Czarne Morze - Karolina Macios

Czarne Morze - Karolina Macios

Czarne Morze - Karolina Macios
Czasem mam wrażenie, że jestem martwa... martwa w środku...

Nie jestem samotną wyspą na oceanie i często czytam to, co inni i to w tym samym czasie. Uderza, więc we mnie ogrom wrażeń, emocji pierwszych czytelników i tonę w nim - jak bohaterka "Czarnego morza" Karoliny Macios - Asia, nie rozumiejąc emocji, które targają pozostałymi czytelnikami. Ale to nie tak, że mam problem tym, że komuś się coś bardzo podoba, po prostu jest we mnie pragnienie... pragnienie zrozumienia.

Pewne historie nie mają ani początku, ani końca. Od razu wpada się w ich środek. Taki zapis znajdziemy na okładce tej powieści i taki właśnie zabieg zastosowała Autorka. Wrzuciła czytelnika w środek rozszalałego morza zdarzeń, które przeplatają się z marami sennymi i wspomnieniami bohaterki. 

Joanna od dziecka była postrzegana jako "dziwna". Nosiła na dłoniach rękawiczki, by bezpośrednio nie dotykać innych ludzi, ponieważ każdy taki dotyk wywoływał w niej widzenie, widzenie tego, co inni woleliby ukryć, zapomnieć. 
Nie będę Was głęboko wprowadzać w fabułę, wszystko w niej lepiej odkrywać samemu - od relacji między Asią a mężem, przez relacje z teściową i matką, czy też znajomymi pary.
Bohaterka, wraz z mężem - Michałem i córką - Milą, ulega wypadkowi samochodowemu, za sprawą którego doznaje wstrząsu mózgu. Nękają ją zatem zaniki pamięci i wszystko się jej miesza - niejasne wspomnienia z dzieciństwa, z wydarzeniami sprzed kilku dni i majaki senne. Kobieta stale odczuwa niepokój, jest poza świadomym odczuwaniem mijanego czasu, nie wie co się dzieje z jej córką, a pokój dziecięcy wydaje się jej z czasem zupełnie obcy.
Można odnieść wrażenie chaosu, jest ono jednak pozorne, bo tu wszystko do siebie pasuje i ta prostota tej zawiłości - jeżeli to wyrażenie ma jakiś sens? - trochę mi przeszkadzała.

Niewątpliwą zaletą "Czarnego morza" jest mroczny klimat, wręcz ciężki - jakbyśmy nie mogli obudzić się z jakiegoś koszmarnego snu. Kiedy świadomość zdaje się do nas wołać spomiędzy przytłaczających obrazów.

"To musi być sen, powtarzała z ulgą, gdy wielka oleista fala zawisła tuż nad nią. Asia wstrzymała oddech. Nagle wszystko zniknęło. Rozpłynęło się w czarnej pustce. Tylko ona wciąż tam stała. Waliło jej serce. Słyszała, jak pompuje krew, jak drży, jak komory otwierają się i zamykają rytmicznie, niespiesznie, nieubłaganie. I wtedy zrozumiała. Ta oleista gęsta ciemność, lepka i śliska, to krew. Jej krew. Wypływa pulsującą strugą z rany na dłoni. I zalewa pomost, jezioro, trzciny, niebo".

Główne postaci: Joanna, Michał, a nawet teściowa (będąca lekarzem psychiatrą) choć są dobrze scharakteryzowane, to - dla mnie - trochę zbyt schematycznie. 
Nieznajomość najbliższych, narastające kłamstwa, które mają chronić, a pozbawiają niejako tożsamości, uzależnienie od innych, chęć naprawienia czegoś kosztem kogoś i nadużywanie władzy nad drugim człowiekiem - to stałe tematy wszystkich thrillerów psychologicznych.

Styl Karoliny Macios jest bardzo plastyczny, czytanie napisanych przez nią zdań jest przyjemne.
Bardzo podobały mi się "koszmarne" wizje bohaterki, zarówno te typowo senne i te w "półśnie", które przypominały mi trochę to, co widziała Carol Ledoux (Catherine Deneuve), bohaterka filmu Romana Polańskiego "Wstręt" z 1965 roku, kiedy jej osobowość się rozpadała.

Autorka naprawdę fajnie, poprzez grę obrazami zapowiada to, co czytelnik ma odkryć. Jednak robi to na tyle sugestywnie, że domyśliłam się części historii zanim ta, została w pełni przede mną przedstawiona.
Odsuwanie finalnych wydarzeń w czasie potęguje napięcie, które rzeczywiście da się odczuć podczas lektury. Kartki przekładają się same. 
Wydarzenia, które nastąpiły po ujrzeniu przez bohaterkę całego obrazu opowiadanej historii, potoczyły się zbyt szybko, znowu trochę zbyt schematycznie.
Nagromadzenie niewiadomych; z przeszłości, informacji na temat córki, wypadku - wszystko poprzetykane obszernymi (dobrymi!) opisami nagle się kończy.

"Czarne morze" mnie nie zatopiło, jednak uważam, że to dobrze skonstruowany i napisany dreszczowiec. A problem, dostrzegania schematyczności, tkwi we mnie. Przyda mi się dłuższa przerwa od typowych thrillerów, może wtedy przestanę się skupiać na budowie utworu, a poddam się samej treści.




Wydawnictwo: Wielka Litera

Data wydania: 25. marca 2020
Liczba stron: 304

Kategoria:thriller psychologiczny

Lista Schindlera - Thomas Keneally

Lista Schindlera - Thomas Keneally

Lista Schindlera - Thomas Keneally
"Nazwiska na liście są konkretne. Ale okoliczności sprzyjają powstaniu legendy. Problem polega na tym, że listę pamięta się z taką intensywnością, że samym swoim żarem zamazuje obraz. Lista jest absolutnym dobrem. Lista jest życiem. Wokół jej wystrzępionych krawędzi rozpościera się ocean niepewności".

Thomas Keneally znalazł się czterokrotnie na "krótkiej liście" nominacji do Nagrody Bookera, a samą nagrodę otrzymał  w 1982 roku właśnie za "Listę Schindlera"(wcześniej tytuł brzmiał "Arka Schindlera"). Powieść została zekranizowana w 1993 roku przez Stevena Spielberga i zdobyła siedem Oscarów i trzy Złote Globy. 

Wydawnictwo Albatros w tym roku przygotowało wznowienie tej powieści, z filmową okładką, w twardej oprawie, więc mam nadzieję, że wielu czytelników skusi się na poznanie tej historii. 

