Pokazywanie postów oznaczonych etykietą albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą albatros. Pokaż wszystkie posty
Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Udało mi się w końcu obejrzeć ekranizację „Rebeki” Daphne du Maurier przygotowaną przez Netflix, wobec tego przyszedł i czas by wspomnieć o jej literackim pierwowzorze, jak i odnieść się choć trochę do tej wybitnej ekranizacji z 1940 roku.
Tak, tak nowa produkcja mną w ogóle nie wstrząsnęła, a może wstrząsnęła, ale niekoniecznie pozytywnie.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier

„Rebeka” została wydana w 1938 roku i bardzo szybko zyskała status bestsellera. Była wielokrotnie adaptowana, jak już wspominałam w niedawnym tekście o „Koźle ofiarnym”, w tym przez samego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka.
Główną bohaterką „Rebeki”, a zarazem narratorką jest młoda, osierocona dziewczyna, która pracuje w charakterze damy do towarzystwa u pani van Hopper. Dziewczyna podczas spędzania z nią czasu w Monte Carlo poznaje owdowiałego bogacza Maxima de Wintera. Para nawiązuje bliską relację, która bardzo szybko kończy się małżeństwem. Młodzi małżonkowie udają się do rodzinnej posiadłości Maxima - Manderley i tam zawiązuje się główny wątek powieści, akcja i cały klimat, który zapowiadało zdanie rozpoczynające powieść: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”.

Autorka w początkowej fazie książki skupiła się na zarysowaniu portretu bohaterki. Bezimiennej sieroty będącej niejako na łasce najpierw pani van Hopper, a później sporo starszego męża (Maxime jest dwa razy starszy od swojej nowej żony).
Wyobraźmy sobie bardzo młodą kobietę, która nie zaznała poczucia bezpieczeństwa, która nie wie co to poczucie własnej wartości, którą opieką obdarza dobrze sytuowany mężczyzna. Daje jej uwagę, miłość, stabilizację.
To wszystko ją cieszy, ale jednocześnie przytłacza. Nie przywykła do wystawnego życia, do posiadania służby, do bogactwa, które z dnia na dzień otrzymała.
Jest nieśmiała i bardzo naiwna, pełna młodzieńczej niedojrzałości. Bywa bardzo, ale to bardzo irytująca. Jednak wiek, niedoświadczenie i wcześniejsza samotność usprawiedliwiają każdą z jej przesadnych reakcji. Z tego co czytałam wielu współczesnych czytelników twierdzi, że wstęp jest niezbyt zajmujący i zbyt obszerny, ja jednak tego kompletnie nie odczułam. Może jestem mało współczesna, albo zwyczajnie lubię styl, którym du Maurier pisała i się w nim jakoś zatracam.

Kiedy nowa pani de Winter staje w drzwiach olbrzymiej i pięknej posiadłości jedną z witających ją postaci jest gospodyni - Pani Danvers, która nie jest ciepłą i pomocną zarządzającą.
Każdy kąt domu wypełniają wspomnienia o Rebece, czasem odnosi się wrażenie, że to sama Rebeka przechadza się jego korytarzami.
W Manderley unosi się mgła niepokoju. Otacza ona budynek, wypełnia pomieszczenia i stale jest podtrzymywana słowami służby i rodziny Maxime'a.
Sam Maxime jest dość milczący i niestały w emocjach. Raz sprawia wrażenie szczęśliwego u boku nowej żony, by za chwilę stać dość obcesowym, a nawet w niektórych momentach agresywnym.
Nowa pani de Winter źle się w tym miejscu czuje. Chce się bardzo dopasować, stać się kimś innym, tak doskonałym jak Rebeka.
To historia młodzieńczej miłości, pierwszej, szalonej i bardzo naiwnej.

„Cieszy mnie, że gorączka pierwszej miłości nie może się powtórzyć. Pierwsza miłość bowiem to gorączka i brzemię zarazem cokolwiek by o tym pisali poeci”.

To czas, w którym młody człowiek nie dostrzega nic ponad własne, często przesadne, uczucia, kiedy interpretuje słowa wyrwane z kontekstu i nie widzi nic poza własnym wyobrażeniem. 

„Kiedy ma się dwadzieścia jeden lat, nie jest się zbyt odważnym. Dni pełne są drobnych tchórzostw, bezpodstawnych lęków. Tak łatwo się poczuć urażonym, tak szybko dotkniętym, tak rani każde ostrzejsze słowo".

Wszystko jest skąpane w stałej aurze niepokoju, niedopowiedzeń, niepewności. Wiemy tyle ile wie młoda pani de Winter, a zatem staramy się dowiedzieć co się stało z idealną Rebeką i gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla naszej bohaterki. Wszystko to czujemy pomimo zastosowania przez du Maurier czasu przeszłego, wydarzenia przedstawia nam starsza już pani de Winter, która doskonale wie co się wydarzyło.

„Dziś, pod osłoną pancerza obojętności i dojrzałości, drobne ukłucia zdarzające się co dnia są zaledwie lekkimi muśnięciami i szybko się o nich zapomina. Lecz w tym czasie - jakże długo dźwięczało w uszach jakieś niedbale wypowiedziane słowo, stając się płomiennym stygmatem, a rzucone przez ramię spojrzenie nabierało cech wieczności. Byle wykręt kojarzył się z trzykrotnym pianiem koguta, a każdy wybieg przypominał pocałunek Judasza. Dorosły człowiek może kłamać z niezmąconym spokojem sumienia i zachowuje się beztrosko, ale wówczas nawet drobne kłamstwo paliło język, rzucało na stos”.

„Rebeka” jest przesiąknięta klimatem powieści gotyckiej. Wszystko dzieje się w olbrzymim domu, a ucieleśnione wspomnienia jego byłej pani zdają się go wypełniać. Gospodyni (pani Danvers) pełni rolę postaci przeciwstawnej i podsyca kiełkujący mrok.
Przesadna, być może jak na nasze realia, egzaltacja, emocjonalne reakcje rysujące się w zachowaniu i słowie mogą wydawać się nawet śmiesznymi, ale odczuwamy do dziś podobne emocje, zbliżone niepokoje, a jedynie nie dajemy im ujścia w tak charakterystyczny sposób.

Powieść Daphne du Maurier to powieść z tzw. drugim dnem. Pod historią spętanej rodzącym się szaleństwem miłości i przywiązania do zniekształconych wspomnień znajdziemy bogate portrety psychologiczne, która dziś są jak najbardziej aktualne. Zadziwiające jest również to, że „Kozioł ofiarny” i „Rebeka” opierają się na podobnych motywach, niektóre z detali jak np. stłuczona figurka, są takie same, a mimo to opowieść jest inna i nie może być w niej mowy o schematyczności.

