#82 Gałęziste - Artur Urbanowicz

#82 Gałęziste - Artur Urbanowicz

#120 Gałęziste - Artur Urbanowicz - recenzja - czy warto przeczytać?
Od pewnego czasu wracam do swoich czytelniczych korzeni i sięgam po lektury obfitujące w grozę.
Nowe wydanie "Gałęzistego" Artura Urbanowicza już na wstępie pobudza wyobraźnię. Świetny pomysł na okładkę - nawiązujący do treści książki - został równie dobrze zrealizowany, do tego powieść wypełniona jest niezwykle klimatycznymi ilustracjami. Mimo że mam tylko prebooka już wiem, że to będzie prawdziwy wydawniczy rarytas.

Głównymi bohaterami "Gałęzistego" jest para studentów Karolina i Tomasz, która chcąc zażegnać kryzys z jaki dopadł ich związek, wybiera się na wycieczkę w odludne tereny Suwalszczyzny. Już na wstępie dowiadujemy się, że Tomek choruje na cukrzycę, przez co Karolina stale sprawuje nad nim niemal rodzicielską pieczę. Kara - jak nazywają ją znajomi, jest osobą głęboko wierzącą w Boga i praktykującą, a Tomek z kolei to zatwardziały ateista, studiujący matematykę, przez co kwestionujący wszystko, czego nie rozumie i czego nie może policzyć.
Dziewczyna stara się mieć wszystko poukładane i zaplanowane, a chłopak to strasznie nieodpowiedzialny lekkoduch, który sam nie wie czego tak naprawdę chce. Już na początku swojej wycieczki mają przygody. Cukrzyca, która przyczynia się prawie do wypadku drogowego, następnie nieudana rezerwacja pokoju, która kieruje ich do dziwnego domu w Białodębach, sąsiadującego z cmentarzem Jaćwingów i głębokim lasem. Chłopak odnotowuje niespotykane zachowanie młodej gospodyni, która przechadza się nago po domu, a Karolinę dręczą dziwne sny. Jak możemy się domyślać to dopiero początek festiwalu dziwadeł i zalewającego ich mroku.

Gęste lasy, dziwni ludzie, mroczna atmosfera, tajemnicze jeziora i nawiązania do mitologii Słowian. 
Wszystko to powinno spowodować u czytelnika chociażby gęsią skórę, o jakimś niepokoju nie wspominając, ale niestety ja nie odczułam kompletnie nic, no może odrobinę irytacji.
Para bohaterów - to młodzi, ale wykształceni ludzie, którzy rozmawiają ze sobą dość wąskim zasobem środków językowych. Dialogi są męczące. On matematyk, który chorując na cukrzyce stale sięga po alkohol i stale się dziwi, że znowu prawie umarł, a ona stale go ratuje i stale się obraża, na zmianę z wizytami w kościele - ponieważ akcja toczy się w okolicach świąt Wielkanocy. Niestety trzecioosobowa narracja też jest uwikłana w tę prostotę wypowiedzi, ale ma to jedną zaletę - mianowicie prędkość czytania. 
Akt "miłosny" też jest odarty z aury tajemnicy i delikatności językowej i nie, nie oczekiwałam w tym gatunku poetyki. 

Podobały mi się opisy siły przyrody, magii mrocznych lasów, wtrącenia odnośnie miejscowych legend, czy wprowadzenie elementów starej wiary oraz zastosowanie przemowy - monologu Skedy.
Nie można autorowi odmówić talentu do snucia opowieści, łączenie wielu wątków i czerpania z rodzimych mitów. Ciekawie przedstawił również rodzący się strach, w poczuciu osamotnienia i niemożności zebrania myśli. Pomysł aby przedstawić konfrontację wiary i nauki też jest bardzo dobry, ale chyba trochę za płytko potraktowany.
Przez większość książki tak naprawdę nic się nie dzieje i brakuje mi właśnie tej nuty prawdziwej grozy i niedopowiedzeń, które budują klimat, którego w książkach tego gatunku szukam. Dlatego też podobało mi się zakończenie, choć nie było fajerwerków, dało to miejsce na moje własne wyobrażenia, domysły.
Choć książka została przeredagowana nie da się nie zauważyć, że był to debiut, ale wydaje mi się, że to preludium do czegoś naprawdę dobrego. 

"Błogosławieni ci, którzy oddają mu cześć, albowiem do nich należy królestwo zielone".

Jeżeli chcecie sprawdzić sami, jak odbierzecie tę historię, bo ilu czytelników tyle gustów i moje zdanie nie jest jedynym i tym właściwym - to prapremiera książki będzie miała miejsce podczas Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie w dniach od 24. do 27. października 2019 roku.
6/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 13. listopada 2019
ilość stron: 458 (prebook)
Kategoria:horror



#81 Zimowla - Dominika Słowik

#81 Zimowla - Dominika Słowik


#119 Zimowla - Dominika Słowik - recenzja - czy warto przeczytać?
Pamiętam jak tata opowiadał mi historię mojej ciotki, której ja niestety nie zdążyłam poznać. Kobietę podejrzewano o uprawianie czarnej magii, nazywano ją też zmorą. Podobno jak kogoś nie lubiła - a zdarzało jej się to jakoś wyjątkowo często - przychodziła do delikwenta nocą i odbierała mu możliwość spokojnego oddechu. Podstępnie zamykała stajnie i końskie grzywy zaklęciami plątała. Uwielbiałam te historie i w ogóle się ich nie bałam, choć byłam tylko dzieckiem.
Kiedy zaczęłam czytać "Zimowlę" Dominiki Słowik przeniosłam się w czasie i znowu słuchałam tej magicznej gawędy, w której rzeczywistość jest tak zakamuflowana, że niemal kompletnie niedostrzegalna. 

"Każdy z nas próbuje przecież ocalić świat na swój własny sposób".

Cukrówka to miasteczko w Dolinie Zmornickiej przesiąknięte niesamowitością zwyczajności. Mieszkańcy odnajdują ślady wilkołaczych łap, nocami ulicami przechadza się śpiewająca i naga Magda, a w ciągu dnia po mieście rozbija się gwiazdowóz, kierowany przez byłego urzędnika obecnie Wróża.
Pszczelarz wytresował pszczoły jak gołębie i coś ukrywa. Wyłowiono też trupa, a nad miastem pęka nieboskłon. Dla jednych to Znak Boży, dla drugich z kolei niebo wygląda jak miejsce, w którym plecy kończą swą szlachetną nazwę.
Wszyscy szukają ukrytego skarbu, albo kolejnego cudu na miarę Maryji Stanowojennej, płaczącej - prawdziwymi przecież - łzami.
Od czasu do czasu przeprowadza się też egzorcyzmy i nie pogardza trawką, a rośliny opanowała słoniowacizna.