Oskar Schindler główny bohater powieści Thomasa Keneally'ego to niemiecki przedsiębiorca, który po inwazji niemieckiej na Polskę, szukał na jej terenach możliwości zysku. Przejął za niewielkie pieniądze Pierwszą Małopolską Fabrykę Naczyń Emaliowanych i Wyrobów Blaszanych „Rekord” w Krakowie w Podgórzu, którą przemianował na: Niemiecką Fabrykę Wyrobów Emaliowanych (DEF). Pozyskał do niewolniczej pracy około 1300 żydowskich robotników, których z czasem zaczął chronić przed systemem, którego sam był przedstawicielem.

Lista Schindlera - Thomas Keneally"Na wstępie można powiedzieć, że Oskar był graczem, człowiekiem sentymentalnym, który lubił przejrzystość, prostotę czynienie dobra; że był z usposobienia anarchistą lubującym się w ośmieszaniu systemu i że pod jego szczerą zmysłowością tkwiła wrażliwość na bestialstwo, zdolność reagowania na nie, nieulegania mu. Lecz wszystko to po zsumowaniu nie tłumaczy uporu, z jakim latem 1944 roku Oskar przygotował ostateczną przystań dla podopiecznych Emalii".
(Zdjęcie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Oskar_Schindler)


Książka powstała (jak przeczytamy we wstępie) w oparciu o rozmowy, które Thomas Keneally przeprowadził z pięćdziesięcioma byłymi więźniami Oskara Schindlera.
Jest ona powieścią, nie reportażem - choć styl, którym operuje Pisarz jest bardzo reporterski. Autor starał się stronić od wszelkiej fikcji, jednak wokół tak wielkiej postaci, jaką bez wątpienia był Oskar Schindler, mity powstawały samoistnie.

Wszystko co napiszę, czy powiem o tej książce jest zbyt małe, zbyt banalne.
To nie jest ckliwa historia, którą ktoś oparł na domysłach i ubrał w opowiastkę mającą czytelnika wzruszyć.
To historia oparta na faktach, niezwykle opisowa i drobiazgowa. Pojawia się w niej niewiele dialogów, jest trudna z uwagi na wydarzenia, które opisuje i ich szczegółowość. Autor nie ocenia, stoi niejako obok i zdaje sprawozdanie. Nie znajdziemy tu sztucznie budowanej emocjonalności, a mimo to nie byłam w stanie przeczytać tej historii w ciągłości, ani czytać żadnej innej książki w tym samym czasie. Zaprzątała mi myśli i szarpała we mnie struny odpowiedzialne za postrzeganie historii z perspektywy osoby żyjącej wiele lat później, osoby świadomej prawdy historycznej.
Podczas oglądania jej ekranizacji zastanawiałam się (książkę czytałam po obejrzeniu filmu), jak z zaledwie 479 stron tekstu powieści, Steven Spielberg stworzył ponad trzygodzinny film? Dziś jestem pełna podziwu, ponieważ mimo tego że film jest wycinkiem historii przedstawionej w książce, to pracą kamery, oświetleniem, z zastosowaniem głównie czerni i bieli (grą kontrastem), opowiedział wiele więcej niż mogli przekazać wybitnie grający w tej produkcji aktorzy. Historia przedstawiona w filmie jest skrócona, podana w bardzo przystępny sposób.

Książka nie robi z Oskara Schindlera postaci pomnikowej, człowieka krystalicznego. Miał on swoje wady, nie był nieskazitelny. Tryb życia, który prowadził był dość frywolny, obfitujący w chęć zysku. Na początku wykorzystywał swój niebywały talent do wpływania na ludzi - przekupstwo - do znajdowania osobistych korzyści, głównie materialnych. Schindler pił, ale się nie upijał, lubił kobiety i umiał z każdym dojść do porozumienia. Nie był postacią pełną dobra. Cechowała go pewna obojętność na los Żydów (na początku). Mundur nosił dość krótko, był lepszym zarządzającym niż żołnierzem, więc został dyrektorem "Deutsche Emaillewarenfabrik".
Pojawia się w tej historii Amon Göth - niejako kopia Oskara, fizycznie byli przez pewien czas do siebie bardzo podobni, nawet różnica wieku była niewielka, kilka miesięcy. Göth był komendantem obozu koncentracyjnego w Płaszowie i likwidatorem gett żydowskich w Krakowie i Tarnowie. 
Dwie, jakby się mogło wydawać podobne postaci, spotykają się w tym samym czasie, w tym samym miejscu. Są podobnej postury, z założenia wyznają te same poglądy, mają te same możliwości i... przyglądamy się temu, czy to faktycznie wojna tworzy zło, czy może ono jest w człowieku od zawsze?

"Na końcu marudząc, szło małe dziecko, chłopczyk albo dziewczynka, ubrane w czerwony płaszczyk i czerwoną czapeczkę. Zwróciło ono uwagę Schindlera, ponieważ podobnie jak uparty robotnik z Węgierskiej demonstrowało jakąś postawę - w tym wypadku uwielbienie dla czerwieni".

Thomas Keneally nie szczędzi opisów działań Götha i jemu podobnych. Pojawiają się opisy zachowań więźniów obozów, będące namiastką normalności, ale nie są w żaden sposób sztuczne. Znam historię, wiem jak było, a mimo to za każdym razem boli mnie ona tak samo i za każdym razem pytam samą siebie, jak to było w ogóle możliwe... Wiele zawartych w niej świadectw było w tamtych czasach negowanych, nikt nie chciał wierzyć, by ktokolwiek mógł dopuścić się czynów opisywanych przez świadków - jak ktoś mógł dać wiarę wydarzeniom w Bełżcu, jak z Oświęcimia przychodziły kartki pocztowe? 
Opisy wyniszczenia, otępienie głodowe i ogromna - niepojęta - wola życia. 


Książki, które dziś określamy mianem literatury obozowej, powstają jak grzyby po deszczu. Często są to historie opierające się w niewielkim stopniu na prawdzie, korzystające z obecnego czasu, czyli 75. ROCZNICY WYZWOLENIA NIEMIECKIEGO NAZISTOWSKIEGO OBOZU KONCENTRACYJNEGO I ZAGŁADY AUSCHWITZ. 
Mają się po prostu sprzedawać. Mam nadzieję, nadal ją jednak mam, że czytelnicy potrafią wyłuskać te, które rzeczywiście warto znać. "Lista Schindlera" do nich należy. Opowiada historię prawdziwą, o odnajdywaniu w sobie człowieczeństwa, o empatii, o bohaterstwie w czasie kompletnie nieludzkim. O sprzeciwianiu się większości, pomimo odczuwania ogromnego strachu.

