Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator
Zastanawiałam się kilka dni jak napisać o jednej z moich ostatnich lektur, aby jednocześnie było to wystarczające, podsumowujące treść i moje odczucia oraz w jakiś sposób zachęcające, ale bez narzucania mojego toku myślenia. Żeby każdy kto przeczyta to, co napisałam, mógł ocenić czy ta książka jest dla niego. Od osób piszących na temat okołoksiążkowe wymaga się jakiejś uniwersalności, zapominając gdzieś po drodze, że my tu zwykle o gustach piszemy, własnych, a nie cudzych. 
 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 
Pisarstwo Joanny Bator znałam do tej pory jedynie z „Piaskowej Góry”, po której miałam czytać „Chmurdalię”, ale rzuciłam się na opasłe tomiszcze jakim jest „Gorzko, gorzko”.
To czteropokoleniowa saga rodzinna, której porwane losy spaja bohaterka i narratorka - Kalina, której JA otwiera i zamyka tę powieść.

Pierwsze ogniwo to Berta, która tak bardzo marzyła o lepszym życiu, że zaczęła to, które wiedzie spisywać, a powstałe teksty poprawiać, jakby to te poprawki je kształtowały, a z czasem zupełnie przestała dostrzegać rzeczywistości.
Potem poznajemy Barbarę, która w dorosłym życiu utraciła wszystko o czym marzyła, o co się modliła. Przyjęła zatem kolejny jego etap jako pokutę.
Jako trzecia na scenę wkracza heroina Violetta „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”, która całe życie pragnęła uwagi, grała zatem w teatrze, który z prawdziwym życiem wspólne miał jedynie miejsce akcji.
No i jest Kalina, która prawie nic o swojej rodzinie nie wie, jest zatem nieświadomą spadkobierczynią majątku tonącego w morzu przydasi, weków i opowieści o wilkach. A Lupus in fabula ma różne oblicza, od metaforycznych po dosłowne. Jego kły czasem pozwalają przetrwać, a czasem odbierają tę możliwość. To jak jest, zawsze jest zależne od tego jak było. Z każdej drogi można zejść, ale trzeba wiedzieć skąd wiodła.

Jeżeli nie czytaliście niczego, co napisała Joanna Bator to musicie wiedzieć, że ta pisarka to zaklinaczka języka polskiego. Wszyscy mamy dostęp do tych samych słów, ale nie u każdego one łączą się w zdania ośmiornice, będące jednocześnie opisem zdarzeń i zapisem dialogów, które tworzą piękną melodię, ale tylko wtedy gdy się chce jej słuchać.
Czas i przestrzeń są nierozerwalne i tak też jest w historiach pisanych przez Joanną Bator. W „Gorzko, gorzko” miejsca akcji są zmienne, czas zatem również. Postaci epizodyczne dają nam szczegóły, istotne  dla tła społeczno-historycznego, które wzmacniają w nas poczucie prawdziwości czytanej historii.

Od pierwszych stron „Gorzko, gorzko” urzekło mnie językiem, ale nie uwiodło prezentowaną historią. Szczątkowe informacje, były mało angażujące i czułam, że się jakoś tam mozolę, ale kiedy wszystko zaczęło się zazębiać, a historie przenikać, bo nie dość, że mamy biografię każdej z postaci, to możemy te kobiety zobaczyć oczami innych, to parafrazując Comę: obudziłam się wplątana w cudzą pościel, w cudze sny.

Magiczność w prozie Joanny Bator to wspomnienia ludzi, których już fizycznie na świecie nie ma, ale pamięć trzyma ich nadal blisko żywych, nadal kaszlą i mówią. Magiczny też jest realizm zaczynając od poczucia osamotnienia, strachu przed porzuceniem, przez
domowe wyroby mięsne, Budkę Suflera, opowieści zapewniane przez „Skandale”, wiersze Stachury i książki mające dawać wrażenie oczytania, bo o to zwykle się wszystko rozbija, o to robienie wrażenia.
Kiedy zanurzamy się w przeszłość nie odnajdujemy ponumerowanych faktów, przez co, ta ważna dla mnie, realność historii jest namacalna, nawet wtedy gdy czyny, których podejmują się bohaterki napawają mnie odrazą.

Okładka „Gorzko, gorzko” jest pięknie ukwiecona, aby wabić czytelników jak pszczoły, jednak tytuł ostrzega, że po tym nektarze miód może nie być ani słodki, ani przejrzysty.
Skończyłam tę powieść kilka dni temu i mam jakąś taką w sobie nostalgię, tęsknotę do tych historii. Bo chociaż zostały zamknięte, to ich wydźwięk zawsze pozostanie żywy.


Gorzko, Gorzko - Joanna Bator


Wydawnictwo: ZNAK
Data wydania: 25 listopada 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: literatura piękna


Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Cykl „Opowieści z Wieloświata” znam dobrze. Świetnie się bawiłam podczas czytania „Wiedźmy”, naprawdę!, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu - śmiałam się z perypetii zagubionej we współczesności wiekowej wiedźmy.
„Żertwa” urzekła mnie drugim dnem, mrokiem, wątkiem kryminalnym i zabawą formą. „Kuglarz” miał już trochę inne zadanie, ukrytą treść trzeba było wyłuskiwać, ale nadal była to powieść, w której się odnajdywałam i, mimo wielości przemyśleń w narracji, pozwalała mi czerpać przyjemność z rozpisanej przez Autorkę akcji.

 

Wieloświat - Anna Sokalska

 

Przyszedł czas na „Wieloświat”, czyli (chyba?) ostatnią część cyklu. I nie wiem co się stało, ale ja nie jestem w stanie tej książki przeczytać. Utknęłam przy ostatnim rozdziale drugiej części i dalej zwyczajnie nie dam rady. Czasy, kiedy zmuszałam się do czytania książki, po prostu minęły, i to bezpowrotnie.
Opisywana rzeczywistość, a jest to wizja jak najbardziej możliwej przyszłości, jest niezwykle drobiazgowa. Do tego dochodzą treści egzystencjalne, a potem dopiero postaci i ich losy. Postaci, liczba mnoga.
Nie czuję dynamiki, ani nie czuję powodu dla którego miałabym tę powieść chcieć przeczytać. Po każdej próbie czułam się zwyczajnie czytaniem zmęczona.
Pojawiają się fragmenty bardzo ciekawe jak np. losy Ygdril mające miejsce przed głównymi zdarzeniami.
Wątki ludzi, którzy powinni mnie interesować ginęły mi z oczu w, zdającym się nie mieć dna, morzu opisów. Lubię drobiazgowość, ale lubię mieć miejsce na własne przemyślenia. Lubię kiedy treści jest więcej między wierszami, a mniej zapisanej.
Nadal jest wiele symboliki, nadal można w niej dłubać i szukać jeszcze tam przesłania. Są nawiązania do różnych wierzeń, które ukazują różnorodność jako wspólnotę.

