Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam. Pokaż wszystkie posty
ZAPOWIEDŹ - Anonimowa dziewczyna -  Sarah Pekkanen, Greer Hendricks

ZAPOWIEDŹ - Anonimowa dziewczyna - Sarah Pekkanen, Greer Hendricks

ZAPOWIEDŹ - Anonimowa dziewczyna -  Sarah Pekkanen, Greer Hendricks
22. października będzie miała premierę "Anonimowa dziewczyna" autorstwa duetu pisarskiego Sarah Pekkanen, Greer Hendricks.

Opis od wydawcy:
Gdy Jessica Farris zgłasza się do udziału w badaniu psychologicznym prowadzonym przez tajemniczą doktor Shields jest przekonana, że będzie musiała jedynie odpowiedzieć na kilka pytań, po czym odbierze wynagrodzenie i na tym skończy się jej rola.
Jednak gdy pytania stają się coraz bardziej natarczywe i dogłębne, a sesje badawcze przeradzają się w zadania do wykonania, podczas których Jessica dostaje wytyczne, jak ma się ubrać i zachowywać, dziewczyna zaczyna mieć odczucie, że doktor Shields zna jej myśli… i wie, co Jess ma do ukrycia.
W im większą Jess popada paranoję, tym bardziej jasne staje się dla niej, że nie wie już, co w jej życiu jest realne, a co stanowi jeden z eksperymentów manipulacyjnych doktor Shields. Uwikłana w sieci podstępnych oszustw i zazdrości, dziewczyna szybko się przekonuje, że niektóre obsesje bywają zabójcze…

„Kolejna gęsta, trzymająca w napięciu powieść… Bawcie się dobrze, obserwując, jak rozgrywa się ta zabawa w kotka i myszkę”.
Kirkus Reviews

„Hendricks i Pekkanen w szczytowej formie. Nie przewidzicie finałowego zwrotu akcji!”.
People Magazine

WYRÓŻNIENIA, JAKIE SPOTKAŁY ANONIMOWĄ DZIEWCZYNĘ:
„Książka tygodnia” People Magazine
„50 najbardziej wyczekiwanych książek 2019 roku” HelloGiggles
„Najlepsza powieść kobieca 2019 roku Marie Claire
„Książki, których nie możesz przegapić” Hypable
„Książki 2019 roku, które musisz zabrać na spotkanie klubu książki” Cosmopolitan


Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka i już można ją zamawiać na stronie wydawnictwa - KLIK.
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 22. października 2019
Liczba stron: 448

Kategoria: thriller, sensacja, kryminał
Tłumaczenie: Marta Faber

#99 Noc komety - Ewelina Matuszkiewicz

#99 Noc komety - Ewelina Matuszkiewicz

#99 Noc komety - Ewelina Matuszkiewicz - recenzja - czy warto przeczytać?"Noc komety" to kontynuacja losów bohaterów, których poznaliśmy już w "Białym latawcu", jednak to w jaki sposób jest prowadzona narracja umożliwia czytanie obu powieści niezależnie. 

Ponownie zaglądamy do Kozienic, by przyjrzeć się życiu Mai i jej męża Krzysztofa, u których pomieszkuje Ada - siostra cioteczna Mai, która podobnie do niej chce rozpocząć w tym miasteczku nowe - lepsze życie. Okazuje się też, że świeżo upieczeni małżonkowie nie są tak szczęśliwi jak, teoretycznie, być powinni.
W tle co jakiś czas przemyka niczym cień Mario.
Poznajemy Ewę, młodą panią weterynarz, matkę bliźniąt, którą wspiera maż Adam, miłośnik zdobywania ośnieżonych szczytów. Kobieta bardzo dużo pracuje, ma plany rozbudowy swojej działalności i wytrwale dąży do ich realizacji.
Jest też Agata, żona burmistrza Kozienic, która choć dawno wypuściła dzieci z gniazda, nadal chyba sobie z tym nie poradziła i tkwi w rytmie życia jaki wiodła przez lata. Mąż jej nie rozumie, dzieci studiują, schorowana i zgorzkniała matka, stale coś komentuje, a jej ukochany pies powoli odchodzi.
Ich wszystkich łączy historia kobiety, która porzuciła prowadzony przez nią pawilon i pojechała szukać męża, który wyemigrował za granicę, zostawiając żonę z... długami.
Do tego wszystkiego akcja toczy się od początku do końca grudnia - najbardziej rodzinnego miesiąca w całym roku.

Mając jeszcze w pamięci dość lekki charakter pierwszej części zaparzyłam sobie herbatę i zatopiłam się w ten małomiasteczkowy klimat. Rozdziały w "Nocy komety" ponownie przypominają kartki z kalendarza, a tytuły podrozdziałów pochodzą z innych polskich piosenek. 
Bohaterów jest dość dużo, jak w "Białym latawcu", niektórych już znamy, a innych autorka dopiero nam przedstawia. Pani Ewelina Matuszkiewicz ma dar do charakteryzowania postaci, w taki sposób, że nie ma możliwości pogubić się w ich gąszczu, ponadto na samym początku mamy coś w rodzaju drzewa genealogicznego, do którego zawsze można zajrzeć.
Najpierw poznajemy wycinki z życia, z dnia każdej z rodzin, a potem wszystko się w jakiś sposób ze sobą splata.
Kiedy pisałam o pierwszej części wspomniałam, że raczej nie zostawi nas ona z głową pełną przemyśleń, a jedynie umili wieczór - w przypadku drugiej części jest kompletnie inaczej.
Bohaterowie stają się bardzo prawdziwi, to nie tylko mogą być nasi sąsiedzi, których widzimy gdzieś tam zza firanki, to możemy być my. To świetny przykład na to jak pozornie idealne życie, może być więzieniem, w którym tracimy cel i się dusimy. Tak się przyzwyczailiśmy do swojej codzienności, że nie potrafimy jej zmienić, mimo że mamy ku temu możliwości. 