W czytaniu książek będących zapisem bestialstwa, jakie miało miejsce nie raz w historii świata, nie chodzi o to by karmić się złością, by dążyć do rozliczenia się z kimkolwiek. A o to, by zmieniać siebie, bo zmieniając siebie, zmienia się wszystko.

"Kto ratuje jedno życie, ratuje świat cały".






Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 26. lutego 2020
Liczba stron: 480
Kategoria: powieść historyczna
Tłumaczenie: Tadeusz Stanek



#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska

#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska

#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska
"Dama ze szmaragdami" to kolejny tom przygód młodej arystokratki Madeline Hyde, która tym razem ma za zadanie rozwiązać sprawę tajemniczej śmierci swojej przyjaciółki - Claire Evans.
Madeline przybywa do Dworu pod Cisami (prawie dwa lata po wydarzeniach, które miały miejsce na Wzgórzu Mgieł), by uczestniczyć, poniekąd, w przygotowaniach do ślubu Claire
Evans i Dereka Vernidera.
Claire, która  pozuje do obrazu (tradycji rodziny Verinderów) z dnia na dzień czuje się coraz słabsza, aż w końcu... umiera... Jej śmierci towarzyszy burza, odnalezienie tajemniczej czaszki i powstanie tematu klątwy, a sama Madeline cudem unika śmierci.
Narzeczony, dopiero co zmarłej, panny Evans ma brata Dextera i siostrę Alice.
W domu rodu Verniderów panuje gęsta atmosfera, stosunki między najbliższymi są bardzo napięte.
Alice ma potrzebę ciągłej rywalizacji, a Dexter - jako niepełnosprawny - ma żal do rodziny, m. in. za nierówne traktowanie rodzeństwa.
W domu przebywa również malarz, kiedyś bardzo sławny, dziś schorowany i niestroniący od alkoholu -
Monsieur Dubois.
Wszystkim zawiaduje matka rodzeństwa.
Droga do prawdy będzie wybrukowana rodzinnymi tajemnicami, przemilczeniami i zdradami wszelakiej maści. 

"Są chwile, kiedy dostrzegamy nagle intensywniej niż kiedykolwiek mnóstwo faktów, mnóstwo otaczających nas, pozornie nieistotnych szczegółów. Jak gdyby zdruzgotany umysł chwytał się okruchów rozpadającej się rzeczywistości, żeby przykryć nimi prawdę o sobie samym".

Mogłoby się wydawać, że jest to po prostu kryminał w stylu retro, jednak dla mnie jest to powieść, której zdecydowanie bliżej do literatury pięknej.
Sama zagadka kryminalna nie jest specjalnie trudna do rozwiązania i nie miała ona dla mnie aż takiego znaczenia. Choć gdyby ją mocniej poplątać, fani typowych kryminałów retro, byliby pewnie bardziej zadowoleni.

Paulina Kuzawińska bawi się konwencją powieści gotyckiej, romansu grozy. Da się to zauważyć; od sposobu w jaki kreuje swoich bohaterów, którzy są mocno przerysowani. We wszystkim co robią, czy mówią wybrzmiewa przesadna egzaltacja, sentymentalizm.
Znajdziemy tu niewinne, delikatne jednostki, ale i osobnika, który reprezentuje przeciwstawną charakterystykę i nie tylko z powodu swojej powierzchowności.
Dom, w którym toczy się w głównej mierze akcja, kipi wręcz upiorną atmosferą, oczywiście taką żywcem wyjętą z epoki wiktoriańskiej.

Na scenie pojawi się sam Doktor Watson i Aleister Crowley - brytyjski okultysta, który nie pozostawi bohaterów samych w opresji.
W treści pojawiają się listy i wiersze, które podsycają romantyczny charakter opowieści.


Pierwszą część o Madeline Hyde, czyli: "Damę z wahadełkiem" czytałam w zeszłym roku, w sierpniu, i choć wtedy mnie zachwyciła klimatem, to czuję, że i tak nie doceniłam Autorki. Paulina Kuzawińska pisze jakby żyła w czasach, w których tworzyły Elizabeth Gaskell, czy Edith Wharton. 
Wdzięcznie łączy ze sobą ulubione motywy i plastyczny styl opisów.

"W całym ogrodzie czuć było pulsowanie wiosny, która lada chwila miała usiać kwiatami okoliczne wzgórza i spłukać z nich ostatnie resztki zimy kąpielą krótkich gwałtownych burz".

Już po przeczytaniu samego prologu, wiem, kto jest Autorką powieści, którą dzierżę w dłoni. W Jej książkach wszystko jest szczegółowo przedstawione od architektonicznych smaczków epoki, w której żyją jej bohaterowie, przez opisy pięknej, czasem wręcz mistycznej przyrody, do bogatych charakterystyk postaci, zarówno od psychologicznej strony (to, co dzieje się z Dexterem) do szeleszczących sukien i połyskującej biżuterii. 
Długość zdań, obfitość opisów, czy porównań może przytłoczyć, ale kiedy ma się świadomość do czego Autorka nawiązuje, wszystko okazuje się jak najbardziej na miejscu.
Polecam obie części - dla klimatu epoki wiktoriańskiej, tajemnic i romantyzmu (nacechowanego czasem metafizycznie) z lekką zagadką kryminalną.









Wydawnictwo: Lira

Data wydania: 26. lutego 2019
Liczba stron: 336
Kategoria: literatura piękna
#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"

#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"


Już we wtorek - 10 marca 2020 roku - do księgarń trafi "Pudełko z pamiątkami", które objęłam patronatem medialnymi,
i o którym pisałam w poprzednim poście - TUTAJ.
W przededniu premiery udało mi się zadać Katarzynie Kowalewskiej kilka pytań!

fot. Kuba Machnikowski 

Katarzyna Kowalewska to wielbicielka książek, która potrafi czytać, idąc chodnikiem i się przy tym nie przewrócić. Mieszka w Grodzisku Mazowieckim z mężem i dwoma psami, z których jeden bez przerwy wyleguje się w słońcu, a drugi bez przerwy psoci. Kocha lato, morze, swój pisarski pokój, wesołego punk rocka oraz grę w badmintona. Uczestniczka warsztatów literackich w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2015, 2018), Międzynarodowego Festiwalu Kryminału (2018) oraz Festiwalu Góry Literatury (2018). Zaczynała jako felietonistka dla portalu sportowego. Zadebiutowała powieścią łotrzykowską „Pijany skryba”. Jej opowiadania ukazały się w antologiach: „Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności”, „Obiecaj”, „Bierz mnie”, „Memento” oraz „Czytanie ziemi”. 
"Pudełko z pamiątkami" to jej pierwsza powieść obyczajowa. 



