Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bookhunter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bookhunter. Pokaż wszystkie posty
Pszczoły i grom w oddali - Riku Onda

Pszczoły i grom w oddali - Riku Onda

"Pszczoły i grom w oddali" to kolejna z książek wydanych przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego w znakomitej Serii z Żurawiem. Jak każda z książek, które się w niej ukazały, została nagrodzona, przyznano jej prestiżową Nagrodę Naoki w 2017 roku. Na jej podstawie w 2019 roku powstał film "Listen to the Universe" w reżyserii Keiego Ishikawy z udziałem Andrzeja Chyry.

Kiedy otworzymy książkę, to na skrzydełku okładki znajdziemy kod QR, po którego zeskanowaniu będziemy mogli książkę - realnie - usłyszeć, ponieważ opisywane w niej utwory zostały udostępnione na Spotify, do czego zachęcam!

Akcję powieści rozpoczynają przesłuchania do międzynarodowego konkursu pianistycznego w japońskim Yoshigae. Na samym początku Autorka wprowadza czytelnika, krótko, w zasady jakimi rządzi się ta muzyczna rywalizacja, a następnie przedstawia czterech głównych bohaterów, za pomocą ich programów muzycznych. Poznamy bliżej:
Eiden Ayę - dwudziestolatkę, nazywaną "cudownym dzieckiem fortepianu", która wraca na scenę po śmierci matki. Kolejnym bohaterem jest Masaru Carlos Levi Anatole, peruwiańczyk japońskiego pochodzenia, który na tym konkursie odnajduje osobę, za sprawą której pokochał muzykę. Takashima Akashi, który jest jedynie pracownikiem sklepu muzycznego, startuje by coś sobie i innym udowodnić. I najważniejszy z całej czwórki, postać która spaja całą fabułę: trzech poprzednich bohaterów, przez jurorów konkursu, do postaci pobocznych, nadaje jej rytm - Jin Kazama. Bardzo młody pianista, dziecko, posiadający list polecający od niedawno zmarłego wirtuoza fortepianu. Gra tego chłopca już na początku poróżnia grono oceniających.

Riku Onda przedstawia świat muzyki klasycznej, która jako przedstawicielka kultury wysokiej, często jawi się jako coś niemal boskiego, coś czego zwykły zjadacz chleba nie zrozumie i nie poczuje. Ale czy rzeczywiście tak jest?
To hermetyczny świat, do którego trudno jest wejść, nawet wtedy, kiedy posiada się talent. Genialne umysły, nadające bardzo matematycznej muzyce duszę, są ograniczane przez dobór repertuaru, oceniane przez pryzmat pochodzenia i ukończonych szkół.
Muzyka, jako dziedzina sztuki, została sprowadzona do wyścigu producentów instrumentów muzycznych - fortepianów. Laureaci stali się odgrywającymi znane utwory klasyczne - nie mogą komponować własnych, a każda słabość z ich strony - objawiająca się niemożnością występu, wyklucza ich (na stałe) z możliwości koncertowania.
Genialne, czyste i piękne umysły widzące muzykę obrazami, słyszące fałsze spowodowane wypaczeniem podłogi, na której stoi fortepian, tworzące niczym - jakby się mogło wydawać - nieograniczoną, wolną sztukę, są tłamszone, ograniczane przez narzucone zasady. Porównują się, umniejszają własnym zdolnościom, kompletnie nie doceniają własnych sukcesów i wypalają się w ciągłej rywalizacji. Muzykę się od świata odcina, zamyka w pudełku - jak zauważa Autorka. A to świat jest muzyką. 
Podobieństwa działań dostrzega w literackim świecie:

"Te tłumy na konkursach pianistycznych i literackich. Ubieganie się tu i tam o udział w konkursach dla dodania sobie blasku też jest podobne. I w jednym, i w drugim przypadku wyżyć ze swego zawodu może tylko garstka. Wszędzie roi się od tych, którzy chcą, by inni czytali ich książki, słuchali ich występów. I jeden, i drugi zawód chyli się ku upadkowi. Tych, którzy czytają i słuchają, jest jak na lekarstwo".

Jednak to wszystko dzieje w każdej dziedzinie. Tak się dzieje w życiu każdego człowieka. To powieść wieloznaczna.

"- Są tacy, którzy mają poczucie, że są wszechwiedzący. Z tego zapisu, który stworzyłem, nie wolno lekceważyć ani joty, ani kreski. Jako jego twórca znam ten utwór lepiej niż ktokolwiek inny. Moja wola jest absolutna..."

Eiden Aya próbuje znowu grać, ale nie wie czy sama tego chce. Ucieka przed ludźmi, boi się poddać dźwiękom. Sądzi, że wszystkich wokół zawiedzie, że się kompletnie wypaliła. Masaru gra, ale nie czuje tego czegoś, tej magii, która powinna mu towarzyszyć, a Takashima nie powinien próbować w ogóle, bo jest tylko sprzedawcą, a nie muzykiem, który grał na fortepianie w szopie...
Odwieczny problem ludzkich oczekiwań, powinności, które zabijają wolność.
I wtedy na scenę wkracza Kazama Jin - Książę Pszczół, genialne dziecko, nieprzestrzegające reguł, nieznające zasad, dostrzegające piękno i muzykę tam, gdzie jej nie powinno być. Gra tak, jak chce. Jak czuje, jak widzi, jak słyszy. Oddaje muzykę, temu skąd ona pochodzi. Utwory, które gra stają się częścią jego istnienia, a on częścią świata.

Piękny, liryczny język, kompletnie nieprzesadzony. Niezwykle plastyczny, bo jak napisać o dźwięku by go zobaczyć i... usłyszeć? Riku Onda potrafi. Już zawsze będę widziała i słyszała jej: "deszczowe konie". To książka, która porywa wyobraźnię nie tylko do widzenia tego, co Autorka słowem maluje, sprawia, że się tę historię słyszy.
Buduje w czytelniku ciekawość odsłaniając powoli każdego z bohaterów, przez wszystkie etapy konkursu, włączając w to sędziów. Samą Japonię można dostrzec, jest tłem do przestawianych zdarzeń wręcz idealnym.

Piękna książka, kompletnie inna od tych, które czytam na co dzień. Ukazuje przemianę człowieka, za pomocą doświadczenia uczucia wyższego, magicznego. Życie składa się z chwil, które można przenieść do wieczności za pomocą szeroko pojętej sztuki, np. układania kwiatów. Choć nie brakuje w niej chwil smutnych, zwątpienia, kontrastów społecznych - prawdziwego i czasem szarego życia, to powoduje, że w czytelniku narasta poczucie przyjemności, jakieś wewnętrzne ciepło. Być może jest to spowodowane współodczuwaniem "niekontrolowanego wycieku samoświadomości pianisty", w tym wypadku Pisarki.






Data wydania: 12 marca 2020
Liczba stron: 464
Kategoria: literatura piękna
Tłumacz: Katarzyna Sonnenberg-Musiał


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Rivers of Babylon" to debiut Petera Pišťanka z 1991 roku, ale dopiero dzisiaj możemy go w Polsce przeczytać dzięki wydawnictwu Książkowe Klimaty. Wcześniej, czego dowiedziałam się za sprawą umieszczonego na końcu powieści "Słowa od tłumaczki" - Olgi Stawińskiej, można było czytać w Polsce zaledwie jej fragmenty - drukowane w czasopiśmie "Erotyka w Życiu i Literaturze", w której obok zdjęć i ilustracji pornograficznych umieszczano przekłady z literatury światowej.
Tak, tak... w "Rivers of Babylon"... szczegółowych opisów uciech cielesnych nie brakuje. 