Dlaczego bliscy ludzie stają się dla siebie ciężarem i podcinają sobie wzajemnie skrzydła?
Dlaczego nie potrafimy mówić otwarcie tego, co się nam nie podoba i zwlekamy z podjęciem decyzji, która wszystkim wyszłaby na dobre? Nie dzielimy się smutkiem, poczuciem straty czy tęsknotą, choćby za zwierzęciem...
Po co stale niektórzy z nas umartwiają się, niepotrzebnie, w wiecznym poświęceniu, skoro - raz - nikt tego od nich nie wymaga, dwa - nikomu to nie służy?
Po co zakładamy, że na wszystko, co możemy mieć, musimy w jakiś sposób zasłużyć? 
Ile razy zdarzyło się nam tak się zafiksować na jakimś marzeniu, że stało się ono obsesją, a w gruncie rzeczy przestało ono już mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie?
Pierwszy raz spotkam się z literaturą obyczajową, która nie sięga do jakichś odległych wydarzeń historycznych, nie bazuje na wielkich tragediach, a jedynie na prostym życiu. Potrafi wciągnąć w swój świat i przedstawić go w interesujący sposób. To była dobra książka! Czekam na "Cudne manowce"!
8/10.

#99 Noc komety - Ewelina Matuszkiewicz - recenzja


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Skarabeusz.



Tutaj pisałam o "BIAŁYM LATAWCU"




Data wydania: 25. października 2018
Liczba stron: 328
Kategoria: literatura obyczajowa
#97 Zabójstwo na cztery ręce - Karolina Morawiecka

#97 Zabójstwo na cztery ręce - Karolina Morawiecka


#97 Zabójstwo na cztery ręce - Karolina Morawiecka - recenzja - czy warto przeczytać?
Kiedy parkiet aż skrzypi od wirującego morza, spoconych ludzkich ciał, a stoły uginają się pod ciężarem niemożliwego do pochłonięcia przez gości weselnych jedzenia... Ktoś, wbrew czujnemu spojrzeniu Wdowy po aptekarzu, dźga Tomka Czaję szpikulcem od czekoladowego fondue, a jego zwłoki pozostawia w składzik...  i do tego pośród rolek papieru toaletowego!

Karolina Morawiecka, w swej przerobionej - na jej duże potrzeby - nowej sukni, w poszukiwaniu odosobnienia w celach, ugh... poprawy perystaltyki jelit, trafia na owego truposza.
Po chwili niemej konsternacji dochodzi do wniosku, że jest to sprawa idealna dla jej wytrawnego zmysłu dedukcji. Wiedziona naturalnym instynktem, wraz ze swym Watsonem w habicie, przemierza rozległe tereny sali weselnej. Lawiruje między galaretką z zimnych nóżek i daniami wegańskimi w celu wykrycia sprawcy.
Tymczasem współbiesiadnicy śledczego duetu doskonale bawią się na przyjęciu, na cześć zawarcia związku małżeńskiego Alinki i Rafałka, których znamy już z poprzednich części. Parze naszych doskonałych detektywów towarzyszy druga, również nam już znana - Karolina i Jacek, krakusi, sąsiedzi Morawieckiej.

Tym razem intryga, uknuta w celu zgładzenia listonosza, przerosła moje najśmielsze oczekiwania! 
Jakie to było śledztwo! Jak zawsze u Pani Morawieckiej (albo ich obu) nie było krwawo, było za to śmiesznie! I to jak! Parsknęłam ze śmiechu w głos już na drugiej stronie - kiedy zrozumiałam, co nasza mahoniowowłosa bohaterka wyczynia!
Kojarzycie tę sytuację kiedy na siłę, w sklepie, ubieracie za małe ubranie, a trochę wstyd poprosić o większe? Jakie ja poczułam zrozumienie! Jaki między nami się nawiązał niemy dialog! Związek dusz, bym rzekła, nawet!
Zbieranie materiału dowodowego - w rytmie klasycznych przyśpiewek weselnych, intonowanych z ust Pana Heńka. Prowadzenie obserwacji podejrzanych - w trakcie wyszukanych zabaw weselnych. Odnajdowanie sensu w mapach plam z niezwykle bogatego menu.
To było najlepsze - klasyczne, choć przeprowadzone niecodziennych warunkach, śledztwo kryminalne, ze wszystkich przygód naszej polskiej Jane Marple! 
Ależ autorka uchwyciła esencję polskiego wesela! Pełne niedorzeczności, towarzyskich niuansów i nie wylewania za kołnierz - chyba, że nakapania na obrus... 

"Alinka skończyła w momencie, kiedy pan Henio zmienił rytm.
- Łejk mi ap - wychrypiał do mikrofonu znienacka - bifor jor gołgoł..."

Na samym początku znajdziemy Plan Dworku Pod Modrzewiem, w którym ma miejsce zbrodnia, tj. wesele...
W środku znajdziemy nawet weselne menu :)
A hipotetyczne wersje wydarzeń będziemy oglądać w formie scenariuszy sztuki, z klasycznych dzieł literackich. 
Styl wypowiedzi pozostaje niezmienny i jest nadal niezwykle bogaty! 

Czuję się bardzo usatysfakcjonowana tą częścią. Zarówno poziom intrygi, prowadzonego śledztwa i żartu bardzo mi odpowiadał. Nie wiem też, jak Pani Karolina - autorka - to robi, ale z każdą częścią odnoszę wrażenie, że one jeszcze lepiej operuje językiem polskim. 
Cieszę się, że mogłam poznać Wdowę po aptekarzu, choć czasem czuję, że ona gdzieś w mojej okolicy mieszka i że znałam ją już wcześniej!
8/10. 

Pisałam już o części pierwszej - Śledztwo od kuchni.
A także o części drugiej - Morderca na plebanii

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.



Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 18. września 2019 Liczba stron: 288 Kategoria: komedia kryminalna

#89 Księga Arona - Jim Shepard

#89 Księga Arona - Jim Shepard

#89 Księga Arona - Jim Shepard - recenzja - czy warto przeczytać?
Wielokrotnie już wspominałam jak bardzo lubię książki czerpiące z rzeczywistych wydarzeń, nawet jeżeli sama historia jest fikcyjna. Lubię się też samobiczować. Żyję w czasach pokoju, a mimo to umartwiam się nad tym - co było.
Ile zła i bólu doświadczyli ludzie, których przecież nie znałam. Dla niektórych może to zabrzmieć wręcz patetycznie czy śmiesznie, ale taka już jestem. Często czytam i płaczę nad losem nieznanych mi ludzi. 