Pod_lasem czytane: Zacznę od tego, od czego zwykle się zaczyna - czyli od początku… :) 

Katarzyna Kowalewska: Fantastycznie! Lubię to. 

Pod_lasem czytane: Urodziłaś się z długopisem w dłoni? Od dziecka wiedziałaś, że chcesz pisać? Z wypracowań na lekcjach języka polskiego zawsze miałaś najwyższą ocenę? 

Katarzyna Kowalewska: No co Ty! Przyznaję się jedynie do tego, że urodziłam się z książką w dłoni. A panie z Biblioteki Garnizonowej w mojej rodzinnej miejscowości zrobiły ze mnie książkoholika.
Pisanie? Scenariusze do dziecięcych teatrzyków to dziecinada, a pamiętniki to głównie gorzkie żale na rodziców. Chyba pierwszy kurs kreatywnego pisania zasiał we mnie ziarno pisarzyny. Zresztą na tych zajęciach napisałam pierwszy rozdział mojej pierwszej powieści. Poważnie!
A lekcje polskiego? Kochana, ja prawie w ogóle nie czytałam lektur. Na szczęście Pani Profesor zawsze na początku je streszczała, więc nie musiałam obawiać się zdemaskowania. Na maturze... Do diabła, to będzie poważny coming out! Polski to jedyny przedmiot, z którego dostałam czwórkę. 

Pod_lasem czytane: Debiutowałaś sześć lat temu powieścią łotrzykowską "Pijany skryba", w której głównym bohaterem jest mężczyzna... 10 marca tego roku ukaże się Twój debiut obyczajowy, w którym bohaterkami są w głównej mierze kobiety. Z perspektywy której z płci pisało Ci się łatwiej? 

Katarzyna Kowalewska: Zacznę od tego, że gdy pisałam „Pijanego skrybę”, byłam zupełnie inną osobą. Teraz nie umiałabym napisać czegoś podobnego. Maciek – główny bohater – odzwierciedlał mój ówczesny temperament. Od tamtego czasu trochę się uspokoiłam. ;) Wcześniej czułam, że pisząc z perspektywy kobiety, robię się nienaturalnie ckliwa. Jakby bliżej było mi mentalnie do płci męskiej, mój kobiecy głos brzmiał fałszywie. Pisząc „Pudełko...”, stwierdziłam, że wcale nie muszę być ckliwa, żeby dobrze oddać kobiecą naturę. Mam nadzieję, że mi się to udało.

Opowiedzieć Ci dwie anegdoty na tematy „Skryby”? 

Pod_lasem czytane: No pewnie!
 Katarzyna Kowalewska: Pierwsza dotyczyła zarzutu użycia przeze mnie w tekście słowa „kardigan”. Jeden z krytyków stwierdził, że żaden mężczyzna nie potrafiłby zidentyfikować tego rodzaju odzieży. Odwróciłam się do męża i spytałam: „Wiesz, co to jest kardigan?”. A on: „Taki sweter zapinany na guziki.” Gdybyś go poznała, zrozumiałabyś, że nie jest to facet, którego konikiem jest moda. 
Druga anegdota dotyczy męskiego czytelnika. Pani w zaprzyjaźnionej bibliotece zapytała go po oddaniu książki, czy mu się podobała. Powiedział, że owszem, książka zabawna, przygodowa, super. Pani spytała więc: „A zauważył pan, że napisała ją kobieta?” Pytanie wynikało z tego, że na okładce jako nazwisko autora widnieje „K.A. Kowalewska”, co nie jest oczywistym wskazaniem płci. No i kiedy pan sobie to uświadomił, stwierdził: „Faktycznie. Zdarzały się pewne dłużyzny.” Tak że w oczach mężczyzny kobiety pisarki mają przyszytą jakąś łatkę nudziar. Tak czy siak to zabawna historia.] 

 
fot. Kuba Machnikowski 
Pod_lasem czytane: Zapytałam Marcina i powiedział, że kardigan to: sweter :) Jednak krytyk nie miał racji :)
Zanim przejdę do pytań o "Pudełko z pamiątkami" chciałabym jeszcze dowiedzieć się dlaczego "aż" lub "tylko", bo wszystko zależy od punktu widzenia, czekałaś z wydaniem kolejnej powieści? 

Katarzyna Kowalewska: Nie wiem, czy chcesz tego słuchać. Zacznę dramatyzować. 

Pod_lasem czytane: Ależ chcę! Pisałaś i wydawałaś opowiadania, to wiem, ale co w trakcie? 

Katarzyna Kowalewska: Jednak chcesz, żebym opowiedziała tę dramatyczną historię. W porządku. Na Twoją odpowiedzialność. Otóż „w trakcie”, jak to ujęłaś, oprócz kilku opowiadań na zadany temat, nie napisałam niczego, to znaczy żadnej powieści. Straciłam pisarski głos. Niestety.
Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie zdemaskować osoby, która nie jest nawet świadoma tego, co się stało. W każdym razie jest cenionym krytykiem. Wyraziła się szczerze o jednym z tekstów, nad którym pracowałam i z którego byłam dumna. Ogólny wydźwięk wypowiedzi tej osoby był taki, że tekst jest o niczym. Rozumiesz? To całkowicie podkopało moją wiarę we własne umiejętności. Plik natychmiast skasowałam i bodaj przez dwa lata nie byłam w stanie napisać dłuższego tekstu, bojąc się, że nie będzie wystarczająco dobry.
Na szczęście ten czas mam za sobą. Teraz wystukuję literki, aż się iskrzy! Właśnie kończę kolejną powieść, już mam pomysł na następną i nikt mnie nie zatrzyma. ;) 

Pod_lasem czytane: W "Pudełku z pamiątkami" główną bohaterką jest Asia, z którą i ja odnajduję kilka punktów wspólnych, ale nie mogę wyzbyć się skojarzeń z Tobą! Asia jest ciepłą, niezwykle sympatyczną 32-latką, która niemal wszystko wizualizuje i ma dość zadziorne poczucie humoru. Do tego jest tłumaczką - jak Ty, która pracuje jako fotografka - Twoją pasją jest również fotografia, a jej pokój to dżungla - jak Twój pisarski pokój (który zresztą można zobaczyć na Twoim profilu na Instagramie). Dzielisz z nią i gust muzyczny, czy umiłowanie do literatury, ponieważ Aśka pięknie wszystko potrafi spuentować odpowiednim cytatem. U innych bohaterek również, widzę kilka Twoich cech, np. u Lilki umiłowanie do kolorów.
Kiedy tworzyłaś swoje bohaterki, to miałaś od razu taki zamysł? 