Lubię tę opowieść. Jest idealną lekturą na jesień.
Proponuję zawinąć się w koc i w wyobraźni błądzić po pałacowych wnętrzach Manderley. Dać się uwieść nostalgicznej i wybitnie dobrej narracji, aby móc poczuć tę niepokojącą atmosferę niczym z romansu grozy. Poczuć ten osiadający jak kurz sentymentalizm, bo taki właśnie jest jej urok.

Jeżeli lubicie „Dziwne losy Jane Eyre” to „Rebeka” powinna Wam przypaść do gustu, zresztą sama Autorka przyznawała się do inspiracji Charlotte Brontë.
Z tego co czytałam Daphne du Maurier była oskarżana o plagiat, chyba? dwukrotnie, kiedy filmy inspirowane pisanymi przez nią historiami trafiły do kin. Równie aktualna praktyka :) Każdy chciał i chce uszczknąć coś z tortu sławy.

Adaptacja Alfreda Hitchocka, choć zmieniona fabularnie, jest taka jaka powinna być. Mówię tu o własnym odczuciu nie jestem żadną specjalistką ani w kwestii literatury, ani tym bardziej filmu. Mistrz filmowego suspensu i mistrzyni literackiego suspensu w jednym dziele.
„Rebeka” Alfreda Hitchcocka to pełen treści obraz, malowany światłem, kontrastem i szczegółem. Tu wszystko współgra, koresponduje z oryginalną wersją Daphne du Maurier. Klimat się sączy, niepokój narasta, a zachowania bohaterów są dla widza zrozumiałe. Niesamowicie łatwo zaangażować się w tę historię. Gra tej pani Danvers (Judith Anderson) zasługuje na uznanie, wraz ze stosowanym wtedy oświetleniem stworzyła postać przerażającą...

 

Z radością, ale trzymaną na lekki dystans, z powodu rozczarowań wcześniejszymi filmowymi produkcjami Netflixa, czekałam na nową wersję „Rebeki”.

Początek był obiecujący. Ładne, wysoko kontrastowe kadry cieszyły moje oczy, a budowana relacja między dwojgiem aktorów zapowiadała coś dobrego. Niebywałego kolorytu dodawała Ann Dowd w roli pani van Hopper. Podobały mi się statyczno-dynamiczne ujęcia, kiedy postać stoi tu i teraz, a przebitka pokazuje to, co się dzieje w niedalekiej przyszłości. Pokazywanie budzących się emocji i nadchodzącej zmiany w jednym czasie to był naprawdę fajny zabieg.
Potem było już tylko coraz gorzej. Kiedy do akcji weszła
Kristin Scott Thomas jako pani Danvers straciłam nadzieję, że to może być dobre i, w jakiś sposób, zbliżone do oryginału widowisko.

Danvers to postać kluczowa, przeciwstawna do pani de Winter, a w wersji filmowej poza uśmiechem Mona Lisy, Kristin Scott Thomas nie ma nic do zaoferowania. Nie wiem jaki był cel w totalnym zmiękczeniu i wypłukaniu tej postaci z charakteru.
Para głównych bohaterów nie pokazuje żadnych emocji, Maxime nie był taką pół uśmiechniętą twarzą pozbawioną mimiki. Nie był takim „tatuśkiem”. To postać niejednoznaczna, pokręcona, bogata w sekrety, buzująca od sprzecznych emocji, a tu mamy festiwal uśmiechów jak z pierwszych stron tabloidów i miałkości gry.
Nie ma klimatu, nie ma opowieści, to nawet nie jest romans. To zlepek scenek jak z wybiegu, pokaz konfekcji mody i zbliżeń na guziki. Lubię kiedy filmowa narracja mówi więcej niż same postaci, kiedy detal opowiada historię. Jak np. w serialu wyprodukowanym przez Amazon - Homecoming, gdzie rozwiązany but, luźna sznurówka mówią uważnemu widzowi co się zaraz wydarzy.
A w netflixowej „Rebece” mamy jedynie kadry jak zdjęcia z modowych i motoryzacyjnych magazynów, gdzie interpretacja zamyka się w wyliczeniu producentów. Szkoda, to mogło być naprawdę
coś  dobrego, a wyszło przeciętnie, smętnie jak odgrzewany w mikrofali posiłek, kiedy nie wiadomo czy to jeszcze obiad, czy to już może kolacja.

Zdecydowanie polecam „Rebekę” w literackiej wersji, która została wpisana do kanonu literatury klasycznej, oraz wersją Alfreda Hitchocka, a tę netflixową można włączyć sobie jako kolorowe tło domowych obowiązków.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14 października 2020
Liczba stron: 448
Kategoria:
literatura klasyczna

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Kiedy przychodzi jesień to wieczory stają się długie i przerażająco ciemne.
Ściany rzęsiście padającego deszczu nie zachęcają mnie do opuszczenia miejsca mojego gniazdowania, więc włączam wtedy jakiś serialowy tasiemiec, ale taki możliwy do obejrzenia w tej niby skłaniającej do refleksji porze, i biorę do rąk szydełko i sznurek, z reguły jutowy, i dziergam koszyki, dywaniki, podkładki.
Zwykle mam taki standardowy, który przez swoją średnicę nie za bardzo nadaje się do koszyków. Za cienki, za wiotki. Biorę wtedy kilka motków i splatam w jeden, a od przeciągania go przez oczko bolą mnie ręce. Ale koszyk będzie mocny, stabilny, gęsto tkany.

Chigozie Obioma to nigeryjski pisarz, który wydał do tej pory dwie powieści - „Rybacy” (2015) i „Orkiestrę bezbronnych” (2019) i to właśnie o „Orkiestrze bezbronnych” Wam opowiem, bo to ona niedawno miała w naszym kraju premierę.
Za obie książki otrzymał całą listę nagród i obie były nominowane do Nagrody Bookera. Chigozie Obioma jest rok ode mnie młodszy i kiedy przypomnę sobie słowa Wiesława Myśliwskiego: „pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (…), wtedy kiedy jest się przekonanym, że ma się coś naprawdę do powiedzenia komuś drugiemu”, to nie wiem czy większość z nas ma naprawdę coś istotnego do powiedzenia, bo Chigozie Obioma zwyczajnie, po ludzku, zawstydza. 
 

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma


„Gaganaogwu, mój gospodarz ronił łzy także dlatego, że człowiek, gdy przychodzi na świat, nie wie, kim był w poprzednim życiu. Rodzi się - czy raczej odradza - czysty jak tafla morza. Jednak w miarę jak rośnie, odzyskuje pamięć. I to, czego się z czasem dowiaduje, zgromadzone razem, pozwala mu żyć. Z tego właśnie powodu, kiedy zostaje sam, gdy opuszczają go inni, pogrąża się w sobie, w swoim wewnętrznym świecie. Wtedy bowiem wszystko składa się w całość. Prawdziwy stan człowieka to taki, gdy jest sam”.