"To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że być może pamięć jest po prostu formą opowieści".

Co to była za książka! Nigdy nie czytałam tak skonstruowanej historii! Śmiałam się w głos - ale uprzedzam, że nie dla każdego czytelnika taka dawka absurdu będzie strawna!
Ależ autorka żongluje zdaniami, ale opowiada! Ponad 600 stron tekstu, którego tak naprawdę było mi za mało. Czułam jakby weszła mi do głowy i tworzyła zdania, których ja nie chcąc nikogo urazić nigdy nie wypowiem. Idealne puenty, bardzo trafnie zobrazowane przywary i emocje, których się wstydzimy i które ukrywamy. Autorka posiada świetny dar obserwacji, który łączy lekkim piórem i fenomenalną - jak dla mnie - biegłością językową.
W książce nie tylko zaciera się granica między tym co faktycznie istnieje, a tym co się nam jedynie wydaje. Fabuła dodatkowo obfituje w bogate retrospekcje, które w ogóle nie wybijały mnie z rytmu czytania. 

Powieść składa się z trzech części - Antropocenu, Syren i Koniunkcji - których tytuły nie są przypadkowe.
Nie wiem, który z bohaterów był moim ulubionym. Być może babka - towarzyszka Sarecka i jej telefon z zaświatów.
Każda z przedstawionych postaci jest niebywale ciekawa. Każdą odkrywamy powoli, bo wszyscy są pełni sekretów, którymi niekoniecznie chcą się dzielić.

"Nocą zza okien świat widać tylko przy zgaszonym świetle. A on chciał spojrzeć na świat po raz ostatni.
Jakby myślał, że to jedyne, co nas czeka: świat, który tkwi za szybą".

Mamy tutaj przekrój wszelakich warstw społecznych. Każdy bohater jest swojego rodzaju symbolem, składającym się z niekoniecznie pozytywnych cech. Wszyscy oceniamy na podstawie pozorów, widzimy co chcemy widzieć i niestety pewnie tylko to, co już mamy w sobie sami. 

Kiedy Pani Dominika Słowik kończy - znowu ukazuje nam jacy jesteśmy - bo "Najtrudniej dostrzec rzeczywistość".
Cieszę się, że mamy takich pisarzy, którzy nie tylko potrafią pisać niebanalne historie, ale i przypominają nam jak pięknym i niezwykle bogatym jest język polski.
9/10.

#119 Zimowla - Dominika Słowik - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.


Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 4. września 2019
Liczba stron: 625

Kategoria: literatura piękna


#80 Horyzont - Jakub Małecki

#80 Horyzont - Jakub Małecki

#118 Horyzont - Jakub Małecki - recenzja - czy warto przeczytać?

"W Warszawie nie ma wschodów i zachodów. Noc niezauważenie przechodzi w dzień, a dzień w noc, i raczej nikogo specjalnie to nie interesuje. Wszystko toczy się własnym, niezależnym rytmem - słońca po prostu nie ma, a zaraz potem jest, by wieczorem, ukryte za budynkami,
z powrotem po cichu zniknąć".

Bohaterami nowej powieści Jakuba Małeckiego są - Mariusz i Zuzanna, których nie łączy nic oprócz zamiłowania do bułgarskiego rapu.
Mariusz - Maniek jest byłym żołnierzem - saperem, który po powrocie z Afganistanu zmaga się ze zespołem stresu pourazowego i z nieznanych nam na początku przyczyn unika kontaktu z siostrzeńcem, przed którym stale ucieka. Dręczą go koszmary, przygniata sytuacja finansowa, trwa, egzystuje niczym robot. Dostaje propozycję napisania książki na temat Afganistanu. Na początku wszystko wskazuje na to, że nie sprosta temu zadaniu. Udaje mu się jednak zacząć, a potem słowa sama płyną, pozwalając nazwać wiele kłębiących się w nim emocji.
Zuza zmaga się z rodzinnymi niedopowiedzeniami, przemilczeniami. Praktycznie nie zna swojej matki, ledwo ją pamięta, z ojcem też nie ma szczególnej więzi.
Kiedy babcia myli ją z nieżyjącą matką - ta widzi w tym szansę na poznanie rodzinnego sekretu. Oboje z Mańkiem wchodzą w rolę rodziców Zuzy i odgrywają przed babcią teatr, by ze szczątków informacji, których ta im udziela, odkryć przeszłość matki dziewczyny.

Zwykła -niezwykła opowieść o ludziach z kompletnie różnymi problemami, których trawi przeszłość. Uwięzieni w niej, otoczeni przez chaos myśli i zdarzeń, stale przed czymś uciekają. Są dla siebie wsparciem, nawet jeżeli nie rozmawiają - po prostu są - ot tak jedno dla drugiego. 

Powieść odkrywa się po kawałku zupełnie jak puzzle, które rozpoczynają każdy rozdział, by na końcu dać obraz, który zdobi okładkę.
Z chaosu wyłania się porządek, który jest początkiem czegoś nowego.
Ta historia mocno wzrusza, czasami przeraża i osiada w świadomości by pozostać w niej już na zawsze.

Język, którym posługuje się autor jest niezwykle piękny, poetycki mimo że pozbawiony wyszukanych metafor i długich zdań. Nie znajdzie się tutaj żadnej zbędnej treści. Nie wiem czy istnieje drugi taki pisarz, który krótkimi i prostymi zdaniami dotyczącymi zwykłej codzienności potrafi opowiedzieć historię tak pełną różnych emocji. Ze zwykłych ludzi tworzy postaci, z którymi czytelnik współodczuwa, z którymi się nierozerwalnie zżywa. 

To historia o życiu, którego horyzont, dla każdego sięga gdzie indziej. Choć często się nam wydaje, że przeszłość nas określa i wiąże na stałe, to czasem wystarczy popatrzeć na ten nasz widnokrąg wspólnie z drugim człowiekiem, by przesunąć go dużo dalej. 
8/10.

W trakcie czytania nie mogłam wyzbyć się skojarzenia z fragmentem utworu zespołu Coma - "Pierwsze wyjście z mroku":

"(...) Zginęła w niepokoju wielkich miast
Osnuta huraganem durnych spraw
Maleńka tajemnica - bycia w ciszy
Lub po prostu bycia..."

