Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Udało mi się w końcu obejrzeć ekranizację „Rebeki” Daphne du Maurier przygotowaną przez Netflix, wobec tego przyszedł i czas by wspomnieć o jej literackim pierwowzorze, jak i odnieść się choć trochę do tej wybitnej ekranizacji z 1940 roku.
Tak, tak nowa produkcja mną w ogóle nie wstrząsnęła, a może wstrząsnęła, ale niekoniecznie pozytywnie.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier

„Rebeka” została wydana w 1938 roku i bardzo szybko zyskała status bestsellera. Była wielokrotnie adaptowana, jak już wspominałam w niedawnym tekście o „Koźle ofiarnym”, w tym przez samego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka.
Główną bohaterką „Rebeki”, a zarazem narratorką jest młoda, osierocona dziewczyna, która pracuje w charakterze damy do towarzystwa u pani van Hopper. Dziewczyna podczas spędzania z nią czasu w Monte Carlo poznaje owdowiałego bogacza Maxima de Wintera. Para nawiązuje bliską relację, która bardzo szybko kończy się małżeństwem. Młodzi małżonkowie udają się do rodzinnej posiadłości Maxima - Manderley i tam zawiązuje się główny wątek powieści, akcja i cały klimat, który zapowiadało zdanie rozpoczynające powieść: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”.

Autorka w początkowej fazie książki skupiła się na zarysowaniu portretu bohaterki. Bezimiennej sieroty będącej niejako na łasce najpierw pani van Hopper, a później sporo starszego męża (Maxime jest dwa razy starszy od swojej nowej żony).
Wyobraźmy sobie bardzo młodą kobietę, która nie zaznała poczucia bezpieczeństwa, która nie wie co to poczucie własnej wartości, którą opieką obdarza dobrze sytuowany mężczyzna. Daje jej uwagę, miłość, stabilizację.
To wszystko ją cieszy, ale jednocześnie przytłacza. Nie przywykła do wystawnego życia, do posiadania służby, do bogactwa, które z dnia na dzień otrzymała.
Jest nieśmiała i bardzo naiwna, pełna młodzieńczej niedojrzałości. Bywa bardzo, ale to bardzo irytująca. Jednak wiek, niedoświadczenie i wcześniejsza samotność usprawiedliwiają każdą z jej przesadnych reakcji. Z tego co czytałam wielu współczesnych czytelników twierdzi, że wstęp jest niezbyt zajmujący i zbyt obszerny, ja jednak tego kompletnie nie odczułam. Może jestem mało współczesna, albo zwyczajnie lubię styl, którym du Maurier pisała i się w nim jakoś zatracam.

Kiedy nowa pani de Winter staje w drzwiach olbrzymiej i pięknej posiadłości jedną z witających ją postaci jest gospodyni - Pani Danvers, która nie jest ciepłą i pomocną zarządzającą.
Każdy kąt domu wypełniają wspomnienia o Rebece, czasem odnosi się wrażenie, że to sama Rebeka przechadza się jego korytarzami.
W Manderley unosi się mgła niepokoju. Otacza ona budynek, wypełnia pomieszczenia i stale jest podtrzymywana słowami służby i rodziny Maxime'a.
Sam Maxime jest dość milczący i niestały w emocjach. Raz sprawia wrażenie szczęśliwego u boku nowej żony, by za chwilę stać dość obcesowym, a nawet w niektórych momentach agresywnym.
Nowa pani de Winter źle się w tym miejscu czuje. Chce się bardzo dopasować, stać się kimś innym, tak doskonałym jak Rebeka.
To historia młodzieńczej miłości, pierwszej, szalonej i bardzo naiwnej.

„Cieszy mnie, że gorączka pierwszej miłości nie może się powtórzyć. Pierwsza miłość bowiem to gorączka i brzemię zarazem cokolwiek by o tym pisali poeci”.

To czas, w którym młody człowiek nie dostrzega nic ponad własne, często przesadne, uczucia, kiedy interpretuje słowa wyrwane z kontekstu i nie widzi nic poza własnym wyobrażeniem. 