Jego powieść jest właśnie jak taki ciasny splot, a żeby móc zrozumieć i znaleźć początek wszystkich nici, które go tworzą trzeba się w pełni zaangażować. Oczywiście można odczuwać w trakcie zmęczenie, ciągłym rozplątywaniem znaczeń, ale to zmęczenie wywołane dokładnością, więc i satysfakcjonujące. Nie można przerywać czytania w połowie rozdziału, nie można wędrować myślami w niebyt - utraci się nie tylko wątki, ale i możliwość obcowania z czymś wybitnym.
Mogłabym napisać, że to książka trudna, bo taka rzeczywiście jest, kiedy wspomni się, że opowiada m. in. o tym, co biały człowiek zrobił czarnemu człowiekowi, co się stało z Afryką i nadal się dzieje, czym się wydaje jej Europa, a czym rzeczywiście jest?, o tym, co człowiek człowiekowi robi codziennie na całym świecie. Nie chcę jej nazywać złożoną, wielowątkową, wielopłaszczyznową, bo to brzmi, dla mnie, jak jedna wielka lista frazesów. Zdecydowanie mądrzejsi ode mnie nazwali tę książkę historią współczesnego Odyseusza i bez wątpienia mieli rację.

Chinonso Solomon Olisa, prosty hodowca kur, który w dzieciństwie opiekował się pewnym gąsiątkiem, które przewija się przez całą tę powieść, spotyka stojącą na moście Ndali. Piękną, młodą kobietę, którą ratuje i z którą przeznaczenie, los, fatum go wiąże. Para się w sobie zakochuje, ale biedny chłopak nie jest dobrą partią dla bogatej dziewczyny, a raczej dla jej rodziny, bo dziewczyna akceptuje go takim jakim jest.
Chinonso postanawia zdobyć wykształcenie, które ma podnieść jego status społeczny. W tym celu sprzedaje gospodarstwo i z pomocą, jak mu się wydaje życzliwego znajomego, wyrusza na Cypr, by podjąć naukę. Kiedy przybywa na miejsce okazuje się, że nie jest tak, jak tego oczekiwał. Nie ma nic, co miało tam na niego czekać. Dodatkowo nie ma jak i do czego wrócić, ale to nie koniec historii, a zaledwie jej początek.

Brzmi jak historia jakich wiele, jednak jest inspirowana prawdziwymi zdarzeniami (odsyłam na Wikipedię, gdzie wszystko jest dokładnie opisane), i nie tylko to ją wyróżnia.
W osobie pierwszej wypowiada się „chi” Chinonso Solomona Olisy. „Chi” to ktoś w rodzaju opiekuńczego ducha, anioła stróża, który mieszka sobie w bohaterze. „Chi” wędruje od wieków po różnych ciałach i zbiera wiedzę, doświadczenie. Szepcze swoim gospodarzom co powinni zrobić, ale nie ma wpływu na podejmowane przez nich decyzje. Wyboru zawsze dokonuje człowiek.
Odwieczna problematyka wolnej woli.
Czy jesteśmy skazani na to co zapisane czy jednak mamy wpływ na swój los?

Książka jest podzielona na trzy części, które otwierają zaklęcia skierowane przez „chi” do bóstw znanych z kosmologii ludu Igbo. Z pierwszego z nich dowiecie się co się stało z Chinonso, a z poszczególnych rozdziałów, jak do tego doszło. Na początku znajdują się schematy, które umożliwiają zrozumienie tego do kogo i po co zwraca się narrator.
 
Nie mogłam dobroci i łatwowierności Chinonso od razu zrozumieć, a w kontraście do epizodów przemocy wobec niektórych z występujących tu zwierząt, tworzył dla mnie postać dziwną... niejednoznaczną? Ale chyba tacy właśnie jesteśmy? Niejednoznaczni.
Zmieniamy się pod wpływem wydarzeń, pod wpływem innych ludzi. Zawsze. A w którą stronę ta zmiana się dokona, to jak chcemy wierzyć, nasz wybór. Jesteśmy z natury dobrzy, ale kiedy chcemy chronić kogoś to jesteśmy gotowi posunąć się do złych rzeczy, a ciągłe doświadczanie krzywdy nie przechodzi bez echa, zmienia. Odbiera niewinność.

Obioma wplata w swoją opowieść wierzenia ludu Igbo, które choć na początku brzmią dla nas dość egzotycznie z czasem przestają i można dostrzec podobieństwa do znanych nam wierzeń. Tak, jest tu fantastyka, nazywana realizmem magicznym. Byt „chi” nie tylko opowiada historię, ale wychodzi z gospodarza i podróżuje po świecie ukazując życie i relacje bohatera z dystansu, czyli z jeszcze innej perspektywy.
W tej książce nie tylko to „co” jest opowiadane ma znaczenie, ale i „jak”, a nawet to „skąd” patrzymy na historię.
Autor przywołuje
życiowe mądrości, które kiedyś ubraliśmy w umniejszające jej wartości epitety i zepchnęliśmy w niepamięć.

Każdy rozdział, który opowiada o losie Chinonso jest poprzedzony uogólnieniem. Wszyscy mamy te same problemy, dręczą nas te same niepokoje, popełniamy te same błędy, tak samo się w życiu miotamy.
Styl, którym operuje Chigozie Obioma jest wielki w swej prostocie. Zawrzeć w zwykłych zdaniach, i to bez zbędnego patosu, prawdę o każdym człowieku to ogromna sztuka.
Tę wielkość czuć i tymi zdaniami można się zachwycać nie tylko na poziomie treści, ale i ich konstrukcji. Cały plan tej powieści jest niezwykły, od podziału na części przez inkantacje i tytuły rozdziałów.
Czy jesteśmy zależni od innych, czy to kogo spotykamy na swojej drodze ma znaczenie?
Czy to jak ktoś nas potraktuje jest istotne w kontekście całego życia?
To orkiestra ludzi chcących odnaleźć swoje miejsce, skrzywdzonych, zapomnianych, tułających się, których melodii nikt nie słyszy, bo słyszeć nie chce.

„Egbunu, wtedy zaczął słuchać, słuchać jak ktoś, kto słyszał jakąś melodię mnóstwo razy, ale dopiero teraz go wzrusza i powtarzana, otwiera mu oczy na coraz to nowsze zawarte w niej znaczenia”.

A może wszyscy jesteśmy jedynie poszczególnymi instrumentami w tej całej wielkiej orkiestrze bezbronnych dyrygowanej przez los?

Kiedyś pisałam o takich książkach, że nie są dla każdego, ale przecież nie ma książki dla każdego. To tak jakby powiedzieć leżącemu, żeby nie wstawał bo może się potknąć, przewrócić, ale równie dobrze może się znakomicie w chodzie odnaleźć, otworzyć na prezentowane widoki, a nawet się czegoś nauczyć. Spróbuj, a położyć się zawsze zdążysz.