Wydawnictwo: Sine Qua Non (SQN)
Data wydania: 18. września 2019
Liczba stron: 336
Kategoria:literatura piękna

#79 Łańcuch - Adrian McKinty

#79 Łańcuch - Adrian McKinty

#116 Łańcuch - Adrian McKinty - recenzja - czy warto przeczytać?
Wyobraź sobie, że Twoja córka wyszła do szkoły. 
Ty z kolei wybierasz się na wizytę u onkologa. 
Jesteś w remisji, ale zadzwonili do Ciebie z przychodni, że masz się stawić jak najszybciej. 
Głowę zaprzątają Ci setki myśli. 
Nie podniosłaś/eś się jeszcze psychicznie po walce z rakiem, nie opadł jeszcze stres związany z rozwodem. 
Myśli gonią jak szalone. 
Wtedy dzwoni komórka... 
Numer zastrzeżony - odbierasz. 
Zniekształcony głos mówi Ci, że porwał Twoją córkę i jeżeli chcesz ją jeszcze zobaczyć żywą, musisz zrobić wszystko to, co Ci każe. 
Nie będzie to tylko okup - przede wszystkim musisz porwać inne dziecko. 
Tkwisz w łańcuchu - Twoje zostanie wypuszczone, gdy rodzice dziecka, które Ty porwałaś/eś zrobią dokładnie to samo co Ty. 

Tak zaczął się dzień dla Rachel - głównej bohaterki powieści "Łańcuch", której autorem jest Adrian McKinty. 

"Śmierć to nie najgorsze, co może ci się przytrafić. Najgorsza jest tragedia dziecka. Posiadanie go natychmiast zmienia cię w człowieka dorosłego. Poczucie absurdu to ontologiczny rozziew między pragnieniem sensu a niemożnością jego odnalezienia w świecie. Poczucie absurdu to luksus, na którzy rodzice zaginionych dzieci nie mogą sobie pozwolić".

Książka jest podzielona na dwie części. Pierwsza - "Wszystkie zaginione dziewczynki" dotyczy  przede wszystkim porwania Kylie - córki głównej bohaterki. Narracja zwykle prowadzona jest z dwóch perspektyw - matki i córki - w osobie trzeciej. 

"Jeżeli jej nie widzą, to dobrze. Trik z kreskówki. Nie widzę cię, znaczy - nie istniejesz".

Uczestniczymy w działaniach jakich podejmuje się kobieta. Wykonujemy wypunktowane przez porywacza czynności i co jakiś czas zerkamy, jak miewa się Kylie. Możemy przyjrzeć się również całej sprawie z perspektywy osoby zarządzającej "Łańcuchem".
Rozdziały są tytułowane dniem i dokładną godziną, są dość krótkie, a akcja biegnie szybko, przez co odnosimy wrażenie, że stale się nakręca.
Podobało mi się przeobrażenie bohaterki - matki z dobrej, czułej i empatycznej osoby w jej kompletne przeciwieństwo. Rachel staje się metodycznie działającym przestępcą, chcąc uratować własne dziecko, będzie musiała wziąć pod uwagę skrzywdzenie innego - równie niewinnego. Narastało napięcie, powstał związek między mną, a bohaterką. Zastanawiałam się czy też byłabym w stanie tak jasno myśleć, gdyby spotkało mnie coś podobnego.

"George Orwell się mylił, myśli. W przyszłości to nie państwo będzie wszystkich monitorować. Ludzie zrobią to sami". 

A potem przyszła kolej na drugą część - "Potwór w labiryncie" i mój entuzjazm opadł. 
Tutaj Rachel zamieni się trochę rolami z twórcami łańcucha. Odniosłam wrażenie jakby autor koniecznie chciał tę historię zakończyć na siłę, bez wyraźnego pomysłu i wbrew temu, co sugerował w części pierwszej.
Z dobrze zapowiadającego się thrillera psychologicznego, pełnego dylematów moralnych - przeszliśmy do sensacji w stylu Mission Impossible. Oczywiście akcja biegnie równie szybko, mimo że nie ma już nad nami wizji zegara odliczającego czas, a strony znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Podobał mi się zabieg z przeobrażeniem bohaterki. Z delikatnej i schorowanej kobiety, w niebywale silną psychicznie postać, gotową na wszystko - byleby uratować córkę - w konfrontacji z towarzyszącym jej dość słabym i miałkim męskim bohaterem.
Wydaje mi się, że autor chciał stworzyć z tej historii prawdziwą, bogatą amerykańską produkcję. Z plejadą technologicznych możliwości i przy okazji z romansem w tle. 

Książkę czyta się lekko, styl jest prosty i plastyczny.
Myślę, że warto ją przeczytać - choćby dla wizji tego, co może dać nam życie w otoczeniu mediów społecznościowych - poczucia realnego zagrożenia, które na co dzień bagatelizujemy. Jeżeli szukacie w książce czystej rozrywki to też się nie zawiedziecie.
7/10.


Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl




Wydawnictwo: Agora
Data wydania: 18. września 2019
Liczba stron: 400
Kategoria:
thriller, sensacja, kryminał
Tłumaczenie: Dariusz Żukowski

#78 Szczelina - Jozef Karika

#78 Szczelina - Jozef Karika

#116 Szczelina - Jozef Karika - recenzja - czy warto przeczytać?
Są takie książki, które wybierają czytelnika. Narzucają się, pojawiają się niby przypadkiem, a my dostrzegamy je kątem oka...
Nie wiem który już raz z kolei przed moimi oczami pokazała się "Szczelina", której autorem jest Jozef Karika... W końcu ją kupiłam i przeczytałam. Uważam, że była to najlepsza decyzja czytelnicza jaką podjęłam w ostatnim czasie.

Trybecz - pasmo górskie na Słowacji, które spowija aura tajemniczych zaginięć. Ludzie znikają, a jak zdarza się im wrócić, to nie są już tacy sami - nie tylko z uwagi na dziwne okaleczenia. 

Pierwsze co nas zdziwi to Przedmowa autora, w której informuje nas nie tylko o tym, kto jest pomysłodawcą treści książki, ale i fakt, że być może jest to prawda - być może, bo to od nas zależy w co uwierzymy.
Kolejnym zaskoczeniem jest forma narracji. Książka jest zapisem wywiadu jaki autor przeprowadził z głównym bohaterem - sfabularyzowany zapis słów.
Postać, która się wypowiada zwraca się bezpośrednio do autora, co daje wrażenie jakby rozmawiała z właśnie nami.