Wszyscy bohaterowie tej powieści ucieleśniają najgorsze ludzkie cechy. Każdy chce mieć jak najwięcej pieniędzy, ale pracować nie chce nikt. Każdy żyje tylko po to - by gromadzić i wydawać, ale tylko na przyjemności. Nikt z nikim się nie liczy.
Główną postacią jest Rácz. Prosty chłop, który ma zaledwie kilka zwierząt gospodarskich. Złupiony przez krewnych, marzy o ożenku z Eržiką. Wyjeżdża do miasta w poszukiwaniu  pracy, którą dość szybko, mimo nie posiadania żadnych kwalifikacji, znajduje.
Staje się palaczem w hotelu "Ambassador" i staje się prawdziwym "szefem szefów". Bardzo szybko pnie się po szczeblach "kariery", nawet sam dyrektor hotelu staje się mu podległy. Wszyscy znoszą mu przeróżnego rodzaju fanty, byleby tylko pozwolił płynąć ciepłu w hotelowych grzejnikach.
Pieniądze gromadzi w walizce, nie dba o nie, ma ich nieograniczoną ilość.
Praca zapewnia mu wikt i opierunek. Rośnie w siłę z dnia na dzień, bo kto chciałby marznąć? Kobiety chętnie oddają mu ciało, a Adonis z niego żaden, ale ma przecież władzę.
Z czasem przebiera się w najlepsze garnitury, pija drogi alkohol - tylko dlatego, że jest drogi.
Wszelkie seksualne żądze od razu zaspokaja i nie tylko z kobietami lekkich obyczajów. Z łatwością się adaptuje do każdych warunków jakie zastaje.

"Koniec końców, w dzisiejszych czasach długi są najlepszą i najpewniejszą inwestycją".

 Z palacza do właściciela hotelu. 

Postaci jest bardzo dużo i próżno szukać tu kogoś, kto ma jakieś dobre cechy.
Plugawość, żądze, pieniądze. Każda z postaci ma przydomek, który wiele o niej mówi.
Różne narodowości i ich najgorsze przymioty. Cinkciarze, oszuści, osoby nadużywające władzy, prostytutki. Różne alkohole i narkotyki.
Język, którym ze sobą rozmawiają jest prostacki, wulgarny. Niestety - prawdziwy.
Styl, którym Autor się posługuje przypomina trochę scenariusz. Zdania są proste i opisują konkretne posunięcia postaci - jak scenki, które mają zostać odegrane.
Jest też wątek kryminalny, ale nie jest on tak oczywisty jak dzisiaj ma to miejsce.

Każda z postaci z "Rivers of Babylon" jest swojego rodzaju symbolem.
Główny bohater to przedstawiciel władzy, który mówi o sobie w osobie trzeciej i ma instrumenty do gnębienia społeczeństwa.

Video - Urban może być przedstawicielem mediów, które pokazują to, co ludzie chcą oglądać i za co chcą płacić, a nie to, co warte pokazania.
Potrafi się kompletnie zdystansować do tego co robi. Marionetka w rękach
Rácza.
Znajdziemy tu też prawnika, który również poddaje się w końcu prądowi i płynie tak, jak władza mu każe, bo konsekwencje opierania się mogą być opłakane. A ich przedsmaku miał okazję już doświadczyć.
Mamy również przedstawicielkę inteligencji, elity intelektualnej, która chętnie poddaje się temu, co oferuje jej prostak Rácz - byleby bywać na salonach i żyć, tak jak chce. Wszyscy pragniemy żyć wygodnie, a cena upodlenia cielesnego, czy duchowego nie jest aż tak wygórowana, jak się na początku wydaje.

To bardzo złożona powieść. Okrzyknięta kultową. Niepokojąco aktualna.
Możemy się podczas czytania śmiać tylko czy powinniśmy?
Bo kim chcielibyśmy być, a kim jesteśmy?
W cyniczny, prześmiewczy sposób obrazuje społeczeństwo postkomunistycznych przemian, powstawania gospodarki wolnorynkowej, ale odziera również nas - współcześnie żyjących, z poczucia wyjątkowości. Pokazuje, że niezależnie od tego w jakich czasach żyjemy, z jakiego narodu się wywodzimy, to zawsze jesteśmy tacy sami. Kierują nami te same popędy, a powiedzenie "jak zarobić, żeby się nie narobić" zawsze jest aktualne.
Każdą znajdującą się w niej metaforę, jak obrzydliwa by nie była, można uznać za prawdziwą i nie poddającą się upływowi czasu.
Życie jest jak rzeka, więc po co przeciwstawiać się jej nurtowi?



Wydawnictwo: Książkowe klimaty


Data wydania: 30. czerwca 2019
Liczba stron: 456
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Olga Stawińska

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#142 W ciemność - Anna Bolava

#142 W ciemność - Anna Bolava

#143 W ciemność - Anna Bolava - recenzja - czy warto przeczytać?
Lubimy żyć według z góry ustalonych prawideł. Od dziecka wikła się nas w plany dnia, plany zajęć. Każde odstępstwo od rytmu, według którego żyjemy powoduje niepokój. Tacy jesteśmy. Nastawieni na zadaniowość, odhaczamy punkty z listy nawet jeśli istnieje ona tylko w wyobrażeniu. Kiedy odpoczywamy, to też dzieje się to według jakiegoś cyklu.

Anna Bartákova zbiera zioła i co wtorek objuczona workami pełnymi darów matki natury udaje się do skupu. Wszystko jest tam ważone i wyceniane. Bohaterka doskonale zna wszystkich pracowników skupu, wie kto i jak oszukuje, kto zaniża wagę zbiorów, by wypłacić niższe wynagrodzenie. Całe jej życie wyznacza pora zbiorów ziół. Przemierza wioskę na starym rowerze lub z wózkiem, wie gdzie jaka roślina rośnie i potrafi oszacować ile może jej w danym miejscu zebrać. Przemyka drogami starając się być niezauważoną. Anna o ziołach wie wszystko. Gorzej jednak jest z jej współżyciem z innymi ludźmi. Jest też tłumaczką i raz na jakiś czas wybiera się pociągiem do pracodawcy i to zajęcie - tak normalne i budzące jakiś cichy podziw, z punktu widzenia wszystkich obserwujących ją sąsiadów - umożliwia jej w miarę spokojne życie, pozbawione karcących, wyniosłych spojrzeń. Pozbawione zainteresowania.

"Przedstawiłam dowód, że zaliczam się do porządnych, odpowiedzialnych, dorosłych ludzi. Płynnie wtopiłam się w nurt obowiązującej przeciętności, wpasowałam się w jeden z szablonów".