"Księga Arona" Jima Sheparda to historia opowiedziana przez ośmioletniego, żydowskiego chłopca. 
Aron wraz z rodziną zamieszkał w Warszawie, gdzie każdy z domowników odnalazł sobie zajęcie. Ojciec zaczął pracę w fabryce, matka znalazła sposób na zarabianie pieniędzy - prała ludziom ubrania, a dzieci nawiązywały przyjaźnie.
Wszystko jednak się skończyło, szybciej niż się zaczęło. Główny bohater stracił rodzeństwo i rodziców. Potem nawet kolegów. Wojna i jej następstwa - postępujący głód i choroby dziesiątkowały ludność.
Kiedy został już na świecie kompletnie sam - odnalazł go Janusz Korczak i Aron zamieszkał w prowadzonym przez niego Domu Sierot
Dziecko, które doświadczyło tak wielu krzywd, widziało tak wiele śmierci, na którą zdążyło kompletnie zobojętnieć - zaczyna z powrotem kształtować w sobie poczucie empatii, budować poczucie związku z drugim człowiekiem.

"-Niektórzy ludzie po prostu nie myślą - odparł. 
- Tak jak niektórzy po prostu nie palą".

Sięgając po tę lekturę liczyłam na prawdziwe emocjonalne tsunami. Historia zagłady narodu żydowskiego - opowiedziana oczami nie tylko jej uczestnika, ale i dziecka. 
Nie wiem co się ze mną stało, ale niestety nie poczułam kompletnie nic, żadnego wzruszenia, czy współczucia.
Styl pierwszoosobowej narracji przywodzi na myśl dziecięce pamiętniki. Przypomina zwykły opis dni - co powiedziała matka, co zrobił ojciec. Na początku zdania są proste i czasem chaotyczne. Kiedy przypominam sobie własne dzienniki to, co tu wiele ukrywać styl był daleki od poprawnego, więc sądzę, że autor celowo pokusił się o właśnie taki zapis. Potem im więcej Aron widzi - dorasta, tym zdania stają się płynniejsze, ale niestety nadal brakuje mi w nich jakiejkolwiek emocji. 

"Nie mogłem przestać się drapać, bo wszędzie łaziły po mnie wszy. Kiedy wreszcie skończyłem, spytała, czy jestem głodny. Odpowiedziałem, że tak, i zapytałem, czy może coś na to poradzić. Niestety nie mogła".

Szemaja, jak zwą chłopca, opisuje codzienność wprost - niemal jak obraz.
Nie przypominam sobie, żeby choć w jednym zdaniu padło stwierdzenie - czułem i nie mam tu na myśli zmysłu powonienia, ponieważ w opisie scen autor jest niezwykle drobiazgowy.
Kadry, które nam przedstawia są straszne i mogą boleć, kiedy się chce je sobie chce wyobrazić. Jednak pozbawiony emocji - w moim odczuciu - język, mi to uniemożliwiał. Byłam jedynie obserwatorem i niestety nie mogłam nawiązać żadnej więzi z bohaterami tej historii. 

"Powiedział, że jeśli człowiek nie może przejść obojętnie wobec śmierci drugiego człowieka, jego własne życie jest warte sto razy więcej".

Nie jest to obszerna powieść - niewiele ponad 320 stron, a wydaje mi się, że wiele ze znajdującej się w niej treści, nic tak naprawdę do tej historii nie wniosło.
Jest bardzo ładnie i solidnie wydana. Nie można odmówić autorowi również ogromu pracy, jaką poświęcił na zebranie materiału do jej napisania. Żałuję jednak, że nie trafiła do mnie tak mocno jak się tego spodziewałam.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu SONIA DRAGA.




Wydawnictwo: SONIA DRAGA

Data wydania:18. września 2019
Liczba stron: 328

Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie:  Zofia Szachnowska-Olesiejuk

#84 Jadem pisane... Dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem?

#84 Jadem pisane... Dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem?


#84 Jadem pisane...dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem?
 "I mam nadzieję, że gdybym żył, nie zostałbym krytykiem literackim
(lub jego głupszym krewniakiem, recenzentem książek). 
*Dan Simmons - "Zimowe nawiedzenie"

Wieczorami, czasem porankami - siedzę i czytam. Czytam i obserwuję, patrzę i myślę (czasem i mi się to zdarza, jednak bywam niestała w tym przeświadczeniu), choć nie rozumiem to i nie osądzam, albo się chociaż staram tego nie robić.

Jesteśmy wybitnie narzekającym narodem z wiecznie wyciągniętymi dłońmi w geście żądającym i skrzywionymi twarzami w grymasie zwątpienia. Do tego zawsze mamy rację! Nie dopuszczamy do siebie nawet nie tyle - samej możliwości pomyłki, co po prostu innego punktu widzenia. 


Blog to według definicji taki sieciowy dziennik, czyli teoretycznie, czasem mogę kropeleczkę jadu, ewentualnie wannę - wylać. Nie, ja nie narzekam, broń Boże! :)
Ja się jedynie dość często dziwię. Z racji tego, że najczęściej udzielam się na tzw. bookstragramie, to wokół tej niezwykle kreatywnej społeczności, najwięcej tych moich "zdziwień" poczynam.


Jedni zazdroszczą codziennych dostaw stosów książek - bo przecież oni tego i tak nie czytają! Drudzy zazdroszczą - tym pierwszym możności wyczytywania "własnych" zasobów... To, te które przychodzą z wydawnictw, czyim są zasobem w końcu? I co mnie tak naprawdę interesuje, co ktoś robi z tymi wszystkimi książkami?, dopóki nie uprzykrza mi życia swoim jęczeniem, że stracił radość z czytania... Wiedzieliście, że jest opcja wyciszania treści bez usuwania kogoś z grona obserwowanych? Pomysłodawca na pewno znał się etykiecie i wampiryzmie energetycznym!