"(...) - tych największych odlotów bynajmniej nie wywołują narkotyki. Życiowy chaos, w którym topimy się cały czas robi to znacznie lepiej".

Głównym bohaterem powieści Jozefa Kariki jest Igor - chłopak, który po ukończeniu studiów podejmuje się fizycznej pracy - jako robotnik budowlany. W budynku, którym pracuje odkrywa zamknięty sejf, który udaje mu się otworzyć. Okazuje się, że w środku są dokumenty medyczne - chłopak pracuje w byłym szpitalu psychiatrycznym, oraz kilka płyt gramofonowych, które początkowo w nim zostawia.
Kiedy w domu zapoznaje się z odnalezioną dokumentacją, postanawia wrócić po nagrania. Dokumentacja dotyczy Waltera Fichera (wpiszcie w google: walter fischer batovany - będą informacje, część jest możliwa do zrozumienia bez znajomości języka), który 24 stycznia 1939 roku zaginął w okolicy Zlatna i został odnaleziony 8 maja 1939 roku nieopodal miejscowości Złote Morawce.
Mężczyzna nosił ślady okaleczeń, miał nasilającą się psychozę, bał się światła, odmawiał jakichkolwiek prób nawiązania z nim kontaktu werbalnego.
Jednemu z lekarzy udało się z nim "porozmawiać" i zapis tych właśnie prób jest na taśmach, które odnalazł Igor. Pod odsłuchaniu i nieopatrznym zniszczeniu przez niego zapisu, ciekawość i chęć napisania ciekawego artykułu na bloga, którego prowadzi, skłania go do poszukiwań w internecie. Okazuje się, że sieć jest pełna informacji o zaginięciach mających miejsce we wspomnianym paśmie górskim. Dociera on do stale powtarzającego się artykułu, na podstawie którego tworzy treść na swoją stronę. To zapoczątkowuje ciąg zdarzeń i nawiązanie dwóch znajomości, które prowadzą Igora i jego dziewczynę do samego Trybecza.

"Jeśli tego nie przeżyłeś, nigdy nie zrozumiesz dogłębnego strachu, ogarniającego człowieka, gdy znajdzie się nad otwartą szczeliną prowadzącą gdzieś, gdzie dwa plus dwa wcale nie musi równać się cztery".

Jozef Karika ma dar do opowiadania, mimo dziwnej formy narracji, którą wybrał. Pisze w taki sposób, że tę książkę naprawdę trudno się odkłada. Nawet jak nie zdradza nic szczególnego, to wiąże zdania w taki sposób, że niebywale rozbudza ciekawość. Główny bohater jest młody i żyje współcześnie, język jakim się posługuje jest bardzo realistyczny, a wtrącenia niezwiązane z przedmiotem fabuły, tylko potęgują odczucie prawdziwości relacji.
Do każdej informacji, którą podaje - w przypisie znajdziemy odnośnik, skąd pochodzi, daje nam to możliwość weryfikacji. Często zaznacza, że wszystko co się na kartach powieści dzieje - jest praktycznie niemożliwe, a mimo to jest tak realne i tak straszne, że ja niemłoda już osoba bałam się wyjść z sypialni do ciemnego salonu, i wzdłuż kręgosłupa czułam mrowienie, gęsią skórę. 

Autor wie czego się boimy. Nie są to demony - nie z tego świata, nie są to nawet niewyobrażalnie okrutni mordercy. Boimy się poczucia osamotnienia, niewyobrażalnej ciszy, która paraliżuje i osacza, tego czego nie rozumiemy. Dodajmy do tego las pełen artefaktów przeszłości - dziwnych obwarowań bez wejścia, totemów, czy porzuconych obejść i sprawę zaginięć.

Bohaterowie Kariki są kompletnie różni. Główny bohater o górach nic nie wie, interesuje go tylko ciekawy temat na blog, który prowadzi. Mia, dziewczyna Igora, lubuje się w górskich podróżach, Andrej - miłośnik wszelkich nadprzyrodzonych treści i David - fizyk, który nie wierzy w nic nadnaturalnego, twardo stąpa po ziemi i każde niewytłumaczalne zjawisko opisuje jako mistyfikację.
Będziemy z nimi w tym lesie, doświadczymy tego co oni. Od nas zależy tylko czy poczujemy ten klimat, który bez dwóch zdań pieczołowicie zbudował autor i czy uwierzymy w to, co nam zaprezentował. Zapis rozmów z Igorem jest opatrzony nie tylko przypisami, ale i Słowem od autora, który nie przedstawia swojego stanowiska w tej sprawie, nie wiemy czy on sam wierzy w to, co napisał.
Nie przedstawia nam też jedynego wyjaśnienia zaginięć i tego co przytrafiło się grupie śmiałków z opowiadania Igora, co powoduje tylko kolejną porcję niepokoju. Jozef Karika pokazuje też jak niewiele trzeba byśmy stracili pewność siebie, stali się kompletnie niezaradni, rozbici.

"Czytałem kiedyś, że osobowość to nic więcej jak tylko suma wspomnień i doświadczeń wynikających z relacji z innymi ludźmi. Coś w tym musi być, bo kiedy one rozsypują się jak domek z kart, to przestajesz mieć pewność, kim właściwie jesteś".

Polecam właśnie teraz, w czasie niestabilnej jesiennej pogody, kiedy słońce wcześniej chyli się ku zachodowi. Pozwólcie zabrać się "Szczelinie" do lasu i przy zapadającym zmroku poczuć to mrowienie i rodzący się strach.
Sami zdecydujecie czy to wydarzyło się naprawdę, czy może była to jedynie pareidolia?
Tak jak część mnie na zawsze będzie tkwiła na pokładach Terroru i Erebusa, wraz z członkami Ekspedycji Franklina, tak kolejna cząstka mnie utkwiła w "Szczelinie".
9/10.

Zostawiam Was z utworem, o którym jest mowa w treści książki - Zrní - Hýkal.
Zapraszam również na instagram, gdzie za jakiś czas będę miała egzemplarz poszukujący nowego czytelnika. 