Można czytać tę część bez znajomości poprzednich, chociaż nawiązania się zdarzają, jednak nie powodują dezorientacji, to taki ukłon w stronę znających wcześniejsze książki cyklu.

Trochę mi żal, że nie znalazłam już w „Opowieściach z Wieloświata” tego, co było mi bliskie. A może to ja się zmieniłam? Nie wiem.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 18 października 2020
Liczba stron: 576
Kategoria:fantastyka, fantasy, science fiction

#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska

#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska

#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska
"Dama ze szmaragdami" to kolejny tom przygód młodej arystokratki Madeline Hyde, która tym razem ma za zadanie rozwiązać sprawę tajemniczej śmierci swojej przyjaciółki - Claire Evans.
Madeline przybywa do Dworu pod Cisami (prawie dwa lata po wydarzeniach, które miały miejsce na Wzgórzu Mgieł), by uczestniczyć, poniekąd, w przygotowaniach do ślubu Claire
Evans i Dereka Vernidera.
Claire, która  pozuje do obrazu (tradycji rodziny Verinderów) z dnia na dzień czuje się coraz słabsza, aż w końcu... umiera... Jej śmierci towarzyszy burza, odnalezienie tajemniczej czaszki i powstanie tematu klątwy, a sama Madeline cudem unika śmierci.
Narzeczony, dopiero co zmarłej, panny Evans ma brata Dextera i siostrę Alice.
W domu rodu Verniderów panuje gęsta atmosfera, stosunki między najbliższymi są bardzo napięte.
Alice ma potrzebę ciągłej rywalizacji, a Dexter - jako niepełnosprawny - ma żal do rodziny, m. in. za nierówne traktowanie rodzeństwa.
W domu przebywa również malarz, kiedyś bardzo sławny, dziś schorowany i niestroniący od alkoholu -
Monsieur Dubois.
Wszystkim zawiaduje matka rodzeństwa.
Droga do prawdy będzie wybrukowana rodzinnymi tajemnicami, przemilczeniami i zdradami wszelakiej maści. 

"Są chwile, kiedy dostrzegamy nagle intensywniej niż kiedykolwiek mnóstwo faktów, mnóstwo otaczających nas, pozornie nieistotnych szczegółów. Jak gdyby zdruzgotany umysł chwytał się okruchów rozpadającej się rzeczywistości, żeby przykryć nimi prawdę o sobie samym".

Mogłoby się wydawać, że jest to po prostu kryminał w stylu retro, jednak dla mnie jest to powieść, której zdecydowanie bliżej do literatury pięknej.
Sama zagadka kryminalna nie jest specjalnie trudna do rozwiązania i nie miała ona dla mnie aż takiego znaczenia. Choć gdyby ją mocniej poplątać, fani typowych kryminałów retro, byliby pewnie bardziej zadowoleni.

Paulina Kuzawińska bawi się konwencją powieści gotyckiej, romansu grozy. Da się to zauważyć; od sposobu w jaki kreuje swoich bohaterów, którzy są mocno przerysowani. We wszystkim co robią, czy mówią wybrzmiewa przesadna egzaltacja, sentymentalizm.
Znajdziemy tu niewinne, delikatne jednostki, ale i osobnika, który reprezentuje przeciwstawną charakterystykę i nie tylko z powodu swojej powierzchowności.
Dom, w którym toczy się w głównej mierze akcja, kipi wręcz upiorną atmosferą, oczywiście taką żywcem wyjętą z epoki wiktoriańskiej.

Na scenie pojawi się sam Doktor Watson i Aleister Crowley - brytyjski okultysta, który nie pozostawi bohaterów samych w opresji.
W treści pojawiają się listy i wiersze, które podsycają romantyczny charakter opowieści.


Pierwszą część o Madeline Hyde, czyli: "Damę z wahadełkiem" czytałam w zeszłym roku, w sierpniu, i choć wtedy mnie zachwyciła klimatem, to czuję, że i tak nie doceniłam Autorki. Paulina Kuzawińska pisze jakby żyła w czasach, w których tworzyły Elizabeth Gaskell, czy Edith Wharton. 
Wdzięcznie łączy ze sobą ulubione motywy i plastyczny styl opisów.

"W całym ogrodzie czuć było pulsowanie wiosny, która lada chwila miała usiać kwiatami okoliczne wzgórza i spłukać z nich ostatnie resztki zimy kąpielą krótkich gwałtownych burz".

Już po przeczytaniu samego prologu, wiem, kto jest Autorką powieści, którą dzierżę w dłoni. W Jej książkach wszystko jest szczegółowo przedstawione od architektonicznych smaczków epoki, w której żyją jej bohaterowie, przez opisy pięknej, czasem wręcz mistycznej przyrody, do bogatych charakterystyk postaci, zarówno od psychologicznej strony (to, co dzieje się z Dexterem) do szeleszczących sukien i połyskującej biżuterii. 
Długość zdań, obfitość opisów, czy porównań może przytłoczyć, ale kiedy ma się świadomość do czego Autorka nawiązuje, wszystko okazuje się jak najbardziej na miejscu.
Polecam obie części - dla klimatu epoki wiktoriańskiej, tajemnic i romantyzmu (nacechowanego czasem metafizycznie) z lekką zagadką kryminalną.









Wydawnictwo: Lira

Data wydania: 26. lutego 2019
Liczba stron: 336
Kategoria: literatura piękna
#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"

#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"


Już we wtorek - 10 marca 2020 roku - do księgarń trafi "Pudełko z pamiątkami", które objęłam patronatem medialnymi,
i o którym pisałam w poprzednim poście - TUTAJ.
W przededniu premiery udało mi się zadać Katarzynie Kowalewskiej kilka pytań!

fot. Kuba Machnikowski 

Katarzyna Kowalewska to wielbicielka książek, która potrafi czytać, idąc chodnikiem i się przy tym nie przewrócić. Mieszka w Grodzisku Mazowieckim z mężem i dwoma psami, z których jeden bez przerwy wyleguje się w słońcu, a drugi bez przerwy psoci. Kocha lato, morze, swój pisarski pokój, wesołego punk rocka oraz grę w badmintona. Uczestniczka warsztatów literackich w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2015, 2018), Międzynarodowego Festiwalu Kryminału (2018) oraz Festiwalu Góry Literatury (2018). Zaczynała jako felietonistka dla portalu sportowego. Zadebiutowała powieścią łotrzykowską „Pijany skryba”. Jej opowiadania ukazały się w antologiach: „Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności”, „Obiecaj”, „Bierz mnie”, „Memento” oraz „Czytanie ziemi”. 
"Pudełko z pamiątkami" to jej pierwsza powieść obyczajowa. 



