Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai
Kiedy zaczynałam czytać „Wierzyliśmy jak nikt” kompletnie nie spodziewałam się tego, że skończę z przekrwionymi od płaczu oczami. Nie piszę tego po to, aby kogoś przekonać o swojej nadwrażliwości, sama nadal nie mogę uwierzyć, że aż tak mnie ta fikcyjna opowieść poruszyła.
„Wierzyliśmy jak nikt” przybliża czytelnikowi czas, zanim pojawiły się leki umożliwiające spowolnienie zniszczeń w ludzkich organizmach, które niosło ze sobą zarażenie się wirusem HIV. Przyglądamy się jak „kolorowa” codzienność okazuje się ciągłą walką o akceptację, o zrozumienie i jak narasta strach przed tą śmiertelną chorobą.


Nie jest tak, że temat, który Autorka podjęła jest mi kompletnie obcy. Jakiś czas temu czytałam Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego” - Matta Richardsa i Marka Langthorna, które jest dość mocno osadzone w tematyce historii rozwoju HIV. Ponadto, pamiętam jeszcze doskonale „Witaj w klubie” z 2013 roku (ze świetnymi rolami Matthewa McConaughey i Jareda Leto) i wspomnianą w książce Makkai „Filadelfię” z 1993 roku (Tom Hanks, Denzel Washington, Antonio Banderas).
 

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

 

Głównych bohaterów w tej powieści mamy dwoje: Yale'a i Fionę. Obie postaci łączy wspólna przeszłość - lata 80te XX wieku.Rebecca Makkai w „Wierzyliśmy jak nikt” prowadzi akcję dwutorowo.
W 1985 roku blisko poznajemy Yale Tishmana, który pracuje w galerii sztuki Uniwersytetu Northwestern, w Chicago. Za sprawą znajomej ma możliwość pozyskania nieznanej dotąd kolekcji obrazów i rysunków, znanych artystów i tego wyzwania się oczywiście podejmuje. Wszystko zdaje się układać po jego myśli. Jest młody, rozpoczyna karierę, ma szansę zabłysnąć w świecie sztuki, jest także szczęśliwie zakochany. Swoisty kontrast dla jego wyobrażeń przyszłości, stanowi szerząca się epidemia AIDS. Fiona też się w tej części pojawia.

Druga oś czasu dotyczy drugiej bohaterki - Fiony, która w 2015 roku, w Paryżu, poszukuje zaginionej córki. Kobieta zatrzymuje się w domu znajomego artysty fotografa (ze wspomnianych lat 80tych), który właśnie przygotowuje wystawę swoich prac. Wszystko to sprawia, że w kobiecie ożywają wspomnienia.

Będziemy się przyglądać jak bohaterowie w latach 80tych walczą z ludzką obojętnością, z władzą, która biernie się przygląda chorującym i umierającym. Jak próbują zmienić świat, choć tak naprawdę niewiele żądają.

Natomiast w drugiej osi zdarzeń, zobaczymy jak wydarzenia sprzed trzydziestu lat, wpłynęły na obecne życie siostry jednej z ofiar chicagowskiej epidemii.

Pisarka nie tworzy postaci monumentalnych. To zwykli ludzie, ze zwykłymi wadami.
Nawet umęczona w poświeceniu Fiona, nie jest krystaliczna. Popełniała błędy, za które, nawet 30 lat później płaci, i których konsekwencje ponosi też jej córka.
Trauma, której doświadczyła, spętała ją emocjonalnie. Strach stał się jej codziennością. Jest córką, jest matką, dlaczego więc nie umiała być lepsza?
Historia Yale'a jest niezwykle dramatyczna. Nie padają tam żadne wielkie słowa. Jest po prostu zwykłe życie, są marzenia, i jest wykluczenie powodujące poczucie wyobcowania. Widzimy społeczną negację tego, co piękne, bo zdaje się różnić, od tego co nam znane.


Rebecca Makkai nie boi się żadnych porównań, pisze m. in. tak:

„Ci wszyscy ludzie mówili to w dobrej wierze, wszyscy bez wyjątku.
Jak wytłumaczyć, że miasto zamieniło się w jeden wielki cmentarz?
Że codziennie chodzą po ulicach, które były świadkami małego holokaustu, które widziały ludobójstwo zaniechań i niechęci?
Czy naprawdę nikt nie rozumie, że nieoczekiwane zderzenie ze ścianą zimnego powietrza to spotkanie ducha, jednego z tych chłopców wyplutych przez świat?"

 

Autorka powoli wprowadza czytelnika w wykreowaną rzeczywistość, opisuje codzienność. 
Nie znajdziemy tu przerysowanych emocji, ani taniego sentymentalizmu.
W niektórych momentach czułam się jak podglądacz, a jednak przegapiłam ten moment, w którym ktoś, kto istnieje jedynie na papierze stał się po prostu... moim znajomym.

Przez charakterystykę postaci; ich pragnienia, marzenia, nadzieje stworzyła realne poczucie wspólnoty. Sposób w jaki Rebecca Makkai pisze o swoich bohaterach, jakie cechy im nadaje, na jakie emocje im pozwala, sprawia, że uwierzymy, że poczujemy tę kocią sierść Roscoe'a pod palcami.
Niezależnie od tego kiedy żyjemy i jak żyjemy, pragniemy zawsze tego samego - zrozumienia i miłości drugiego człowieka, nawet jeżeli wydaje się nam to banalne.

„- Gdybyśmy tylko mogli być na tej ziemi w tym samym czasie i tym samym miejscu co wszystkie osoby, które kochamy, gdybyśmy mogli razem się urodzić i razem umrzeć, wszystko byłoby takie proste". 

Czytam wiele książek, artykułów, wywiadów, opinii i nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak bardzo szukamy prawdy w fikcji i jak bardzo nas cieszy, kiedy zdaje się nam ją dostrzegać.
Świetna powieść.