Moja opinia o "Strachu" - KLIK


Wydawnictwo: Stara szkoła

Data wydania: 30. listopada 2018
Liczba stron: 412

Kategoria: horror
Tłumaczenie: Joanna Betlej



#77 Żółty krokus - Laila Ibrahim

#77 Żółty krokus - Laila Ibrahim

#115 Żółty krokus - Laila Ibrahim - recenzja - czy warto przeczytać?
Jak już wielokrotnie wspominałam - lubię kiedy fabuła książki ma swoje umocowanie w prawdziwej historii, choćby w najmniejszym stopniu. Już kiedy zobaczyłam okładkę "Żółtego krokusa" wiedziałam jakiej tematyki ta lektura będzie dotykała, a po przeczytaniu zarysu fabuły liczyłam na bardzo wzruszającą opowieść i taką też otrzymałam.

"(...) Zgromadzenie Wirginijskie uchwaliło prawo określające raz na zawsze status Afrykańczyków w kolonii. Głosiło ono, iż "wszyscy służący przywiezieni i sprowadzeni do kraju, którzy w swojej ojczyźnie nie byli chrześcijanami, muszą zostać rozliczeni i trafić do niewoli. Wszystkich niewolników - Murzynów, Mulatów i Indian - w obrębie tego terytorium należy traktować jako element nieruchomości". Ponadto status społeczny niewolników ulegał przeniesieniu raczej z matki na dziecko niż z ojca na dziecko, tak więc niezależnie od statusu ojca dziecko zostawało niewolnikiem, jeżeli matka żyła w niewoli".

Akcja powieści, której autorką jest Laila Ibrahim, toczy się głównie na plantacji Fair Oaks w latach  1837-1859 i w późniejszym okresie - nieokreślonym datami. Bohaterki są dwie - panienka Elisabeth (w skrócie Lisbeth) i czarnoskóra Mattie - niewolnica.
Narratorką jest Lisbeth, którą poznajemy od momentu narodzin. Mattie pracuje na plantacji, której właścicielami są rodzice - dopiero narodzonej dziewczynki. Czarnoskóra kobieta również niedawno urodziła dziecko - chłopca o imieniu Samuel, wobec tego zostaje wybrana na mamkę dla córki właścicieli plantacji i jednocześnie zostaje odseparowana od swojego dziecka.
Od tej pory będzie musiała zajmować się panienką Lisbeth, a swojego syna będzie widywać przez okno i raz w tygodniu na zaplanowanych wizytach. Początkowo Mattie nie żywi głębszych uczuć do dziewczynki, jednak z czasem obdarza ją miłością.
Wychowana w czasach niewolnictwa Lisbeth, ma wpajane - odkąd zaczęła cokolwiek rozumieć z otaczającego ją świata, że posiadanie niewolnika jest nie tylko czymś zupełnie normalnym, ale i jest to niebywałe szczęście. To cel życia czarnoskórych ludzi.

"Kiedy posmarowała już wszystkie rany, jej dłonie pokryte były krwią. Stanęła, żeby ocenić swoje dzieło, i wytarła ręce w sukienkę".

Dwie kobiety z różnych światów. Jedna podległa drugiej i historia o narodzinach rodzicielskiej miłości - mimo że niezwiązanej biologicznie, przywiązaniu i oddaniu.
Książka jest napisana bardzo prostym językiem, bez wyszukanych metafor, czy silenia się na poetykę, a mimo to wzrusza i w niektórych momentach bardzo boli. 
Autorka wyraźnie zaznacza kontrast między bogatymi i wykształconymi „właścicielami” żyjącymi bez jakichkolwiek zasad moralnych, a pozbawionymi wolności ludźmi, uwięzionymi w nigdy niekończącej się ciężkiej pracy, których jedyną szansą na wolność jest ucieczka, karana niezwykle surowo.
Ale to niejedyny kontrast. Drugim są żony „panów właścicieli”. Kobiety jakby na własne życzenie pozbawione samodzielnego myślenia, samostanowienia, przywykłe do własnej wygody i bezsensownej egzystencji skupionej na ładnym wyglądzie, rodzeniu dzieci, i urządzaniu wystawnych przyjęć. Tak bardzo wrosły, wpasowały się w czasy, w których żyją, że kompletnie nie przeszkadza im upodlenie drugiego człowieka, ani wykorzystywanie seksualne niewolnic.

"Mężczyźni mają pewne potrzeby, które muszą zaspokoić, zanim wejdą w związek małżeński z damą".

Jest jednak Lisbeth, córka właścicieli, wychowana przez czarnoskórą niewolnicę, będąca zupełnym przeciwieństwem wszystkich dorosłych i wielkich pań, z jej otoczenia. Dziewczynka, która jest uosobieniem narodzin zmian, wysuwania własnych wniosków, nie sugerowania się zasłyszaną prawdą i twardego przeciwstawienia się krzywdzie. Dorastająca Lisbeth często konfrontuje własne problemy i oczekiwania z tymi, z którymi zmaga się jej opiekunka.
Równocześnie losy Mattie i jej wychowanki pokazują jak to, co dajemy do nas wraca i dlaczego warto być dobrym człowiekiem i nie bać się wychodzić przed szereg by przemówić głosem słabszych.

" - Bardzo się cieszę, że urodziłam się w Ameryce, gdzie człowiek jest wolny". 

8/10.
Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Szósty Zmysł



Wydawnictwo: Szósty Zmysł

Data wydania: 19. czerwca 2019
Liczba stron: 268

Kategoria: literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Agnieszka Podolska


#76 Efekt Susan - Peter Høeg

#76 Efekt Susan - Peter Høeg


#114 Efekt Susan - Peter Høeg - recenzja - czy warto przeczytać?

Mam pewną przypadłość. Odkąd pamiętam - gdziekolwiek jestem sama, od razu znajdzie się ktoś chętny, by podzielić się ze mną częścią swojego życia. Nie żebym pytała. Od tak. Przyjdzie i zacznie mówić. Nawet nie muszę się starać, by zadawać pytania. Taka ze mnie kolekcjonerka ludzkich opowieści. 

Główna bohaterka książki Petera Høega ma podobny "dar", z tym że wykorzystuje go do własnych celów i jest on dużo lepiej rozwinięty, co pozwoliło jej wieść dość wystawne życie. Może ja też powinnam tego spróbować?
Jej rodzina nie wydaje się zbyt wyjątkowa - mąż muzyk i para bliźniąt - syn i córka. Tworzą wspólnie obraz pięknej rodziny - jak z obrazka. Ale to tylko obraz. Wszyscy łącznie z Susan mocno narozrabiali, a sama bohaterka siedzi w więzieniu - za usiłowanie zabójstwa. Dostają jednak możliwość wyjścia z opresji bez szwanku, jeżeli wykorzystają dar kobiety.
Ma ona odnaleźć członków tajnej Komisji Przyszłości i dowiedzieć się jakie dane zawierał ostatni sporządzony przez nich raport. Kobieta nie waha
się i podejmuje wyzwanie. Będzie intensywnie, momentami trochę brutalnie zdobywać informacje w otoczeniu tajemnic i śmierci. 