Narracja przebiega w osobie pierwszej, przez co, nie tylko podglądamy życie kobiety, ale stajemy się nią. Godzina po godzinie, dzień po dniu, jak mroczny pasażer Anny, widzimy świat takim, jakim ona go widzi. Wiele z jej obserwacji i spostrzeżeń było mi bardzo bliskich. Bohaterka to introwertyczka. Prowadzi bogate życie wewnętrzne, dostrzega piękno i prostotę życia, i celnie puentuje mijanych ludzi oraz zdarzenia, które dzieją się obok. Ale nigdy nie zabiera głosu. Ale... tak naprawdę - Anny jest coraz mniej w Annie. Bóle głowy, zasinienia, fosforyzacje i szelesty. 

"Strych żyje własnym życiem, sam decyduje, co oddać, a co pochłonąć. To podstępne miejsce, które oddycha i tchnie żarem, a kiedy zacznie się ruszać, straszliwie szeleści..."

Piękno opisywanych letnich dni na wsi i roślin, sugestywność dająca się poczuć zmysłowo (ciepło słońca, zapachy ziół) kontrastuje z mrokiem, który powoli wypełnia bohaterkę. Rzuca się w oczy obojętność bliskich jej osób na to, co się z nią dzieje - jednak trzeba pamiętać, że to czego doświadczamy dzieje się we wnętrzu kobiety, a to, co ona opisuje - jako widziane, niekoniecznie jest rzeczywiste. Zdarzenia, w których uczestniczyła z każdym kolejnym rozdziałem zdają się mieć zupełnie inny przebieg niż ten, który został przez Annę zarejestrowany.

"Zostawiam za sobą rozpaczliwe ślady, może w cichej nadziei, że pójdzie po nich ktoś, kto mnie ocali".

Nie da się nie wspomnieć o pięknym, lirycznym języku narracji i pracy tłumaczki Agaty Wróbel. Wrażliwość na naturę, postrzeganie zmysłowe i słowa, płynie tu niczym wartka rzeka. Tę książkę się czuje i po przeczytaniu, często będzie się do niej wracać myślami. Cienka jest granica między poukładanym życiem i obraniem sobie celu, a popadnięciem w obłęd.
"W ciemność" można czytać na wielu płaszczyznach. Żywot roślin zadziwiająco przypomina ludzki. Wyrwanie lub obcięcie, wysuszenie z życiodajnych soków potęguje podatność na złamania. Człowiek jest częścią przyrody, a nie jej panem. Posiadanie kontroli nad wszystkim jest jedynie złudzeniem.
Zaskoczyło mnie to, że można o zwykłej codzienności - polegającej na zbieraniu roślin i cichym mijaniu sąsiadów, pisać w tak zajmujący sposób. Kiedy dotarłam do ostatnich słów tej opowieści to, na moich rękach pojawiła się tzw. gęsia skórka. Ludzki umysł jest niestety bardzo kruchy, a emocje, z których się składamy bywają obezwładniające.
Polecam czytelnikom wrażliwym na piękno opisów, języka, na nietuzinkowość, ale mającym w sobie dostatecznie dużo realizmu, mocno zakorzenionym w rzeczywistości, ponieważ ze świata Anny Bartákovej trudno jest w pełni wrócić.


Wydawnictwo: Książkowe klimaty

Data wydania: 20. września 2017
Liczba stron: 300
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Agata Wróbel

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl





#140 Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa. Prawdziwe śledztwo twórcy Sherlocka  Holmesa-  Margalit Fox

#140 Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa. Prawdziwe śledztwo twórcy Sherlocka Holmesa- Margalit Fox

Margalit Fox w książce "Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa" opisuje zbrodnię, do której doszło w 1908 roku, krótko przed Świętami Bożego Narodzenia. Marion Gilchrist została zamordowana we własnym mieszkaniu w Glasgow, a motywem zbrodni miał być rabunek. Broszka, która zaginęła stała się punktem zaczepienia dla policji. Ową broszkę miał zastawić w lombardzie niejaki - Oscar Slater, a następnie próbować zbiec na pokładzie "Lusitanii" do Ameryki. Został jednak doprowadzony przed wymiar sprawiedliwości i skazany na śmierć. Na nic zdały się potwierdzone (przez samą policję) informacje, że to nie była poszukiwana broszka, że ta którą zastawił należała do niego. Slater był na celowniku policji dużo wcześniej - z powodu pochodzenia żydowskiego oraz trybu życia jaki wiódł. Nie stronił od hazardu, lubił towarzystwo kobiet, był podejrzewany o stręczycielstwo.
Wyrok z skazujący na śmierć zamieniono na dożywotnie więzienie, z którego udało mu się wyjść po osiemnastu latach, czterech miesiącach i sześciu dniach - z pomocą twórcy Sherlocka Holmesa.

Zastanawiam się jak opowiedzieć o tej książce, by nie przeładować tekstu zbyt dużą ilością wątków, informacji. Głównych bohaterów, pomijając ofiarę bestialskiej zbrodni, jest trzech. Są to: Oscar Slater, sir Arthur Conan Doyle i... Sherlock Holmes. Znajdziemy tu wszystko to, co może zainteresować zarówno entuzjastów początków kryminologii i kryminalistyki, epoki wiktoriańskiej, sądownictwa, najbardziej znanego detektywa w historii literatury i jego Twórcy, ale i antysemityzmu.

Choć sam styl autorki może nie jest zbyt porywający, ale sposób w jaki tę historię opowiada jest na tyle przystępny, że nie mamy możliwości ani się pogubić, ani tym bardziej znudzić.
Opisuje nam jak wyglądał podział społeczeństwa tamtych czasów, jak emigranci wzbudzali strach i jak obwiniano ich o wzrost przestępczości - brzmi dość znajomo?
Znajdziemy tutaj opisy narodzin nowych dziedzin badania przestępstw i samych przestępców - próbowano udowodnić, że skłonność do popełniania czynów prawnie zabronionych mamy nie tylko zapisaną w genach - pochodzeniu, ale i można ją wyczytać z naszych twarzy.

Poznamy blisko samego Arthura Conan Doyla, który był postacią niezwykłą - o głęboko zakorzenionym poczuciu sprawiedliwości; będącą - ponad wszelkimi uprzedzaniami. Jednak jak nie zgadzał się z czymś zdaniem na swój temat potrafił użyć na przykład parasola i przywołać delikwenta do porządku, czyli cechowało Go też coś na kształt podwójnej moralności.
Dowiemy się jak wiele Jego cech ma najbardziej znany detektyw wszech czasów. Co jest potwierdzeniem tezy, że tworząc postać fikcyjną, autor i tak obdarza ją cechami, które albo sam posiada, albo bardzo dobrze zna. Na pewno każdy kojarzy jak Sherlock Holmes potrafił opisać człowieka patrząc na niego zaledwie przez chwilę - taki był właśnie jego Twórca. Miał niesamowity zmysł obserwacji i dostrzegania rzeczy pominiętych przez innych (przeanalizujemy je m. in.  na podstawie fragmentów jednego z opowiadań, które udało mi się już wcześniej poznać - mowa tu o występującym pod kilkoma tytułami "Niebieskim karbunkule" z 1892 roku).
Dowiemy się też, kto był najprawdopodobniej pierwowzorem wielkiego detektywa i kim z zawodu był pisarz. Jakie korzyści finansowe czerpał ze stworzonej przez siebie postaci, której to szczerze... nie znosił. Kierując się poczuciem sprawiedliwości pomagał innym niesłusznie oskarżonym, nie czerpiąc z tego korzyści materialnych.