Ma to też inny wymiar, kiedy wypisuje się o treści książek głupoty, bo się ich nie czyta, a jedynie zbiera, jak znaczki. A tu tymczasem wisi nad nami termin, w którym mieliśmy opublikować naszą jedyną, najprawdziwszą prawdę z wszystkich prawd - na temat treści książki, a czasem i samego autora.


Przyznaję sama jestem pazerna i to bardzo, ale na słowo pisane, nie na przedmiot jakim jest książka, mimo że czasem tak ładnie wydana...

Lubię czytać, czego pewnie się nie da nie zauważyć, lubię też o książkach pisać, ale... nie lubię i nie umiem ich oceniać dziesięciostopniowej, czy też pięciostopniowej skali. Nie czuję się władna w tej materii i nie mam się również za czyjąś nauczycielkę, bym mogła wystawić mu notę. Chętnie bym z tego całkiem zrezygnowała i ku temu chyba też dążę...

Ale do brzegu!

Ja nie tylko książki czytam. Czytam opinie, czasem dyskusje, które pod opiniami się rodzą, zwykle w bólu i nie tylko aktywnych uczestników.

Tak jak rozumiem, że ta sama książka może u jednego czytelnika wywołać chęć wyśpiewania hymnów pochwalnych, a u drugiego grymas - co najmniej zdziwienia, to ni dudu nie rozumiem, chęci narzucenia swojego i jedynego zdania, a to najczęściej czytam. Rzadko widzę jakieś faktycznie kulturalne dyskusje, bo do dyskusji to my wszyscy mamy chęci, no nie da się ukryć, tylko z kulturą wypowiedzi mimo milionów przeczytanych stron, to różnie bywa.
Przeważnie jest wspólne zachwalanie lub wspólne krytykowanie - wszystkiego nawet tego, że ktoś miał czelność napisać jakąś historię.

Dlaczego jesteśmy tacy kłótliwi? 

Skoro czytam książki, to i czytam opinie o nich, więc kiedy znajduję w nich bzdury dotyczące nawet ilości stron - ostatnio trafiłam na dołożenie ich autorowi ponad 200 i dodatkowo przekręcenie tytułu, to pytam siebie - po co ktoś to robi?
Ja naprawdę chcę zrozumieć - bo na wiedzę też jestem pazerna.

Nie mam się za chodzący słownik ortograficzny, czy kontrolera jakości stylu, korektora (tu pozdrawia moje umiłowanie do przecinków, myślników i długich zdań), ale czasem nie da się, no nie da się nic, a nic zrozumieć z tego, co ktoś napisał. To tak jak w przypadku niektórych polskich filmów, gdzie dźwięk zapomniano nagrać głośno i wyraźnie - niby mówimy tym samym językiem, a jednak coś robi różnicę. 

W podsumowaniu i przy okazji odniesieniu się do tytułu - Dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem? Ponieważ zostawiam sobie duży margines na moje błędy, niezrozumienie przesłania, subiektywne odczucia związane z moimi doświadczeniami, charakterem, czasem też temperamentem, potrzebą chwili... 

Próbuję odnaleźć w sobie lub dopiero wytworzyć - wrażliwość językową, zrozumieć czym jest tak naprawdę snucie opowieści w taki sposób, by ktoś chciał ją czytać, nawet jeżeli dotyczy zwykłej codzienności.
Odkrywam, że w thrillerze, horrorze lub kryminalne jest też miejsce na prawie poetycki styl - mimo stosowanie wulgaryzmów.
Staram się wybierać książki, w których mogę właśnie to odnaleźć, by czuć, widzieć, a czasem i słyszeć rzeczy, których nie ma - nie mylić z chorobą psychiczną - mówię o natchnieniu :)


A Ty z jakiego powodu czytasz? A jak piszesz, to co jest tego powodem? 
#35 Cari Mora - Thomas Harris

#35 Cari Mora - Thomas Harris

#71 Cari Mora - Thomas Harris - recenzja - czy warto przeczytać?

Pamiętam jak będąc jeszcze dzieckiem, wzięłam z biblioteczki rodziców "Milczenie owiec" i po kryjomu przeczytałam w jeden dzień. Tak, jedni czytali Harrego Pottera - ja Hannibala Lectera. Od tego autora zaczęła się moja fascynacja umysłami przestępców. Nikt jednak w moim odczuciu nie dorównał Hannibalowi Kanibalowi.
Kiedy po 13 latach Thomas Harris wrócił z nową książką wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Powieść jest ładnie wydana, niesamowicie estetyczna okładka, miło leży
w rękach.

Cari Mora - czyli Caridad Mora pochodzi z Kolumbii, w której nie wiodła szczęśliwego życia. Obecnie ima się wielu zajęć zarobkowych; pomaga przy leczeniu i ochronie ptaków morskich, czasem zajmuje się gastronomią podczas wodnych wycieczek. Mieszka w domu, którego właścicielem był Pablo Escobar, jednak on sam nigdy w nim nie zamieszkiwał. Cari oficjalnie zajmuje się rezydencją jest tam dozorczynią.
O tym budynku krążą legendy - jakoby krył się w nim sejf ze skarbem.
Hans-Peter Schneider, wysoki, blady i kompletnie bezwłosy psychopata, który zajmuje się pozyskiwaniem kobiet dla bogatych klientów, które na ich zamówienie odpowiednio pozbawia kończyn, chce sięgnąć po ten "dar fortuny", a przy okazji wykorzystać Cari Morę, na której pragnie zrealizować swoje chore fantazje i przy okazji też zarobić. Tak zaczyna się zabawa w poszukiwanie ukrytego majątku pod przykrywką kręcenia reality show w domu zamieszkiwanym przez tytułową bohaterkę.

Choć nadal szanuję twórczość Thomasa Harrisa, to nie mogę dobrze ocenić tej powieści. Czytanie powinno być przyjemnością, ale niestety nie było.
Zarys fabuły mówi: "Schneider wkrótce pozna zaskakujące umiejętności Cari i przekona się, jak silna jest jej wola walki" - moja była silniejsza niż Caridad i dobrnęłam do ostatniej strony.
Ciężko było mi się skupić na akcji, która przypomina sensację i założenia powinna porywać,
a mnie znużyła. Wspominki z przeszłości Cari, opowieści o ludziach z hiszpańskimi imionami
i nazwiskami, które moim zdaniem nic nie wnosiły i przypominały przypadkowe zapiski oraz historie ze świata flory i fauny, z których zapamiętałam najwięcej.
Nie wiem też na ile brak spójności i ciągłości fabuły to "zasługa" autora, a ile tłumaczenia. Może zdecyduję się sięgnąć po nią kiedyś w oryginale i rozwiać te wątpliwości.