Pod_lasem czytane: Zacznę od tego, od czego zwykle się zaczyna - czyli od początku… :) 

Katarzyna Kowalewska: Fantastycznie! Lubię to. 

Pod_lasem czytane: Urodziłaś się z długopisem w dłoni? Od dziecka wiedziałaś, że chcesz pisać? Z wypracowań na lekcjach języka polskiego zawsze miałaś najwyższą ocenę? 

Katarzyna Kowalewska: No co Ty! Przyznaję się jedynie do tego, że urodziłam się z książką w dłoni. A panie z Biblioteki Garnizonowej w mojej rodzinnej miejscowości zrobiły ze mnie książkoholika.
Pisanie? Scenariusze do dziecięcych teatrzyków to dziecinada, a pamiętniki to głównie gorzkie żale na rodziców. Chyba pierwszy kurs kreatywnego pisania zasiał we mnie ziarno pisarzyny. Zresztą na tych zajęciach napisałam pierwszy rozdział mojej pierwszej powieści. Poważnie!
A lekcje polskiego? Kochana, ja prawie w ogóle nie czytałam lektur. Na szczęście Pani Profesor zawsze na początku je streszczała, więc nie musiałam obawiać się zdemaskowania. Na maturze... Do diabła, to będzie poważny coming out! Polski to jedyny przedmiot, z którego dostałam czwórkę. 

Pod_lasem czytane: Debiutowałaś sześć lat temu powieścią łotrzykowską "Pijany skryba", w której głównym bohaterem jest mężczyzna... 10 marca tego roku ukaże się Twój debiut obyczajowy, w którym bohaterkami są w głównej mierze kobiety. Z perspektywy której z płci pisało Ci się łatwiej? 

Katarzyna Kowalewska: Zacznę od tego, że gdy pisałam „Pijanego skrybę”, byłam zupełnie inną osobą. Teraz nie umiałabym napisać czegoś podobnego. Maciek – główny bohater – odzwierciedlał mój ówczesny temperament. Od tamtego czasu trochę się uspokoiłam. ;) Wcześniej czułam, że pisząc z perspektywy kobiety, robię się nienaturalnie ckliwa. Jakby bliżej było mi mentalnie do płci męskiej, mój kobiecy głos brzmiał fałszywie. Pisząc „Pudełko...”, stwierdziłam, że wcale nie muszę być ckliwa, żeby dobrze oddać kobiecą naturę. Mam nadzieję, że mi się to udało.

Opowiedzieć Ci dwie anegdoty na tematy „Skryby”? 

Pod_lasem czytane: No pewnie!
 Katarzyna Kowalewska: Pierwsza dotyczyła zarzutu użycia przeze mnie w tekście słowa „kardigan”. Jeden z krytyków stwierdził, że żaden mężczyzna nie potrafiłby zidentyfikować tego rodzaju odzieży. Odwróciłam się do męża i spytałam: „Wiesz, co to jest kardigan?”. A on: „Taki sweter zapinany na guziki.” Gdybyś go poznała, zrozumiałabyś, że nie jest to facet, którego konikiem jest moda. 
Druga anegdota dotyczy męskiego czytelnika. Pani w zaprzyjaźnionej bibliotece zapytała go po oddaniu książki, czy mu się podobała. Powiedział, że owszem, książka zabawna, przygodowa, super. Pani spytała więc: „A zauważył pan, że napisała ją kobieta?” Pytanie wynikało z tego, że na okładce jako nazwisko autora widnieje „K.A. Kowalewska”, co nie jest oczywistym wskazaniem płci. No i kiedy pan sobie to uświadomił, stwierdził: „Faktycznie. Zdarzały się pewne dłużyzny.” Tak że w oczach mężczyzny kobiety pisarki mają przyszytą jakąś łatkę nudziar. Tak czy siak to zabawna historia.] 

 
fot. Kuba Machnikowski 
Pod_lasem czytane: Zapytałam Marcina i powiedział, że kardigan to: sweter :) Jednak krytyk nie miał racji :)
Zanim przejdę do pytań o "Pudełko z pamiątkami" chciałabym jeszcze dowiedzieć się dlaczego "aż" lub "tylko", bo wszystko zależy od punktu widzenia, czekałaś z wydaniem kolejnej powieści? 

Katarzyna Kowalewska: Nie wiem, czy chcesz tego słuchać. Zacznę dramatyzować. 

Pod_lasem czytane: Ależ chcę! Pisałaś i wydawałaś opowiadania, to wiem, ale co w trakcie? 

Katarzyna Kowalewska: Jednak chcesz, żebym opowiedziała tę dramatyczną historię. W porządku. Na Twoją odpowiedzialność. Otóż „w trakcie”, jak to ujęłaś, oprócz kilku opowiadań na zadany temat, nie napisałam niczego, to znaczy żadnej powieści. Straciłam pisarski głos. Niestety.
Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie zdemaskować osoby, która nie jest nawet świadoma tego, co się stało. W każdym razie jest cenionym krytykiem. Wyraziła się szczerze o jednym z tekstów, nad którym pracowałam i z którego byłam dumna. Ogólny wydźwięk wypowiedzi tej osoby był taki, że tekst jest o niczym. Rozumiesz? To całkowicie podkopało moją wiarę we własne umiejętności. Plik natychmiast skasowałam i bodaj przez dwa lata nie byłam w stanie napisać dłuższego tekstu, bojąc się, że nie będzie wystarczająco dobry.
Na szczęście ten czas mam za sobą. Teraz wystukuję literki, aż się iskrzy! Właśnie kończę kolejną powieść, już mam pomysł na następną i nikt mnie nie zatrzyma. ;) 

Pod_lasem czytane: W "Pudełku z pamiątkami" główną bohaterką jest Asia, z którą i ja odnajduję kilka punktów wspólnych, ale nie mogę wyzbyć się skojarzeń z Tobą! Asia jest ciepłą, niezwykle sympatyczną 32-latką, która niemal wszystko wizualizuje i ma dość zadziorne poczucie humoru. Do tego jest tłumaczką - jak Ty, która pracuje jako fotografka - Twoją pasją jest również fotografia, a jej pokój to dżungla - jak Twój pisarski pokój (który zresztą można zobaczyć na Twoim profilu na Instagramie). Dzielisz z nią i gust muzyczny, czy umiłowanie do literatury, ponieważ Aśka pięknie wszystko potrafi spuentować odpowiednim cytatem. U innych bohaterek również, widzę kilka Twoich cech, np. u Lilki umiłowanie do kolorów.
Kiedy tworzyłaś swoje bohaterki, to miałaś od razu taki zamysł? 