Poznamy i samego Oscara Slatera - ofiarę uprzedzeń, zaniedbań ze strony policji, mataczenia, manipulowania materiałem dowodowym, wymuszania zeznań.  Zapoznamy się z faktami - z treścią dokumentów sądowych, będziemy w uczestniczyć również w procesie (bardzo lubię batalie sądowe), odczytamy stenogramy i dowiemy się jak wyglądała sala, której ważyło się życie oskarżonego - można było wtedy robić zdjęcia.  Będziemy również odbywać z Oscarem Slaterem karę i czytać korespondencję między nim, a jego rodziną. Dowiemy się czy rzeczywiście był takim, jakim go widziano.

Wstęp składa się z noty autorki, wprowadzenia i prologu. Książka jest podzielona cztery księgi, a te na rozdziały, które kojarzą mi się trochę ze stylem samego Conan Doyle'a. Na końcu znajdziemy epilog, dramatis personae oraz ogrom przypisów. Treść jest pełna cytatów z Sherlocka Holmesa i bardzo zachęca do sięgnięcia po jego literackie przygody.

To ciekawa pozycja dla fanów sir Arthura Conana Doyla i stworzonych przez niego bohaterów, fascynatów prawdziwych zbrodni, początków powstawania dziedzin nauki służących do sprawniejszego ujmowania wszelakiej maści przestępców, ale i miłośników odkrywania kart ludzkiej historii. Czas postępuje, nauki się rozwijają, powstają autonomiczne samochody, dążymy do tego by jak najwięcej procesów podlegało pełnej automatyzacji - tylko jedna rzecz się nie zmienia... My. Od wiek wieków kierujemy się uprzedzeniami, oceniamy powierzchownie i wydajemy wyroki bez procesu.

Ja - polecam, Wy - musicie sprawdzić sami.




Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Maciej Miłkowski

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



#129 Sztormowe ptaki - Einar Kárason

#129 Sztormowe ptaki - Einar Kárason

#130 #130 Sztormowe ptaki - Einar Kárason - recenzja - czy warto przeczytać?
Fascynuje mnie otwarta, niemal bezkresna woda, która w jednej chwili potrafi przeistoczyć się z nieruchomego obrazu - idealnego przejawu spokoju, do kompletnie niszczycielskiej manifestacji siły. Zupełnie jak... człowiek.
Einar Kárason - islandzki pisarz, w swojej najnowszej powieści "Sztormowe ptaki" opisuje dość nierówną walkę załogi trawlera Mewa z nieokiełznanym żywiołem otwartego, wzburzonego morza oraz niską temperaturą.
Na samym początku wita nas informacja, że historia, którą przedstawia nam autor ma swoje umocowanie w prawdziwych wydarzeniach z 1959 roku, kiedy to kilka islandzkich trawlerów zmagało się z nawałnicą u wybrzeży Nowej Fundlandii. Jednak postaci i narracja to dzieło pisarza. 

Powieść Kárasona jest bardzo krótka, ma zaledwie 128. stron. Została napisana w stylu przywodzącym na myśl gawędę. Zdaje się nam, że autor siedzi gdzieś obok i opowiada nam wydarzenia, których był świadkiem, jednak odciął się od nich emocjonalnie...
Dowiemy się jak doszło do niespodziewanych wydarzeń, które ze zwykłego połowu - wyprawy na karmazyna, przerodziły się w prawdziwą walkę o życie.

Bardzo sugestywnie opisuje wydarzenia. Widzimy zapadający się w wodzie trawler, miotany olbrzymimi falami, który pokrywa się lodem. Obserwujemy prawie syzyfową pracę załogi, która składa się zarówno z "wilków morskich" jak i kompletnych nowicjuszy, którzy wspólnie starają się uchronić statek przed zatonięciem.

Na tych niewielu stronach pisarz zawarł świetne charakterystyki postaci. Przyjrzymy się szybkiemu dorastania i odnajdowaniu w sobie odwagi (mimo płynących łez bezradności i strachu) jak i upadkowi człowieka, wyrażającego się w niemal instynktownym sięganiu po alkohol.
Autor zadbał o realizm opisując spożywane naprędce posiłki, niespokojne drzemki, które w każdej chwili może przerwać zalewająca kajutę - lodowata woda.
Mężczyźni zmagają się ze strachem, ich organizmy różnie reagują. Bywają otępieni, wyobcowani, bredzą niezrozumiale lub też wybuchają śmiechem.
Nie każdy, kto przeżył takie wydarzenia będzie wstanie wrócić na morze.

"Było nas na pokładzie trzydziestu dwóch, doświadczeni lub początkujący marynarze, a tylko ośmiu wróciło po tych wydarzeniach na morze".

Do tych niezwykle dramatycznych wydarzeń zastosował płynną, choć jednostajną narrację. Brak tutaj typowych dialogów, brak ludzkiej emocji. Nie odnotowałam również dokładnych opisów przenikliwego zimna, które na pewno podczas takich wydarzeń nie tylko się odczuwa, ale odbiera ono zdolność koncentracji.
Na początku nie potrafiłam poczuć się członkiem tej wyprawy, dopiero później zrozumiałam co się stało z emocjami - kiedy narrator się ujawnił. Mamy tendencję do odcinania się od przykrych doświadczeń, zdecydowanie łatwiej opowiada się o nich z perspektywy niezaangażowanego emocjonalnie obserwatora.
To celowe chłodne przedstawienie wydarzeń, nadanie rytmu z zastosowaniem krótkich rozdziałów, by szybko doprowadzić czytelnika do ostatniej strony, gdzie jedynie w paru zdaniach jest zawarty cały emocjonalny wydźwięk dramatycznych wydarzeń.
Po przeczytaniu tych paru zdań poczułam związek - nie tylko z załogą statku, którego losy opisywał, ale ze wszystkimi innymi, którym nie udało się z wodą wygrać i pozostali na morzu już na zawsze.
Ta krótka historia to prawdziwa przypowieść o małości ludzkiego istnienia w konfrontacji z siłami Matki Natury, której na co dzień w ogóle nie dostrzegamy. Doskonale pokazuje jak jesteśmy niczym przy niszczycielskiej sile żywiołów.

Ale... wydaje mi się ona również znakomitą alegorią ludzkiego życia.
Nie wiemy co przyniesie jutro. Czasem nic nieznaczące z pozoru zdarzenie potrafi wywołać falę, która nas zatapia. Zmagania załogi z żywiołem można porównać do codziennej walki z problemami, które nas przytłaczają i wydaje się nam, że na nic nie mamy wpływu.
Czasem jednak trzeba poprosić o pomoc i kuć razem lód, by znowu wspólnie zobaczyć port. Oszczędna w formie, a niezwykle bogata w treść.


Data wydania: 21. października 2019
Liczba stron: 128
Kategoria: literatura piękna
Tłumacz: Jacek Godek


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


#128 Córeczki - Adrian Bednarek

#128 Córeczki - Adrian Bednarek

Córeczki - Adrian Bednarek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Córeczki" to moje pierwsze spotkanie z Adrianem Bednarkiem. Słyszałam wiele pozytywnych opinii o jego książkach, więc nastawiłam się na coś naprawdę dobrego. Książka jest zaklasyfikowana jako thriller, więc niepotrzebnie zakładałam, że od pierwszych stron zostanę "wessana" w akcję. Bo nic takiego się nie stało. Przez pierwsze 150 stron z 614 - nie będę tego ukrywać - ziewałam.
Autor opowiada, dość rozwlekle, o codzienność dwóch głównych bohaterek tej powieści.
A nie wiodą one porywającego życia - przynajmniej dla mnie. 