Data wydania: 15 kwietnia 2020
Liczba stron: 624
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Sebastian Musielak


 
Czas Wagi - Aleksander Sowa

Czas Wagi - Aleksander Sowa


Czas Wagi - Aleksander Sowa

W czerwcu 1997 roku na warszawskiej Pradze, ktoś uprowadza Sarę, córkę milionera. Zamknięta w ciemnym pomieszczeniu, nie odróżnia dnia od nocy, jest tam bita i gwałcona. Zrozpaczony ojciec powiadamia policję, wynajmuje detektywa, a Sary nie ma.
Ciszę przerywa żądanie okupu, które bogacz realizuje, jednak córka nadal nie wraca do domu. Rodzina porwanej powiadamia media i wybucha afera. Pospieszne decyzje, które miały ją załagodzić przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Grupą policyjną ma dowodzić nowa osoba, kobieta, podinspektor Maria Stefańska, wkrótce zwana przez podwładnych pieszczotliwie Marysią (skojarzenia z pewnym polskim filmem słuszne). Marysia ma tabelki, które chce wypełnić, Marysia była i jest policjantką zza biurka, Marysia ma władzę i Marysi wydaje się, że wie co robi.
Do sprawy zostaje przydzielony Emil Stompor. Policjant prawdziwy, taki który miał i nadal ma misję. Ma też cięty język, który kreśli jego myśli bez zbędnej dyplomacji. Stompor jest inteligentny, ma na wszystko odpowiedź, zawsze trafną, zawsze szczerą i rzadko miłą, no może nawet... nigdy miłą.

Fabuła jest oparta na prawdziwym i głośnym porwaniu. Ale to nie jedyna z możliwości, z których skorzystał Aleksander Sowa by nadać jego książce realizmu.
Postaci, w większości męskie, mówią surowym językiem, a wulgaryzmy pojawiają się dość często i... zawsze stanowią idealne wzmocnienie wypowiedzi. Radio gra utwory z tamtych czasów, wspominamy przez moment Anastazję P., spółkę ART B., czy wielką powódź. Nie byłam wtedy dorosła, ale gdzieś w odmętach pamięci mam zapisane znaki szczególne tego okresu i podczas czytania „Czasu Wagi” realnie przeniosłam się w czasie.

Porwana Sara wypowiada się w osobie pierwszej, można poczuć to, co ona przeżywa,
nie tylko za sprawą emocji. Autor nie pomija niczego, nawet zapachu. Daje to możliwość zżycia się z ofiarą.

Rzadko kiedy żywię jakieś uczucia do głównego bohatera, jest mi on całkowicie obojętny, interesuje mnie historia jaką ma do opowiedzenia. Jednak w przypadku Emila Stompora, sprawa ma się inaczej. Jego kąśliwe uwagi, wieczne niezadowolenie i ciągłe poczucie winy, że robi zbyt mało, sprawia, że naprawdę lubię tego człowieka i go rozumiem. Jest w tej swojej fikcyjności, mało fikcyjny. A partner Stompora, Kosar, alter ego Autora?, jeszcze bardziej ten realizm potęguje, zwłaszcza kiedy początek i koniec historii się spinają.

Aleksander Sowa przedstawia powiązania, układy, układziki. Pokazuje kto naprawdę rządził, kto decydował o tym, o czym się mówiło i jak się mówiło. Kto decydował o tym, co opinia publiczna ma wiedzieć i że zawsze chodziło o to samo - posiadanie władzy i pieniądze. Prawdziwi przestępcy, bandyci, na takich nie wyglądali, piastowali wysokie stanowiska.
Nieważne jak zasobne mamy portfele i z jakiej rodziny pochodzimy, zawsze kierują nami te same, mało szlachetne, pobudki. Zdarzają się jednostki posiadające ideę, próbujące coś zmienić, ale kijem rzeki, niestety,
się nie zawróci. 
Przeczytałam w jakiejś z opinii, że Aleksander Sowa opisuje minione czasy, i tak się zastanawiam, czy tak faktycznie jest? Chciałabym móc w to wierzyć. Ale nawet radia grają te same przeboje.

Intensywna, surowa, kryminalna rozrywka, jak dobry film. W którym wszystko słychać, choć nie ma fonii, w którym postaci są prawdziwe, choć można je sobie tylko wyobrazić.
Historia, o której człowiek myśli długo po ostatniej scenie, bo ma świadomość, że jest oparta na kanwie prawdziwych wydarzeń i że nie jest to tylko cichnąca melodia przeszłości.





Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 25 marca 2020 
  Liczba stron: 416
  Kategoria: kryminał
Była sobie rzeka - Diane Setterfield

Była sobie rzeka - Diane Setterfield



W Radcot, w Gospodzie „Pod Łabędziem”, nieopodal Tamizy, ludzie spotykają się by coś zjeść i wypić, a czas umilają sobie opowiadaniem przeróżnych historii. Jedni, dopiero stawiają pierwsze kroki w gawędziarskiej działalności, inni nabyli już umiejętność przykuwania uwagi tłumów, a trzeci tylko czekają, aż ci drudzy zaczną mówić.

Ale... Ta noc jest inna. 
 

Była sobie rzeka - Diane Setterfield

 

Wieczorne spotkanie przerywa przybycie rannego mężczyzny, niosącego lalkę, która okazuje się być... martwą dziewczynką, która cudem wraca do życia...
Wici rozchodzą się po okolicy i już wkrótce do Radcot przybywają przedstawiciele trzech rodzin twierdzących, że z odnalezioną dziewczynką łączą ich więzy krwi. 


Dziewczynka milczy i wzbudza we wszystkich, którzy w jakiś sposób się z nią stykają, ciepłe uczucia. Wszyscy chcą się nią zająć, pomóc, kochać.
Czuje to mężczyzna, który ją uratował, czuje to Rita, kobieta, która niejako obudziła ją do życia, czuje to nawet chłopiec, który pierwszy jej dotknął.
Losy trzech rodzin splatają się za sprawą milczącej dziewczynki.
Każdy z bohaterów ma własną historię i każdy z nich ją opowie.


„Była sobie rzeka” Diane Setterfield przypomina swoją budową tytułowy ciek wodny. Bierze swoje źródło i poszerza swe koryto zgodnie z wpadającymi do niej dopływami - odrębnymi historiami każdego z bohaterów. Nie wszystko co nurt niesie jest czyste, ale wszystko się zmienia, tak jak płynąca woda w rzece.

Cała powieść jest osadzona w baśniowym, jednak nieprzesadzonym, klimacie.
Autorka sięga do mitów, legend, szeroko pojętego folkloru, przekazywanego ustnie. Każda z odrębnych opowieści niesie ze sobą morał. Stanowią one ułamek całości prowadzący do odkrycia tego, co się tak naprawdę wydarzyło, a przy okazji opowiadają: o naturze człowieka, o pociągu do łatwych pieniędzy, o braku umiejętności rozmowy, o nawarstwiających się problemach, które zamiast rozwiązywać, to ignorujemy, o udawaniu, kogoś kim nie jesteśmy, o szeroko pojętym zepsuciu. Okazuje się, że nie zawsze to co pamiętamy, jest faktycznie tym czym było. Ulegamy wpływom, zasłyszeniom, ubarwiamy wspomnienia, kłamiemy.