Dodatkowo niestety, kiedy czytam - wychwytuje wszelakie powtórzenia. Wystarczy, że drugi raz pojawi się ten sam zwrot, to ja to odnotuję. Toteż nie mogę przeboleć takiej ilości "trytek"...
Istnieje tyle synonimów na te opaski zaciskowe, a tu cały czas powtarza się to jedno słowo jak mantra, po wielokroć - nawet na jednej stronie. Odnośnie tych plastikowych paseczków, na pewno każdy kto się z nimi zetknął wie, że jak się  zaciśnie mechanizm - to nie da się ich zdjąć, trzeba je po prostu przeciąć.  Jednak Cari Mora to czarodziejka - potrafiła się z nich uwolnić za pomocą zamka w spodniach... Im więcej stron było za mną tym mniej zachowań bohaterów rozumiałam i czytało mi się tylko gorzej. 

Jest mi tak strasznie smutno, że ten powrót po tylu latach nie jest dobry.
Liczę jednak, że autor, który stworzył doskonały portret psychologiczny seryjnego mordercy kanibala, napisze jeszcze dobrą książkę i będę się nią zachwycać.
3/10.


Wydawnictwo: Agora

Data wydania: 21. maja 2019

Liczba stron: 360

Kategoria:
thriller, sensacja, kryminał

Tłumaczenie: Jan Kraśko

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#34 Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie - Mitch Albom

#34 Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie - Mitch Albom


#70 Kolejna osoba, którą spotykamy w niebie - Mitch Albom - recenzja - czy warto przeczytać?


Miałam szczęście mieć obie części "niebiańskich" powieści spod pióra Mitcha Alboma, więc od razu sięgnęłam po drugą.
Znałam konstrukcję, znałam styl, wiedziałam co mnie czeka i z uśmiechem na ustach pomyślałam tym razem nie doprowadzisz mnie do łez drogi autorze... Myliłam się. 

"Strata jest równie stara jak życie.
Ale mimo milionów lat ewolucji, nadal jej nie zaakceptowaliśmy".

Bohaterką drugiej części bestsellerowej pozycji "Pięć osób, które spotykamy
w niebie" jest Annie. Kobietę znamy już z historii Eddiego, ponieważ jest ona  uratowaną przez niego dziewczynką.

"Zapominamy, że "nasz" czas splata się z czasem innych.
Z jakiegoś nadchodzimy i do jakiegoś powracamy.
Ten rodzaj powiązań nadaje światu sens".

Annie jest dorosła, jednak nie jest dane jej żyć długo i szczęśliwie - jak by tego sobie życzyła. Ją też spotyka to, z czym będziemy musieli zmierzyć się wszyscy bez względu na status społeczny - śmierć.
Bohaterka po latach nieudanego życia wychodzi za mąż za mężczyzną, którego kocha od dziecka. W końcu smakuje szczęścia, jednak zostaje ono jej odebrane przez... wypadek.
Wraz ze świeżo poślubionym mężem są ofiarami katastrofy powietrznej. Mężczyzna jest w dużo gorszym stanie niż Annie, kiedy więc staje przed nią możliwość uratowania mu życia - nie waha się ani chwili.
Potem budzi się w... niebie. 


"Boimy się samotności, Annie, ale ona w gruncie rzeczy nie istnieje".


Fabuła jest podobnie zbudowana jak w poprzedniej książce - wspomnienia, lekcje w niebie i to, co dzieje się po wypadku przeplatają się, przez co dokładnie poznajemy całe życie kobiety. Oczywiście jedną z osób, które pojawiają się na jej drodze jest Eddie. Kobieta miotała się od dziecka, niewiele pamiętała z wypadku, nosiła w sobie ogrom poczucia winy i nie tylko z powodu tego, co się stało w Rubylandzie. Wiele wycierpiała, ale i sama przyczyniła się do wielu łez. Kiedy wędruje przez niebo, nie może się pogodzić z tym jak wiele straciła, kiedy w końcu odnalazła to szczęście, za którym tak całe życie goniła.

"Wszystkie dzieci mają swoje tajemnice. Rodzice też. Urabiamy wersję, w którą inni mają wierzyć, chwalimy się pozorami, ukrywamy prawdę".

"Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie" zaskakuje zarówno zakończeniem jak i doborem postaci, które mają pomóc Annie "pogodzić się ze sobą" i dostrzec wartość jej życia. Cieszę się, że autor w swojej wizji nieba przewidział kogoś, kto według dogmatów jednego z wyznań nie miał prawa się tam znaleźć. Głęboko wierzę, że w moim miejscu, też znajdą się takie nieoczywiste postaci.

Ziemska egzystencja cudem ocalonej dziewczynki nie była usłana różami, bo niestety życie to nie bajka, jednak każde ma głęboką wartość. Autor po raz drugi wypowiada tę oczywistą maksymę; o tym ile znaczymy dla siebie nawzajem. Jesteśmy wszyscy ze sobą powiązani jak jeden wielki organizm, który potrzebuje każdego z nas by najzwyczajniej w świecie - istnieć.
Po raz kolejny dostrzegam również - tę samą zależność dotyczącą przemilczania przez nas trapiących nas myśli i zostawienia spraw nierozwiązanymi, co z kolei odbiera nam możliwość zrozumienia się i trwamy tak dzień po dniu, dusząc się własną codziennością.

"- Bo najbardziej pielęgnujemy urazy niż przejawy czułości - odparła Lorraine. _ Każdy jest w stanie podać dokładny dzień, gdy został zraniony, ale kto pamięta dzień, kiedy wrócił do zdrowia?"