Kiedy jednak przekroczyłam tę 150. stronę to nie potrafiłam już tej książki odłożyć i przeczytałam ją do końca, zmieniając o niej zdanie. Tytułowe córeczki to Ewa i Pola. Dwie młode kobiety, które łączą traumatyczne przeżycia. Obie straciły ojców i kiedy próbowały wraz z matkami i swoimi siostrami nauczyć się żyć na nowo to, spotkała je kolejna tragedia. Na domy obu bohaterek napadł zamaskowany mężczyzna, którego wspólnie nazwały Strachem na wróble. I to wydarzenie je łączy, a wszystko inne dzieli. 

Ewa chciała być policjantką, ale prowadzi butik. Pola studiowała medycynę, a teraz nalewa w barze alkohol i uczy pole dance. Kobiety się poznały i chciały odnaleźć mężczyznę odpowiedzialnego za tragedię, która rozegrała się w ich domach, tylko one znały jej rzeczywisty przebieg.
Przypadek sprawia, że Ewa trafia na jego ślad i kobiety idąc tym tropem, zaczynają prowadzić pokręcone śledztwo.
Kiedy odkrywałam co za dramaty wydarzyły się w domach kobiet, to naprawdę byłam pod wrażeniem jak autor tę historię skonstruował. Jak połączył wątki, jak zbudował postaci.
Tu nikt nie ma dobrych i przyjemnych wspomnień. Każdemu ciąży przeszłość i nikt nie potrafi się z nią rozliczyć. Nikt nie potrafi poprosić o pomoc. Każdego toczy choroba, którą zainfekował się lata temu. Lubię psychologiczne układanki. Ja lubię analizować wpływ dzieciństwa na kształtowanie osobowości, stąd moje pozytywne odczucia.

Czy rzeczywiście ma ono aż tak wielki wpływ na to, kim się staniemy?
Czy mocne uszkodzenie w okresie kiedy dorastaliśmy daje nam wytłumaczenie na stanie się potworem?
Jako dzieci nie tylko kochamy rodziców, my ich uwielbiamy nie zależenie od tego jacy są.
A często są dalecy od ideału.
Czy rodzice rzeczywiście kochają swoje dzieci bezwarunkowo i wszystkie jednakowo?
To książka pełna smutku. Opowieść, tak naprawdę, o ludzkim upadku.
Nikt nie potrafi przestać żyć w przeszłości - od głównych bohaterek i ich matek, przez Stracha na wróble, czy Krwawego Zygę. Jest ciężko i przytłaczająco, ale interesująco - mimo zbyt rozwlekłego wprowadzenia, które mnie na początku znużyło. 
To nie jest książka dla fanów pędzącej akcji i krwawych morderstw.
Język jest dostosowany do charakteru opowieści i nadaje mu realizmu.
Czy tak wygląda jednak siła kobiet? 
Choć liczyłam na coś innego, to uważam, że jest to przemyślana powieść. Podobało mi się jak autor połączył wszystkie wątki, które raczył tak dokładnymi opisami, które ponad zwiększanie objętości książki nie wnosiły zbyt wiele.
Zainteresowałam się na tyle, by sięgnąć po wcześniejsze książki autora.

Pierwszy raz też, mimo tego, że ogólnie mam pozytywne odczucia co do książki, to niewiele mogę o niej powiedzieć... Nie jest to wina ani tej historii, ani samego autora, który ponad wszelką wątpliwość pisać potrafi, tylko chyba mojego zmieniającego się gustu.

Zachęcam by sprawdzić samemu czy "Córeczki" są dla Was.
6/10.


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 9. października 2019
Liczba stron: 614


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#124 Dzieci starych bogów. Śmiech diabła - Agnieszka Miela

#124 Dzieci starych bogów. Śmiech diabła - Agnieszka Miela

#124 Dzieci starych bogów. Śmiech diabła - Agnieszka Miela - recenzja - czy warto przeczytać?
Od czasu do czasu lubię zanurzyć się w fantastyczny świat, odciąć od codzienności. Biegać po lasach, nasłuchiwać szeptów i rozglądać się za magicznymi postaciami, niekoniecznie przyjaźnie nastawionymi. Dzięki fantastyce na chwilę możemy stać się bohaterami w pelerynach, czy też mrocznymi, czarnymi charakterami.
Lubię ten gatunek literacki za to jak pod płaszczem nieistniejących światów przemyca uniwersalne treści, mogące mieć jakiś wpływ na nasze realne życie, na wybory jakich dokonujemy, czy nawet na kształtowanie naszych charakterów.

"Dzieci starych bogów. Śmiech diabła" Agnieszki Mieli to pierwsza część trylogii, którą połknęłam w jeden dzień. Być może za szybko, ale mroczny świat Sidav wciąga niczym ruchome piaski.
Głównymi bohaterami są Aine i Bertram, potomkowie Starych Rodów - Wartów i Arminów.  Ich losy się ze sobą splatają i tak Armin - Bertram wychowuje się pośród Wartów, uratowany przez Ainę - Wilgę. Dramatyczne i krwawe zdarzenie pozbawia ich domu i bliskich. Pragną zemsty i będą jej szukać nie wiedząc, że ich los tak naprawdę jest przesądzony z powodu splecenia ich życia z Ziarnami Relenvel.

"- Wiesz, co jeszcze mówią o Ziarnach? Że kiedy znów zostaną wezwane, nadejdzie dzień, którego długo nie zapomną ludzie w żadnym ze światów. Będzie to bowiem dzień ich śmierci, odrodzenia lub całkowitego unicestwienia. Powrót do nicości, która istniała przed pojawieniem się Bogów... Ziarna dadzą wtedy swą moc temu, kto będzie umiał ją wykorzystać. Kiedy zaś skupią się na jednym celu, wyznaczonym przez Żyjącego w Przejściu, będą mogły otworzyć wrota do czasów, miejsc i istot, o jakich nam się nie śniło. Do tych, którzy nigdy prawdziwie nie żyli".

Świat wykreowany przez autorkę jest niezwykle mroczny. Zewsząd czekają niebezpieczeństwa, jak nie ze strony napotkanych członków innych klanów, to z którejś z kreatur - czyhających gdzieś w ciemności.
Brutalne gwałty, walki, czy też wypadające wnętrzności to, coś co nie robi większego wrażenia na mieszkańcach tego uniwersum.
Postaci jest dużo, ale każda na swój sposób jest wyjątkowa.
Na początku zapoznamy się z mapą, przedstawiającą topografię świata, do którego wchodzimy, a na końcu znajdziemy Encyklopedię stworzeń i wierzeń Sidavu, która jest wzbogacona o ilustracje.

