#136 Pokój motyli - Lucinda Riley

O Lucindzie Riley naczytałam się samych wzniosłych słów - jakoby malowała, czarowała słowem. Nie mogłam pozostać obojętne na peany na jej cześć, więc postanowiłam skończyć ze swoją literacką ignorancją i w końcu poznać magię, którą serwuje Pani Riley swoim czytelniczkom, wszak jestem wrażliwa na przejawy wszelkiego piękna, albo tak mi się tylko wydaje?

Główną bohaterką "Pokoju motyli" jest prawie 70-letnia Posy Montague, która zamieszkuje w swoim rodzinnym domu. Wiodła w nim piękne życie z ukochanymi rodzicami, z którymi, poniekąd, rozdzieliła ją wojna. Tata zaszczepił w niej miłość do motyli i botaniki, co miało wpływ na wybór jej drogi zawodowej.
Życie Posy nie było jednak łatwe. Straciła ojca, a matka wyjechała. Wychowywała ją babcia, a większość czasów szkolnych spędziła w internacie.
Dzieci bohaterki są już dorosłe i zmagają się z własnymi problemami, w które matka - chcąc nie chcąc - również zostanie uwikłana.
Na horyzoncie pojawi się Freddie - pierwsza miłość Posy i ponownie zamiesza w jej życiu.
To saga rodzinna nacechowana nostalgią. Bohaterowie skrywają mroczne sekrety i tajemnice, które kiedy w końcu ujrzą światło dzienne, ukazują jak zniekształcony obraz kochającej się rodziny wiedli do tej pory.

Narracja prowadzona jest dwutorowo - są retrospekcje, w których narratorką jest Posy i mamy w nich pełen przekrój jej dzieciństwa, aż do podjęcia pracy i spotkania dwóch mężczyzn jej życia. 
Współcześnie, to jest w 2006 roku, narrator jest trzecioosobowy i poznajemy dodatkowo losy bliskich głównej bohaterki; jej synów, synowej, przyszłej synowej i jeszcze paru innych osób.
Styl jest prosty, raczej niewymagający większego zaangażowania w treść, można spokojnie pędzić przez strony, na których choć sporo tekstu, to samej treści już niekoniecznie równie dużo.
Odnosiłam wrażenie takiego pisania dla pisania. Było dużo tekstu, ale w sumie niewiele się działo i w akcji i w moim skamieniałym sercu.
Rodzina jakich wiele, problemy jakie znamy, radości, smutki, dramaty - wszystko to, co powinno spowodować u mnie poczucie wspólnoty, czy też zrozumienia, ale nie spowodowało niczego, no może poza lekkim rozczarowaniem.

Rozumiem, że są na świecie nieszczęśliwe małżeństwa, które trwają w poczuciu raczej chorego obowiązku - w imię dobra dzieci. Rozumiem, że nie jest łatwo uciec ze związku, który poza spalaniem energii i wpajaniem dzieciom niezdrowego obrazu rodziny - nic ze sobą nie niesie, ale nie rozumiem, mimo podjęcia przeze mnie kilku prób, znajdowania wytłumaczenia na własną nieuczciwość wobec drugiej strony. Nie mam dzieci, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że jakaś matka w momencie, w którym powinna podejmować decyzje dotyczące przyszłości ludzi, których sprowadziła na świat, snuje wizje rzucania się w ramiona wyśnionego księcia i zachowuje się jak nastolatka. A wszyscy wokół rozumieją... To nie mój świat.
Dla mnie to jakieś bajdurzenie... a może właśnie ja to robię?

Bohaterowie są w tej książce jacyś drewniani, mdli, płascy?
Jedynie główną bohaterkę - Posy - obdarzyłam sympatią i jej historia, opowiedziana wspomnieniami, przekonała mnie do przeczytania tej książki i tylko tę historię mogę ocenić pozytywnie, reszta jest jak doklejona z innej bajki, by stanowiła chyb jakieś tło, niestety bezbarwne.

Podobały mi się opowieści o świecie powoli niszczonym przez wojnę, gdzie tliło się niewinne i kruche jak skrzydła motyla życie dziewczynki. Opisy jej dzieciństwa, a potem dorastania wciągały mnie bez reszty, bo czułam się jakbym tam rzeczywiście była. Irytowała mnie jej matka, której też ktoś wpoił dziwne pojęcie macierzyństwa i miłości do dziecka. To doskonały przykład na to, jak miłość do dziecka nie jest bezwarunkowa. Mała Rosy Posy cierpiała, bo ona mamę kochała zawsze i ponad wszystko to, co ta kobieta wyprawiała.
W historię miłości, która przetrwała pięćdziesiąt lat - też jestem w stanie uwierzyć, nawet w motywy kierujące parą zakochanych ludzi, które spowodowały ich rozstanie. Często milczymy jakby to miało pomóc komukolwiek, w czymkolwiek, a czas umyka.
Tajemnica, która wiąże się z tytułowym pokojem, mimo że ją odkryłam dużo wcześniej niż została opisana, to i tak mną poruszyła, z uwagi na związek z tą młodą bohaterką z pierwszych stron powieści. 

"- Wszyscy mamy niewiarygodną zdolność niedostrzegania tego, czego nie chcemy widzieć, Posy".

Nie stałam się fanką pióra Lucindy Riley po przeczytaniu "Pokoju motyli", być może mam zbyt wysoki próg zgorzknienia lub też przeżywam przesyt - prostą w odbiorze literaturą obyczajową. Nie skreślam jednak autorki, bo być może inna jej książka przekona mnie do zmiany zdania, bo życie podobno polega na nieustannym myleniu się i zbieraniu doświadczeń. Spotkamy się, więc niebawem w innej historii.


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 13. listopada 2019
Liczba stron: 528.
Kategoria: literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska

4 komentarze:

  1. Mam w planach przeczytać tę książkę. Ciągle na nią poluję. 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To życzę Ci żebyś się udało ją upolować i żeby Ci się spodobała ;)

      Usuń
  2. Proponuję, żebyś spróbowała cykl "Siedem sióstr" - jeśli to Ci się nie spodoba, to nie ma co próbować z innymi książkami autorki ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...