Katarzyna Kowalewska: Ach, jakże trudno całkowicie zdystansować się wobec swojego bohatera. No nie potrafię. Na tej zasadzie nie umiałabym napisać powieści, której głównym bohaterem byłby morderca, bo zwyczajnie nie mam morderczych skłonności. Tak więc owszem, mamy z Aśką wiele punktów stycznych. Z drugiej strony moi bohaterowie to nie wiwisekcja własnej osoby, nie piszę w ramach autoterapii i nie poruszam wątków osobistych. Sprawy osobiste zostawiam w zaciszu domowym.
Natomiast wspólne mianowniki to raczej ułatwienie, które pozwala na uzyskanie bardziej plastycznych opisów. Mówiąc konkretnie, o wiele łatwiej jest mi opisać własny pokój, niż tworzyć nowy byt. Nota bene, kostka brukowa w kolorze cafe late to moja kostka, dom Aśki znajduje się w podobnej lokalizacji. Maciek ze „Skryby” mieszkał w mojej ówczesnej kawalerce i podróżował w moje rodzinne strony tym samym autobusem PKS. Ale uspokajam: nie wszyscy moi główni bohaterowie mieszkają w jednym pokoju i jeżdżą jednym PKSem. Choć byłby to z pewnością wesoły autobus. ;) 

 

Pod_lasem czytane: Czy kiedy zaczynasz pisać to masz już w głowie zarys tego, co chcesz opowiedzieć, czy może najpierw tworzysz bohaterów?
A jak było w przypadku "Pudełka z pamiątkami"? 

Katarzyna Kowalewska: Mam swoją metodę. Jest to średnia wyciągnięta z cennych porad pisarskich i polega na tym: daję sobie trzy dni na obracanie pomysłu w głowie i wypisywanie go na kartkach. W trakcie owej burzy mózgu zdarza mi się tak udoskonalić wizję, że kompletnie się różni od pierwotnego zamysłu. Notuję początek, to znaczy, w jaki moment akcji chcę wrzucić bohatera, i koniec, czyli w jakim punkcie bohater ma się znaleźć po przejściu przemiany, taki azymut. Wypisuję również trzy, cztery punkty zwrotne i ustawiam je w kolejności od najmniej poważnego, do najbardziej dramatycznego. Teraz wystarczy wypełnić wszystko tekstem. ;)
Opracowuję jeszcze coś na kształt CV ważniejszych bohaterów. Kiedy, gdzie się urodzili, członkowie rodziny, szkoły, zainteresowania, wygląd, cechy charakteru. To bardzo pomaga w trakcie pisania. Nawet jeśli nie zamieszczę konkretnej informacji w tekście, zawsze mam podstawę do zastanowienia, czy np. osoba, która studiowała psychologię, zachowałaby się w taki a nie inny sposób. Niestety mam też słabą pamięć do szczegółów i często muszę sprawdzać np. jak ma na imię siostra bohaterki albo jaki kolor oczu ma jej ukochany. Poważnie. Wiem, że to nie najlepiej o mnie świadczy, ale taka jest prawda.
I to by było na tyle. Oczywiście moje notatki nie nadają się do publicznego odtwarzania, gdyż wypracowanie dziesięciolatka brzmi bardziej literacko. Ale tyle mi wystarcza. Kiedyś, w ramach eksperymentu, obmyśliłam sobie powieść scena po scenie, na tablicy korkowej, zaznaczając kolorami, i tak mnie ta czynność znudziła, że nigdy tej powieści nie napisałam. Tak że jak widzisz, nie jestem typiarą, która wszystko szczegółowo planuje. 

Pod_lasem czytane: Jesteś niezwykle interesującą kobietą. Masz szereg zainteresowań, od sportu przez fotografię i sztukę pisania, języki obce, kochasz muzykę i zwierzęta, czy to wszystko pomaga Ci w tworzeniu opowieści? I jeszcze jedno: czy zawsze masz przy sobie notes, w którym zapisujesz to, co może Ci się przydać w kolejnej historii? 

Katarzyna Kowalewska: Dziękuję, choć uważam, że każdy człowiek jest interesujący, tylko niektórzy po prostu mają większe gadane. ;)
Różne zainteresowania na pewno pomagają, choć lubię się żalić, że nie mam żadnego konkretnego, ciekawego fachu, który mogłabym wykorzystać w książce. Nie jestem archeologiem, psychiatrą ani policjantką. Miałabym osadzić akcję w urzędzie? Chyba żart! Czytelnicy poumieraliby z nudów.
Jeśli chodzi o notes, oczywiście mam coś takiego i zawsze jest to Moleskine. Wiem – luksusowy fetysz, ale na żadnych innych kartkach nie pisze się tak wygodnie ołówkiem automatycznym. A jestem też ołówkowo-automatyczną fetyszystką. Ostatnio jednak spisuję wszystko w komórce. Nie, nie zrobiłam się ultranowoczesna. Po prostu kupiłam sobie świetny smartfon i lubię czasem popisać się nim w pociągu. 

Pod_lasem czytane: Może to niedyskretne pytanie, ale czy "Pudełko z pamiątkami" wysłałaś do wielu wydawnictw? Jak to z nim było? Jeżeli oczywiście nie jest to tajemnicą. 

Katarzyna Kowalewska: Już opowiadam. Ach, jak ja lubię Twoje pytania! Mówiłam Ci? Są genialne, niesztampowe. Będę Cię wszystkim polecać jako wywiadowczynię. ;)
Ale do rzeczy. Otóż w tym przypadku też miałam metodę. Najpierw odwiedziłam kilka popularnych księgarń. Zatrzymywałam się przed regałami z literaturą obyczajową i
wypisywałam nazwy wydawnictw, których książek najwięcej stało na półkach. Szczerze, naprawdę chciałabym kiedyś pisać zawodowo, a żeby to robić, czytelnicy muszą o mnie wiedzieć. Nie dowiedzą się inaczej, niż widząc moje książki na półkach.
Wracając to meritum, zrobiłam listę A, czyli najlepszych z najlepszych, i awaryjną listę B wydawnictw, do których miałam wysłać powieść, gdyby nie odezwał się nikt z listy A. Tych najlepszych było bodaj osiem i do nich rozesłałam rękopis. Po dwóch miesiącach braku odpowiedzi, pamiętam, że to był piątek, napisałam maila z delikatnym przypomnieniem. W poniedziałek czekała na mnie wiadomość życia od wydawnictwa Zysk i S-ka. Nie muszę mówić jaka. ;) 

Pod_lasem czytane: Nie będę pytała o ulubione gatunki literackie, ale zapytam o ulubionych pisarzy. Kto inspiruje Kasię Kowalewską? 