Katarzyna Kowalewska: Ach, jakże trudno całkowicie zdystansować się wobec swojego bohatera. No nie potrafię. Na tej zasadzie nie umiałabym napisać powieści, której głównym bohaterem byłby morderca, bo zwyczajnie nie mam morderczych skłonności. Tak więc owszem, mamy z Aśką wiele punktów stycznych. Z drugiej strony moi bohaterowie to nie wiwisekcja własnej osoby, nie piszę w ramach autoterapii i nie poruszam wątków osobistych. Sprawy osobiste zostawiam w zaciszu domowym.
Natomiast wspólne mianowniki to raczej ułatwienie, które pozwala na uzyskanie bardziej plastycznych opisów. Mówiąc konkretnie, o wiele łatwiej jest mi opisać własny pokój, niż tworzyć nowy byt. Nota bene, kostka brukowa w kolorze cafe late to moja kostka, dom Aśki znajduje się w podobnej lokalizacji. Maciek ze „Skryby” mieszkał w mojej ówczesnej kawalerce i podróżował w moje rodzinne strony tym samym autobusem PKS. Ale uspokajam: nie wszyscy moi główni bohaterowie mieszkają w jednym pokoju i jeżdżą jednym PKSem. Choć byłby to z pewnością wesoły autobus. ;) 

 

Pod_lasem czytane: Czy kiedy zaczynasz pisać to masz już w głowie zarys tego, co chcesz opowiedzieć, czy może najpierw tworzysz bohaterów?
A jak było w przypadku "Pudełka z pamiątkami"? 

Katarzyna Kowalewska: Mam swoją metodę. Jest to średnia wyciągnięta z cennych porad pisarskich i polega na tym: daję sobie trzy dni na obracanie pomysłu w głowie i wypisywanie go na kartkach. W trakcie owej burzy mózgu zdarza mi się tak udoskonalić wizję, że kompletnie się różni od pierwotnego zamysłu. Notuję początek, to znaczy, w jaki moment akcji chcę wrzucić bohatera, i koniec, czyli w jakim punkcie bohater ma się znaleźć po przejściu przemiany, taki azymut. Wypisuję również trzy, cztery punkty zwrotne i ustawiam je w kolejności od najmniej poważnego, do najbardziej dramatycznego. Teraz wystarczy wypełnić wszystko tekstem. ;)
Opracowuję jeszcze coś na kształt CV ważniejszych bohaterów. Kiedy, gdzie się urodzili, członkowie rodziny, szkoły, zainteresowania, wygląd, cechy charakteru. To bardzo pomaga w trakcie pisania. Nawet jeśli nie zamieszczę konkretnej informacji w tekście, zawsze mam podstawę do zastanowienia, czy np. osoba, która studiowała psychologię, zachowałaby się w taki a nie inny sposób. Niestety mam też słabą pamięć do szczegółów i często muszę sprawdzać np. jak ma na imię siostra bohaterki albo jaki kolor oczu ma jej ukochany. Poważnie. Wiem, że to nie najlepiej o mnie świadczy, ale taka jest prawda.
I to by było na tyle. Oczywiście moje notatki nie nadają się do publicznego odtwarzania, gdyż wypracowanie dziesięciolatka brzmi bardziej literacko. Ale tyle mi wystarcza. Kiedyś, w ramach eksperymentu, obmyśliłam sobie powieść scena po scenie, na tablicy korkowej, zaznaczając kolorami, i tak mnie ta czynność znudziła, że nigdy tej powieści nie napisałam. Tak że jak widzisz, nie jestem typiarą, która wszystko szczegółowo planuje. 

Pod_lasem czytane: Jesteś niezwykle interesującą kobietą. Masz szereg zainteresowań, od sportu przez fotografię i sztukę pisania, języki obce, kochasz muzykę i zwierzęta, czy to wszystko pomaga Ci w tworzeniu opowieści? I jeszcze jedno: czy zawsze masz przy sobie notes, w którym zapisujesz to, co może Ci się przydać w kolejnej historii? 

Katarzyna Kowalewska: Dziękuję, choć uważam, że każdy człowiek jest interesujący, tylko niektórzy po prostu mają większe gadane. ;)
Różne zainteresowania na pewno pomagają, choć lubię się żalić, że nie mam żadnego konkretnego, ciekawego fachu, który mogłabym wykorzystać w książce. Nie jestem archeologiem, psychiatrą ani policjantką. Miałabym osadzić akcję w urzędzie? Chyba żart! Czytelnicy poumieraliby z nudów.
Jeśli chodzi o notes, oczywiście mam coś takiego i zawsze jest to Moleskine. Wiem – luksusowy fetysz, ale na żadnych innych kartkach nie pisze się tak wygodnie ołówkiem automatycznym. A jestem też ołówkowo-automatyczną fetyszystką. Ostatnio jednak spisuję wszystko w komórce. Nie, nie zrobiłam się ultranowoczesna. Po prostu kupiłam sobie świetny smartfon i lubię czasem popisać się nim w pociągu. 

Pod_lasem czytane: Może to niedyskretne pytanie, ale czy "Pudełko z pamiątkami" wysłałaś do wielu wydawnictw? Jak to z nim było? Jeżeli oczywiście nie jest to tajemnicą. 