Nie da się też nie zauważyć metafory przemiany, jaką niesie ze sobą płynącą fabuła. Stopniowe odchodzenia od tego, co niemal magiczne, jak opowieści starego już bajarza, przez rolę, którą pełni Rita, kobieta trudniąca się początkami medycyny położniczej, czy Pani Constantine, błędnie postrzegana jako praktykująca spirytyzm. Nawet kiedy nauka przejmuje dominującą rolę w naszym życiu, zawsze znajdziemy coś, w co chcemy wierzyć, bo jeszcze nie potrafimy tego wytłumaczyć.

Diane Setterfield przejęła zapomnianą rolę bajarza i za pomocą ładnie połączonych zdań zabrała mnie w wędrówkę po prawdziwej rzece opowieści.
Za Jej sprawą poczułam się tak, jak wtedy, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i opowiadano mi różne historyjki z przesłaniem. Z zabarwionej smutkiem, ciemnej, czasem mrocznej opowieści zawsze przebija się światło. Może zbyt wiele mnie one nie nauczyły, ale wtedy były czymś magicznym. Podejrzewam, że podobnie będzie i z tą książką, jednak czytałam z naprawdę dużą przyjemnością i ciekawością, która bardzo rzadko już mi się zdarza. Ten rwący nurt, przesyconej treścią, i postaciami, rzeki oderwał mnie od codzienności, która obecnie wydaje mi się jak wyjęta z fantastyki postapokaliptycznej. Dał, być może, złudzenie?, że wszystko przeminie. Może tego właśnie potrzebowałam.


Wydawnictwo Albatros stworzyło dzieło sztuki. „Była sobie rzeka” jest wydana z ogromną dbałością o szczegóły. Twarda okładka jest pokryta złoceniami, a obwoluta, z kolei, złoconymi ornamentami, co niejako koresponduje z równie „bogatą” treścią.

Mówi się, że książki, podobnie jak inni ludzie, stanowią odbicie. Odbicie tego, co już w sobie mamy... Tego jak postrzegamy rzeczywistość.
A ja, właśnie tak, mimo wypełniającego mnie cynizmu, chcę ją widzieć. 



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 11 marca 2020
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson
Lubiłam kryminały. Oj, lubiłam. Najbardziej te z szeroko opisanym tłem obyczajowym, czy historią, gdzie zagadkę trzeba było rozwiązać przez obserwację ludzkich zachowań, zbieranie poszlak w gęstej mgle ponurej atmosfery.
Najlepiej wspominam cykl: „Millenium” Stiega Larssona, a z serialowych przygód to bliski memu sercu jest „Most nad Sundem”.

Dlaczego w czasie przeszłym o tym lubieniu piszę? Ponieważ trochę się na kryminały gniewam, za powtarzalność motywów, za kalki śledztw...
Nie poddaję się jednak i czasem sprawdzam, czy mogą mnie one jeszcze czymś zaskoczyć.


„Doggerland. Podstęp” to debiutancka powieść Marii Adolfsson, urodzonej w 1958 roku Szwedki, otwierająca cykl (choć wydawca twierdzi, że serię, nie będę się więc spierać, jestem dość ugodowego usposobienia :)) o komisarz Karen Eiken Hornby z Doggerlandu - fikcyjnego archipelagu wysp między Wielką Brytanią a Skandynawią (nie tak do końca fikcyjnego - DOGGERLAND).

Karen ma, jak każdy szanujący się główny bohater kryminału, przeszłość, która daje, co jakiś czas, o sobie znać. Karen ma też szefa, męskiego szowinistę, z którym na co dzień toczy potyczki słowne, a po zakrapianym wieczorze ląduje w łóżku. Pech chce, że w tym samym czasie, kiedy będąca jeszcze na kacu komisarz, przemyka niczym cień do domu, ktoś morduje byłą żonę jej przełożonego. W związku z tym, że alibi Jounasa Smeeda, rzeczonego szefa bohaterki, jest trudne do potwierdzenia, a jak powszechnie wiadomo małżonkowie, nawet byli, mordują się najczęściej nawzajem, to prowadzenie śledztwa przypada Hornby.

Po, moim zdaniem, bardzo dobrym wprowadzeniu w fabułę i to dość szybkim, w porównaniu do postępów w śledztwie, Maria Adolfsson zwalnia. Staje się zarówno architektem i wykonawcą projektu. Jest niezwykle skrupulatna, fikcyjny świat jest mocno rzeczywisty. Czujemy się jakbyśmy tam byli. Jakbyśmy widzieli ulice, domy, przechodzili pomiędzy stojącymi przed barami
stolikami, z których obsługa jeszcze nie zabrała parujących, ale pustych już kieliszków. W bardzo dokładny sposób kreśli codzienność odciętego od świata społeczeństwa, tego jak strach przed obcymi zamyka na zwykłą życzliwość, jak niezrozumienie zamienia się w wrogość. 
O ofierze nikt nie może powiedzieć nic dobrego, nawet jej najbliższa rodzina. Jawi się ona jako złośliwa jędza, której ani życie, ani śmierć nikogo nie obchodziło i nie obchodzi. Tak jak i prowadzone przez bohaterkę śledztwo.
Chodzimy z komisarz Hornby i przyglądamy się mieszkańcom, zaglądamy im do domów, i do wspomnień. Pojawiają się w treści retrospekcje, nawiązania do istniejącej kiedyś na terenie Doggerlandzkich wysp, komuny.
Komuny, która jakoś mi się rozmywała, bo ani to Charles Manson, ani nawet sekta z drugiego sezony serialu „The Sinner”, takie nie wiadomo co.
Jak wspomniałam lubię powolną, ślamazarną akcję, która skupia się na wątkach społeczno-obyczajowych, na odkrywaniu ludzkich drugich twarzy, ale nawet dla mnie, było ich zbyt wiele, w stosunku do tego, co ich odkrycie niosło dla rozwikłania zagadki. 
Sam finał ślizgał się zaledwie na możliwościach jakie daje pokrętny ludzki umysł i był, no co tu wiele czarować, przewidywalny.