Katarzyna Kowalewska: Jest wielu takich pisarzy. Nie chciałabym mówić, że mnie inspirują, bo to by oznaczało, że w jakiś sposób wybrzmiewają w moich powieściach, a to byłoby zbyt daleko posunięte stwierdzenie. Nie śmiem się porównywać do takich osobistości. Alice Murno – czarodziejka słów, która pozwala podglądać zwykłe życie przez okno kuchenne. Etgar Keret – mistrz zaskakującej pointy. Stephen King – ten facet pisze takie thrillery, że nawet jeśli przez całą powieść bohater tylko idzie, to czapki z głów, droga Pani. Liz Gilbert – po prostu kocham jej umysł. Elif Shafak i Chimamanda Ngozi Adichie – szacunek za to, jak postrzegają kobiety. Lubię też humor i lekkość pióra Nicka Hornby’ego oraz polskich autorek Aleksandry Tyl i Asi Tekieli. 

Pod_lasem czytane: Wybacz mi to może niezbyt wyszukane pytanie, ale: po co piszesz?

Katarzyna Kowalewska: Bo jest to dla mnie świetny sposób na spędzanie wolnego czasu. Bo chcę się tym zajmować zawodowo – takie moje utopijne marzenie. Bo lubię czasem pobyć sama ze sobą, bez towarzystwa innych ludzi. A ile można czytać. ;) 

Pod_lasem czytane: Stresujesz się nadchodzącą premierą? Czy może jesteś przekonana o jej sukcesie, tak jak ja? 

Katarzyna Kowalewska: Stresuję się to może za dużo powiedziane. Czuję dreszczyk podniecenia. Jestem ciekawa, jak to wyjdzie, zwłaszcza że zaczęłam współpracę z dużym wydawnictwem. I absolutnie nie jestem przekonana o sukcesie, nawet jakby mi ktoś codziennie to powtarzał. Po prostu taka jestem. No nie przetłumaczysz.
To już ostatnie pytanie? Jaka szkoda! Ja się dopiero rozkręciłam. Dziękuję pięknie za rozmowę. Było mi bardzo miło i mam ogromną nadzieję, że Cię nie zanudziłam. Pozdrawiam wszystkich moich czytelników, życzę przyjemnej lektury „Pudełka...” i uprzedzam uczciwie: zwrotów nie przyjmujemy. ;) 

Kasiu, bardzo dziękuję Ci za tę krótką rozmowę! Życzę Ci niekończącego się natchnienia i samych bestsellerów :)


"Pudełko z pamiątkami" ukaże się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka
10 marca 2020 roku.  
Tego dnia planuję ogłoszenie konkursu na moim profilu na instagramie (@pod_lasem_czytane), gdzie będą do wygrania trzy egzemplarze tej powieści!
Zapraszam!



#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY

#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY


"Pudełko z pamiątkami" Katarzyny Kowalewskiej to ciepła opowieść o trudach codzienności; o prawdziwej kobiecej przyjaźni, z subtelnym wątkiem romantycznym, okraszona kilkoma kroplami smutku i obficie podlana zadziornym poczuciem humoru. 

Główną bohaterką powieści jest Asia Maciejska, trzydziestodwuletnia tłumaczka, która oddaje się wolnemu zawodowi fotografki. Tworzy ze swoimi przyjaciółkami Lilką i Wiktorią trio, które wyznaje zasadę zupełnie jak z powieści Aleksandra Dumasa: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!"
Ale jak to w życiu bywa nic doskonałe nie jest! Czasem wystarczy coś przemilczeć, oczywiście mając czyjeś dobro w zamyśle, i zaczynają się kłopoty.
Lilka właśnie wychodzi za mąż, Wiktoria jest organizatorką wesela - zajmuje się tym zawodowo, a Asia, oprócz roli druhny, wypełnia również rolę fotografa.
Wszystko zapowiada się pięknie, w końcu ślub, miłość, romantyzm, ale... przyjaciółki niekoniecznie popierają wybór Lilki. Wspierają ją jednak, jak tylko kobiety potrafią.
Traf chce, że czujne oko aparatu rejestruje pewien szczegół, który niczym ruch skrzydeł motyla uruchamia prawdziwe tsunami zdarzeń.
Dodatkowo Asia, nie zna prawdy dotyczącej jej rodziców, a babcia Maryla, która mogłaby udzielić jej wyczerpującej odpowiedzi - milczy jak zaklęta. Kiedy bohaterka zbiera się na odwagę i próbuje nakłonić babcię do zwierzeń, to dla obu nie kończy się to dobrze. Jedna trafia do szpitala, a druga musi poruszać się o kuli.
Panna Maciejska nawet spowolniona, z powodu nabytej kontuzji, nie poddaje się w odkrywaniu prawdy - zarówno tej dotyczącej jej rodziców, jak i tej zapisanej przez aparat. Po drodze zmieni życie kilku nowo poznanych ludzi i stanie się doradcą w sprawach związanych z dorastaniem.


"Fotografowanie ślubów, komunii czy chrzcin pozwala mi pozostawać w cieniu. Ludzie są tak zaaferowani przeżywaniem rodzinnych radości, że nie zwracają na mnie uwagi. Traktują jak burego kota, który chodzi własnymi ścieżkami i do nikogo się nie łasi. A to schowa się za doniczką, to znów przyczai w półotwartych drzwiach. Niewidzialny. Wyizolowany. Bezszelestny".

Rzadko zdarza mi się znaleźć w fikcyjnej postaci tak wiele punktów wspólnych jak w przypadku Asi. Mamy podobne zamiłowanie do fotografii, i podobnie się ono rozpoczęło, współdzielimy gust muzyczny, lubimy czarne ubrania i gadżety, podkreślające zadziorny charakter. Nie lubimy nadmiernego okazywania uczuć i zbyt szybkiego skracania dystansu. Pomagamy, ale nie przepadamy za podziękowaniami, bo nas peszą. Kochamy wszystko wizualizować i zawsze znajdziemy odpowiedni cytat.
Choć przez większość fabuły jest zabawnie, z powodu kłopotów, w które Aśka co chwilę wpada i jej kwiecistych porównań, to Katarzyna Kowalewska porusza wiele trudnych tematów.
Podkreśla rolę dzieciństwa w życiu dorosłego człowieka, jak przemilczenia, które choć w gruncie rzeczy miały nas uchronić przed smutkiem, to go tylko powodują.
Człowiek zawsze dąży do poznania, a jak poznać siebie, kiedy się nie wie skąd się pochodzi?
Dostrzega jak nieodpowiednie zachowania dorosłych mają wpływ na kształtowanie psychiki nastolatki.
Jak jedna nieuczciwość rodzi kolejną.
Wytyka nam ocenianie po pozorach i przez pryzmat własnych doświadczeń, które nie zawsze są dobre, a przecież lubimy generalizować.
Porusza nawet problem nierównego traktowania rodzeństwa.
Dostaje się też trochę służbie zdrowia, ale oczywiście z odpowiednią dawką humoru.