Wniosek jaki nasuwa się po zakończonej lekturze dotyczy śmierci, która nie musi niczego kończyć, a wręcz przeciwnie może stać się zalążkiem innego życia. Myślę, że jeżeli kiedyś zaczniemy postrzegać śmierć jako stałą naszego istnienia dużo łatwiej będzie nam ją zaakceptować.

"Nasze życie tak często w niezauważalny dla nas sposób się zmienia. Jak za przełączeniem w ołówku funkcji pisania na ścieranie".

Polecam każdemu kto polubił się z wizją jaką roztoczył Mitch Albom w poprzedniej części - nie powinniście być rozczarowani. Polecam każdemu kto nie tylko lubuje się w wizjach życia po śmierci, ale też temu kto czuje, że co dzień coś traci...
9/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 18. czerwca 2019
Liczba stron: 202
Kategoria: literatura współczesna/piękna

Tłumaczenie: Jakub Jedliński
 
#33 SI - Stepan Wartanow

#33 SI - Stepan Wartanow


#69 SI - Stepan Wartanow - recenzja - czy warto przeczytać?


Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie czytałam tak wielowątkowej powieści. Czasem autor ma kilka pomysłów, które na siłę umieszcza w fabule jakby chciał sprawdzić co z tego misz maszu wyjdzie.  

W przypadku "SI" Stepana Wartanowa jest ciężko jest w skrócie przedstawić zarys fabuły. Dzieje się tu wiele od początku. SI czyli sztuczna inteligencja przypominały wózki na gąsienicach. Powstały w ramach operacji "Mosiężna pięść" i zostały nazwane "żelaznymi żołnierzami". Projektant zastosował system tłumienia nadmiernej samodzielności - co miało zapobiec wyrwaniu się ich spod jarzma ludzkiej ręki. Jednak nie dało to zadowalających rezultatów, gdyż SI sterroryzowały pilota helikoptera, po czym uciekły z poligonu wojskowego w liczbie czterech sztuk. Ukryły się w jaskini, gdzie przechodząc w tryb serwisowy przetrwały nieodnalezione przez 9 lat.
Budzą się w 2036 roku w erze komputerowych geeków pragną powrócić do życia i się przystosować. Pierwsze co ukazuje się ich oczom to góra śmieci, która przysypała wejście do jaskini w której się ukryły, chcąc jak najszybciej wyjść, używają lasera i dochodzi do wybuchu metanu. Na ich drodze pojawia się tzw. CYBERPUNK - Bob Brown, który hoduje kury i króliki. Po dość zabawnym zapoznaniu - jednej z SI został zaatakowany przez koguta Boba, cała czwórka SI staje się podopiecznymi wspomnianego cyberpunka. Pragnie on zbudować dla nich nowe ciała, które będą przypominały ludzkie. Sam jednak nie ma takich możliwości, więc prosi o pomoc jednego ze znajomych - Harrego. Ten rusza z pomocą i za pomocą swoich komputerowych zdolności symuluje atak terrorystyczny na lotnisku, aby móc bez przeszkód przewieźć ogrom narzędzi niezbędnych mu do pracy. Symulacja rozrasta się jak wirus. Tymczasem SI czytają książki, jeżdżą po okolicy, obserwują ludzi i kradną samochód, którym nie potrafią jeździć. Mało tego - nieszczęsny samochód zawiera ładunek w postaci narkotyków halucynogennych, który będą chcieli odzyskać prawowici właściciele - przestępcy. Do akcji włączy się policja, i para agentów FBI, podobnych trochę do Muldera i Scully z Archiwum X. On wszędzie szuka zjawisk paranormalnych, a ona jest bardzo sceptyczna - coś ich jednak różni, a jest to mianowicie zapach skunksa.


"Bo czym jest społeczeństwo, jeśli nie syntezą ideologii i gospodarki?"

Uff, chyba udało mi się przedstawić to na tyle krótko, na ile to było możliwe. Wszystkie wątki się łączą i dochodzą jeszcze inne pomniejsze - jak telepaci, duchy, niedźwiedź i elektroniczne, ogromne pająki.
Brzmi jak masło maślane, ale... takie nie jest. Wszystko jest niesamowicie logiczną historią jak abstrakcyjnie to nie brzmi. 


Podczas czytania śmiałam się w głos. Nie do każdego jednak takie poczucie humoru, jakie prezentuje autor trafi. Z uwagi na zawiłość czyta się tę powieść dość ciężko. Niektóre wydarzenia autor uzupełnia o obserwacje i wnioski - które mimo że powiązane z fabułą, to mogą wytrącić z rytmu czytania. 
Mam bardzo dobrą pamięć i z reguły nie mam problemu z zapamiętaniem, kto kim jest, nawet przy dużej ilości bohaterów, tutaj jednak musiałam posiłkować się zapiskami, żeby się nie pogubić.  


Treść może się wydawać jakąś komiczną historią ze stajni since fiction, jednak to zabieg, który autor zastosował, aby przemycić treści dotyczące sensu naszego istnienia.
Bo co to, tak naprawdę znaczy być człowiekiem?
Poruszył kwestię społeczeństwa, tego jak działają różne powiązania międzywarstwowe,
kto na kogo i jak może wpływać, co z tych oddziaływań wynika.


To lektura o trudnej treści, wdzięcznie ukrytej pod żartobliwą historią, której warto spróbować, choćby tylko po to, aby poobcować z tak ogromnym intelektem jaki bez dwóch zdań posiada Stepan Wartanow. 



Wydawnictwo: Papierowy księżyc

Data wydania: 25. lipca 2018

Liczba stron: 442
Tłumaczenie:Marina Makarewska


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#32 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom

#32 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom


#67 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom - recenzja - czy warto przeczytać?


Wzbraniałam się przed przeczytaniem "Pięciu osób, które spotykamy w niebie" Mitcha Alboma z uwagi na swoją nadmierną wrażliwość. Nie chciałam sobie zaserwować czytania poprzez łzy, bo czułam, że tak to się skończy.
Jednak kiedy po raz wtóry zobaczyłam tę pozycję, to podjęłam się tego wyzwania i... nie żałuję.