Jest jednak to COŚ w sposobie pisania Pani Adolfsson. Potrafi stworzyć klaustrofobiczny klimat na otwartej przestrzeni, potrafi wybudować słowami kompleks mieszkalno-usługowy i go ożywić. Potrafi plątać ze sobą wątki, na różnych osiach czasu i stworzyć ciekawą, choć wpisującą się w schemat, postać pani komisarz, a wszystko to zawiesić w tajemniczej mglistej atmosferze, która podsyca ciekawość.
Nie uważam, że „Podstęp” to rewelacyjny kryminał, dla mnie to jedynie dobry wstęp, do być może bardzo dobrego cyklu.
Niestety nie odnajduję w nim ani Stiega Larssona, do którego (według mnie) bliżej było „Niezależności” Maurycego Nowakowskiego, ani uwielbianego przeze mnie „Mostu nad Sundem”.

Ja, z kolei, widzę tu dość cichy, żeby nie napisać - smętny - (napisałam :)), klimat z walijskiego „Hinterland”, podczas którego zdarzało mi się uciąć sobie drzemkę, ale i tak uważam go za dobry serial. 

Choć zachwycona, nie jestem, nie jestem też i zawiedziona. Z miłą chęcią sprawdzę jak Maria Adolfsson rozwija swój warsztat pisarski i jak zmienia się jej, kluczowa dla cyklu, bohaterka.



Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 31. marca 2020 roku
Liczba stron: 480
Kategoria: kryminał 
Tłumaczenie: Agata Teperek



Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł

Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł


Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł

Kiedy patrzę na tę okładkę widzę zeszyt. Zeszyt pełen notatek, z których muszę wyłuskać treść. Zaznaczony w kółko tytuł i personalia Autora, są jak wyłowione z morza słów.

Wiktor Orzeł w swojej „Książce, której nigdy nie przeczytasz” opisuje historię Zenona. Wolnego ducha, uwiązanego do rodziców, na smyczy zwanej pieniędzmi, który śni alkoholowo-narkotyczny sen o byciu poczytnym pisarzem. Bogaty, za sprawą majątku ojca, postrzega innych ludzi jako sieciówkowe manekiny. Przekonany o swojej wyjątkowości obraca się w wysokich, otępionych używkami, sferach elity artystyczno-intelektualnej, w pięknym mieście Krakowie.

„Łykam tabletkę, popijam ją cierpkim sokiem i wychodzę na balkon zapalić. Wrzucam zdjęcie na Instagrama, jak sobie palę i jaki jestem fajny i skacowany”.

Matka podziela umiłowanie syna do płynnych porażaczy umysłowych i zatapia się w zobojętnieniu. Ojciec w domu się hoteluje. Jest i Szofer, brany za kolejnego z niezbyt bystrych wyrobników, a i Ogrodnik, który, jak się z czasem okazuje, różne ogrody uprawia. Wszystkim usługuje Pomoc Domowa.

Opowieść jest podzielona na akty. W życiu jak w teatrze, gramy przed innymi i gramy przed sobą. Już pierwsza wypowiedź Kory - matki Zenona, wprowadza pewien dysonans. Okazuje się, że nie ma jednej prawdy, każdy w tym wielkim i jednocześnie pustym światku, na swój sposób postrzega rzeczywistość i samego artystę-pisarza. W ten sam sposób każdy z czytelników będzie postrzegał tę opowieść.

Zenon najczęściej po prostu pisze, że pisze i utrwala to w mediach społecznościowych.
To jest istotne, a nie to, co samozwańczy pisarz miałby do powiedzenia.
Im bardziej odkrywamy jego życie, tym bardziej dostrzegamy, że tu nic nie działa, że zepsute jest wszystko.
Narracja prowadzona jest z różnych perspektyw. Każdy wypowiada się tu w swój, charakterystyczny tylko dla niego, sposób.
Wszystko się sypie, wszystko dąży do upadku, tylko nie wiadomo kto upada... Ponieważ w świecie Zenona leżą wszyscy, niezależnie od pozycji społecznej, niezależnie od tego, kim się sobie wydają. W pewnym momencie nie wiemy już co tu jest rzeczywiste, a co jest tylko jego wymysłem.
Oddalamy się od Zenona, kiedy widzimy jak się stacza, jak marnuje życie, bo kogo z nas obchodzi dlaczego tak się dzieje? Z kolei kiedy opowiada o swojej drugiej stronie i jego rodzinnej relacji, pojawia się w nas jakieś ziarenko współczucia. Bo to przecież człowiek samotny, łaknący jedynie uwagi.

Wiktor Orzeł pisze prostym językiem, niepozbawionym wulgaryzmów. W świecie jego bohatera wszystko można kupić i wszystko można sprzedać. Każdą książkę można wydać, każda może osiągnąć status bestsellera, wystarczy tylko odpowiednie zaplecze finansowe.
Ludzkość wygląda mniej więcej tak:
- wszyscy wiedzą wszystko lepiej niż sami zainteresowani, każdy zna czyjeś motywy lepiej niż swoje,
- wszyscy są skłonni się zjednoczyć, ale gdy mają wspólnego wroga, najlepiej słabszego,
- wszyscy są oświeceni, oczytani, ale nic ich nie interesuje.
Permanentny ból istnienia i to na stałym połączeniu z siecią.

Wiktor Orzeł przedstawia w bardzo cyniczny sposób mechanizmy rządzące współczesnością. Podobno o pokoleniu Y, a może X, a może jeszcze innym?
Nie wiem. Według mnie zawsze byliśmy, jesteśmy i będziemy tacy sami.
Jedni przekonani o swojej wielkości, drudzy starający się przetrwać do emerytury.
Najlepsi rodzice, ale nie swoich dzieci. Najlepsi doradcy, ale radzący obcym. Skłonni do pomocy, kiedy mogą coś zyskać. Nie umiejący rozmawiać, choć potrafiący mówić.

Czy taka jest prawda? Czy jest aż tak źle?

Nadal mam nadzieję, że nie.
Autor chyba też, inaczej by tej książki nie napisał.

Każdy z nas się w tej opowieści odnajdzie, niezależnie od tego w jakiej wizji świata żyje.

Autor udostępnia swoją wcześniejszą książkę „I tak dalej” w wersji elektronicznej =>  TUTAJ.


Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Data wydania: 26 lutego 2020 roku
Liczba stron: 166
Kategoria: literatura piękna
Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka
„Kurier z Teheranu” Wojciecha Dutki to kontynuacja losów hrabiego Antoniego Mokrzyckiego, którego znamy z „Kuriera z Toledo”
Pierwszą częścią byłam zachwycona, zwłaszcza językiem, którym została napisana. Bogatymi metaforami i pojawiającą się w treści poezją. „Kurier z Toledo” choć jest istną mieszanką gatunkową, ponieważ znajdziemy w nim wątki sensacyjno-szpiegowskie i historyczne, to głównie ma na uwadze wątek zakazanej miłości. Miłości, która odmieniła hrabiego. 
Nie wiem jak dziś odebrałabym tę część, z uwagi na to, że mój gust czytelniczy znacząco się zmienił. Ale zmienił się i Antoni Mokrzycki.

 Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Hrabia próbuje ułożyć sobie życie u boku żony, z dość marnym skutkiem. Golda jest obecna w życiu Mokrzyckiego, podobnie jak i wspomnienie Teo.
Z początku trudno było mi się poddać tej historii. Nadmierna egzaltacja bohaterów z hrabią na czele, ckliwość, prosty sentymentalizm i wątek poety Józefa Czechowicza zdawały się do mnie nie trafiać.
Kiedy rozpoczyna się wojna i, rozpoczyna się „pełna” akcja powieści, bohater stopniowo wyzbywa się tej „hrabiowskiej maniery”, która mnie drażniła.
Nie ma czasu, ani miejsca na przesadne roztkliwianie się nad sobą i swoim losem.
Mokrzycki zaczyna dostrzegać ludzi, także tych, do tej pory dla niego niewidzialnych. Dopuszcza do siebie możliwość własnej omylności i stawia sobie pytania dotyczące norm moralnych - czy każda śmierć jest równie zła?

 
Mokrzycki dostaje powołanie do wojska, jest w stopniu podporucznika, i jako agent Dwójki otrzymuje zadanie by wywieźć i schować dokumentację dotyczącą agentów polskiego wywiadu w ZSRR.
Jednak to, co się dzieje  - wojna obronna Polski - mamy wrzesień 1939 roku, uniemożliwia mu działanie. Staje do walki z Armią Czerwoną i wtedy Wojciech Dutka uruchamia swój talent do opisywania wydarzeń historycznych. Pisze z prawdziwym rozmachem.
Na drodze jego bohatera pojawia się lubiany przeze mnie Tadeusz Dołęga-Mostowicz, cieszę się, że Autor, choć na krótko, przywołuje tego, jak mi się zdaje, zapomnianego nieco pisarza.
Znaczącą postacią dla fabuły będzie Józef Retinger, pojawią się również generałowie Władysław Sikorski i Władysław Anders, a sam hrabia stanie oko w oko z Józefem Stalinem. Znajdziemy tu również kilka znanych nazwisk z NKWD.

Hrabia trafi do kozielskiego obozu, do Karłagu, cudem uniknie Katynia, stanie się, poniekąd, świadkiem wydarzeń, które zaważą na losie ówczesnej Polski.

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Pan Dutka łączy historię z fikcją w taki sposób, że trudno je od siebie odróżnić. Dzieje się bardzo dużo, wydarzenia charakteryzuje skrupulatna opisowość. Kiedy Autor wspomina o niedających się dziś zrozumieć zachowaniach wypierających znaczenie człowieczeństwa, aktach kanibalizmu, jednocześnie wspomina Hołodomor (co cenię, ponieważ zdaje mi się, że to nadal pomijana część „zasług” Józefa Stalina). Jednak nie po to, aby niejako usprawiedliwić obrzydliwe czyny, tylko by pokazać tę drugą stronę. Nic nie powstaje znikąd.
Opisy bywają bardzo dokładne, nawet te krwawe, brutalne, bestialskie. Wojciech Dutka nie pomija żadnych szczegółów.

Wojna zmienia każdego z bohaterów. Nie tylko hrabia ma podwójną tożsamość, ktoś jeszcze ze znanych nam postaci gra rolę życia. Charakter wiecznie znudzonej żony hrabiego, również zostaje wystawiony na próbę.
Pojawia się ogrom postaci, od tych, które znamy z „Kuriera z Toledo”, przez nowe - umocowane historycznie i fikcyjne.
To sensacja oparta na kanwie zdarzeń historycznych, w tej części nie widzę typowego wątku romansowego. Ludzka bliskość pojawia się, majaczy gdzieś z boku.

Jest jednak coś, co mi nieco przeszkadza w stylu tej powieści. Niejako podwójny sposób zaznaczania emocji, które targają bohaterami - np. ktoś jest spocony, ponieważ jest zdenerwowany. Wraz z biegiem wydarzeń jest takich zapisów mniej.

Wewnętrzne przeżycia bohatera, zapisywane niemal poetycko, rozumiem jako równoważenie odbioru treści i nawiązania do delikatnej strony charakteru hrabiego.

Pojawiają się również wspomnienia, nawiązania do historii opisanej w „Kurierze z Toledo”, więc jak ktoś jej nie zna, to poniekąd pozna ją przez „Kuriera z Teheranu”.

„- Obóz sprawia, że gdy pojawia się zagrożenie życia, nie liczą się zasady moralne. Jeśli będę miał wybór: moje życie lub twoje, wybiorę siebie. Zdradzę Cię bez wahania. Ty musisz zrobić to samo. Liczy się tylko życie. Rozumiesz?”

Wojna zmienia ludzi, upośledza wrażliwość. Popycha do czynów niegodnych, ale koniecznych. Jednak nie tworzy potworów, jednostek wyzbytych sumienia, obdarzonych podwójną moralnością, umożliwia im jedynie niczym niezakłóconą działalność.

„Homo homini lupus est - owa sentencja zyskała w ostatnich latach nowe potworne znaczenie, ukazując, że najgorsze piekło jest w nas: ludzie je tworzą innym ludziom”.

Nie jestem już może tak bezkrytyczna, jak w przypadku (wielokrotnie!) wspominanego przeze mnie „Kuriera z Toledo”, jednak i ta historia, opowiedziana za pomocą losów ekscentrycznego arystokraty, do mnie trafia.
Zmieniłam się i zmienił się mój gust, oczekiwania, ale i zmienił się bohater tego cyklu.
Z przyjemnością sprawdzę, jak tylko będzie taka okazja, jak charakter Antoniego Mokrzyckiego zaprezentuje się w kolejnej części i jaką będzie miał dla mnie tym razem opowieść.


Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka




Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 24 marca 2020 
  Liczba stron: 544
  Kategoria: sensacja
Żywopłoty - Maria Karpińska

Żywopłoty - Maria Karpińska

Żywopłoty - Maria Karpińska
Niezależnie od tego ile mamy lat to powtarzamy: „Mogło być gorzej”, „Nic”, jak mantrę. Postrzegamy życie jak centymetr krawiecki i po każdej minionej już dziesiątce zastanawiamy się - co dalej i wracamy do: „Mogło być gorzej”, „Nic”. Pojawia się i „Jest dobrze”, ale zdecydowanie zbyt późno.