A co z mężczyznami? Oczywiście są! Miłośniczki skrupulatnych opisów, służących do wiernego wyobrażenia sobie męskich bohaterów, na pewno nie będą zawiedzione!  

Podczas czytania miałam uśmiech "przyklejony" do twarzy, nawet zakończenie, które mnie wzruszyło, nie spowodowało, że przestałam się uśmiechać. 
To piękna historia o odkrywaniu własnych korzeni, o kobiecej przyjaźni, która choć ma czasem ciche dni, to przetrwa wszystko, kiedy jest prawdziwa.
Polecam, ale i ostrzegam! Książka Katarzyny Kowalewskiej jest jak słodka babeczka, od której się nie tyje, ale niestety równie szybko się ją kończy!


Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Pudełko z pamiątkami" trafi do sprzedaży 10 marca 2020 roku.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 10 marca 2020
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa


#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

"Czarne Miasto" to debiut literacki Marty Knopik i początek cyklu opowieści z Czarnego Miasta.
Lubię treści nieoczywiste, mroczne, duszące i przytłaczające, przez które zdaje się przedzierać zaledwie kilka promieni światła.
Uwielbiam ćmy, bo choć żyją w mroku wiedzą, że światło jest istotne, zawsze zmierzają w jego kierunku. Nawet niewielka jego ilość zmienia postrzeganie, tego na co się patrzy.
To książka dla mnie, ale czy jest dla Ciebie, tego niestety nie wiem, ale postaram się przybliżyć trochę jej treść, charakter i styl, którym przemawia Marta Knopik.

To literatura piękna, a określenie tego gatunku literackiego wywodzi się z języka francuskiego, powstało przez analogię do określenia sztuki piękne. Jednak w przypadku tej pozycji nie chodzi tylko o ładny język.

Głównymi bohaterkami "Czarnego miasta" są siostry BeBe - Belinda i Bianka oraz ich matka Wanda - która zagubiła się pośród wspomnień, w przepastnych labiryntach miasta, które spowija wieczny pył, a nieustające wstrząsy bezpowrotnie je niszczą. W Roku Zaćmienia straciła męża i smutek, żałoba - uwięziły ją w samotności, a ukochane córki wyjechały do Białego Miasta.
Przez całą historię kobiety próbują się odnaleźć - w rzeczywistości jak i w wymiarze duchowym. Poznajemy przeszłość śląskiej rodziny za pomocą opowieści brzmiących jak legendy i wspomnień opisanych jak kadry z filmu, lub malowane obrazy - jedna z sióstr jest artystką.


"Jeśli chodzi o okresy prawdziwego spania, nie udawanego, lecz takiego ze snami, to Belinda, jak każdy, ma swój stały, powtarzający się w snach motyw. Najczęściej znajduje się w jakimś niepokojącym domu, gdzie porusza się wśród korytarzy, pokoi, przejść, odkrywając kolejne drzwi i kolejne. Biegnie schodami w górę i w dół. Błądzi, próbując coś znaleźć lub starając się wyjść, uciec. Są w tych snach wydłużające się w nieskończoność tunele i przedpokoje, tak że nie sposób dojść do ich końca. Są amfilady drzwi, ciągną się jedne za drugimi i każde otwierają się z trudem, bo albo zamek się zacina, albo klamka zostaje w dłoni, albo są tak ciężkie, że trzeba się z nimi mocować. Za drzwiami ktoś jest, porusza klamką. Nie wiadomo kto, ale w Belindzie budzi się zwierzęcy strach i coraz gwałtowniej szarpie się z kolejnymi drzwiami, jej serce łomocze coraz bardziej, aż w końcu budzi się zlana potem i roztrzęsiona".

Wszystko w  tej powieści ma niezwykle metaforyczny charakter, każdy kolor, każde opisywane pnącze. Książka obfituje w bardzo bogate opisy, które budują czytelnikowi przed oczami świat widziany oczami Autorki. Choć obrazy, które przedstawia są jak wyjęte z powieści fantastycznych, to opisują realne miejsca i realne wydarzenia. Wbrew pozorom nie trzeba być mieszkańcem Śląska, by zobaczyć to, co kryje się pod rozpadającym się miastem.

To emocjonalna opowieść o poszukiwaniu tożsamości, o odkrywaniu kart z przeszłości, które jawią się jak wymieszane przypadkowe zdjęcia obcych sobie ludzi. Bohaterki próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. Zmierzają po trudnej drodze do zaakceptowania starty. Czasem trzeba zawrócić by znowu zacząć żyć. Marta Knopik pisze o miłości, która mimo bariery niezrozumienia nigdy nie straciła swojej mocy. Domyśliłam się do czego cała historia zmierza, jednak to jak Autorka maluje słowem pozwoliło mi czerpać przyjemność z czytania.

W moim odczuciu to bardzo dobry debiut. Trudna treść ukryta we mgle duszącej, ponurej atmosfery. Jednak nie każdy czytelnik odnajdzie się w labiryncie, który zbudowała Autorka i wyjdzie z niego z poczuciem satysfakcji z lektury.
To opowieść dla tych którzy
lubią się zastanawiać nad tym - dlaczego coś jest w takim, a nie innym kolorze i co to może oznaczać, a wyobraźnię mają wolną od ograniczeń.

Używanie techniki opowieści jak z literatury fantastycznej, jeżeli tak to mogę nazwać, by opowiadać o codzienności - przypominało mi trochę zabiegi z "Labiryntu Fauna" książkowej adaptacji filmu Guillerma del Toro - której to podjęła się Cornelia Funke, a marzenie senne - były dla mnie jak mroczne kadry z filmu "Cela" z 2000 roku. Natomiast samo Czarne Miasto przypomina mi trochę Tymczasowe Miasto z filmu "Franklyn" z 2008 roku.
Takie mam skojarzenia, może one pozwolą Wam zdecydować czy jesteście gotowi, by odwiedzić ulice Czarnego Miasta.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 19 lutego 2020
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura piękna

#157 Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk

#157 Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk


Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk
Żyję sobie pod lasem. Kocham przyrodę i ciszę przerywaną przez zwierzęta żyjące pośród drzew.  Uwielbiam wilki, zrobiłam wiele prac graficznych, w których one były w centrum.
Za dzikość, za wolność, którą tak naprawdę one są i za strach... przed ludźmi. 
Moją ulubionym cyklem z gatunku szeroko pojętej fantastyki jest "Opowieść o Alvinie Stwórcy" Orsona Scotta Carda, gdzie postaci z historii mieszają się z fikcyjnymi, a wszystko łączy się z opowieścią o zielonej krainie. O tym jak człowiek współistnieje z przyrodą, a nie nią włada. 