Głowni bohaterowie są świetnie wykreowani. Aine to dziewczyna, która bardzo zabiega o uwagę ojca, ucząc się walki i dotrzymując w tym kroku wszystkim swoim braciom. Zostaje jednak postawiona przed faktem dokonanym. Jej życie zostało zaplanowane i nie ma w nim miejsca na jej marzenia, pragnienia. Musi wypełnić swoją rolę. Ale Wilga nie jest potulna i nie da się jej kazać czegoś zrobić, kiedy ona tego nie chce...
Bertram to chłopak, który ukrywa swoje pochodzenie, wstydzi się go. Nie chce być tym kim jest jego ojciec.
Mamy, więc dwie postaci, z którymi większość z nas znajdzie wspólne cechy, bo kto z nas zawsze zgadza się z tym, co każą nam robić inni?

Sądzę, że jednym z głównych bohaterów mogę nazwać również - Las Śniących, którego szepty przypominają mi tę część naszej natury, która kieruje nas na ciemną ścieżkę postępowania, z którą nieustannie toczymy wewnętrzną walkę.

Agnieszka Miela wprowadziła do fabuły postaci, do których mam wielką słabość, a mianowicie wampiry (znajdziemy w niej też inne niezbyt przyjemne stworzenia). I to nie te bezbarwne, kochliwe stworzonka, jakie kreują serialowe produkcje, tylko prawdziwe, okrutne krwiożercze maszyny do zabijania. 

Podoba mi się styl, którym posługuje się autorka. Wszystko w jej opisach jest wyważone, przemyślane. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn. Nie jest "miękko" i ckliwie, bywa za to bardzo brutalnie.

Na każdej stronie czuć fascynację różnymi mitologiami, wierzeniami. Autorka umie budować ciężki klimat. Da się poczuć niepokój, a nawet strach, który towarzyszy bohaterom. Zdawało mi się, że słyszałam chrzęszczący śnieg i te szepty...

Bardzo dobry debiut! Żałuję, że tak szybko się ta przygoda skończyła, że kolejna część nie stoi już na półce... ale na wszystko co dobre, podobno trzeba czekać :)

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kłobook

Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 430



Książkę można kupić tutaj = > KŁOBOOK

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#120 Dwa światła - Maria Paszyńska

#120 Dwa światła - Maria Paszyńska

#119 Dwa światła - Maria Paszyńska - recenzja - czy warto przeczytać?
Jestem zakochana. Jestem zakochana w stylu, którym pisze Maria Paszyńska. Każdą z jej książek traktuję jak gwarancję udanej podróży w czasie i przestrzeni. Świat, który opisuje oglądam zawsze jak obraz. Często bolesny i pełen emocji, ale i tak piękny.
"Dwa światła" to książka o uczuciach, o emocjach, o tym co ze względu na czasy, w których toczy się akcja raczej nie miało prawa? mieć miejsca.
Cztery lata przed wybuchem II wojny światowej przychodzi na świat chłopiec, którego imię utożsamiane jest ze światłem. Szybko okazuje się, że jest to niezwykłe dziecko, muzyczny geniusz.
Jest pochodzenia żydowskiego i wraz z rodziną trafia do getta. Jego oczami przyjdzie nam obserwować głód, śmierć i wyniszczenie prześladowanego narodu. Będzie bardzo obrazowo i emocjonalnie.

"Tamtego popołudnia Szlomo nauczył mnie stawać na rękach. Odtąd ilekroć mdli mnie z głodu, zawsze stosuję jego metodę. Nie jestem pewien jej skuteczności, ale nowa umiejętność bardzo mnie cieszy, a myśl o przyjacielu dodaje sił".

Dzięki pomocy dobrych ludzi, chłopiec w przebraniu dziewczynki opuści getto wraz z babcią i zamieszka u Profesora Sokołowskiego - pianisty, kompozytora i nauczyciela muzyki. Między nim a mężczyznom narodzi się prawdziwa więź. Połączy ich wspólna pasja i talent chłopca. Obydwaj zdają się być kompletnie ponad czasy, w których żyją. Chłopiec oderwany od matki, odnajduje w domu profesorstwa ciepło, namiastkę poczucia bezpieczeństwa i rozwija swój talent.
Jednak jak doskonale wiemy, poza domem, trwa wojna i wielkimi krokami zbliża się wybuch Powstania Warszawskiego.
Nie wiem ile wylałam łez podczas czytania tej książki - wiele. Poznałam codzienność życia w getcie, obfitującą w głód, kradzieże żywności, przemyt, ból i wszechobecną śmierć - historię opowiedzianą oczami dziecka, choć nacechowaną dorosłością. Poznałam jak wielkie znaczenie miała wtedy przyjaźń i jak zbawiennie wpływa ona psychikę. Jak posiadanie celu, sprawiało, że życie choć trochę stawało się lżejsze. Przyjaciel bohatera - Szlomo, równie niezwykły chłopiec.
Zobaczyłam próby prowadzenia życia na tyle normalnie, na ile to było możliwe. Dowiedziałam się ile wtedy znaczył szczery śmiech. Jadano, choć skromne, to wspólne posiłki. Okazało się, że żeby przetrwać nie wystarczy uciec z getta.
Przeszłam ulicami Warszawy patrząc na to, co robiła RONA - Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa. Czułam, choć urodziłam się wiele lat po tych wydarzeniach. Parę razy musiałam przerwać czytanie, z uwagi na obrazowość opisywanych zdarzeń.

"Nim zdążyła odpowiedzieć, na plac weszła zjawa. Naga dziewczyna z ledwie rozwiniętymi piersiami, skołtunionymi włosami, cała w siniakach i zadrapaniach. Po udach spływała krew".

Maria Paszyńska sięgnęła po historię zapomnianego kompozytora, który z Roberta stał się Andrzejem. Uzupełniła informacje, o których historia nie wie - wyobraźnią i warsztatem pisarskim. Chciała przypomnieć postać, o której tak naprawdę niewiele wiemy i z całą pewnością jej się to udało. Szukałam samodzielnie informacji o bohaterze tej opowieści. Słuchałam jego muzycznych wykonań. Podziwiam jej wiedzę historyczną; postaci i wydarzenia, o których wspomina można bez problemu zweryfikować.
Każdy z rozdziałów nosi tytuł zaczerpnięty z muzycznej terminologii, a słowa autorki niczym nuty tworzą tę opowieść, jak melodię.
Książkę zamyka Posłowie, z którego dowiemy się kto kim w rzeczywistości jest, a kto kim był inspirowany.

To nie była tylko wędrówka poprzez karty historii i kalejdoskop emocji, to podróż w głąb siebie. Czy my bylibyśmy w stanie przetrwać i nauczyć się żyć dalej? Czy umielibyśmy oddać się pasji, kształtować ją, pokierować myśli tak, by choć na chwilę znaleźć się poza rzeczywistością? Andrzej zmagał się z syndromem ocalałego. Cierpiał bo przeżył, a inni musieli zginąć.
Jak my poradzilibyśmy sobie z takim obciążeniem? 