„Żywopłoty” Marii Karpińskiej to zbiór opowiadań przypominających przekrój ludzkiego życia. Narrator, rodzaju męskiego, prowadzi nas przez dziesięciolecia, które ubrane w krótką formę wymakają się postrzeganiu czasu. Wydaje się, że jest zawieszony ponad nim. Jego opowieść o sobie samym, staje się opowieścią o Tobie, o mnie. Jest stale i wszędzie.

Dorastający mężczyzna i jego wybory, decyzje, zaniechania, błędy. Każda dekada to zapis codzienności, codzienności przemian. Dojrzewania i hodowania w sobie czułości, tęsknoty do drugiego człowieka, choćby podejrzanego przez „niebieską folię”, czy zapamiętanego przez powtarzany co wieczór gest, z jednoczesnym wycofywaniem się do własnej skorupy. To niejako studium samotności, mimo nawiązywania relacji damsko-męskich przez bohatera. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, choć jesteśmy istotami społecznymi, to wolimy się przyglądać, nie uczestniczyć, bo tak jest zdecydowanie bezpiecznej. Zadajemy pytania, ale czy chcemy wiedzieć?

<<„Naprawdę?” pytali czasem, ale to przecież zagajenie, partykuła, wtrącenie,  a nie prawdziwe pytanie i dlatego pisze się „prawdę” łącznie z „na”.>>

W niezwykle krótkich zapisach kolejnych dziesięcioleci Autorka zawarła ich esencję. Prawdę o człowieku, który zrozumiał jak wygląda świat, który mierzył wysoko, nie patrząc pod nogi, który wiedział wszystko, a nie wiedział nic, który prawdziwie zatęsknił, gdy już było za późno, który dostrzegł, jak już nie było nic. 

„Starość to niby czas podsumowań, ale gdy patrzę wstecz, nic nie widzę. Jakbym był pusty w środku, stworzony dziś rano, od razu taki - zdziadziały, zrzędliwy, zgrzybiały. Albo odwrotnie - jakbym obejmował parę życiorysów naraz, a jakby moje życie szło paroma równoległymi torami, a w każdym z nich poniósłbym porażkę, stał z boku, komentował, patrzył, nigdy jednak do końca nie uczestniczył, nie żył. Nie umiem powiedzieć, dlaczego tak się to poukładało, nie inaczej. Może od początku, od pierwszej chwili, pierwszego zdania coś poszło nie tak, umknęło, skrzywiło się i potem już takie zostało, przetrącone, nierówne”.

W opowiadaniach, które można czytać jako całość, pojawia się wiele odniesień do roślin, do cyklu ich życia. Pojawiają się też najlepsi przyjaciele człowieka - psy. Po tym jak ktoś je traktuje, możemy dostrzec to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. W oddaniu i miłości nie odnajdziemy fałszu.

Maria Karpińska opowiada językiem prostym, mówionym. Wprowadza powtórzenia, które budują komizm, nadają rytm i teksty po prostu krzyczą o czytanie ich na głos. A rozpoczęcie i zakończenie prologu dają złudzenie niekończącej się opowieści - jak melodia życia.
Czytelnik czuje jakby zanurzył się w głębi poznania, jakby przechadzał się pomiędzy ludzkimi powiązaniami, splątanymi jak korzenie, jakby to on widział i wiedział wszystko. Jakby to on był narratorem.

To jedna z tych książek, które choć zdają się skąpe w zdania, to rozrastają się w w czytelniku i nabierają sensu, kiedy zostaną przefiltrowane przez pryzmat jego doświadczeń.  A metafora, którą są tytułowe „Żywopłoty” sprawia, że pewien etap życia zaczynamy postrzegać inaczej.
 

Żywopłoty - Maria Karpińska


Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 26. lutego 2020 roku
Liczba stron: 176
Kategoria: literatura piękna

„Mimo że od dwudziestu lat tkwię w nałogu czytania, nie stałem się przez to innym człowiekiem”

„Mimo że od dwudziestu lat tkwię w nałogu czytania, nie stałem się przez to innym człowiekiem”

Dzieje się coś dziwnego. COŚ niedobrego. Zmieniam się...

A zmian nie lubię. Budzą one we mnie niepokój.


Przedwczoraj skończyłam, trzykrotnie zasypiając w trakcie, "Galveston" Nica Pizzolatto i był tam taki cytat: "Mimo że od dwudziestu lat tkwię w nałogu czytania, nie stałem się przez to innym człowiekiem". Ta książka jest, dla mnie, (okrutnie) słaba, prosta w odbiorze. Fabuła to linia prosta, niczym nie zaskakuje, styl jakby pozlepiany z tekstów różnych autorów, ale... zaczęłam się zastanawiać nad tym wspomnianym zdaniem.

Naprawdę?


Naprawdę, moja ulubiona partykuła odkąd przeczytałam "Żywopłoty" Marii Karpińskiej (ale o tym... może jutro?), naprawdę czytanie nie zmienia?
To po co się czyta?

Lipali śpiewa tak:

"Gdy książek brak
Rozumu brak
Procesów brak
I wnętrza brak"


Zmieniłam się, naprawdę.

Czytam wszystko.

No prawie.
Erotyki są poza moim zasięgiem, choć nadal wierzę, że można je napisać dobrze. Obawiam się, że dziś nie doceniłabym książek, które podobały mi się kiedyś.
Zdradzę Wam, że właśnie czytam "Kuriera z Teheranu" Wojciecha Dutki, kontynuację "Kuriera z Toledo", którym byłam na swój sposób zachwycona, i nie mogę się odnaleźć.
Przesadna egzaltacja, ckliwość, sentymentalizm i ciągłe powtarzanie wszystkiego sprawiają, że nie mogę się zatopić w słowach, i opowiadanej historii.
Meczą mnie wszelakiej maści dreszczowce, które kiedyś uwielbiałam, tak jak zmęczyły mnie kryminały.
Czytam ich coraz mniej, bo wszędzie widzę schematyczność, wiem dokąd zmierza akcja zanim wydarzą się kluczowe momenty. Staram się docenić warsztat pisarski, ale sama treść schodzi na dalszy plan.
Zaczynam się skupiać na stosowanej retardacji, na powtórzeniach np. zaimków, mających nadać rytm, czy formę. Dlaczego taka, a nie inna narracja. Po co wrażenie dystansu, po co złudne poczucie realności.

Robię mniej błędów.