Początkiem historii jest "Koniec". Koniec dotyczy śmierci głównego bohatera, który jest pracownikiem wesołego miasteczka zwanego "Rubylandem".
Eddie - bo tak ma na imię bohater, to starszy mężczyzna zajmujący się obsługą techniczną parku rozrywki. W trakcie dnia pracy dochodzi do poważnej awarii,
w skutek której Eddie ginie ratując małą dziewczynkę. Trafia do nieba nie pamiętając nic z ostatnich minut swojego życia, oprócz małych dziecięcych rączek w jego własnych.
W niebie spotyka tytułowych pięć osób. Ziemskie życie każdej z nich splotło się w jakiś sposób z życiem Eddiego. Teraz zadaniem każdego z tej piątki jest dać mu lekcję, aby zrozumiał sens własnego życia i osiągnął spokój.

" - Pokój osiągniesz dopiero wtedy - powiedziała kobieta
- kiedy sam go zawrzesz ze sobą".

Sama konstrukcja fabuły jest dość zaskakująca. Wspomnienia z życia bohatera przeplatają się podróżą w niebie, odbieraniem lekcji od każdej z napotkanych osób i tym jak toczy się życie na ziemi po śmierci Eddiego. 

Już na samym początku Mitch Albom zaznacza, że jest to tylko jego własna wizja nieba i każdy może mieć inną, a jego celem jest uzmysłowienie wszystkim ludziom, którzy wymagają od siebie zbyt wiele i stale czują się przytłoczeni bylejakością ich życia, że tak naprawdę są niezwykle ważni, że spletli swoje życia z innymi, mieli wpływ na ich los i byli kochani.

"Wszyscy rodzice wyrządzają krzywdę swoim dzieciom. Nic nie można na to poradzić. Młodość, niczym najczystsze szkło, odbija ślady rąk, które jej dotykają. Jedni rodzice zostawiają smugi, inni rysy, jeszcze inni rozbijają dzieciństwo na małe kawałeczki o ostrych krawędziach, których już potem nigdy nie da się skleić".

Nie wszystkie spotkane osoby Eddie zna, nie wszystkie pamięta. To postaci z jego dzieciństwa, służby w wojsku, ktoś dzięki, któremu istnieje miejsce pracy Eddiego i osoba, którą kochał najbardziej. Kiedy poznaje ich historie niejednokrotnie jest przytłoczony przez wyrzuty sumienia i to czego doświadcza dalekie jest od rajskiego nieba, o którym słyszymy, albo inaczej - którego szczerze pragniemy. 

"Żadna historia nie jest oderwana od innych.
Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie". 

Fabuła jest zbudowana jak nasze życie, którym nieubłaganie steruje czas. Niektórzy ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną twierdzą, że w tej chwili towarzyszył im obraz przemykającego przed oczami całego życia i tak też autor przedstawia losy Eddiego. Przeżywa on wszystko raz jeszcze od początku, ale tym razem widzi te wydarzenia z innej perspektywy, co stwarza mu możliwość zrozumienia tych wydarzeń we właściwy sposób.

To niezwykle wzruszająca książka. Jednak ja nie widzę w niej wielkich objawień
i filozofii, a jedynie prostotę naszej egzystencji, której losy bywają w odmiennie do niej - pokrętne. Taka oczywistość, którą czasem trzeba głośno powiedzieć.

"- Rzeczy, które zdarzyły się przed naszym urodzeniem, też mają wpływ na nasze życie - odparła. - Podobnie jak ludzie, którzy żyją przed nami. Codziennie trafiamy do miejsc, których by nie było, gdyby nie ci, którzy żyli wcześniej"

To jedna z tych powieści, do których jak się zasiądzie, to nie wstanie się przed ostatnią stroną.
Autor pięknie pokazał również nasze różne postrzeganie tej samej sytuacji, wszystko ma dwie strony, jak ten przysłowiowy medal. 
Ktoś powie, że nie chce takiego nieba jakie namalował nam autor i ma do tego prawo - ale nie wydaje mi się, że jego wizja miała być zamknięta. Przynajmniej ja jej tak nie odbieram. Historia Eddiego nie była dla mnie tylko klamrą losu,
na który nie mamy wpływu. 
Może dlatego, że jednocześnie wiecznie marzę i wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko do czegoś prowadzi, ale zawsze mamy furtkę, by wybrać mądrze i zawsze możemy ze sobą szczerze porozmawiać.
9/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019
Liczba stron: 216
Kategoria: literatura współczesna/piękna

Tłumaczenie: Joanna Puchalska



Druga część ukaże się 18. czerwca 2019 roku. 
Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie

#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#66 Dwie kobiety - Hanna Dikta - recenzja - czy warto przeczytać?

"(...) - Rodzimy się sami, żyjemy sami i umieramy sami.
 - A miłość? - zapytała, bo przecież zawsze tyle mówił o miłości.
- Miłość sprawia, że łatwiej tę samotność znieść - odparł, składając na jej czole czuły pocałunek".

Zdarza się Wam, że kiedy czytacie musicie sobie zrobić przerwę? Nie dlatego, że treść czy styl Wam nie odpowiada, tylko dlatego, że zdarza się Wam zapomnieć oddychać? Czytam szybko, czasem sama nie wiem kiedy to się dzieje, że nagle pojawia się ostatnia strona,
z tą książką było inaczej - musiałam ją odkładać, żeby się po prostu nie rozpłakać.
Książka Hanny Dikty przeciągnęła mnie przez magiel emocji. 


"Kobieta z żelaza otrzymała w darze od życia kolejną traumę  do zamurowania. Zamknęła w sobie kolejny płacz".

Tytułowe dwie kobiety to wdowa Bogna Kawecka i mężatka w trakcie rozwodu Ewa Starzyńska. 
Bogna prowadzi pensjonat o poetycko brzmiącej nazwie "Stara szkoła" mieszczący się w miejscowości Glinka. Jej życie towarzyskie ogranicza się do obsługi gości pensjonatu, wieczornych rozmów z miejscowym księdzem i pomocy biednej rodzinie, która mieszka nieopodal.
Na wystawione przez nią ogłoszenie o pracę odpowiada Ewa, która z kolei mieszka w Katowicach, niedawno rzuciła pracę, próbuje się "bezboleśnie" rozwieść i uwolnić spod wpływu duszącej miłości matki, ale to nie wszystko... kobieta skrywa tajemnicę, o której nie chce z nikim rozmawiać.
Tak losy kobiet się krzyżują.