Brzmi nieźle, prawda? Wymęczyła mnie ta powieść...
Narracja jest prowadzona w osobie pierwszej. Teraźniejszość miesza się z retrospekcjami - przy okazji wspomnienia dotyczą różnych lokacji. Bohaterka jest fizykiem kwantowym, wobec tego wszystko analizuje. Przygotowujemy z nią posiłki, które również przepuszcza przez swój magiel fizyka. Czułam się jakbym czytała chaotyczne myśli Rain Mana i Sagi Norén z "Mostu nad Sundem". Zatapiałam się w treść, by za chwilę nie wiedzieć o czym czytam, bo wątek lub też czas się zmienił - bez wyraźnego sygnału. Był nawet moment, że zasnęłam...
Ale wrodzony upór nie pozwolił mi się poddać. Gdzieś tam głęboko w sobie czułam, że pomysł na fabułę może być dobry.

Nie żałuję, że brnęłam do końca. Podobało mi się jak szczątkowe informacje zaczynały tworzyć świetną i spójną historię - futurystyczną. A może nie futurystyczną?
Spodobał mi się też profil psychologiczny bohaterki.  Kiedy poznajemy jej przeszłość, zaczynamy rozumieć skąd u niej taka obojętność na emocje i oziębłość, którą prezentuje. Niektórych czytelników mogą trochę zszokować jej metody wychowawcze, bo jest niezwykle otwarta i pozwala dzieciom na samodzielne podejmowanie wielu decyzji - czy słusznie, to już kwestia dyskusji. Twierdzi też, że nie lubi kiedy się mówi do niej mamo - bo to bezosobowe, jakby dzieci zwracały się do instytucji, a nie do człowieka.

"Niewątpliwie psychologowie potrafiliby to wytłumaczyć, ale brutalna prawda jest taka, że zawsze nadchodzi dzień, kiedy matka tuli swoje dziecko po raz ostatni. Kiedy pojawiają się poważne poszlaki wskazujące, że miłość nie jest zbyt głęboka, że jest darwinistycznym złudzeniem wykształconym po to, by rodzice i inne ssaki dbały o swoje dzieci".

Kiedy odkryłam całokształt powieści, byłam pod wrażeniem pomysłowości autora i jego dbałości o szczegóły. Wszystko to jednak spowija mgła natłoku informacji - w moim odczuciu wielu zbędnych - przez co niezwykle trudno się ją czyta.
Podobało mi się poszukiwanie wyjaśnienia wszystkich procesów rządzących naszym życiem w liczbach, związkach chemicznych. Choć osobiście się z tym nie zgadzam i chcę wierzyć, że możemy być kimś/czymś więcej jak liczbą w zbiorze.

"Świadomość nie jest zjawiskiem samodzielnym. Za dziesięć lat zredukujemy świadomość do psychologii. Całą psychologię do biologii, biologię do chemii, chemię do fizyki, a fizykę do matematyki, którą sprowadzimy do logicznej kalkulacji. Wtedy wystarczy algebra, by w sposób wyczerpujący i zwięzły opisywać prawa rządzące wszelkimi ludzkimi kontaktami".

Uważam, że jest to książka o ogromnym potencjale, który przytłacza nieuporządkowana narracja. Mniej czasem znaczy więcej - i tutaj by to doskonale potwierdziło tę regułę. Niemniej jednak nie mogę ocenić tej książki jako "przeciętna" bo taka po prostu nie jest.  Sprawdzi się jako dobra lektura dla umysłów analitycznych, lubiących wszystko zmierzyć i policzyć, poszukujących wyjaśnienia wszelkich zachowań i zjawisk za pomocą wzorów oraz głodnych zobrazowania wizji świata, do którego niechybnie dążymy.
6/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
 

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania:17. września 2019
Liczba stron: 408

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nawrotny
#75 Cudzoziemka - B. M. W. Sobol

#75 Cudzoziemka - B. M. W. Sobol

#113 Cudzoziemka - B. M. W. Sobol  - recenzja - czy warto przeczytać?
Na dworze wieje, leje jest szaro i brzydko. Patrzę na książkę, która trochę zawstydza mnie objętością, ale w końcu wstaję, biorę ją z półki i... znikam na weekend w skandynawskich lasach. Po przeczytaniu zarysu fabuły spodziewałam się, że otrzymam historię na kształt serialu "Outlander" lub jak kto woli - na kształt jego literackiego pierwowzoru, a mianowicie "Obcej" autorstwa Diany Gabaldon.
Tak też się stało! Po lekturze czułam się jakbym na raz obejrzała cały sezon i przyznam, że byłam trochę rozczarowana, że przyjdzie mi na kolejny poczekać...

Główną bohaterką "Cudzoziemki" jest Judyta Karpińska - młoda studentka dziennikarstwa, która właśnie przygotowuje się do obrony pracy magisterskiej. Dziewczyna leczy złamane serce po bolesnym rozstaniu. Nie jest jej łatwo, gdyż sprawca zamieszania powraca do jej życia i próbuje odbudować zaufanie - jakim go wcześniej obdarzyła. Dodatkowo od niedawna męczą ją dziwne sny... Choć walczy ze sobą i umysł podpowiada jej, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to w końcu ulega. Zauważa, że chłopak bardzo się zmienił, ale nie wie na ile to gra, a na ile rzeczywista przemiana. Mają wspólnych znajomych, z którymi wybierają się na objazdowe wakacje po Skandynawii. Na wyjeździe chłopak bardzo zabiega o jej względy, w końcu decydują się spróbować jeszcze raz. I tego wieczora właśnie, podczas incydentu z jednym z kolegów, dziewczyna oddala się od domku, w którym mieszkają i trafia pod tajemniczy głaz.
 
Od teraz nic już nie będzie jej znane, nawet czas. Okazuje się, że jest w tym samym miejscu, w którym była wieczorem z przyjaciółmi jednak wiek nie jest już XXI, a VIII...
Judyta znajduje się w czasach wikingów... I kompletnie nie zdaje sobie z tego sprawy.
Na początku trafia w niewolę, próbuje uciec, ale w końcu dociera do niej, który jest wiek i nie ma dokąd pójść... Próbuje nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, ale stare przyzwyczajenia i różnica - postępu technologicznego, nie ułatwiają jej tego. 