Umówmy się, że ten kto ich nie robi, to po prostu nic nie pisze.
Największy problem mam z interpunkcją, ale (chyba) jest lepiej niż było.
Chcę żeby w tekście był rytm, żeby się go dobrze i płynnie czytało.

Nie wytykam innym błędów.

Tak, widzę je nie tylko u siebie. W swoich tekstach oczywiście je poprawiam, czerwieniąc się przy tym jak uczniak. Innym palcem ich nie wskazuję. Popełniają je wszyscy, nawet ci pouczający innych, w tym korektorów. Prędzej czy później każdy zaczyna je dostrzegać, a jak nie, to co komu da pouczanie obcego człowieka?

Spostrzegam inaczej.

Doceniam słowa. To jak ktoś buduje zdania. Nie ma znaczenia czy są one długie, wręcz barokowe, pełne metafor, czy proste. Szukam w tekście przekazu. Symboli. Nie zawsze je znajduję, nie zawsze one są. Ale kiedy tekst pozwala na mnogość interpretacji, to doceniam go bardziej.
Kiedy czegoś nie rozumiem, to staram się zrozumieć. Naprawdę (!) nikt, nikogo nie skrytykuje kiedy przyznamy się, że nie wiemy co autor chciał nam przekazać. Nie trzeba swojej frustracji wyładowywać na pisarzu.
Tak zdziwaczałam, że potrafię wzruszyć się piękną, według mnie, metaforą, czy tym jak ktoś coś widzi.

Jestem świadoma tego, że nie znam się na literaturze.

Piszę o swoich wrażeniach, odczuciach. O tym, co dostrzegłam w przeczytanej historii. Staram się ważyć słowa i nie pisać oceniających tekstów, krzywdzących czytelników, czy autora. Dziś np. przeczytałam, że mogę być mało inteligentna, bo pozytywnie oceniłam pewną książkę. A kiedyś przypisano mi sędziwy wiek, bo nikt młodszy nie doceniłby kwiecistych porównań.
Naprawdę? Skąd bierze się w ludziach ta dziwna wyższość i chęć jej zamanifestowania?

Przestałam oceniać.

Nie oceniam książek w żadnej skali. Chyba, że muszę dodać opinię na którymś z portali, gdzie wymagana jest ocena przed dodaniem tekstu, wtedy po prostu nie mam wyjścia.
Nie jestem nauczycielem. Ani kimś, kto musi coś zmierzyć. Nie neguję ocen, każdy robi to, co uważa za słuszne. Chyba jestem cynikiem. Chyba, bo staram się patrzeć na świat inaczej. Pragnę wierzyć, choć często brakuje mi podstaw, ale wiara to wiara, nie wiedza. Mogę więc próbować.

Przestałam liczyć.

Nie liczę przeczytanych książek. Nie ma to już dla mnie znaczenia. Czytam.
Nie piszę o wszystkich przeczytanych książkach. Ale jak ktoś chce, czy musi, to proszę - może znajdę wśród nich coś dla siebie.

Nie używam zapożyczeń.

Byłam młoda, no dobra nadal jestem, zdarza mi się chlapnąć jakieś wyrażenie z języka angielskiego. Nie robię tego w opiniach o książkach, zdarzy się czasem jakiś thriller, nic ponadto. Język polski jest piękny, wiem, że niektóre określenia brzmią lepiej w innym języku, profesjonalniej, ale możemy mówić i pisać po polsku, nikt nam tego prawa nie odebrał.

Nie mam poczucia misji.

Wydawało mi się, że pisanie o książkach coś daje, coś zmienia. Wydawało. Mam świadomość tego, że piszę i istnieję w sieci w zamkniętym środowisku. Tak, zamknięty. Czasem ktoś spoza naszego "kręgu" zajrzy i skorzysta. Jednak, w większości, podglądamy siebie nawzajem. Mamy dyskutować o gustach, ale piszemy, że o nich się nie dyskutuje.
Napisz coś negatywnego o książce - to okaże się, że jesteś szczery - jedyny sprawiedliwy.
Napisz coś pozytywnego o książce - to może ktoś się odezwie, jak w ogóle przeczyta. Przeczytanie całości wypowiedzi to rzadkość, jak jednorożce. One istnieją. Na... prawdę :)
Kiedy ktoś pyta czy krytykowana przez niego książka komuś się jednak podobała i akurat jestem taką osobą, to odpowiadam wraz z argumentacją. Z reguły komentarz pozostaje bez odpowiedzi. Dziwna ta dyskusja Ty swoje, ja swoje i koniec. Flauta.


Smutne to, ale prawdziwe. Denerwowało mnie to, ale przestało. Nie zmienię tego. Zmienić mogę tylko siebie.

Zmienił się mój gust, zmieniła się moja wrażliwość, zmienił się poziom mojej wiedzy ogólnej, zmieniłam się ja i zmieniam się nadal. Bo mogę. Bo chcę.

Jednak zgadzam się z Royem Cadym, bohaterem "Galveston", książki nie mają mocy sprawczej. Mogą stać się punktem zapalnym, wprawić Cię w ruch, popchnąć, ale nie ruszysz jak sam tego nie chcesz.

Czytaj.


*naprawdę - przepraszam za nadużywanie tej biednej partykuły.


Parę słów o książce ze zdjęcia.
On jest śmiertelnie chory, On jest zły, On spotyka Ją. Ona jest młoda, Ona zarabia na życie świadcząc usługi seksualne. Ich drogi się krzyżują, jadą samochodem. Pojawia się jakieś dziecko. Źli ludzie i Oni. Pokaleczeni przez życie, pieniądze, motel, brutalność. Gęsta atmosfera. Fabuła odkrywcza jak rozwijanie motka wełny, choć ten łatwiej się poplącze. Styl raz dobry, a za chwilę jakby ktoś na kolanie dopisał fragment. Dialogi po prostu są.
Dlaczego, więc czytałam?
Trudno to wytłumaczyć, trudno to zrozumieć.
W mojej głowie czytał tę historię Mickey Rourke, w scenografii z Sin City.
Wyciszyłam się i w spokoju zasnęłam.
Pewnie zaraz bym o niej zapomniała gdyby nie to jedno zdanie...
Pszczoły i grom w oddali - Riku Onda

Pszczoły i grom w oddali - Riku Onda

"Pszczoły i grom w oddali" to kolejna z książek wydanych przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego w znakomitej Serii z Żurawiem. Jak każda z książek, które się w niej ukazały, została nagrodzona, przyznano jej prestiżową Nagrodę Naoki w 2017 roku. Na jej podstawie w 2019 roku powstał film "Listen to the Universe" w reżyserii Keiego Ishikawy z udziałem Andrzeja Chyry.