Katarzyna Kowalewska: Już opowiadam. Ach, jak ja lubię Twoje pytania! Mówiłam Ci? Są genialne, niesztampowe. Będę Cię wszystkim polecać jako wywiadowczynię. ;)
Ale do rzeczy. Otóż w tym przypadku też miałam metodę. Najpierw odwiedziłam kilka popularnych księgarń. Zatrzymywałam się przed regałami z literaturą obyczajową i
wypisywałam nazwy wydawnictw, których książek najwięcej stało na półkach. Szczerze, naprawdę chciałabym kiedyś pisać zawodowo, a żeby to robić, czytelnicy muszą o mnie wiedzieć. Nie dowiedzą się inaczej, niż widząc moje książki na półkach.
Wracając to meritum, zrobiłam listę A, czyli najlepszych z najlepszych, i awaryjną listę B wydawnictw, do których miałam wysłać powieść, gdyby nie odezwał się nikt z listy A. Tych najlepszych było bodaj osiem i do nich rozesłałam rękopis. Po dwóch miesiącach braku odpowiedzi, pamiętam, że to był piątek, napisałam maila z delikatnym przypomnieniem. W poniedziałek czekała na mnie wiadomość życia od wydawnictwa Zysk i S-ka. Nie muszę mówić jaka. ;) 

Pod_lasem czytane: Nie będę pytała o ulubione gatunki literackie, ale zapytam o ulubionych pisarzy. Kto inspiruje Kasię Kowalewską? 

Katarzyna Kowalewska: Jest wielu takich pisarzy. Nie chciałabym mówić, że mnie inspirują, bo to by oznaczało, że w jakiś sposób wybrzmiewają w moich powieściach, a to byłoby zbyt daleko posunięte stwierdzenie. Nie śmiem się porównywać do takich osobistości. Alice Murno – czarodziejka słów, która pozwala podglądać zwykłe życie przez okno kuchenne. Etgar Keret – mistrz zaskakującej pointy. Stephen King – ten facet pisze takie thrillery, że nawet jeśli przez całą powieść bohater tylko idzie, to czapki z głów, droga Pani. Liz Gilbert – po prostu kocham jej umysł. Elif Shafak i Chimamanda Ngozi Adichie – szacunek za to, jak postrzegają kobiety. Lubię też humor i lekkość pióra Nicka Hornby’ego oraz polskich autorek Aleksandry Tyl i Asi Tekieli. 

Pod_lasem czytane: Wybacz mi to może niezbyt wyszukane pytanie, ale: po co piszesz?

Katarzyna Kowalewska: Bo jest to dla mnie świetny sposób na spędzanie wolnego czasu. Bo chcę się tym zajmować zawodowo – takie moje utopijne marzenie. Bo lubię czasem pobyć sama ze sobą, bez towarzystwa innych ludzi. A ile można czytać. ;) 

Pod_lasem czytane: Stresujesz się nadchodzącą premierą? Czy może jesteś przekonana o jej sukcesie, tak jak ja? 

Katarzyna Kowalewska: Stresuję się to może za dużo powiedziane. Czuję dreszczyk podniecenia. Jestem ciekawa, jak to wyjdzie, zwłaszcza że zaczęłam współpracę z dużym wydawnictwem. I absolutnie nie jestem przekonana o sukcesie, nawet jakby mi ktoś codziennie to powtarzał. Po prostu taka jestem. No nie przetłumaczysz.
To już ostatnie pytanie? Jaka szkoda! Ja się dopiero rozkręciłam. Dziękuję pięknie za rozmowę. Było mi bardzo miło i mam ogromną nadzieję, że Cię nie zanudziłam. Pozdrawiam wszystkich moich czytelników, życzę przyjemnej lektury „Pudełka...” i uprzedzam uczciwie: zwrotów nie przyjmujemy. ;) 

Kasiu, bardzo dziękuję Ci za tę krótką rozmowę! Życzę Ci niekończącego się natchnienia i samych bestsellerów :)


"Pudełko z pamiątkami" ukaże się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka
10 marca 2020 roku.  
Tego dnia planuję ogłoszenie konkursu na moim profilu na instagramie (@pod_lasem_czytane), gdzie będą do wygrania trzy egzemplarze tej powieści!
Zapraszam!



#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY

#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY


"Pudełko z pamiątkami" Katarzyny Kowalewskiej to ciepła opowieść o trudach codzienności; o prawdziwej kobiecej przyjaźni, z subtelnym wątkiem romantycznym, okraszona kilkoma kroplami smutku i obficie podlana zadziornym poczuciem humoru. 

Główną bohaterką powieści jest Asia Maciejska, trzydziestodwuletnia tłumaczka, która oddaje się wolnemu zawodowi fotografki. Tworzy ze swoimi przyjaciółkami Lilką i Wiktorią trio, które wyznaje zasadę zupełnie jak z powieści Aleksandra Dumasa: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!"
Ale jak to w życiu bywa nic doskonałe nie jest! Czasem wystarczy coś przemilczeć, oczywiście mając czyjeś dobro w zamyśle, i zaczynają się kłopoty.
Lilka właśnie wychodzi za mąż, Wiktoria jest organizatorką wesela - zajmuje się tym zawodowo, a Asia, oprócz roli druhny, wypełnia również rolę fotografa.
Wszystko zapowiada się pięknie, w końcu ślub, miłość, romantyzm, ale... przyjaciółki niekoniecznie popierają wybór Lilki. Wspierają ją jednak, jak tylko kobiety potrafią.
Traf chce, że czujne oko aparatu rejestruje pewien szczegół, który niczym ruch skrzydeł motyla uruchamia prawdziwe tsunami zdarzeń.
Dodatkowo Asia, nie zna prawdy dotyczącej jej rodziców, a babcia Maryla, która mogłaby udzielić jej wyczerpującej odpowiedzi - milczy jak zaklęta. Kiedy bohaterka zbiera się na odwagę i próbuje nakłonić babcię do zwierzeń, to dla obu nie kończy się to dobrze. Jedna trafia do szpitala, a druga musi poruszać się o kuli.
Panna Maciejska nawet spowolniona, z powodu nabytej kontuzji, nie poddaje się w odkrywaniu prawdy - zarówno tej dotyczącej jej rodziców, jak i tej zapisanej przez aparat. Po drodze zmieni życie kilku nowo poznanych ludzi i stanie się doradcą w sprawach związanych z dorastaniem.


"Fotografowanie ślubów, komunii czy chrzcin pozwala mi pozostawać w cieniu. Ludzie są tak zaaferowani przeżywaniem rodzinnych radości, że nie zwracają na mnie uwagi. Traktują jak burego kota, który chodzi własnymi ścieżkami i do nikogo się nie łasi. A to schowa się za doniczką, to znów przyczai w półotwartych drzwiach. Niewidzialny. Wyizolowany. Bezszelestny".