"Czarna, czarna toń" to debiut Martyny Szkołyk znanej z bloga PARTYZANTKA. Od razu wspomnę o tym, że dochód ze sprzedaży książki Autorka przeznacza na budowę pasieki, a książkę można zakupić TUTAJ.


Książka opowiada losy Klanu Nocy, postaci, które potrafią przemieniać się w wilka. Głównym bohaterem i narratorem jest Burzowy Gniew - zwany Burym, który trafił do aresztu, wtrącony do niego przez ludzi. Jest ranny, trawi go gorączka i trawi go historia, którą w sobie nosi. Zaczyna ją opowiadać chłopcu, który jest uwięziony wraz z nim. Do zwierzeń Burego skłaniają - niebieskie oczy chłopca - Svena, które przypominają mu kogoś, o kim mu opowie. Od czasu do czasu będziemy wracać do celi i monitorować stan zdrowia Burzowego Gniewu. Opowie o nam wszystko na temat jego Klanu, jego członków i pewnych ksiąg.

Narracja, którą stosuje Martyna Szkołyk przypomina mi podania. Jakby mi ktoś opowiadał zasłyszaną gdzieś, od kogoś historię, ocierającą się o różne wierzenia, muskającą nasze słowiańskie dziedzictwo. Może przeczytał ją w jakimś zbiorze, może co nieco sam dodał.
Wszystko w tej książce jest przesiąknięte magią. Od samego lasu i Wieczna - jeziora, po postaci, które choć przemieniają się w zwierzęta, są bardziej ludzkie niż nie jeden człowiek. Mają jednak podobne do nas wady -  oceniają się przez pryzmat pochodzenia, boją się tego, czego nie znają, a na krzywdę odpowiadają krzywdą.
Autorka wspomina rusałki, czy licho, jest i szaman, pojawiają się inkwizytorzy. Jest mrocznie. Jest krwawo. Głód i przemoc zbierają swoje żniwo. Co dajesz wraca.

Mimo że sama oś fabuły jest dynamiczna, to spokojna narracja równoważy dzikość charakterów bohaterów. Las żyje, a niektóre jego miejsca budzą strach i to nawet wśród żyjących w nim istot. Jednak najbardziej niebezpieczne mogą okazać się miasta zamieszkane przez ludzi.

Jak możemy się domyślić to nie jest to tylko wymyślona opowieść o nieistniejącym miejscu. Świat przedstawiony w "Czarnej, czarnej toni" jest odbiciem naszego. Nie mówimy bliskim tego, co czujemy. Popełniamy błędy, nie za wszystkie ponosimy pełną odpowiedzialność, ale często poczucie winy wynikające z ich popełnienia, więzi nas bardziej niż stalowe kraty.
Nie umiemy poprosić o pomoc, bo zdaje się, że nią nie zasługujemy. Czasem przykrywa nas woda, a wodę lód - toniemy, i musi przyjść ktoś kto wykuje przerębel. Przebaczyć nie jest łatwo, jak i o to przebaczenie poprosić - a ludzka niechęć do nazywania emocji jest jedną z najbardziej niszczycielskich sił.
To opowieść o potędze przyjaźni, umiejętności przyznania się do błędów i przebaczeniu. Sądzę, że każdy znajdzie w tej opowieści coś innego, ponieważ czytamy filtrując tekst przez pryzmat własnych emocji i doświadczeń.

Czytałam leniwie, niespiesznie i z dużą przyjemnością, choć żałuję, że to zaledwie 196 stron opowieści ze świata magii lasu.




Martyna Szkołyk - "Czarna, czarna toń"
Liczba stron: 200
Kategoria: fantastyka/fantasy
Kup

 


#146 Strupki - Paulina Jóźwik

#146 Strupki - Paulina Jóźwik


#146 Strupki - Paulina Jóźwik - recenzja - czy warto przeczytać?

Są takie książki, są takie historie, które trafiają do nas bardziej niż byśmy chcieli, niż byśmy się spodziewali. Takie, które pokazują, że każdy z nas ma w sobie jakieś ukryte drzwi, przez które sączy się coś, co stale wraca i stale mąci myśli.
Odkąd zobaczyłam zapowiedź "Strupków" Pauliny Jóźwik miałam przeczucie, które mówiło mi, że to będzie piękna książka. Dziś wiem, że powinnam się nim częściej kierować.

Główną bohaterką powieści jest Pola, młoda kobieta, która wraca do rodzinnego domu na pogrzeb ukochanej babci. Babci, która ją wychowała. Nosi w sobie wiele smutku i poczucia winy, które ją oplatają i duszą.
Odkryjemy relacje jakie ją łączą z najbliższą rodziną - z tatą, siostrą i ciocią - siostrą zmarłej babci. Powoli odkryjemy też sekrety - jakie kryje rodzina Poli. Wszystko w atmosferze melancholii i smutku do którego kontrastem jest piękny, poetycki i kwiecisty język metafor jakie stosuje Autorka. 


Książka ma zaledwie 256 stron, a czytałam ją trzy dni z uwagi na ciągle załzawione oczy - nie widziałam tekstu. Ale to były dobre łzy.
Jest pięknie i boleśnie jednocześnie. Odnajduje w tej historii wiele punktów wspólnych, czasem zbyt wiele.
Bohaterka chciałaby żyć po swojemu, zostać w mieście, nie rozpamiętywać tego, co było, patrzeć w przyszłość.
Tylko czy takie zepchnięcie części życia w zapomnienie to dobra droga?
Czy nie straci wtedy części siebie? Swoich korzeni?
Paulina Jóźwik zabrała mnie w podróż w czasie, której doświadczyłam również zmysłowo. Byłam w domu swojej cioci, która pełniła w moim życiu rolę babci.
Usłyszałam tę skrzypiącą podłogę, poczułam tę sztywną, wykrochmaloną pościel. Widziałam wielki, drewniany kredens na drzwiczkach
którego - ciocia suszyła zioła. Przypomniałam sobie wspólne pieczenie i wspólne posiłki.
Ale i wspólne milczenie o sprawach, o których się nie mówi, jakby niewypowiedziane słowa sprawiały, że problemy znikną, albo się same rozwiążą. Cisza, która jest tak głośna, że aż boli od niej głowa. Nikt nie lubi mówić o sprawach trudnych, o tajemnicach, o własnych żalach. To wszystko, co niewypowiedziane narasta i nas dręczy.



