Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura klasyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura klasyczna. Pokaż wszystkie posty
Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Udało mi się w końcu obejrzeć ekranizację „Rebeki” Daphne du Maurier przygotowaną przez Netflix, wobec tego przyszedł i czas by wspomnieć o jej literackim pierwowzorze, jak i odnieść się choć trochę do tej wybitnej ekranizacji z 1940 roku.
Tak, tak nowa produkcja mną w ogóle nie wstrząsnęła, a może wstrząsnęła, ale niekoniecznie pozytywnie.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier

„Rebeka” została wydana w 1938 roku i bardzo szybko zyskała status bestsellera. Była wielokrotnie adaptowana, jak już wspominałam w niedawnym tekście o „Koźle ofiarnym”, w tym przez samego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka.
Główną bohaterką „Rebeki”, a zarazem narratorką jest młoda, osierocona dziewczyna, która pracuje w charakterze damy do towarzystwa u pani van Hopper. Dziewczyna podczas spędzania z nią czasu w Monte Carlo poznaje owdowiałego bogacza Maxima de Wintera. Para nawiązuje bliską relację, która bardzo szybko kończy się małżeństwem. Młodzi małżonkowie udają się do rodzinnej posiadłości Maxima - Manderley i tam zawiązuje się główny wątek powieści, akcja i cały klimat, który zapowiadało zdanie rozpoczynające powieść: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”.

Autorka w początkowej fazie książki skupiła się na zarysowaniu portretu bohaterki. Bezimiennej sieroty będącej niejako na łasce najpierw pani van Hopper, a później sporo starszego męża (Maxime jest dwa razy starszy od swojej nowej żony).
Wyobraźmy sobie bardzo młodą kobietę, która nie zaznała poczucia bezpieczeństwa, która nie wie co to poczucie własnej wartości, którą opieką obdarza dobrze sytuowany mężczyzna. Daje jej uwagę, miłość, stabilizację.
To wszystko ją cieszy, ale jednocześnie przytłacza. Nie przywykła do wystawnego życia, do posiadania służby, do bogactwa, które z dnia na dzień otrzymała.
Jest nieśmiała i bardzo naiwna, pełna młodzieńczej niedojrzałości. Bywa bardzo, ale to bardzo irytująca. Jednak wiek, niedoświadczenie i wcześniejsza samotność usprawiedliwiają każdą z jej przesadnych reakcji. Z tego co czytałam wielu współczesnych czytelników twierdzi, że wstęp jest niezbyt zajmujący i zbyt obszerny, ja jednak tego kompletnie nie odczułam. Może jestem mało współczesna, albo zwyczajnie lubię styl, którym du Maurier pisała i się w nim jakoś zatracam.

Kiedy nowa pani de Winter staje w drzwiach olbrzymiej i pięknej posiadłości jedną z witających ją postaci jest gospodyni - Pani Danvers, która nie jest ciepłą i pomocną zarządzającą.
Każdy kąt domu wypełniają wspomnienia o Rebece, czasem odnosi się wrażenie, że to sama Rebeka przechadza się jego korytarzami.
W Manderley unosi się mgła niepokoju. Otacza ona budynek, wypełnia pomieszczenia i stale jest podtrzymywana słowami służby i rodziny Maxime'a.
Sam Maxime jest dość milczący i niestały w emocjach. Raz sprawia wrażenie szczęśliwego u boku nowej żony, by za chwilę stać dość obcesowym, a nawet w niektórych momentach agresywnym.
Nowa pani de Winter źle się w tym miejscu czuje. Chce się bardzo dopasować, stać się kimś innym, tak doskonałym jak Rebeka.
To historia młodzieńczej miłości, pierwszej, szalonej i bardzo naiwnej.

„Cieszy mnie, że gorączka pierwszej miłości nie może się powtórzyć. Pierwsza miłość bowiem to gorączka i brzemię zarazem cokolwiek by o tym pisali poeci”.

To czas, w którym młody człowiek nie dostrzega nic ponad własne, często przesadne, uczucia, kiedy interpretuje słowa wyrwane z kontekstu i nie widzi nic poza własnym wyobrażeniem. 

„Kiedy ma się dwadzieścia jeden lat, nie jest się zbyt odważnym. Dni pełne są drobnych tchórzostw, bezpodstawnych lęków. Tak łatwo się poczuć urażonym, tak szybko dotkniętym, tak rani każde ostrzejsze słowo".