"- A kto powiedział, że tylko szczęśliwe życie ma sens?"

W trakcie codziennych obowiązków, kobiety praktycznie się mijają - nie zamieniając ze sobą zbyt wielu słów. Dodatkowo przyjaciel Bogny - ksiądz Marek niezbyt pała sympatią do Ewy, ale całą trójkę coś jednak łączy - pomoc biednej rodzinie sąsiadów.
Choć Ewa na początku wzbrania się przed zbytnią zażyłością, w końcu i ona interesuje się ich losem. Jakby za mało było smutku, jak to niestety w życiu często bywa, u biednej rodziny dochodzi do tragedii, która pociąga za sobą wiele zmian w życiu wszystkich pozostałych bohaterów.

Powieść Hanny Dikty jest nieszablonowa, kompletnie wymyka się wszelkim schematom. Autorka w realny sposób opisuje życie, które rzadko przypomina bajkę. Jest ciężko, przytłaczająco i kiedy myślimy, że to już wszystko, co człowiek może znieść, okazuje się,
że los pisze kolejny dramat.
Nie jest jednak tak, że dusimy się atmosferą i jesteśmy w labiryncie najczarniejszych zdarzeń, z którego nie ma wyjścia. Życie zawsze daje furtkę.

Bohaterki pani Hanny są rzeczywiste, prawdziwe. Ich emocje są namacalne, a czytelnik współodczuwa każdą z historii z jakimi się mierzą. Czasem pokrętne decyzje, które podejmują mogą zdziwić lub, co wrażliwszych, czy też konserwatywnych - zszokować.
To dobra proza, która zapewne uwolni wiele skrytych emocji, zmusi do przemyślenia własnego życia i docenienia tego co mamy TERAZ.
8/10.

"- Takie już to życie jest, niesprawiedliwe i trudne". 

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019
Liczba stron: 328
Kategoria: literatura obyczajowa




#20 Pozornie bez winy - Paulina Medyńska

#20 Pozornie bez winy - Paulina Medyńska




Kiedy podróżowałam po niezbadanych obszarach internetu natrafiłam na fragment niewydanej powieści Pauliny Medyńskiej. Był to początek kryminału, który napisała - brzmiał on na tyle ciekawie, że skomentowałam, a sama autorka zapytała czy nie zechciałabym przeczytać całości. Choć miałam z tyłu głowy niedawną przygodę z autorem, którego nazwiska nie wymienię - który odważył się wydać sam swój kryminał - co nadal uważam za totalną pomyłkę - bo czytać tego się po prostu nie da... postanowiłam spróbować, przecież nie każdy na lekcjach języka polskiego grał w statki zamiast się uczyć.
Także tego, jak wspomniałam autorka przesłała mi powieść w formie elektronicznej.

W niedzielę około godziny 14, postanowiłam zajrzeć do tego tajemniczego e-booka. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to - brak korekty - ale jest to zupełnie zrozumiałe biorąc pod uwagę etap, na jakim jest autorka i jej książka. Postanowiłam wyłączyć swój detektor wykrywający końcówki, przecinki, błędy stylistyczne - kto ich nie popełnia niech pierwszy rzuci kamieniem! Nie było ich znowu też, aż tak dużo... Ale, do rzeczy.

Bohaterami powieści jest dwójka policjantów - Marcin Anders - wracający po urlopie zdrowotnym, na który musiał się udać po dość obciążającym psychicznie wcześniejszym śledztwie, i będąca u progu kariery policyjnej młodziutka Florianna Szulc. Losy tej dwójki splatają się za sprawą śledztwa, które będą prowadzić.
W pewnej mieścinie zwanej Miasteczkiem, w pierwszy dzień wiosny zostają odkryte zwłoki bardzo młodej dziewczyny - Alicji. Choć zginęła od uderzenia w głowę, to jej ciało nosi ślady pośmiertnych ran kłutych, a dodatkowo w okół ciała sprawca ułożył kamienie.
Pierwsze kroki prowadzą... na plebanię!

Poznajemy również dziennikarza Aleksa Znajdę, którego łączy wspólna przeszłość z śledczym Andersem, ale nie tylko. Dziennikarz dość dobrze zna przyjaciółkę pierwszej ofiary.. Tak pierwszej - bo ofiar jest więcej! 
A im brniemy głębiej w historię tym więcej jest dowodów, powiązań, kłamstw, zdrad, rodzinnych brudów, czyli wszystkiego co zawsze łączy małe miasta - wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko - a jak przychodzi co, do czego to się okazuje, że jest zgoła inaczej.
Będziemy wspólnie z śledczymi penetrowali stare tunele, które podobno mogą skrywać złoto, czytali kryminały, liźniemy trochę techniki śledczej rodem z CSI, popatrzymy zza pleców na rodzący się romans, który swoją drogą w ogóle mi nie przeszkadzał - mimo że nie należę do fanek takich wątków. 

Akcja toczy się nie przerwanie od pierwszych stron i ani na moment nie zwalnia. Tutaj nikt się nie będzie nudził i choć jesteśmy w kryminalnym schemacie, i można szybko domyśleć się kto, to nie warto odmawiać sobie przyjemności zgłębiania zawiłych losów dwójki policjantów.
Choć poczułam się dotknięta kiedy Kuba Sienkiewicz został nazwany "klasykiem" - aż tak wiekowa jestem? Ale autorka zrekompensowała mi to nawiązaniami do... Comy, której wcześniejsze albumy znam na pamięć. 

Można oczywiście ponarzekać, że trochę schematycznie, że naiwne miłostki, że młodzieńcze ideały stoją za zawodowym wyborem bohaterów, że czuć jakąś amerykańskość... Można, ale po co? 

Z całego serca życzę autorce, żeby któreś z polskich wydawnictw zdecydowało się wydać jej powieść, bo jest to dobra pozycja, a każda następna na pewno będzie jeszcze lepsza!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...