"Cisza zapychała nam usta jedzeniem bez smaku i wyrazu.
Cisza wypełniona mlaskaniem i uderzaniem łyżek o talerze.
Cisza, która mówiła o nas więcej, niż moglibyśmy się spodziewać".


"Rodzina była od tajemnicy. Od tego, żeby zasupływać języki, żeby w odpowiednim momencie powiedzieć: "zostaw", "daj spokój", "nic nie możesz zrobić".

Pisarka porusza wiele trudnych tematów. Śmierci bliskiej osoby, tęsknoty i bólu, który z niej wynika. Miłości, której nie było dane się rozwinąć.
Czy rzeczywiście musimy powielać scenariusze, które znamy?
Pokręcone relacje rodzinne, milczący, zimny ojciec, siostry, które powinny być sobie najbliższe - a są dla siebie obce.
Wszystkich coś uwiera, dusi, ale nikt nie chce powiedzieć wprost tego, co czuje, jakby z każdym wypowiedzianym słowem miałby zniknąć.
To opowieść, w której każdy - naprawdę każdy - znajdzie coś dla siebie, czy też fragment siebie, swojego życia.
Fabuła płynie niczym przenikające się pory roku. Powoli, niespiesznie z całą gamą kolorów i emocji - jak w realnym życiu.
A ja po każdym rozdziale zastanawiałam się: skąd ona to wie?
Po prostu piękna. Gratuluję!


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.




Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 9. grudnia 2019
Liczba stron: 256
Kategoria: literatura piękna

#108 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler

#108 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler


#106 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler - recenzja - czy warto przeczytać?
"Młodość... jak ją zdefiniować? Chyba to coś, co nie znika. Co zostaje w człowieku, jak się o to dba. A dbać należy".

Całkiem niedawno napisała do mnie Hanna Hippler, autorka książki "W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania" i okazało się, że jesteśmy praktycznie sąsiadkami. Pisarka zaproponowała, że przyśle mi swoją debiutancką powieść i prosi o naprawdę szczerą opinię. 

#106 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler - recenzja - czy warto przeczytać?

Głównymi bohaterami książki są Zosia, Dorka i Leon. Trójka dorosłych ludzi mających za sobą wiele smutnych przeżyć, doświadczeń życiowych.
Śmierć, żałoba, choroba alkoholowa - to nie są obce im tematy. Wszyscy troje poznają się w Małym Cichym, gdzie w pobliżu rodzimego masywu górskiego odpoczywają, szukają spokoju, wytchnienia. Przechadzają się szlakami obfitującymi w piękno dzikiej przyrody, nie stronią od trudnych tematów i modlitw. Choć są w innych etapach życia - różnią się wiekiem, to mimo to znajdują wspólny język i dobrze czują się we własnym towarzystwie. 
Wspominamy z nimi ich bliskich - także tych, których już na świecie nie ma. Poznajemy różne oblicza miłości i tej młodzieńczej, i tej dojrzałej. 

"Przypomniały jej się jeszcze inne słowa usłyszane kiedyś w kościele o tym, że modlić można się wszędzie: patrząc na morze, w rozgwieżdżone niebo, na pląsające w kwiatach motyle, na majestat gór. Ale kościół jest tym miejscem, gdzie modlimy się wspólnotowo, czy tego chcemy, czy nie. I czasami właśnie taka modlitwa, i to poczucie wspólnoty są nam potrzebne. To w kościele pali się wieczna lampka i w tabernakulum mieszka ten, który wszystko może. I znowu złoty środek. Trzeba go zachować, nie ma wyjścia".

Już po przeczytaniu dedykacji czułam, że wzruszę się podczas lektury i tak też się stało. To powieść o prostocie życia. O czymś, czego odkąd się rodzimy szukamy, a co jest zwykle na wyciągnięcie ręki. Prawdziwe szczęście, spełnienie i spokój można odnaleźć w zwykłej codzienności. We wspólnym posiłku, niewymuszonej rozmowie, czy... wspólnym milczeniu. Autorka, jak zaznacza, sama wierzy w Boga i na kartach jej powieści znajdziemy odniesienia do modlitwy, czy kościoła, ale nikt tu nikogo na siłę; ani nie umoralnia, ani też nie przekonuje do zasadności wiary.
To bardziej poczucie wspólnoty, przynależności - bliskości innego człowieka.
Odniosłam wrażenie, że Pani Hippler pisze prosto z serca o tym, co sama przeżyła, co sama czuje, że jest związana z każdym ze swoich bohaterów.
Jej opowieść, chociaż traktuje o bardzo trudnych i smutnych chwilach w życiu, to jest opowiedziana w niezwykle ciepły sposób.
Życie często pisze pokrętne scenariusze i nie wiem, czy tak naprawdę kiedykolwiek mamy do czynienia z przypadkiem. Może faktycznie jest tak, że dzieje się to, co zawsze było nam pisane.
Leon - jeden z bohaterów, stracił w krótkim czasie syna i żonę, a sam sięgnął przysłowiowego dna. Na jego drodze stanął ktoś, kto powiedział mu to, co oczywiste,
to co od dawna wiedział, ale po prostu musiał to usłyszeć od kogoś innego. Dążył do autodestrukcji - jednak się zatrzymał i zawrócił. 
To zwykli ludzie, tacy, których mijamy na ulicy, i tacy jakimi jesteśmy my.

Czuć, że autorka wiele książek w swoim życiu przeczytała i świetnie wplata w treść cytaty z klasyków literatury. Podobał mi się też zabieg z wprowadzeniem rozmowy kobiet, koleżanek z Facebooka i to z zachowaniem oryginalnej pisowni!
Nadało to jeszcze większego realizmu wypowiedzi.

W pewnym momencie poczułam też, że to opowieść o mnie i chyba nie przesadzę jak napiszę, że refleksje do jakich mnie skłoniła pomogły mi podjąć pewną trudną, ale konieczną decyzję.
Wszystko, co napisał wydawca na ostatniej stronie - w zarysie fabuły - to prawda.

Kiedy potrzebujesz pomyśleć, czy jesteś we właściwym miejscu w życiu i czy to, co teraz masz - jest właśnie tym, czego w życiu szukasz - spróbuj lektury "W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania" Hanny Hippler.
Pani Haniu napisałam najszczerzej jak mogłam i dziękuję za tę książkę! Była mi teraz bardzo potrzebna! Życzę kolejnych równie dobrych!
Ta książka nie tylko się Pani udała, Pani po prostu potrafi pisać. 

Za książkę dziękuję Autorce!

#103 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler - recenzja - czy warto przeczytać?

Wydawnictwo: FABRYKA DYGRESJI
Data wydania: 15. lipca 2019
Liczba stron: 254
Kategoria: literatura obyczajowa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...