Rzadko zdarza mi się znaleźć w fikcyjnej postaci tak wiele punktów wspólnych jak w przypadku Asi. Mamy podobne zamiłowanie do fotografii, i podobnie się ono rozpoczęło, współdzielimy gust muzyczny, lubimy czarne ubrania i gadżety, podkreślające zadziorny charakter. Nie lubimy nadmiernego okazywania uczuć i zbyt szybkiego skracania dystansu. Pomagamy, ale nie przepadamy za podziękowaniami, bo nas peszą. Kochamy wszystko wizualizować i zawsze znajdziemy odpowiedni cytat.
Choć przez większość fabuły jest zabawnie, z powodu kłopotów, w które Aśka co chwilę wpada i jej kwiecistych porównań, to Katarzyna Kowalewska porusza wiele trudnych tematów.
Podkreśla rolę dzieciństwa w życiu dorosłego człowieka, jak przemilczenia, które choć w gruncie rzeczy miały nas uchronić przed smutkiem, to go tylko powodują.
Człowiek zawsze dąży do poznania, a jak poznać siebie, kiedy się nie wie skąd się pochodzi?
Dostrzega jak nieodpowiednie zachowania dorosłych mają wpływ na kształtowanie psychiki nastolatki.
Jak jedna nieuczciwość rodzi kolejną.
Wytyka nam ocenianie po pozorach i przez pryzmat własnych doświadczeń, które nie zawsze są dobre, a przecież lubimy generalizować.
Porusza nawet problem nierównego traktowania rodzeństwa.
Dostaje się też trochę służbie zdrowia, ale oczywiście z odpowiednią dawką humoru.


A co z mężczyznami? Oczywiście są! Miłośniczki skrupulatnych opisów, służących do wiernego wyobrażenia sobie męskich bohaterów, na pewno nie będą zawiedzione!  

Podczas czytania miałam uśmiech "przyklejony" do twarzy, nawet zakończenie, które mnie wzruszyło, nie spowodowało, że przestałam się uśmiechać. 
To piękna historia o odkrywaniu własnych korzeni, o kobiecej przyjaźni, która choć ma czasem ciche dni, to przetrwa wszystko, kiedy jest prawdziwa.
Polecam, ale i ostrzegam! Książka Katarzyny Kowalewskiej jest jak słodka babeczka, od której się nie tyje, ale niestety równie szybko się ją kończy!


Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Pudełko z pamiątkami" trafi do sprzedaży 10 marca 2020 roku.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 10 marca 2020
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa


#162 Przełęcz Diatłowa. Tajemnica Dziewięciorga - Anna Matwiejewa

#162 Przełęcz Diatłowa. Tajemnica Dziewięciorga - Anna Matwiejewa

Historia tragedii na Przełęczy Diatłowa nie jest mi tematem kompletnie obcym.
Co jakiś czas wracam do niej myślami.

"Przyciąga nas to, co dręczy nasze sumienie".

Powstały produkcje dokumentalne, fabularne i napisano wiele słów - próbując zrekonstruować przebieg tych dramatycznych wydarzeń, a w niektórych dreszczowcach, jak chociażby w "Strachu" Jozefa Kariki, znajdziemy do nich odniesienia.

Anna Matwiejewa, rosyjska pisarka, opisuje tę sprawę w inny, ale w moim odczuciu, bardzo przystępny sposób. Książkę rozpoczynają dwa wstępy. Jeden napisany przez Aleksieja Iwanowa i drugi od samej Autorki. Dowiemy się, już z nich, dlaczego Pani Matwiejewa wybrała formę powieści, a nie reportażu i dlaczego, właśnie ten zabieg, jest tak istotny.

W styczniu 1959 roku grupa turystów, będących głównie studentami Uralskiego Instytutu Politechnicznego, wyruszyła na północny Ural. Mieli zamiar zdobyć dwa szczyty: Otorten i Ojka-Czakur.
1 lutego 1959 roku rozbili namiot, na zboczu góry Chołatczachl, w którym chcieli, zapewne, przeczekać bardzo niekorzystne warunki atmosferyczne i oczywiście odpocząć.

Co się wtedy wydarzyło, jak doszło do tego, że nikt nie wrócił z tej wyprawy żywy?

Cała tajemnicza otoczka, wokół tej niewyobrażalnej tragedii, powoduje powstawanie przeróżnych hipotez, niektórych rodem z horroru, który jak wiemy charakteryzuje się występowaniem zjawisk nadprzyrodzonych.

Bohaterką powieści "Przełęcz Diatłowa. Tajemnica Dziewięciorga" jest Anna, podobnie jak Autorka, również pisarka. Wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Wszystko zdaje się kierować jej myśli ku sprawie dziewięciorga tragicznie zmarłych turystów, od teczki, którą otrzymuje, przez sny jakich doświadcza, po konkurs, którego staje się laureatką i za którego sprawą poznaje pewną kobietę.
Ta, jest zaangażowana w odkrycie prawdy o "diatłowcach" i poszukuje, kogoś kto by tę sprawę opisał.
Sama fabuła dotycząca pisarki wydaje się trochę zamglona, nijaka. Anna żyje jakby we śnie. Kontrastem do jej świata są oryginalne dokumenty dotyczące śledztwa dotyczącego wydarzeń, które miały miejsce na zboczu góry
Chołatczachl, przedstawione z zachowaniem oryginalnej pisowni, obfitującej w błędy i nieścisłości. 

Anna dokładnie przedstawia materiały, do których udało się jej dotrzeć. Omawia wszystkie osoby dramatu. Nie pomija żadnej z hipotez, które z biegiem lat powstawały jak grzyby po deszczu, ale miały niewiele wspólnego z próbą wyjaśnienia śmierci młodych, wykształconych i bardzo sprawnych fizycznie ludzi. Na tę sprawę nadal patrzy się jak na coś mistycznego i tajemniczego, doszukując się podwalin pod coraz bardziej absurdalne teorie.
Zagłębiamy się w treść raportów, telegramów, rozmów, poznajemy - czasem bardzo odważne, jak na tamte czasy, wnioski rodzin ofiar - i wracamy z Anną do 1999 roku, do jej życia. Zabieg ten pozwala czytelnikowi odsunąć się na chwilę od tematu i... chyba lepiej go zrozumieć.
Przestajemy być zimnym obserwatorem, który studiuje daty, przebieg trasy, czy  zagląda w czyjś pamiętnik. Za to rodzi się w nas realne współczucie.