Książka jest napisana niezwykle lekko. Choć pierwsza część trochę się dłuży przez opisy stanów emocjonalnych bohaterki i jej niezbyt porywającą codzienność, to od momentu przejścia przez nią przez wrota czasu jest zdecydowanie lepiej.
Narracja jest prowadzona w osobie pierwszej, bogato okraszonej przemyśleniami młodej bohaterki. Dlaczego wspominam, że młodej? Bo niektóre z jej rozważań są dość dziecinne i mogą starszego czytelnika irytować, ale jak przypomnę sobie swoje - z podobnego okresu w życiu - to niczym wielkim się one nie różniły. 

Będzie wiele komicznych sytuacji - kłótni między Judytą, a ówczesnymi mieszkańcami Skandynawii, z którymi po wielu perturbacjach, nie tylko językowych, uda się jej znaleźć wątłą nić porozumienia.
Będziemy świadkami przemiany bohaterki. Poprzyglądamy się jak z dość nieudolnych zalotów dwójki bardzo młodych ludzi rodzi się miłość, przywiązanie i oddanie. Jak surowość i prostota życia dają Judycie to, czego tak szukała w XXI wieku. Autorka świetnie wplotła w tę historię nasze dzisiejsze gonienie za lepszym jutrem i brak umiejętności docenienia tego, co już mamy. Oczywiście nie jest to książka historyczna, prezentowane postaci są mocno uwspółcześnione, tak samo zresztą jak dialogi.

Przygotujcie się na mieszankę kliku gatunków literackich - powieści obyczajowej, fantastyki, romansu i kilku erotycznych scen. Da się zauważyć, że autorka wiele czasu poświęciła na zbieranie materiałów dotyczących topografii Skandynawii, jej historii i oczywiście mitologii. Znajdziemy tutaj również kilka nawiązań i do naszej starej - słowiańskiej wiary. 
A zakończenie... No cóż, spodziewałam się, że właśnie tak będzie..
Naprawdę świetnie się bawiłam i z przyjemnością wkroczę ponownie do życia Judyty!
8/10.

Za egzemplarz dziękuję autorce - B. M. W. Sobol.

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 15. maja 2019
Liczba stron: 530
Kategoria: literatura obyczajowa
#74 Lanny - Max Porter

#74 Lanny - Max Porter


#112 Lanny - Max Porter - recenzja  - czy warto przeczytać?
Tytułowy bohater powieści Maxa Portera  - "Lanny" przeprowadził się niedawno wraz ze swoimi rodzicami do małej i jakby się mogło wydawać zwykłej wioski leżącej godzinę drogi od Londynu. Życie w owej wiosce płynie - tak jak w każdej innej. Jej mieszkańcy również niczym szczególnym się nie wyróżniają. Codzienność wypełniają im - własne myśli o jakości ich egzystencji.

Tymczasem okazuje się, że wieś należy nie tylko do ludzi, ale i do mitycznej postaci zwanej Praszczurem Łuskiewnikiem. Łuskiewnik wywodzi się z folkloru. Dzieci w szkole rysują go jako liściaste stworzenie z wyrastającymi z ust wiciami. Ten niezwykły stwór budzi się ze snu i wsłuchuje się w wypełniające przestrzeń ludzkie narzekania, plotki, pijacki bełkot czy domowe dramaty. 
Jednak najbardziej interesuje go właśnie Lanny - chłopiec żyjący we własnym świecie. 

Rodzice bohatera to też niczym nie wyróżniająca się para. Mama próbuje pisać krwawy kryminał, a ojciec obraca się świecie finansów. Od czasu do czasu zachwycają się synem jak wszyscy rodzice i jego niezwykłym postrzeganiem świata, często nie rozumiejąc tego, jak wyjątkowe jest ich dziecko.
Mama postanawia nauczyć Lanny-ego rysunku i prosi okolicznego artystę -  Pete'a o dawanie mu lekcji. Jak się później okazuje artysta jest zwany przez mieszkańców wioski Szajbniętym Pete'em. Pewnego dnia Lanny znika...

To niezwykła powieść. Zaledwie 220 stron, które znikają w zastraszającym tempie. Narracja ma dość nietypową formę. Zwykle jest prowadzona w osobie pierwszej przez, któregoś z bohaterów - rodziców chłopca lub Pete'a z opisem przypominającym didaskalia dramatu, dodatkowo przeplata się ona z osobą trzecią, kiedy to wszechobecny narrator opisuje Praszczura Łuskiewnika.
Zdania wypowiadane przez przypadkowych mieszkańców wioski tworzą wzory na kształt melodii, którą żywi się mroczna postać. Polifonia narracji daje czasem efekt lekkiego niezestrojenia fabuły, jednak jest to zamierzone działanie autora i w moim odczucia bardzo tutaj pasuje.

Wraz z Łuskiewnikiem odkrywamy drugie oblicze pięknej, sielskiej wioski.
Za pomocą fantastyki Max Porter odsłania przed czytelnikiem, to czego na co dzień nie widzimy. Brud życia rodzinnego - jaki często ukrywamy za zamkniętymi drzwiami. To jak bardzo denerwuje nas świadomość własnej ułomności i jak piętnujemy każdy wyraz rodzącej się ciekawości świata i otwartości na nieznane. Wszyscy pragną wyjątkowości nie chcąc jednocześnie się niczym wyróżniać.
Nie chcemy pytań, na które nie ma gotowej odpowiedzi.


"Jak ci się wydaje, co jest bardziej cierpliwe, idea czy nadzieja?"

Lanny jest przedstawicielem czystej dobroci i ogromnej kreatywności, do której bodźce znajduje w okół siebie, z taką samą łatwością jak my wynajdujemy sobie nowe zmartwienia. Pokazuje jak łatwo tłamsimy nie tylko czyjeś marzenia, pragnienia, ale własne przysypujemy grubą warstwą rozczarowań. Jak zabijamy w sobie postrzeganie piękna w świecie, które nas otacza i wpadamy w ogólnie przyjęty wzór tego jak powinniśmy żyć.  
Uczymy się zamykać na współczucie, a we wszystkich przejawach dobroci dopatrujemy się drugiego - złego dna - bo dlaczego dorosły mężczyzna, może chcieć uczyć chłopca sztuki i nie chcieć za to wynagrodzenia? 

"Powiedz sama, dziwne to czy nie, że Szajbnięty Pete daje za darmo lekcje Lanny'emu".