Wydawnictwo: Pascal

Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 400
Kategoria: literatura piękna/historyczna

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#117 Zatrutka - Ewa Przydryga

#117 Zatrutka - Ewa Przydryga


#116 Zatrutka - Ewa Przydryga - recenzja - czy warto przeczytać?
Wyobraź sobie, że jest zwykły dzień. Wstajesz i znajdujesz liścik od partnera, że za chwilę wróci, że wyszedł tylko zaczerpnąć powietrza. Przygotowujesz śniadanie, a partner nie wraca. Czas mija, a jego nadal nie ma. Dzwonisz nie odbiera. Wszystko przyspiesza, łapiesz dziecko i jedziesz w miejsce wskazane przez osobę, która znalazła telefon Twojej drugiej połowy.
Widzisz piasek, morze i rzeczy osobiste najbliższego Ci człowieka, a po nim samym nie ma śladu. Tkwisz między czasem a przestrzenią, tylko po to, by zajmować się dzieckiem, bo musisz, nie masz wyjścia. Policja twierdzi, że to było samobójstwo. Ty nie dopuszczasz do siebie takiej myśli. Ale jak to? Przecież to niemożliwe! Znam GO! Znam JĄ!
Taki mniej więcej scenariusz rozegrał się na oczach Piotra, męża Anki. Kobieta zmagała się z depresją poporodową, ale podobno było lepiej... Podobno, bo zniknęła i tylko Piotr wierzy, że jego żona nadal żyje. Nie zgadza się na zakończenie sprawy przez policję i postanawia sam, wbrew temu co mówią inni, odnaleźć żonę. Zagłębia się w jej przeszłość, dociera do starych znajomych, z niektórymi z nich nie zdąży porozmawiać drugi raz. Każdy fragment przeszłości jaki odsłoni spowoduje, że w jego głowie powstaną kolejne pytania, a obraz Ani, który znał do tej pory mocno się zachwieje.

Kim jest ta kobieta, z którą tworzył rodzinę?

Czytam dużo, ale już dawno nie trafiłam na książkę, którą po prostu musiałam przeczytać. Nie pamiętam kiedy przepadłam w fabule tak, że nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam ostatniego słowa.
Ewa Przydryga nieśpiesznie opowiada nam historie z pozoru idealnego małżeństwa. Okazuje się, że najbliżsi sobie ludzie są jednocześnie dla siebie kompletnie obcy. Nic o sobie nie wiedzą. Dodatkowo, zarówno jedno i drugie nawiedzają wewnętrzne demony. Przeszłość, która do nich wraca i jak się okazuje nie tylko pod postacią przytłaczających myśli.
Jedno zatajenie, przemilczenie, kłamstwo rodzi kolejne i następne, aż w końcu gramy kogoś kim nie jesteśmy. A życie to nie teatr i nie możemy stale udawać. Podejmujemy decyzje, które powoli nas niszczą.
To złożona opowieść o strachu i miłości, która sprawia, że jesteśmy w stanie poświecić siebie by uchronić najbliższych. O błędach i żalach, które gdyby zostały głośno wypowiedziane przestałyby tak przytłaczać. O moralności i o toczących nas wyrzutach sumienia, przez które oglądamy swoje życie zamiast po prostu... żyć. O tym, jak nie jesteśmy często świadomi, jak dzieciństwo wpływa na nasze już dorosłe wybory.
Listy, które Ania pisze do matki są bardzo emocjonalne i stanowią dla niej swego rodzaju terapię, drogę do oczyszczenia i zrozumienia siebie.


"Kiedy obok nie ma nikogo, komu na tobie zależy, kto swoją fizyczną powłoką potrząśnie, wyciągnie cię z tunelu toksycznych myśli na światło dzienne i podszepnie właściwe rozwiązanie, wtedy znowu to robisz. Podejmujesz kolejną siejącą zniszczenie decyzję. Podyktowaną strachem i samotnością".

Rozdziały przypominają kartki z kalendarza, są opatrzone datami, a czasem dokładną godziną zdarzenia. W teraźniejszość wplatane są retrospekcje.
Książkę zdobi niezwykle klimatyczna okładka, a na jej drugiej stronie znajdziemy świetną mapę obrazującą obszar, na którym akcja się toczy.
W treści pojawiają się utwory Sarsy, które świetnie dopełniają klimat, jaki stworzyła autorka.
Jest ponuro i emocjonalnie, to dobry thriller psychologiczny, mogący spokojnie konkurować z zagranicznymi. Wszystkie wątki bardzo dobrze się ze sobą łączą i prowadzą do - jak dla mnie - kompletnie nieoczywistego finału, a żaden inny tytuł nie zobrazowałby treści tak dokładnie, jak właśnie "Zatrutka".
Bardzo dziękuję autorce za tak dobrą lekturę i życzę jak najszybszego wydania kolejnej powieści! 

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 20. września 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#111 Kafelek Mistrza Alojzego - Zbigniew Białas

#111 Kafelek Mistrza Alojzego - Zbigniew Białas




"Kafelek Mistrza Alojzego" to powieść, na którą składają się dwa tomy z cyklu o glazurniku Alojzym Korzeńcu - tom I "Korzeniec" i tom II "Puder i pył", które zostały scalone i wydane w nowej szacie graficznej przez Wydawnictwo MG. 
 
Akcja powieści toczy się w latach 1913-1919 w Sosnowcu, Mysłowicach, Trójkącie Trzech Cesarzy i okolicach. Bohaterów na tej kolorowej scenie jest wielu, tak jak i wątków. 

Sam tytułowy mistrz nie gra ciałem zbyt długo, ponieważ ktoś usuwa go brutalnie ze sceny pozbawiając go... głowy. Głowa z kolei staje się przedmiotem szmuglu... I sprawą, dość osobiście, interesuje się redaktor naczelny dziennika "Iskra" Walerian Monsiorski, osobiście ponieważ nie tylko zna, ale i żywo interesuje się małżonką zamordowanego - Jadwigą, a ta lubi umilać sobie czas spożywając halucynogenny absynt.
Ze sprawą powiązany jest również publikujący romanse na łamach prasy pisarz - Klandestyn Bizukont, będący w związku z Korzeńcem, o czym ten, zanim pozbawiono go głowy, zdawał się nie wiedzieć.
Nie bez znaczenia dla sprawy będzie postać Eustachego Goździka - zarządcy rzeźni.
Na scenie ujrzymy również Emmę, fińską guwernantkę, pracującą u niemieckiego fabrykanta pana Dietela.
Pojawi się też Pola Negri, której ścieżki połączą się z hrabią Eugeniuszem Dąmbskim, za sprawą próby przemytu dobra kulturowego Polski.
Rasputin też gdzieś tutaj przemknie, a Pietruszka będzie tłukła kafle, co nie przysporzy jej raczej długowieczności. 

Nie jest to kryminał, jakby się można było spodziewać. To obszerna powieść historyczno-obyczajowa z trupem jako wątkiem łączącym - nadającym sensacyjnego sznytu, nacechowana specyficznym humorem. Głównym bohaterem, tak naprawdę, jest samo miasto, które zdaje się być miejscem, gdzie krzyżują się wszelkie kulturowe ścieżki ówczesnej Europy. 

Autor świetnie włada językiem polskim i buduje bogate, długie zdania żywcem wyjęte z epoki. Wplata w nie wtrącenia z różnych języków, które można było wtedy w Sosnowcu usłyszeć niemal na każdej ulicy. Pojawia się też gwara, a co za tym idzie - i język bardzo potoczny. 