„Kiedy ma się dwadzieścia jeden lat, nie jest się zbyt odważnym. Dni pełne są drobnych tchórzostw, bezpodstawnych lęków. Tak łatwo się poczuć urażonym, tak szybko dotkniętym, tak rani każde ostrzejsze słowo".

Wszystko jest skąpane w stałej aurze niepokoju, niedopowiedzeń, niepewności. Wiemy tyle ile wie młoda pani de Winter, a zatem staramy się dowiedzieć co się stało z idealną Rebeką i gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla naszej bohaterki. Wszystko to czujemy pomimo zastosowania przez du Maurier czasu przeszłego, wydarzenia przedstawia nam starsza już pani de Winter, która doskonale wie co się wydarzyło.

„Dziś, pod osłoną pancerza obojętności i dojrzałości, drobne ukłucia zdarzające się co dnia są zaledwie lekkimi muśnięciami i szybko się o nich zapomina. Lecz w tym czasie - jakże długo dźwięczało w uszach jakieś niedbale wypowiedziane słowo, stając się płomiennym stygmatem, a rzucone przez ramię spojrzenie nabierało cech wieczności. Byle wykręt kojarzył się z trzykrotnym pianiem koguta, a każdy wybieg przypominał pocałunek Judasza. Dorosły człowiek może kłamać z niezmąconym spokojem sumienia i zachowuje się beztrosko, ale wówczas nawet drobne kłamstwo paliło język, rzucało na stos”.

„Rebeka” jest przesiąknięta klimatem powieści gotyckiej. Wszystko dzieje się w olbrzymim domu, a ucieleśnione wspomnienia jego byłej pani zdają się go wypełniać. Gospodyni (pani Danvers) pełni rolę postaci przeciwstawnej i podsyca kiełkujący mrok.
Przesadna, być może jak na nasze realia, egzaltacja, emocjonalne reakcje rysujące się w zachowaniu i słowie mogą wydawać się nawet śmiesznymi, ale odczuwamy do dziś podobne emocje, zbliżone niepokoje, a jedynie nie dajemy im ujścia w tak charakterystyczny sposób.

Powieść Daphne du Maurier to powieść z tzw. drugim dnem. Pod historią spętanej rodzącym się szaleństwem miłości i przywiązania do zniekształconych wspomnień znajdziemy bogate portrety psychologiczne, która dziś są jak najbardziej aktualne. Zadziwiające jest również to, że „Kozioł ofiarny” i „Rebeka” opierają się na podobnych motywach, niektóre z detali jak np. stłuczona figurka, są takie same, a mimo to opowieść jest inna i nie może być w niej mowy o schematyczności.

Lubię tę opowieść. Jest idealną lekturą na jesień.
Proponuję zawinąć się w koc i w wyobraźni błądzić po pałacowych wnętrzach Manderley. Dać się uwieść nostalgicznej i wybitnie dobrej narracji, aby móc poczuć tę niepokojącą atmosferę niczym z romansu grozy. Poczuć ten osiadający jak kurz sentymentalizm, bo taki właśnie jest jej urok.

Jeżeli lubicie „Dziwne losy Jane Eyre” to „Rebeka” powinna Wam przypaść do gustu, zresztą sama Autorka przyznawała się do inspiracji Charlotte Brontë.
Z tego co czytałam Daphne du Maurier była oskarżana o plagiat, chyba? dwukrotnie, kiedy filmy inspirowane pisanymi przez nią historiami trafiły do kin. Równie aktualna praktyka :) Każdy chciał i chce uszczknąć coś z tortu sławy.

Adaptacja Alfreda Hitchocka, choć zmieniona fabularnie, jest taka jaka powinna być. Mówię tu o własnym odczuciu nie jestem żadną specjalistką ani w kwestii literatury, ani tym bardziej filmu. Mistrz filmowego suspensu i mistrzyni literackiego suspensu w jednym dziele.
„Rebeka” Alfreda Hitchcocka to pełen treści obraz, malowany światłem, kontrastem i szczegółem. Tu wszystko współgra, koresponduje z oryginalną wersją Daphne du Maurier. Klimat się sączy, niepokój narasta, a zachowania bohaterów są dla widza zrozumiałe. Niesamowicie łatwo zaangażować się w tę historię. Gra tej pani Danvers (Judith Anderson) zasługuje na uznanie, wraz ze stosowanym wtedy oświetleniem stworzyła postać przerażającą...