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania 30 września 2020
Liczba stron: 480
Kategoria:
literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Była sobie rzeka - Diane Setterfield

Była sobie rzeka - Diane Setterfield



W Radcot, w Gospodzie „Pod Łabędziem”, nieopodal Tamizy, ludzie spotykają się by coś zjeść i wypić, a czas umilają sobie opowiadaniem przeróżnych historii. Jedni, dopiero stawiają pierwsze kroki w gawędziarskiej działalności, inni nabyli już umiejętność przykuwania uwagi tłumów, a trzeci tylko czekają, aż ci drudzy zaczną mówić.

Ale... Ta noc jest inna. 
 

Była sobie rzeka - Diane Setterfield

 

Wieczorne spotkanie przerywa przybycie rannego mężczyzny, niosącego lalkę, która okazuje się być... martwą dziewczynką, która cudem wraca do życia...
Wici rozchodzą się po okolicy i już wkrótce do Radcot przybywają przedstawiciele trzech rodzin twierdzących, że z odnalezioną dziewczynką łączą ich więzy krwi. 


Dziewczynka milczy i wzbudza we wszystkich, którzy w jakiś sposób się z nią stykają, ciepłe uczucia. Wszyscy chcą się nią zająć, pomóc, kochać.
Czuje to mężczyzna, który ją uratował, czuje to Rita, kobieta, która niejako obudziła ją do życia, czuje to nawet chłopiec, który pierwszy jej dotknął.
Losy trzech rodzin splatają się za sprawą milczącej dziewczynki.
Każdy z bohaterów ma własną historię i każdy z nich ją opowie.


„Była sobie rzeka” Diane Setterfield przypomina swoją budową tytułowy ciek wodny. Bierze swoje źródło i poszerza swe koryto zgodnie z wpadającymi do niej dopływami - odrębnymi historiami każdego z bohaterów. Nie wszystko co nurt niesie jest czyste, ale wszystko się zmienia, tak jak płynąca woda w rzece.

Cała powieść jest osadzona w baśniowym, jednak nieprzesadzonym, klimacie.
Autorka sięga do mitów, legend, szeroko pojętego folkloru, przekazywanego ustnie. Każda z odrębnych opowieści niesie ze sobą morał. Stanowią one ułamek całości prowadzący do odkrycia tego, co się tak naprawdę wydarzyło, a przy okazji opowiadają: o naturze człowieka, o pociągu do łatwych pieniędzy, o braku umiejętności rozmowy, o nawarstwiających się problemach, które zamiast rozwiązywać, to ignorujemy, o udawaniu, kogoś kim nie jesteśmy, o szeroko pojętym zepsuciu. Okazuje się, że nie zawsze to co pamiętamy, jest faktycznie tym czym było. Ulegamy wpływom, zasłyszeniom, ubarwiamy wspomnienia, kłamiemy.

Nie da się też nie zauważyć metafory przemiany, jaką niesie ze sobą płynącą fabuła. Stopniowe odchodzenia od tego, co niemal magiczne, jak opowieści starego już bajarza, przez rolę, którą pełni Rita, kobieta trudniąca się początkami medycyny położniczej, czy Pani Constantine, błędnie postrzegana jako praktykująca spirytyzm. Nawet kiedy nauka przejmuje dominującą rolę w naszym życiu, zawsze znajdziemy coś, w co chcemy wierzyć, bo jeszcze nie potrafimy tego wytłumaczyć.

Diane Setterfield przejęła zapomnianą rolę bajarza i za pomocą ładnie połączonych zdań zabrała mnie w wędrówkę po prawdziwej rzece opowieści.
Za Jej sprawą poczułam się tak, jak wtedy, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i opowiadano mi różne historyjki z przesłaniem. Z zabarwionej smutkiem, ciemnej, czasem mrocznej opowieści zawsze przebija się światło. Może zbyt wiele mnie one nie nauczyły, ale wtedy były czymś magicznym. Podejrzewam, że podobnie będzie i z tą książką, jednak czytałam z naprawdę dużą przyjemnością i ciekawością, która bardzo rzadko już mi się zdarza. Ten rwący nurt, przesyconej treścią, i postaciami, rzeki oderwał mnie od codzienności, która obecnie wydaje mi się jak wyjęta z fantastyki postapokaliptycznej. Dał, być może, złudzenie?, że wszystko przeminie. Może tego właśnie potrzebowałam.


Wydawnictwo Albatros stworzyło dzieło sztuki. „Była sobie rzeka” jest wydana z ogromną dbałością o szczegóły. Twarda okładka jest pokryta złoceniami, a obwoluta, z kolei, złoconymi ornamentami, co niejako koresponduje z równie „bogatą” treścią.

Mówi się, że książki, podobnie jak inni ludzie, stanowią odbicie. Odbicie tego, co już w sobie mamy... Tego jak postrzegamy rzeczywistość.
A ja, właśnie tak, mimo wypełniającego mnie cynizmu, chcę ją widzieć. 



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 11 marca 2020
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska

#136 Pokój motyli - Lucinda Riley

#136 Pokój motyli - Lucinda Riley

O Lucindzie Riley naczytałam się samych wzniosłych słów - jakoby malowała, czarowała słowem. Nie mogłam pozostać obojętne na peany na jej cześć, więc postanowiłam skończyć ze swoją literacką ignorancją i w końcu poznać magię, którą serwuje Pani Riley swoim czytelniczkom, wszak jestem wrażliwa na przejawy wszelkiego piękna, albo tak mi się tylko wydaje?

Główną bohaterką "Pokoju motyli" jest prawie 70-letnia Posy Montague, która zamieszkuje w swoim rodzinnym domu. Wiodła w nim piękne życie z ukochanymi rodzicami, z którymi, poniekąd, rozdzieliła ją wojna. Tata zaszczepił w niej miłość do motyli i botaniki, co miało wpływ na wybór jej drogi zawodowej.
Życie Posy nie było jednak łatwe. Straciła ojca, a matka wyjechała. Wychowywała ją babcia, a większość czasów szkolnych spędziła w internacie.
Dzieci bohaterki są już dorosłe i zmagają się z własnymi problemami, w które matka - chcąc nie chcąc - również zostanie uwikłana.
Na horyzoncie pojawi się Freddie - pierwsza miłość Posy i ponownie zamiesza w jej życiu.
To saga rodzinna nacechowana nostalgią. Bohaterowie skrywają mroczne sekrety i tajemnice, które kiedy w końcu ujrzą światło dzienne, ukazują jak zniekształcony obraz kochającej się rodziny wiedli do tej pory.

