Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Kiedy przychodzi jesień to wieczory stają się długie i przerażająco ciemne.
Ściany rzęsiście padającego deszczu nie zachęcają mnie do opuszczenia miejsca mojego gniazdowania, więc włączam wtedy jakiś serialowy tasiemiec, ale taki możliwy do obejrzenia w tej niby skłaniającej do refleksji porze, i biorę do rąk szydełko i sznurek, z reguły jutowy, i dziergam koszyki, dywaniki, podkładki.
Zwykle mam taki standardowy, który przez swoją średnicę nie za bardzo nadaje się do koszyków. Za cienki, za wiotki. Biorę wtedy kilka motków i splatam w jeden, a od przeciągania go przez oczko bolą mnie ręce. Ale koszyk będzie mocny, stabilny, gęsto tkany.

Chigozie Obioma to nigeryjski pisarz, który wydał do tej pory dwie powieści - „Rybacy” (2015) i „Orkiestrę bezbronnych” (2019) i to właśnie o „Orkiestrze bezbronnych” Wam opowiem, bo to ona niedawno miała w naszym kraju premierę.
Za obie książki otrzymał całą listę nagród i obie były nominowane do Nagrody Bookera. Chigozie Obioma jest rok ode mnie młodszy i kiedy przypomnę sobie słowa Wiesława Myśliwskiego: „pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (…), wtedy kiedy jest się przekonanym, że ma się coś naprawdę do powiedzenia komuś drugiemu”, to nie wiem czy większość z nas ma naprawdę coś istotnego do powiedzenia, bo Chigozie Obioma zwyczajnie, po ludzku, zawstydza. 
 

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma


„Gaganaogwu, mój gospodarz ronił łzy także dlatego, że człowiek, gdy przychodzi na świat, nie wie, kim był w poprzednim życiu. Rodzi się - czy raczej odradza - czysty jak tafla morza. Jednak w miarę jak rośnie, odzyskuje pamięć. I to, czego się z czasem dowiaduje, zgromadzone razem, pozwala mu żyć. Z tego właśnie powodu, kiedy zostaje sam, gdy opuszczają go inni, pogrąża się w sobie, w swoim wewnętrznym świecie. Wtedy bowiem wszystko składa się w całość. Prawdziwy stan człowieka to taki, gdy jest sam”.

Jego powieść jest właśnie jak taki ciasny splot, a żeby móc zrozumieć i znaleźć początek wszystkich nici, które go tworzą trzeba się w pełni zaangażować. Oczywiście można odczuwać w trakcie zmęczenie, ciągłym rozplątywaniem znaczeń, ale to zmęczenie wywołane dokładnością, więc i satysfakcjonujące. Nie można przerywać czytania w połowie rozdziału, nie można wędrować myślami w niebyt - utraci się nie tylko wątki, ale i możliwość obcowania z czymś wybitnym.
Mogłabym napisać, że to książka trudna, bo taka rzeczywiście jest, kiedy wspomni się, że opowiada m. in. o tym, co biały człowiek zrobił czarnemu człowiekowi, co się stało z Afryką i nadal się dzieje, czym się wydaje jej Europa, a czym rzeczywiście jest?, o tym, co człowiek człowiekowi robi codziennie na całym świecie. Nie chcę jej nazywać złożoną, wielowątkową, wielopłaszczyznową, bo to brzmi, dla mnie, jak jedna wielka lista frazesów. Zdecydowanie mądrzejsi ode mnie nazwali tę książkę historią współczesnego Odyseusza i bez wątpienia mieli rację.

Chinonso Solomon Olisa, prosty hodowca kur, który w dzieciństwie opiekował się pewnym gąsiątkiem, które przewija się przez całą tę powieść, spotyka stojącą na moście Ndali. Piękną, młodą kobietę, którą ratuje i z którą przeznaczenie, los, fatum go wiąże. Para się w sobie zakochuje, ale biedny chłopak nie jest dobrą partią dla bogatej dziewczyny, a raczej dla jej rodziny, bo dziewczyna akceptuje go takim jakim jest.
Chinonso postanawia zdobyć wykształcenie, które ma podnieść jego status społeczny. W tym celu sprzedaje gospodarstwo i z pomocą, jak mu się wydaje życzliwego znajomego, wyrusza na Cypr, by podjąć naukę. Kiedy przybywa na miejsce okazuje się, że nie jest tak, jak tego oczekiwał. Nie ma nic, co miało tam na niego czekać. Dodatkowo nie ma jak i do czego wrócić, ale to nie koniec historii, a zaledwie jej początek.

