizce, nie dba o nie, ma ich nieograniczoną ilość.
Praca zapewnia mu wikt i opierunek. Rośnie w siłę z dnia na dzień, bo kto chciałby marznąć? Kobiety chętnie oddają mu ciało, a Adonis z niego żaden, ale ma przecież władzę.
Z czasem przebiera się w najlepsze garnitury, pija drogi alkohol - tylko dlatego, że jest drogi.
Wszelkie seksualne żądze od razu zaspokaja i nie tylko z kobietami lekkich obyczajów. Z łatwością się adaptuje do każdych warunków jakie zastaje.

"Koniec końców, w dzisiejszych czasach długi są najlepszą i najpewniejszą inwestycją".

 Z palacza do właściciela hotelu. 

Postaci jest bardzo dużo i próżno szukać tu kogoś, kto ma jakieś dobre cechy.
Plugawość, żądze, pieniądze. Każda z postaci ma przydomek, który wiele o niej mówi.
Różne narodowości i ich najgorsze przymioty. Cinkciarze, oszuści, osoby nadużywające władzy, prostytutki. Różne alkohole i narkotyki.
Język, którym ze sobą rozmawiają jest prostacki, wulgarny. Niestety - prawdziwy.
Styl, którym Autor się posługuje przypomina trochę scenariusz. Zdania są proste i opisują konkretne posunięcia postaci - jak scenki, które mają zostać odegrane.
Jest też wątek kryminalny, ale nie jest on tak oczywisty jak dzisiaj ma to miejsce.

Każda z postaci z "Rivers of Babylon" jest swojego rodzaju symbolem.
Główny bohater to przedstawiciel władzy, który mówi o sobie w osobie trzeciej i ma instrumenty do gnębienia społeczeństwa.

Video - Urban może być przedstawicielem mediów, które pokazują to, co ludzie chcą oglądać i za co chcą płacić, a nie to, co warte pokazania.
Potrafi się kompletnie zdystansować do tego co robi. Marionetka w rękach
Rácza.
Znajdziemy tu też prawnika, który również poddaje się w końcu prądowi i płynie tak, jak władza mu każe, bo konsekwencje opierania się mogą być opłakane. A ich przedsmaku miał okazję już doświadczyć.
Mamy również przedstawicielkę inteligencji, elity intelektualnej, która chętnie poddaje się temu, co oferuje jej prostak Rácz - byleby bywać na salonach i żyć, tak jak chce. Wszyscy pragniemy żyć wygodnie, a cena upodlenia cielesnego, czy duchowego nie jest aż tak wygórowana, jak się na początku wydaje.

To bardzo złożona powieść. Okrzyknięta kultową. Niepokojąco aktualna.
Możemy się podczas czytania śmiać tylko czy powinniśmy?
Bo kim chcielibyśmy być, a kim jesteśmy?
W cyniczny, prześmiewczy sposób obrazuje społeczeństwo postkomunistycznych przemian, powstawania gospodarki wolnorynkowej, ale odziera również nas - współcześnie żyjących, z poczucia wyjątkowości. Pokazuje, że niezależnie od tego w jakich czasach żyjemy, z jakiego narodu się wywodzimy, to zawsze jesteśmy tacy sami. Kierują nami te same popędy, a powiedzenie "jak zarobić, żeby się nie narobić" zawsze jest aktualne.
Każdą znajdującą się w niej metaforę, jak obrzydliwa by nie była, można uznać za prawdziwą i nie poddającą się upływowi czasu.
Życie jest jak rzeka, więc po co przeciwstawiać się jej nurtowi?



Wydawnictwo: Książkowe klimaty


Data wydania: 30. czerwca 2019
Liczba stron: 456
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Olga Stawińska

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...