Kiedy Lanny znika rusza fala poszukiwań, ale na czym się ona skupia? Wszyscy powtarzają jak formułkę "Gdzie jest Lanny?" tworząc coraz brzydszy obraz jego rodziny i coraz gorsze scenariusze jego oczywistej dla nich śmierci - nie widząc tego co mają pod nosem. 
"Lanny" jest powieścią dość niekonwencjonalną - fantastyczny świat, nazwałabym go nawet baśniowym, który niezwykle realnie ukazuje rzeczywistość. 

Przed lekturą należy przygotować się na ogrom zakamuflowanej treści i przystąpić do niej z bardzo otwartym umysłem. Niezwykła książka, o której długo nie zapomnę. 

Na koniec warto również wspomnieć, że powieść Maxa Portera została nominowana do nagrody Bookera 2019.
8/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
 

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania:17. września 2019
Liczba stron: 220
Kategoria: literatura piękna

Tłumaczenie: Jerzy Łoziński
#73 Kurier z Toledo - Wojciech Dutka

#73 Kurier z Toledo - Wojciech Dutka


#111 Kurier z Toledo - Wojciech Dutka - recenzja - czy warto przeczytać?
Mam słabość do literatury, która czerpie z historii. Lubię kiedy autor sięga po rzeczywiste zdarzenia i wplata je w swoje własne wyobrażenia, tworząc niezwykłą historię, która mogła się wydarzyć. Taki też jest "Kurier z Toledo" Wojciecha Dutki.
Chciałabym móc powiedzieć jak najwięcej na temat tej powieści, ale muszę bardzo uważać, by nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać czytelnikom elementu zaskoczenia?
Zacytuję samego autora: "Ta książka może wydawać się okrutna i odważna obyczajowo".  

Głównym bohaterem "Kuriera z Toledo" jest hrabia Antoni Mokrzycki. Przystojny i wykształcony mężczyzna, który jest "zmuszony" ożenić  się z kobietą, której nie kocha i z którą praktycznie nic go nie łączy. Hrabia jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego - studiował literaturę hiszpańską i historię. Jest znany jako specjalista do spraw hiszpańskich i iberoamerykańskich. Kiedy ma okazję wyjechać na zlecenie wywiadu do Hiszpanii, która jest w obecnym czasie (1936 r.) bardzo niestabilna, nie waha się ani chwili. W Polsce zostawia narzeczoną i... kochankę, z którą był bliżej niż z przyszłą żoną. Na miejscu poznaje Teo - anarchistę i ta znajomość zmieni wiele w życiu zawodowym i prywatnym hrabiego. 

"W ostatniej chwili świadomości poeta pomyślał, że jego życie było jak uschnięte drzewko pomarańczowe. Mylił się jednak, sądząc, że było bezpłodne.
Życie jest przecież snem, a we śnie wiecznym drzewa pomarańczowe nie przestają kwitnąć i nigdy nie gubią owoców".

Będziemy uczestnikami wojny domowej w Hiszpanii, będzie krwawo i okrutnie - pamiętajmy jednak, że to literatura piękna! Poznamy pracę szpiegów, jak nieograniczone posiadają możliwości i wpływy, ile znaczy dla nich ludzkie życie. Nikt nie jest taki na jakiego wygląda - niezależnie od tego jakiej narodowości barwy reprezentuje. Antoni Mokrzycki przejdzie prawdziwą metamorfozę - przewartościowuje swoje życie i bardzo się zmieni. Zazna miłości - prawdziwej i pięknej - to ona go odmieni. 

"Mokrzycki zrozumiał, że nędza może kryć w sobie więcej prawdziwej szlachetności, niż posiada niejeden arystokrata z sygnetem na dłoni, uzbrojony w pychę skrojoną wedle własnej miary".

Powieść otwiera Prolog - "Z Dziennika Antoniego Mokrzyckiego" i zamyka Epilog, z tego samego dziennika, choć w nieco innej formie. Powieść jest pisana w osobie trzeciej i wiele w niej nie tylko poetycko brzmiącego języka, ale i samej poezji.

Pan Wojciech Dutka niesamowicie operuje słowem. Jego opisy bardzo oddziałują na wyobraźnię. W niezwykle wysublimowany sposób opowiada o okrucieństwie wojny, nie szczędząc opisów spływających krwią ulic. Doświadczymy też piękna samej Hiszpanii, jej zabytków. Poznamy też wielu artystów - między innymi Ernesta Hemingwaya, Pabla Nerudę, Simone Weil czy Frederico Garcię Lorkę - któremu pamięci autor dedykuje tę powieść.
Na drodze Antoniego stanie również generał Queipo de Llano i sam generał Franco.
Historia z fikcją łączy się i przenika w taki sposób, że ja laik - nie jestem w stanie odróżnić tego co autor wymyślił, od tego co jest prawdą historyczną.
Miłość i to jak o niej opowiada choć "nie miała ona prawa zaistnieć" jest po prostu piękne.
Nie myślałam, że będę w stanie wzruszyć się czytając o związku dwojga ludzi. A to się stało. 
To opowieść o ludzkiej twarzy wojny, okazuje się, że można się odnaleźć wszędzie; nawet pośród wszechobecnej śmierci. 

"Katolicy uwielbiają się biczować za grzechy urojone, ale nigdy niepopełnione".

Muszę też wspomnieć o narzeczonej Antoniego, która nie tylko doskonale obrazuje małostkowość i pustotę myśli niektórych ludzi, ale doskonale obrazuje nas - żyjących w przywileju pokoju. Kompletny brak zrozumienia, niedocenienie życia i problemy na kształt złamanego paznokcia przy ulicach usłanych ciałami zamordowanych.
Kochanka Mokrzyckiego to kontrast - kobieta posiadająca wielu partnerów seksualnych ma niebywale piękną duszę. 
Myślę, że mogę powiedzieć, że dzięki "Kurierowi z Toledo" posmakowałam kultury wysokiej, która nie musi być ubrana w niezrozumiałe słowa by doskonale wybrzmieć.
Ta opowieść, nie tylko z uwagi na zawartą w niej historię miłosną, ma wymiar uniwersalny.
To nie wojna robi z ludzi złych. Ona jedynie sprawia, że to co nosimy w sobie głęboko - ujawnia się niczym już nieskrępowane - to od nas zależy co dopuścimy do głosu.

Panie Wojciechu proszę się spieszyć z "Kurierem z Teheranu" i "Kurierem z Tivoli"!
9/10.

 
Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 4. września 2019
Liczba stron: 352
Kategoria:literatura piękna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...