 

Z radością, ale trzymaną na lekki dystans, z powodu rozczarowań wcześniejszymi filmowymi produkcjami Netflixa, czekałam na nową wersję „Rebeki”.

Początek był obiecujący. Ładne, wysoko kontrastowe kadry cieszyły moje oczy, a budowana relacja między dwojgiem aktorów zapowiadała coś dobrego. Niebywałego kolorytu dodawała Ann Dowd w roli pani van Hopper. Podobały mi się statyczno-dynamiczne ujęcia, kiedy postać stoi tu i teraz, a przebitka pokazuje to, co się dzieje w niedalekiej przyszłości. Pokazywanie budzących się emocji i nadchodzącej zmiany w jednym czasie to był naprawdę fajny zabieg.
Potem było już tylko coraz gorzej. Kiedy do akcji weszła
Kristin Scott Thomas jako pani Danvers straciłam nadzieję, że to może być dobre i, w jakiś sposób, zbliżone do oryginału widowisko.

Danvers to postać kluczowa, przeciwstawna do pani de Winter, a w wersji filmowej poza uśmiechem Mona Lisy, Kristin Scott Thomas nie ma nic do zaoferowania. Nie wiem jaki był cel w totalnym zmiękczeniu i wypłukaniu tej postaci z charakteru.
Para głównych bohaterów nie pokazuje żadnych emocji, Maxime nie był taką pół uśmiechniętą twarzą pozbawioną mimiki. Nie był takim „tatuśkiem”. To postać niejednoznaczna, pokręcona, bogata w sekrety, buzująca od sprzecznych emocji, a tu mamy festiwal uśmiechów jak z pierwszych stron tabloidów i miałkości gry.
Nie ma klimatu, nie ma opowieści, to nawet nie jest romans. To zlepek scenek jak z wybiegu, pokaz konfekcji mody i zbliżeń na guziki. Lubię kiedy filmowa narracja mówi więcej niż same postaci, kiedy detal opowiada historię. Jak np. w serialu wyprodukowanym przez Amazon - Homecoming, gdzie rozwiązany but, luźna sznurówka mówią uważnemu widzowi co się zaraz wydarzy.
A w netflixowej „Rebece” mamy jedynie kadry jak zdjęcia z modowych i motoryzacyjnych magazynów, gdzie interpretacja zamyka się w wyliczeniu producentów. Szkoda, to mogło być naprawdę
coś  dobrego, a wyszło przeciętnie, smętnie jak odgrzewany w mikrofali posiłek, kiedy nie wiadomo czy to jeszcze obiad, czy to już może kolacja.

Zdecydowanie polecam „Rebekę” w literackiej wersji, która została wpisana do kanonu literatury klasycznej, oraz wersją Alfreda Hitchocka, a tę netflixową można włączyć sobie jako kolorowe tło domowych obowiązków.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14 października 2020
Liczba stron: 448
Kategoria:
literatura klasyczna

3 komentarze:

  1. Może kiedyś sięgnę po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. O, dzięki za przypomnienie o Homecoming! Chciałam go zobaczyć, a już o tym zdążyłam zapomnieć;)
    Po tym poście jestem też już pewna, że nie widziałam tego filmu Hitchcocka. Oglądałam niedawno tę najnowszą wersję i miałam całkiem podobne wrażenia - zobaczyć może się da, ale nic tam specjalnie nie zachwyca, a główna aktorka zdecydowanie nie wyraża żadnej głębi, emocji czy czegokolwiek... Teraz pora na książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Homecoming to tyko pierwszy sezon, drugi psuje klimat. Nie wiadomo po co łopatologicznie wyjaśniają swoją koncepcję. Rebeka to bardzo dobra książka, ale ta nowa ekranizacja to jakaś pomyłka. Tam nikt nic nie wyraża. Emocje to tam są jak na twarzach manekinów sklepowych... ładne kadry, ale to można obejrzeć jakiś program na Planet + i też się człowiek nacieszy :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...