Narracja prowadzona jest dwutorowo - są retrospekcje, w których narratorką jest Posy i mamy w nich pełen przekrój jej dzieciństwa, aż do podjęcia pracy i spotkania dwóch mężczyzn jej życia. 
Współcześnie, to jest w 2006 roku, narrator jest trzecioosobowy i poznajemy dodatkowo losy bliskich głównej bohaterki; jej synów, synowej, przyszłej synowej i jeszcze paru innych osób.
Styl jest prosty, raczej niewymagający większego zaangażowania w treść, można spokojnie pędzić przez strony, na których choć sporo tekstu, to samej treści już niekoniecznie równie dużo.
Odnosiłam wrażenie takiego pisania dla pisania. Było dużo tekstu, ale w sumie niewiele się działo i w akcji i w moim skamieniałym sercu.
Rodzina jakich wiele, problemy jakie znamy, radości, smutki, dramaty - wszystko to, co powinno spowodować u mnie poczucie wspólnoty, czy też zrozumienia, ale nie spowodowało niczego, no może poza lekkim rozczarowaniem.

Rozumiem, że są na świecie nieszczęśliwe małżeństwa, które trwają w poczuciu raczej chorego obowiązku - w imię dobra dzieci. Rozumiem, że nie jest łatwo uciec ze związku, który poza spalaniem energii i wpajaniem dzieciom niezdrowego obrazu rodziny - nic ze sobą nie niesie, ale nie rozumiem, mimo podjęcia przeze mnie kilku prób, znajdowania wytłumaczenia na własną nieuczciwość wobec drugiej strony. Nie mam dzieci, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że jakaś matka w momencie, w którym powinna podejmować decyzje dotyczące przyszłości ludzi, których sprowadziła na świat, snuje wizje rzucania się w ramiona wyśnionego księcia i zachowuje się jak nastolatka. A wszyscy wokół rozumieją... To nie mój świat.
Dla mnie to jakieś bajdurzenie... a może właśnie ja to robię?

Bohaterowie są w tej książce jacyś drewniani, mdli, płascy?
Jedynie główną bohaterkę - Posy - obdarzyłam sympatią i jej historia, opowiedziana wspomnieniami, przekonała mnie do przeczytania tej książki i tylko tę historię mogę ocenić pozytywnie, reszta jest jak doklejona z innej bajki, by stanowiła chyb jakieś tło, niestety bezbarwne.

Podobały mi się opowieści o świecie powoli niszczonym przez wojnę, gdzie tliło się niewinne i kruche jak skrzydła motyla życie dziewczynki. Opisy jej dzieciństwa, a potem dorastania wciągały mnie bez reszty, bo czułam się jakbym tam rzeczywiście była. Irytowała mnie jej matka, której też ktoś wpoił dziwne pojęcie macierzyństwa i miłości do dziecka. To doskonały przykład na to, jak miłość do dziecka nie jest bezwarunkowa. Mała Rosy Posy cierpiała, bo ona mamę kochała zawsze i ponad wszystko to, co ta kobieta wyprawiała.
W historię miłości, która przetrwała pięćdziesiąt lat - też jestem w stanie uwierzyć, nawet w motywy kierujące parą zakochanych ludzi, które spowodowały ich rozstanie. Często milczymy jakby to miało pomóc komukolwiek, w czymkolwiek, a czas umyka.
Tajemnica, która wiąże się z tytułowym pokojem, mimo że ją odkryłam dużo wcześniej niż została opisana, to i tak mną poruszyła, z uwagi na związek z tą młodą bohaterką z pierwszych stron powieści. 

"- Wszyscy mamy niewiarygodną zdolność niedostrzegania tego, czego nie chcemy widzieć, Posy".

Nie stałam się fanką pióra Lucindy Riley po przeczytaniu "Pokoju motyli", być może mam zbyt wysoki próg zgorzknienia lub też przeżywam przesyt - prostą w odbiorze literaturą obyczajową. Nie skreślam jednak autorki, bo być może inna jej książka przekona mnie do zmiany zdania, bo życie podobno polega na nieustannym myleniu się i zbieraniu doświadczeń. Spotkamy się, więc niebawem w innej historii.


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 13. listopada 2019
Liczba stron: 528.
Kategoria: literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska

#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?
Colson Whitehead to amerykański pisarz i dziennikarz. Autor sześciu powieści i dwóch książek z gatunku literatury faktu ("Miedziaki" to jego dziewiąta książka). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Pulitzera, którą otrzymał za powieść "Kolej podziemna". Powieść ta otrzymała również: National Book Award 2016, Carnegie Medal for Fiction, Heartland Prize i została nominowana do Kirkus Prize.
Redakcje wszystkich najważniejszych gazet w Stanach Zjednoczonych okrzyknęły tę książkę najlepszą powieścią roku. Przetłumaczono ją na ponad 30 języków.
*źródło https://www.wydawnictwoalbatros.com/autorzy/colson-whitehead/ 

W swojej najnowszej powieści "Miedziaki" Wihitehead ponownie pisze o tej stronie historii Ameryki, która daleka jest do wizji kraju marzeń, przypomina raczej koszmar - pełen okrucieństwa.
"Miedziaki" są fikcją literacką, jak możemy przeczytać w Podziękowaniach, jednak inspiracją do ich napisania była sprawa Dozier School for Boys w stanie Floryda. Ośrodek z założenia był placówką "wychowawczą" jednak nie miał z nią nic wspólnego. Trafiający tam chłopcy byli bici, poniżani, molestowani, a kiedy próbowali się sprzeciwiać, stawiać opór, to przepadali bez wieści.
Tytułowe Miedziaki to wychowankowie właśnie tego ośrodka - zwanego Miedziakiem, z uwagi na nazwisko swojego patrona - Trevora Nickela.

"Nickel, pięciocentówka, nędzna jak miedziana moneta". 

Akcja toczy się w latach 60. XX wieku. Elwood Curtis - główny bohater powieści stoi u progu rozpoczęcia nauki na uniwersytecie dla kolorowych. Jednak jest w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie - system sprawiedliwości kierowany rasistowskimi pobudkami karze go za niepopełniony czyn i staje się jednym z wychowanków cieszącego się złą sławą ośrodka. Tam podziela los wszystkich osadzonych chłopców i nawiązuje znajomość z Turnerem. 

Książkę rozpoczyna prolog, który od razu uderza czytelnika falą okropieństw, jakie odbywały się na terenie "szkoły dla chłopców". Przechodzimy przez tajny cmentarz i odkrywamy ogrom makabry jaki fundowano wychowankom - dowiadujemy się co się działo z tymi, którzy odważyli się przeciwstawić krzywdzie.
Następnie poznamy losy Elwooda, poprzez kolejne części i rozdziały prześledzimy jak trafił do Miedziaka i co go tam spotkało, by przejść do zaskakującego zakończenia powieści.

"- Ale potem byłem na wolności i ściągnęli mnie z powrotem, i wiem, że tu nie ma niczego, co by zmieniało ludzi.
Tu i tam jest tak samo, różnica tylko taka, że tutaj już nikt nie musi udawać"
.
 