Żart - jak wspomniałam jest bardzo specyficzny - jednych zirytuje, innych zniesmaczy, a innych - w tym mnie - rozbawi.
Powieść czytałam dość długo z uwagi na jej złożoność i różnorodność kulturową.
Zbigniew Białas nie tylko odtworzył Sosnowiec za pomocą słów, ale stworzył prawdziwy, żyjący obraz.
To miasto błyszczy w słońcu, mienie się kolorami, jest upstrzone plakatami reklamującymi różne wydarzenia, jest głośne, hałaśliwe.  I czasem też brudne, i to w różnych wymiarach. Czułam się jakbym spacerowała ulicami tej pięknej aglomeracji, tak bardzo różniącej się od tej, którą znam głównie ze współczesnych dowcipów...

"Kafelek Mistrza Alojzego" wiele mówi o współczesności, bo tak naprawdę pod względem mentalnym, aż tak bardzo się nie zmieniliśmy. Nadal pieczołowicie tępimy wszystko czego nie znamy i chyba nadal sami siebie nie lubimy.
Wszędzie jest lepiej niż w Polsce, bo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. 

Autor nie boi się też wskazać, że często nasza fizjonomia odzwierciedla całe nasze życie, co uwidacznia się kiedy się starzejemy.

"Im człowiek starszy, tym czytelniejsza jego twarz, tym mniej w fizjonomii przypadkowości. Jest tylko to, co wykuwało się uporczywie całymi latami. Wszystkie myśli i uczynki, prawdy i oszustwa, każda chwila pożądliwości, każdy moment zawiści, ale także każdy szlachetny gest i szczery śmiech - nic się w procesie wieloletniego rzeźbienia twarzy nie marnuje, nic nie jest stracone ani zapomniane. Nic nie pozostaje ani darowane, ani niewynagrodzone. Tak, zapłata przychodzi już w tym życiu. "
To z jakim wyrazem twarzy lepiej spędzić jesień życia?

Są tu aranżowane i nielubiące się małżeństwa. Są bogaci -  których poziom moralności wyznacza zasobność portfela, i biedni - starający się przetrwać kolejny dzień. Są też kobiety trudniące się najstarszym zawodem świata, czyli pełen przekrój społeczeństwa.
W związku tym, że powieść jest nie tylko wielowątkowa, ale i wielowymiarowa, została zaadaptowana na sztukę teatralną przez Teatr Zagłębia w Sosnowcu.
Podsumowując, mimo obszerności tej historii, morza dygresji, który objawiał się czasem jako narracyjny szum (treści wystarczyłoby na wieloodcinkowy serial) - to była to ciekawa przygoda z dobrym stylem i wiedzą historyczną o mieście, na które od dziś patrzę trochę inaczej.



Wydawnictwo: MG
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 658
Kategoria: literatura piękna

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#106 Mr. Breakfast - Jonathan Carroll

#106 Mr. Breakfast - Jonathan Carroll


Mr. Breakfast - Jonathan Carroll - recenzja - czy warto przeczytać?

Zdarza się Wam zastanawiać nad tym, że niektóre rzeczy w życiu mogliśmy zrobić inaczej? Podjąć inne decyzje? Nie powiedzieć czegoś? Zamiast pójść w lewo, to w prawo?  Skorzystalibyście z takiej możliwości, gdyby istniała?
Graham Patterson główny bohater najnowszej powieści Jonathana Carolla zyskuje taką szansę. Podczas podróży przez pewne miasteczko w Karolinie Północnej psuje mu się auto i jest zmuszony odstawić je do warsztatu. Trafia do salonu tatuażu, gdzie poznaje niezwykłą artystkę tej trudnej sztuki - Annę Mae Collins. Będąc pod urokiem jej wspaniałych prac decyduje się na wykonanie małego dzieła sztuki na bicepsie. Wybiera wzór nazywany przez Annę Mae - tatuażem śniadaniowym
Razem z niezwykłym obrazem otrzymuje możliwość wyboru trzech linii swojego życia. Każdą z nich może podglądać trzy razy. Potem może wybrać jedną z nich i w niej pozostać lub też zrezygnować z możliwości wyboru i żyć tak, jak do tej pory. Wszystkie życia Grahama zaczynają się ze sobą plątać, czas jednak nadal upływa.
Powieść Johathana Carolla zahacza i to mocno o świat fantastyki, a w samej interpretacji nie jest prosta i oczywista. Czyta się ją bardzo przyjemnie z częstym uśmiechem na ustach, głownie z uwagi na jej lekką formę i dowcip.
Graham w jednym ze swoich alternatywnych żyć jest utalentowanym fotografem. Jego najbardziej znane zdjęcia - ich tytuły - tworzą nazwy poszczególnych rozdziałów w książce. Poznajemy przez to proces ich powstawania, ale zdjęcia nie są widoczne dla wszystkich, tylko dla naznaczonych możliwością wędrówki pomiędzy równoległymi rzeczywistościami. Każde z tych zdjęć nie jest zamkniętą formą przekazu, jak - prawdziwa sztuka.
I choć na te zdjęcia/obrazy składają się jedynie słowa, to zdaje mi się, że je widziałam.
Czy to znaczy, że ja też mam śniadaniowy tatuaż?

Nie dostrzegamy piękna rzeczy małych, ulotnych chwil. Żyjemy w Pożyczonym świecie, próbując Wiązać wodę w supeł. Często nie jesteśmy świadomi tego, że jesteśmy krusi jak szkło, ale jednocześnie wzmocnieni przez ogrom doświadczeń i nie tak łatwo jest nas rozbić.
Okazuje się, że ile żywotów byśmy nie wiedli, to zawsze spleciemy swoją historię z tymi samymi ludźmi. Nie wiemy też,na jak wiele innych istnień wpływamy swoimi wyborami.

Zastanawiałam się nad możliwością interpretacji i jestem zapętlona jak znak nieskończoności. Każdy kto przeczyta tę książkę, to chyba zrozumie ją inaczej - kiedy przefiltruje ją przez własne emocje i doświadczenia.
Nie da się przeżyć dobrze życia, będąc jedynie obserwatorem, człowiekiem duchem.
Można tę powieść również traktować jako swoiste wezwanie do działania.
Jesteśmy sumą wyborów i którą z wielu ścieżek w życiu nie podążymy, to i tak dotrzemy do miejsca przeznaczenia?
Zbieramy doświadczenia w podobny sposób jak zwierzęta umieszczone na tatuażu bohatera i to od nas zależy w którym miejscu pozostaniemy. Czy chcemy być pszczołą, jastrzębiem, a może lwem?
Takich autorów i takie książki nie tylko warto znać i czytać.
Warto przede wszystkim o nich ze sobą rozmawiać. Mam nadzieję, że w swoim otoczeniu znajdę niejedną osobę, którą skuszę na lekturę i na późniejszą wymianę poglądów.
Może ta historia wcale nie jest tak mocno fantastyczna, jak się na pierwszy rzut oka wydaje, bo przecież zawsze mamy możliwość wyboru. 

"(...) - Nie musisz nic robić. Możesz odmówić. Twoja wola.
- Nie muszę?
- Nie. Możesz żyć dalej tak jak dotychczas, do ostatniego dnia".


Wydawnictwo: REBIS
Data wydania: 15. października 2019
Liczba stron: 272
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Jacek Wietecki

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



Książka pozuje na regale znalezionym dzięki
wyszukiwarce mebli i dodatków
FAVI.PL.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...