Brzmi jak historia jakich wiele, jednak jest inspirowana prawdziwymi zdarzeniami (odsyłam na Wikipedię, gdzie wszystko jest dokładnie opisane), i nie tylko to ją wyróżnia.
W osobie pierwszej wypowiada się „chi” Chinonso Solomona Olisy. „Chi” to ktoś w rodzaju opiekuńczego ducha, anioła stróża, który mieszka sobie w bohaterze. „Chi” wędruje od wieków po różnych ciałach i zbiera wiedzę, doświadczenie. Szepcze swoim gospodarzom co powinni zrobić, ale nie ma wpływu na podejmowane przez nich decyzje. Wyboru zawsze dokonuje człowiek.
Odwieczna problematyka wolnej woli.
Czy jesteśmy skazani na to co zapisane czy jednak mamy wpływ na swój los?

Książka jest podzielona na trzy części, które otwierają zaklęcia skierowane przez „chi” do bóstw znanych z kosmologii ludu Igbo. Z pierwszego z nich dowiecie się co się stało z Chinonso, a z poszczególnych rozdziałów, jak do tego doszło. Na początku znajdują się schematy, które umożliwiają zrozumienie tego do kogo i po co zwraca się narrator.
 
Nie mogłam dobroci i łatwowierności Chinonso od razu zrozumieć, a w kontraście do epizodów przemocy wobec niektórych z występujących tu zwierząt, tworzył dla mnie postać dziwną... niejednoznaczną? Ale chyba tacy właśnie jesteśmy? Niejednoznaczni.
Zmieniamy się pod wpływem wydarzeń, pod wpływem innych ludzi. Zawsze. A w którą stronę ta zmiana się dokona, to jak chcemy wierzyć, nasz wybór. Jesteśmy z natury dobrzy, ale kiedy chcemy chronić kogoś to jesteśmy gotowi posunąć się do złych rzeczy, a ciągłe doświadczanie krzywdy nie przechodzi bez echa, zmienia. Odbiera niewinność.

Obioma wplata w swoją opowieść wierzenia ludu Igbo, które choć na początku brzmią dla nas dość egzotycznie z czasem przestają i można dostrzec podobieństwa do znanych nam wierzeń. Tak, jest tu fantastyka, nazywana realizmem magicznym. Byt „chi” nie tylko opowiada historię, ale wychodzi z gospodarza i podróżuje po świecie ukazując życie i relacje bohatera z dystansu, czyli z jeszcze innej perspektywy.
W tej książce nie tylko to „co” jest opowiadane ma znaczenie, ale i „jak”, a nawet to „skąd” patrzymy na historię.
Autor przywołuje
życiowe mądrości, które kiedyś ubraliśmy w umniejszające jej wartości epitety i zepchnęliśmy w niepamięć.

Każdy rozdział, który opowiada o losie Chinonso jest poprzedzony uogólnieniem. Wszyscy mamy te same problemy, dręczą nas te same niepokoje, popełniamy te same błędy, tak samo się w życiu miotamy.
Styl, którym operuje Chigozie Obioma jest wielki w swej prostocie. Zawrzeć w zwykłych zdaniach, i to bez zbędnego patosu, prawdę o każdym człowieku to ogromna sztuka.
Tę wielkość czuć i tymi zdaniami można się zachwycać nie tylko na poziomie treści, ale i ich konstrukcji. Cały plan tej powieści jest niezwykły, od podziału na części przez inkantacje i tytuły rozdziałów.
Czy jesteśmy zależni od innych, czy to kogo spotykamy na swojej drodze ma znaczenie?
Czy to jak ktoś nas potraktuje jest istotne w kontekście całego życia?
To orkiestra ludzi chcących odnaleźć swoje miejsce, skrzywdzonych, zapomnianych, tułających się, których melodii nikt nie słyszy, bo słyszeć nie chce.

„Egbunu, wtedy zaczął słuchać, słuchać jak ktoś, kto słyszał jakąś melodię mnóstwo razy, ale dopiero teraz go wzrusza i powtarzana, otwiera mu oczy na coraz to nowsze zawarte w niej znaczenia”.

A może wszyscy jesteśmy jedynie poszczególnymi instrumentami w tej całej wielkiej orkiestrze bezbronnych dyrygowanej przez los?

Kiedyś pisałam o takich książkach, że nie są dla każdego, ale przecież nie ma książki dla każdego. To tak jakby powiedzieć leżącemu, żeby nie wstawał bo może się potknąć, przewrócić, ale równie dobrze może się znakomicie w chodzie odnaleźć, otworzyć na prezentowane widoki, a nawet się czegoś nauczyć. Spróbuj, a położyć się zawsze zdążysz.


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania 30 września 2020
Liczba stron: 480
Kategoria:
literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz

1 komentarz:

  1. Spróbuję :) Myślę, że mam szansę się nią zachwycić, choć też lekkie obawy, że nie do końca zrozumieniem... Czyli u mnie norma czy tego typu książkach czekających na przeczytanie :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...