Książka jest przesycona smutkiem i bólem. Krzywdą, niesprawiedliwością i opisami wielu kar cielesnych i upodlenia człowieka jakiego dopuszczano się w ośrodku, ale i poza jego murami. To nie czyny, a kolor skóry tworzyły z człowieka przestępcę. Nikt nie chciał słuchać, a wyrok był wydany już po aresztowaniu, a sama droga oficjalna przez tzw. wymiar sprawiedliwości, była jedynie formalnością.

"Teraz obrabiał w głowie nową teorię: brutalnym życiem w Miedziaku nie rządzą żadne zasady, oprócz ślepej mściwości, która nie ma nic wspólnego z konkretnymi ludźmi. Przylgnął do niego okruch z lekcji w dziesiątej klasie: machina wiecznej niedoli, napędzająca sama siebie, bez ludzkiej ingerencji. I Archimedes, jedno z pierwszych odkryć encyklopedycznych. Przemoc jest jedyną dostatecznie silną dźwignią, by wprowadzić świat w ruch".

Choć ośrodek przechodził różne kontrole, to żadna nigdy nic nie wykazała.
Elwood nie godził się na to, co tam się odbywało i stale próbował coś zrobić, mimo że był za to karany fizycznie. To jak chłopcy rozumieli pojęcie "lody" albo czym jest "biały dom" - jest po prostu straszne i nie sposób pojąć jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł na takie coś zezwalać.
Narracja stosowana przez Colsona Whiteheada, jest kompletnie pozbawiona emocji. To prawie reporterski zapis wydarzeń, które choć fikcyjne, mogły mieć miejsce, a niektóre były inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Autor korzystał z historycznych źródeł i opisów wystosowanych przez byłych wychowanków ośrodka, które możemy przeczytać na stronie internetowej, którą podaje autor - http://officialwhitehouseboys.org/. Mi jednak nie udało się tej strony otworzyć... 
Często cytuje Martina Luthera Kinga. Elwood to symbol przeciwstawianiu się dyskryminacji, jakoby kolor skóry definiował kogokolwiek jako gorszego.

Temat, który według mnie należy znać i stale zgłębiać. Mówić o nim - by przeciwdziałać jakimkolwiek podziałom ludzi z uwagi na ich pochodzenie, kolor skóry, przekonania czy wyznanie.

Jednak styl wypowiedzi, jaki stosuje autor, nie jest stylem, w którym ja jako czytelnik się odnajduję. Książka jest bardzo nierówna i w wielu momentach, mimo tego o czym opowiada, jest bardzo nużąca. I to do tego stopnia, że się zamyślałam i nie wiedziałam, w którym momencie skończyłam czytać...

Myślę, że podzieli ona czytelników. I to wcale nie na dwie grupy, a na trzy. Jedni będą nią poruszeni, drudzy - właśnie z uwagi na styl wypowiedzi autora - zmęczeni, a trzeci, kiedy przeczytają ile nagród autor otrzymał - wpiszą się w grupę entuzjastów, bo takie książki wypada czytać.

Historię - segregacji rasowej i wynikających z niej konsekwencji przemocowych, nadal będę poznawać, bo chcę wiedzieć i chcę pamiętać do czego dopuściliśmy.
Czytanie - nawet o trudnych i bolesnych tematach, powinno mimo wszystko być przyjemne, a nie stawać się obowiązkiem.
Po "Kolej podziemną" raczej nie sięgnę, poszukam autora, który o niechlubnej historii Ameryki mówi w inny, bardziej odpowiadający mi sposób.
 
#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 288
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Robert Sudół

#109 Maszyny takie jak ja - Ian McEwan

#109 Maszyny takie jak ja - Ian McEwan

#109 Maszyny takie jak ja - Ian McEwan - recenzja - czy warto przeczytać?
Czy pamięta ktoś jeszcze film z 1999 roku - "Człowiek przyszłości" z Robinem Williamsem w roli głównej? O robocie, który chciał zostać człowiekiem? 
Kiedy zaczęłam czytać "Maszyny takie jak ja" Iana McEwana, to zaraz miałam ten filmowy obraz w pamięci - który zresztą został nakręcony na podstawie opowiadania Isaaca Asimova, o którym autor wspomina, cytując jego Pierwsze Prawo Robotyki.

Akcja powieści toczy się w Wielkiej Brytanii, w latach 80. XX wieku, ale w kompletnie innej rzeczywistości. Wiele wydarzeń historycznych nie miało miejsca lub ich finał był kompletnie inny niż nam znany. Do tego technologia rozwija się o wiele szybciej niż faktycznie miało to miejsce. Internet jest już dawno w powszechnym użytku, a na rynek właśnie wypuszczono wysoko zaawansowaną technologicznie partię androidów, nazwanych po prostu Adamami i Ewami. 
Charlie - główny bohater książki Iana McEwana chce kupić Ewę, jednak są one bardzo rozchwytywane, wobec tego przypada mu męski przedstawiciel partii sztucznych ludzi.
Sam proces uruchamiania go, przypomina trochę obsługę jakiegokolwiek sprzętu elektronicznego - ładowanie, wgrywanie oprogramowania, dostosowywanie funkcji.
Mężczyzna robi to wspólnie z ukochaną przez niego kobietą - Mirandą, będącą zresztą jego sąsiadką. Adam ma być dla nich dziwnym rodzajem pupila. 
Od teraz żyją w przedziwnym trójkącie emocjonalno-cielesnym. Android się niebywale rozwija, zbiera dane, przetwarza i... nie potrafi kłamać. 
Z czasem odkrywamy sekrety życia pary. Charlie lubi wieść niezbyt wymagające życie, raczej łatwe, lekkie i przyjemne, a Mirandę dręczą demony przeszłości. Dodatkowo los wiąże ich z pewnym bardzo młodym człowiekiem, który potrzebuje nie tylko pomocy, ale miłości, zrozumienia i poczucia bezpieczeństwa.

"Idealnie ukształtowany system moralny powinien być wolny od jakichkolwiek wpływów".


Tak, jak wspomniałam na początku myślałam, że będę miała do czynienia z historią o maszynie, która chciała zostać człowiekiem. A okazało się, że jest zgoła inaczej. To oczywiście mieszanka powieści science fiction, obyczajowej i romantycznej, ale też opowieść o moralności i... sumieniu?
O winie i karze?
I o poczuciu odpowiedzialności?
Czyli o tym, co tak naprawdę czyni z nas ludzi, a często jest bardzo przez nas wypaczone.
Wiemy nie od dziś, że kłamstwo jest złe, ale czy można je jakoś usprawiedliwić?
Czy kiedy kłamstwo prowadzi do jakiejś wizji zadośćuczynienia jest wtedy dozwolone?
Czy kara powinna być adekwatna do winy i czy zawsze da się znaleźć odpowiedni przelicznik?
Autor zauważa, jak bardzo jesteśmy dalecy od doskonałości, że nasze życie wymyka się nawet skomplikowanym rachunkom matematycznym. 
Stworzona sztuczna inteligencja analizuje wszystko poprawnie i wysnuwa odpowiednie wnioski. Otwarcie mówi jakie powinno być właściwe postępowanie bohaterów, dobrze wie czym jest zemsta i jak działa wymiar sprawiedliwości. Dyktuje im protokół postępowania, by mogli zmazać swe winy, ale czy faktycznie tak powinni postąpić? 
Ian McEwan porusza wiele aspektów - przemilczanie problemów, przemoc wobec kobiet i dzieci, ogrom zaniedbań i niedoskonałe działania różnych systemów od sprawiedliwości, po te związane z pomocą społeczną.