Ta książka ma mroczny, duszący klimat. Nie mogłam jej odłożyć. Zastanawiałam się nawet: ile w tym moim zainteresowaniu jest zwykłej ludzkiej ciekawości - odnośnie samej sprawy, a ile samego kunsztu pisarskiego rosyjskiej Autorki.
Dziś, klika dni po lekturze, już wiem, że to zasługa Pani Matwiejewej i tłumaczenia Magdy Dolińskiej-Rydzek, ponieważ nadal mam w sobie ten niepokój, który towarzyszył mi, gdy bohaterka odkrywała szczegóły sprawy.

To, co działo się wokół prób wyjaśnienia, czy prób niewyjaśnienia tragedii wyprawy Grupy Diatłowa, jest przerażające. Dziwne zbiegi okoliczności, ciągle podsycana aura niewiadomej, nadawanie jej mistycznego charakteru - nadal odsuwa nas od samej prawdy.
Kiedy spojrzy się całość zebranego przez nią materiału, oczami Anny - bohaterki powieści, to można tę prawdę dostrzec, ale nie dotyczy ona jedynie dramatu przedwcześnie zmarłych młodych ludzi, bo jest to prawda o świecie, o kraju na terenie, którego doszło do tragicznej w skutkach wyprawy i prawda o... człowieku.

"Życie jest pomysłowe, strasznie pomysłowe, 
a czasami po prostu straszne".



Wydawnictwo: MOVA
Data wydania: 26 lutego 2020 
Tłumaczenie: Magda Dolińska-Rydzek
Liczba stron: 302

#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

"Czarne Miasto" to debiut literacki Marty Knopik i początek cyklu opowieści z Czarnego Miasta.
Lubię treści nieoczywiste, mroczne, duszące i przytłaczające, przez które zdaje się przedzierać zaledwie kilka promieni światła.
Uwielbiam ćmy, bo choć żyją w mroku wiedzą, że światło jest istotne, zawsze zmierzają w jego kierunku. Nawet niewielka jego ilość zmienia postrzeganie, tego na co się patrzy.
To książka dla mnie, ale czy jest dla Ciebie, tego niestety nie wiem, ale postaram się przybliżyć trochę jej treść, charakter i styl, którym przemawia Marta Knopik.

To literatura piękna, a określenie tego gatunku literackiego wywodzi się z języka francuskiego, powstało przez analogię do określenia sztuki piękne. Jednak w przypadku tej pozycji nie chodzi tylko o ładny język.

Głównymi bohaterkami "Czarnego miasta" są siostry BeBe - Belinda i Bianka oraz ich matka Wanda - która zagubiła się pośród wspomnień, w przepastnych labiryntach miasta, które spowija wieczny pył, a nieustające wstrząsy bezpowrotnie je niszczą. W Roku Zaćmienia straciła męża i smutek, żałoba - uwięziły ją w samotności, a ukochane córki wyjechały do Białego Miasta.
Przez całą historię kobiety próbują się odnaleźć - w rzeczywistości jak i w wymiarze duchowym. Poznajemy przeszłość śląskiej rodziny za pomocą opowieści brzmiących jak legendy i wspomnień opisanych jak kadry z filmu, lub malowane obrazy - jedna z sióstr jest artystką.


"Jeśli chodzi o okresy prawdziwego spania, nie udawanego, lecz takiego ze snami, to Belinda, jak każdy, ma swój stały, powtarzający się w snach motyw. Najczęściej znajduje się w jakimś niepokojącym domu, gdzie porusza się wśród korytarzy, pokoi, przejść, odkrywając kolejne drzwi i kolejne. Biegnie schodami w górę i w dół. Błądzi, próbując coś znaleźć lub starając się wyjść, uciec. Są w tych snach wydłużające się w nieskończoność tunele i przedpokoje, tak że nie sposób dojść do ich końca. Są amfilady drzwi, ciągną się jedne za drugimi i każde otwierają się z trudem, bo albo zamek się zacina, albo klamka zostaje w dłoni, albo są tak ciężkie, że trzeba się z nimi mocować. Za drzwiami ktoś jest, porusza klamką. Nie wiadomo kto, ale w Belindzie budzi się zwierzęcy strach i coraz gwałtowniej szarpie się z kolejnymi drzwiami, jej serce łomocze coraz bardziej, aż w końcu budzi się zlana potem i roztrzęsiona".

Wszystko w  tej powieści ma niezwykle metaforyczny charakter, każdy kolor, każde opisywane pnącze. Książka obfituje w bardzo bogate opisy, które budują czytelnikowi przed oczami świat widziany oczami Autorki. Choć obrazy, które przedstawia są jak wyjęte z powieści fantastycznych, to opisują realne miejsca i realne wydarzenia. Wbrew pozorom nie trzeba być mieszkańcem Śląska, by zobaczyć to, co kryje się pod rozpadającym się miastem.

To emocjonalna opowieść o poszukiwaniu tożsamości, o odkrywaniu kart z przeszłości, które jawią się jak wymieszane przypadkowe zdjęcia obcych sobie ludzi. Bohaterki próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. Zmierzają po trudnej drodze do zaakceptowania starty. Czasem trzeba zawrócić by znowu zacząć żyć. Marta Knopik pisze o miłości, która mimo bariery niezrozumienia nigdy nie straciła swojej mocy. Domyśliłam się do czego cała historia zmierza, jednak to jak Autorka maluje słowem pozwoliło mi czerpać przyjemność z czytania.

W moim odczuciu to bardzo dobry debiut. Trudna treść ukryta we mgle duszącej, ponurej atmosfery. Jednak nie każdy czytelnik odnajdzie się w labiryncie, który zbudowała Autorka i wyjdzie z niego z poczuciem satysfakcji z lektury.
To opowieść dla tych którzy
lubią się zastanawiać nad tym - dlaczego coś jest w takim, a nie innym kolorze i co to może oznaczać, a wyobraźnię mają wolną od ograniczeń.

Używanie techniki opowieści jak z literatury fantastycznej, jeżeli tak to mogę nazwać, by opowiadać o codzienności - przypominało mi trochę zabiegi z "Labiryntu Fauna" książkowej adaptacji filmu Guillerma del Toro - której to podjęła się Cornelia Funke, a marzenie senne - były dla mnie jak mroczne kadry z filmu "Cela" z 2000 roku. Natomiast samo Czarne Miasto przypomina mi trochę Tymczasowe Miasto z filmu "Franklyn" z 2008 roku.
Takie mam skojarzenia, może one pozwolą Wam zdecydować czy jesteście gotowi, by odwiedzić ulice Czarnego Miasta.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 19 lutego 2020
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura piękna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...