Kiedy otworzymy książkę, to na skrzydełku okładki znajdziemy kod QR, po którego zeskanowaniu będziemy mogli książkę - realnie - usłyszeć, ponieważ opisywane w niej utwory zostały udostępnione na Spotify, do czego zachęcam!

Akcję powieści rozpoczynają przesłuchania do międzynarodowego konkursu pianistycznego w japońskim Yoshigae. Na samym początku Autorka wprowadza czytelnika, krótko, w zasady jakimi rządzi się ta muzyczna rywalizacja, a następnie przedstawia czterech głównych bohaterów, za pomocą ich programów muzycznych. Poznamy bliżej:
Eiden Ayę - dwudziestolatkę, nazywaną "cudownym dzieckiem fortepianu", która wraca na scenę po śmierci matki. Kolejnym bohaterem jest Masaru Carlos Levi Anatole, peruwiańczyk japońskiego pochodzenia, który na tym konkursie odnajduje osobę, za sprawą której pokochał muzykę. Takashima Akashi, który jest jedynie pracownikiem sklepu muzycznego, startuje by coś sobie i innym udowodnić. I najważniejszy z całej czwórki, postać która spaja całą fabułę: trzech poprzednich bohaterów, przez jurorów konkursu, do postaci pobocznych, nadaje jej rytm - Jin Kazama. Bardzo młody pianista, dziecko, posiadający list polecający od niedawno zmarłego wirtuoza fortepianu. Gra tego chłopca już na początku poróżnia grono oceniających.

Riku Onda przedstawia świat muzyki klasycznej, która jako przedstawicielka kultury wysokiej, często jawi się jako coś niemal boskiego, coś czego zwykły zjadacz chleba nie zrozumie i nie poczuje. Ale czy rzeczywiście tak jest?
To hermetyczny świat, do którego trudno jest wejść, nawet wtedy, kiedy posiada się talent. Genialne umysły, nadające bardzo matematycznej muzyce duszę, są ograniczane przez dobór repertuaru, oceniane przez pryzmat pochodzenia i ukończonych szkół.
Muzyka, jako dziedzina sztuki, została sprowadzona do wyścigu producentów instrumentów muzycznych - fortepianów. Laureaci stali się odgrywającymi znane utwory klasyczne - nie mogą komponować własnych, a każda słabość z ich strony - objawiająca się niemożnością występu, wyklucza ich (na stałe) z możliwości koncertowania.
Genialne, czyste i piękne umysły widzące muzykę obrazami, słyszące fałsze spowodowane wypaczeniem podłogi, na której stoi fortepian, tworzące niczym - jakby się mogło wydawać - nieograniczoną, wolną sztukę, są tłamszone, ograniczane przez narzucone zasady. Porównują się, umniejszają własnym zdolnościom, kompletnie nie doceniają własnych sukcesów i wypalają się w ciągłej rywalizacji. Muzykę się od świata odcina, zamyka w pudełku - jak zauważa Autorka. A to świat jest muzyką. 
Podobieństwa działań dostrzega w literackim świecie:

"Te tłumy na konkursach pianistycznych i literackich. Ubieganie się tu i tam o udział w konkursach dla dodania sobie blasku też jest podobne. I w jednym, i w drugim przypadku wyżyć ze swego zawodu może tylko garstka. Wszędzie roi się od tych, którzy chcą, by inni czytali ich książki, słuchali ich występów. I jeden, i drugi zawód chyli się ku upadkowi. Tych, którzy czytają i słuchają, jest jak na lekarstwo".

Jednak to wszystko dzieje w każdej dziedzinie. Tak się dzieje w życiu każdego człowieka. To powieść wieloznaczna.

"- Są tacy, którzy mają poczucie, że są wszechwiedzący. Z tego zapisu, który stworzyłem, nie wolno lekceważyć ani joty, ani kreski. Jako jego twórca znam ten utwór lepiej niż ktokolwiek inny. Moja wola jest absolutna..."

Eiden Aya próbuje znowu grać, ale nie wie czy sama tego chce. Ucieka przed ludźmi, boi się poddać dźwiękom. Sądzi, że wszystkich wokół zawiedzie, że się kompletnie wypaliła. Masaru gra, ale nie czuje tego czegoś, tej magii, która powinna mu towarzyszyć, a Takashima nie powinien próbować w ogóle, bo jest tylko sprzedawcą, a nie muzykiem, który grał na fortepianie w szopie...
Odwieczny problem ludzkich oczekiwań, powinności, które zabijają wolność.
I wtedy na scenę wkracza Kazama Jin - Książę Pszczół, genialne dziecko, nieprzestrzegające reguł, nieznające zasad, dostrzegające piękno i muzykę tam, gdzie jej nie powinno być. Gra tak, jak chce. Jak czuje, jak widzi, jak słyszy. Oddaje muzykę, temu skąd ona pochodzi. Utwory, które gra stają się częścią jego istnienia, a on częścią świata.

Piękny, liryczny język, kompletnie nieprzesadzony. Niezwykle plastyczny, bo jak napisać o dźwięku by go zobaczyć i... usłyszeć? Riku Onda potrafi. Już zawsze będę widziała i słyszała jej: "deszczowe konie". To książka, która porywa wyobraźnię nie tylko do widzenia tego, co Autorka słowem maluje, sprawia, że się tę historię słyszy.
Buduje w czytelniku ciekawość odsłaniając powoli każdego z bohaterów, przez wszystkie etapy konkursu, włączając w to sędziów. Samą Japonię można dostrzec, jest tłem do przestawianych zdarzeń wręcz idealnym.

Piękna książka, kompletnie inna od tych, które czytam na co dzień. Ukazuje przemianę człowieka, za pomocą doświadczenia uczucia wyższego, magicznego. Życie składa się z chwil, które można przenieść do wieczności za pomocą szeroko pojętej sztuki, np. układania kwiatów. Choć nie brakuje w niej chwil smutnych, zwątpienia, kontrastów społecznych - prawdziwego i czasem szarego życia, to powoduje, że w czytelniku narasta poczucie przyjemności, jakieś wewnętrzne ciepło. Być może jest to spowodowane współodczuwaniem "niekontrolowanego wycieku samoświadomości pianisty", w tym wypadku Pisarki.






Data wydania: 12 marca 2020
Liczba stron: 464
Kategoria: literatura piękna
Tłumacz: Katarzyna Sonnenberg-Musiał


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...