"Tymczasem sztuczny człowiek musiał zejść między nas, niedoskonałych i upadłych, i zadawać się z nami. Zmontowane w sterylnych fabrycznych warunkach ręce musiały się pobrudzić. Egzystowanie w moralnym ludzkim wymiarze oznaczało posiadanie ciała, głosu, wzoru zachowania, pamięci i pragnień, oznaczało doświadczanie konkretnych rzeczy i doznawanie bólu".

Odbieram postać Adama i pozostałych androidów, jako nasze sumienie - jego głos.
Często doskonale wiemy jak powinniśmy postąpić, a robimy zgoła inaczej. Spychamy ten szept na dalszy plan, zamykamy w szafie, przysypujemy stertą jakichś zapomnianych rzeczy i staramy się przetrwać, aż ten głos ucichnie. 

Z każdą przeczytaną stroną, ta powieść podobała mi się bardziej. Czytałam po jednym rozdziale i zastanawiałam się, czy właściwie ją rozumiem. Może zbyt mocno analizuję, tego nie wiem, ale na pewno długo jej nie zapomnę.
Okładka, która zdobi piękne wydanie powieści, zdaje się trochę nie pasować do tytułu i do opisu treści, ale kiedy zagłębimy się w to, co autor chciał przekazać, wtedy okazuje się, że lepsza być nie mogła.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 352
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Andrzej Szulc

#69 Wkręceni - Steve Cavanagh

#69 Wkręceni - Steve Cavanagh

#107 Wkręceni - Steve Cavanagh - recenzja - czy warto przeczytać?

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy gdy spojrzałam na egzemplarz powieści Steve-a Cavanagh-a to niezwykły pomysł na okładkę, odwrócenie grzbietu i użycie go jako litery w tytule. Niezwykle kreatywny zabieg, który również trochę odnosi się do treści książki.  

Kiedy otworzymy swój egzemplarz natrafiamy na notkę od pisarza J.T. LeBeau, który zwraca się bezpośrednio do nas. To książka o książce. Od tej chwili musimy być bardzo czujni. Najpierw znajdziemy się na pogrzebie wyżej wymienionego pisarza, by cofnąć się w czasie o cztery miesiące i zobaczyć co doprowadziło do takiego finału, a może to nie jest finał?
Narracja jest prowadzona przez różnych bohaterów, w osobie trzeciej; od czasu do czasu przeczytamy prasowy artykuł, czy przejrzymy policyjne dowody.


"Wtedy zapadła ciemność. A ona cały czas czuła w nozdrzach ten zapach. Zapach, którego nie zapomni. Zapach świeżej farby i krwi".


Co to była za fabuła! Autor stale mieszał, zwodził. Kiedy wydawało mi się, że już wiem dokąd to wszystko zmierza to okazywało się, że znowu akcja podąża w inną stronę. J.T. LeBeau zasłynął jako mistrz zwrotów akcji, nikt wcześniej nie pisał tak jak on. O jego książkach ludzie chcieli rozmawiać, wymieniać się poglądami. Sprzedawały się mimo okrojonej kampanii marketingowej. Jesteśmy w fabule jego - jak zapowiada na początku - ostatniej powieści i doświadczymy właśnie tych zwrotów akcji, które zapewniał czytelnikom. Samego autora nikt nigdy nie poznał, niezwykle mocno chronił swoją prywatności. Jest również bardzo pewny swego warsztatu i niezwykle rzadko zgadza się na zaproponowane przez wydawnictwo zmiany.

Głównymi bohaterami "Wkręconych" są Paul i Maria Cooper. Niezbyt zamożne małżeństwo - biorąc pod uwagę sąsiedztwo - które wiedzie dość monotonne życie w mieście żywcem wydartym z amerykańskiego snu. Morze, z wolna płynący czas, cisza i spokój. Kto z nas by o tym nie marzył? Choć państwo Cooper powinni być sobie bliscy, to kobieta nic praktycznie o mężu nie wie, nie zna go. Paul jest niezwykle oszczędny w opowiadaniu o sobie jak i w wydawaniu pieniędzy. Maria nie lubi swojego życia i jest nim bardzo znudzona, szuka wrażeń i wdaje się w romans z przystojnym Darylem. Zupełnie przypadkiem odkrywa, że mąż ma na koncie ogromną ilość pieniędzy i może być tajemniczym J.T. LeBeau - co sugeruje kochanek. W głowach tej dwójki rodzi się plan... 

Warto również wspomnieć o ciekawej kreacji policjantów uwikłanych w fabułę. Komendant Dole i policjantka Bloch stanowią niezwykle przenikliwy i sprawnie działający duet, czy dadzą się wkręcić?

Bardzo dobrze przedstawiony został rozpad małżeństwa. Do czego może prowadzić brak szczerości i zwykłe przemilczenie, ale... uważajcie! W tej książce nic nie jest takim jak się na początku wydaje.

Gwarantuję, że podczas czytania nie będziecie się nudzić - bo nie ma kiedy! Cały czas coś się dzieje, zbieramy poszlaki niczym śledczy, by dosłownie za chwilę dowiedzieć się, że to jednak nie jest tak jak się nam wydaje.
Udało się autorowi mnie wkręcić - nie przewidziałam dokąd zmierza akcja. Ogromna ilość pomysłów, którą można by z powodzeniem wykorzystać w wielu innych powieściach, tworzy na pewno niebanalną całość. Kręcimy się razem z fabułą jak na karuzeli, ale spokojnie nie czeka nas ból głowy tylko prawdziwa i dobra zabawa. Zdecydowanie polecam - gwarantuję, że dacie się wkręcić!
8/10.

#107 Wkręceni - Steve Cavanagh

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14. sierpnia 2019
Liczba stron: 416
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
#46 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso

#46 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso


#84 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso - recenzja - czy warto przeczytać?
Wstyd się przyznać, ale nie czytałam wcześnie nic Guillaume Musso. Za to słyszałam i czytałam wszechobecne zachwyty nad jego powieściami. Dziś już wiem skąd się wzięły. Sama staję się jednym z głosów w tym chórze. 
Głównym bohaterem "Zjazdu absolwentów" jest Thomas Degalais, który przyjeżdża do swojej starego liceum na tytułową imprezę. Jak się szybko okazuje Thomas nie ma czystego sumienia i jego obecność na zjeździe wiąże się ze sprawą z przeszłości. Tajemnica, którą w sobie nosi powinna znaleźć swój finał na sali sądowej. Wszyscy obecni uczniowie liceum, jak i absolwenci wracają wspomnieniami do roku 1992, kiedy to zaginęła piękna i jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole - Vinca Rockwell. Miała ona uciec ze swym nauczycielem filozofii, z którym łączył ją - jak wszyscy doskonale wiedzieli płomienny romans. Myśli Thomasa i jego najlepszego przyjaciela ze szkolnych lat - Maxime'a zaprząta jeszcze jedna sprawa... Szkoła po zjeździe ma zostać rozebrana, a ta dwójka doskonale wie, jaką tajemnice skrywa budynek... Są w nim ukryte zwłoki... Teraz prawda może ujrzeć światło dzienne, ale czy się tak stanie?

"W twarz uderza mnie lodowate zimno. Wdrapuję się na parapet, ale nie mogę skoczyć. Noc dotyka mnie - i odpycha. Śmierć ze mnie rezygnuje".

To powieść z tych, które jak się otworzy, to się zamknie dopiero po przeczytaniu. Autor żongluje historią i emocjami, które odczuwają jego bohaterowie. Kiedy wydaje się nam, że już wszystko układa się w całość, nagle następuje zwrot o 180 stopni i jesteśmy w punkcie wyjścia. Nie ma możliwości w żaden sposób przewidzieć jak autor poprowadzi fabułę. Doskonale wodzi nas za nos, podsuwa informacje, które za chwilę zdają się przeczyć kierunkowi w jakim podążaliśmy. Świetne charakterystyki psychologiczne postaci. Tajemnice, sekrety, brudy i życie na pokaz. Tak często powtarzane kłamstwa, że zastąpiły prawdę, stały się nią. Czym jest miłość? Czym jest też rodzicielska miłość i do czego może doprowadzić? Co można zrobić, kiedy chce się pomóc najbliższym? A może tak naprawdę się nie pomaga, tylko utrzymuje ten obraz doskonałości, jaki się stworzyło? Tak jakby wcisnęło się przycisk pauzy na pilocie, a obraz zastygł. Książka, która wije się jak rzeka i nie wiadomo co się kryje za kolejnym meandrem.
Autor opisuje nie tylko obrazy, ale i zapachy towarzyszące kolejnym scenom, przez co możemy poczuć się uczestnikami zarówno retrospekcji, wspomnień jak i teraźniejszości. Wszystko jest tutaj przemyślane i doskonale ze sobą współgra; tytuły rozdziałów, podrozdziałów i wprowadzające cytaty ze światowej literatury. I ten drobny smaczek o Depeche Mode... Nie mogłam napisać swojej opinii zaraz po przeczytaniu, bo byłby to hymn pochwalny na cześć autora. Ciężko tę powieść zakwalifikować jako gatunek, bo to swego rodzaju kocioł, doskonała mieszanka wielu - thrillera, kryminału, czy powieści obyczajowej z wątkiem z romansu. Autor posiada patent na przepis lektury niemal doskonałej.
A zakończenie? Kiedy zostanie powiedziane już wszystko, to
zrobi coś, co sprawi, że znowu zwątpimy... 
8/10.

"To prawda, że dawali się ponieść emocjom, jednak z pewnością starali się robić wszystko jak najlepiej. Najlepiej unikać banalnych ścieżek, najlepiej godzić przygody z poczuciem odpowiedzialności, najlepiej odmieniać słowo "rodzina", ale według zasad własnej gramatyki".


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 31. lipca 2019

Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa/piękna
#13 Mam na imię Jutro - Damian Dibben

#13 Mam na imię Jutro - Damian Dibben




Mam na imię Jutro - Damian Dibben - recenzja - czy warto przeczytać?



"Pewnego dnia gdzieś osiądziemy. Pewnego dnia znajdziemy dom", obiecywał zawsze mój pan. Nigdy nam się to nie udało. Nie mam domu. To on był moim domem.

"Wysoki las o północy, sztywny pergamin, szept sosnowej żywicy" - tak dla Jutra pachnie jego pan.
Jutro to pies niezwykły nie tylko dlatego, że ma 217 lat, z czego 127 spędził na czekaniu na swojego zagubionego pana - to pies, który przemówił głosem wszystkich psów.
Codziennie przez 127 lat siedzi na schodach katedry i czeka - bo tam widział swojego opiekuna po raz ostatni. 


"To niezwykłe, jak całe dziesięciolecia mogą mijać jakby we śnie, jak jedna godzina może trwać niczym sto lat, a sto lat niczym jedna godzina".

Narracja jest prowadzona w osobie pierwszej właśnie - przez tego magicznego czworonoga, ramy czasowe są bardzo szerokie - rzeczywistość jest przeplatana wspomnieniami,
a do tego pan i jego pies żyją bardzo długo.
Jutro po wielu latach czekania jest już bardzo blisko odnalezienia swojego opiekuna, podąża śladem jego zapachu w towarzystwie kundelka Sporco. Jednak tym samym szlakiem podróżuje pewien zły człowiek, który również chce odnaleźć pana Jutra.
Psy mają wiele przygód, bywają na dworach, zahaczają o pola bitew, kłócą się, godzą jak prawdziwi przyjaciele. Akcja płynie powoli, opisy są szczegółowe, barokowe wręcz - niektórych czytelników może to nudzić, mnie nie nudziło, nie przeszkadzały mi również włoskie, francuskie wtrącenia - wszystko to nadawało klimat tamtych lat.

Nie mogłam jej przeczytać na raz. Dlaczego? Obecnie mam dwa psy, od dziecka miałam ich już kilka i każdego pamiętam i każdy zostanie ze mną na zawsze. To książka, która u każdego nadwrażliwego psiarza spowoduje wzruszenia, a cytatami - dla niektórych może zbyt moralizatorskimi - wytapetowałabym pokój.
"Mam na imię Jutro" ma piękna i bogatą okładkę - taką też skrywa treść.

Teraz ilekroć będę tracić cierpliwość - bo przy dwójce psów - czasem się to zdarza,
to zawsze będę pamiętać o głosie Jutra.
Polecam każdemu psiarzowi, ale nie tylko jemu - bo to książka, która jak nie zmieni czegoś w Twoim życiu, to chociaż sprawi, że się nad nim zastanowisz.

9/10

"Nie  ma sensu spalać się z powodu przeszłości. 
Nie warto bać się kłopotów, które mogą nadejść. 
Nie ma powodu, by bać się ich dzisiaj."
 
Mam na imię Jutro - Damian Dibben - recenzja - czy warto przeczytać?
 

Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 3 kwietnia 2019

Liczba stron: 320

Kategoria: literatura młodzieżowa

Tłumaczenie: Janusz Ochab

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...