Wszystko jest skąpane w stałej aurze niepokoju, niedopowiedzeń, niepewności. Wiemy tyle ile wie młoda pani de Winter, a zatem staramy się dowiedzieć co się stało z idealną Rebeką i gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla naszej bohaterki. Wszystko to czujemy pomimo zastosowania przez du Maurier czasu przeszłego, wydarzenia przedstawia nam starsza już pani de Winter, która doskonale wie co się wydarzyło.

„Dziś, pod osłoną pancerza obojętności i dojrzałości, drobne ukłucia zdarzające się co dnia są zaledwie lekkimi muśnięciami i szybko się o nich zapomina. Lecz w tym czasie - jakże długo dźwięczało w uszach jakieś niedbale wypowiedziane słowo, stając się płomiennym stygmatem, a rzucone przez ramię spojrzenie nabierało cech wieczności. Byle wykręt kojarzył się z trzykrotnym pianiem koguta, a każdy wybieg przypominał pocałunek Judasza. Dorosły człowiek może kłamać z niezmąconym spokojem sumienia i zachowuje się beztrosko, ale wówczas nawet drobne kłamstwo paliło język, rzucało na stos”.

„Rebeka” jest przesiąknięta klimatem powieści gotyckiej. Wszystko dzieje się w olbrzymim domu, a ucieleśnione wspomnienia jego byłej pani zdają się go wypełniać. Gospodyni (pani Danvers) pełni rolę postaci przeciwstawnej i podsyca kiełkujący mrok.
Przesadna, być może jak na nasze realia, egzaltacja, emocjonalne reakcje rysujące się w zachowaniu i słowie mogą wydawać się nawet śmiesznymi, ale odczuwamy do dziś podobne emocje, zbliżone niepokoje, a jedynie nie dajemy im ujścia w tak charakterystyczny sposób.

Powieść Daphne du Maurier to powieść z tzw. drugim dnem. Pod historią spętanej rodzącym się szaleństwem miłości i przywiązania do zniekształconych wspomnień znajdziemy bogate portrety psychologiczne, która dziś są jak najbardziej aktualne. Zadziwiające jest również to, że „Kozioł ofiarny” i „Rebeka” opierają się na podobnych motywach, niektóre z detali jak np. stłuczona figurka, są takie same, a mimo to opowieść jest inna i nie może być w niej mowy o schematyczności.

Lubię tę opowieść. Jest idealną lekturą na jesień.
Proponuję zawinąć się w koc i w wyobraźni błądzić po pałacowych wnętrzach Manderley. Dać się uwieść nostalgicznej i wybitnie dobrej narracji, aby móc poczuć tę niepokojącą atmosferę niczym z romansu grozy. Poczuć ten osiadający jak kurz sentymentalizm, bo taki właśnie jest jej urok.

Jeżeli lubicie „Dziwne losy Jane Eyre” to „Rebeka” powinna Wam przypaść do gustu, zresztą sama Autorka przyznawała się do inspiracji Charlotte Brontë.
Z tego co czytałam Daphne du Maurier była oskarżana o plagiat, chyba? dwukrotnie, kiedy filmy inspirowane pisanymi przez nią historiami trafiły do kin. Równie aktualna praktyka :) Każdy chciał i chce uszczknąć coś z tortu sławy.

Adaptacja Alfreda Hitchocka, choć zmieniona fabularnie, jest taka jaka powinna być. Mówię tu o własnym odczuciu nie jestem żadną specjalistką ani w kwestii literatury, ani tym bardziej filmu. Mistrz filmowego suspensu i mistrzyni literackiego suspensu w jednym dziele.
„Rebeka” Alfreda Hitchcocka to pełen treści obraz, malowany światłem, kontrastem i szczegółem. Tu wszystko współgra, koresponduje z oryginalną wersją Daphne du Maurier. Klimat się sączy, niepokój narasta, a zachowania bohaterów są dla widza zrozumiałe. Niesamowicie łatwo zaangażować się w tę historię. Gra tej pani Danvers (Judith Anderson) zasługuje na uznanie, wraz ze stosowanym wtedy oświetleniem stworzyła postać przerażającą...

 

Z radością, ale trzymaną na lekki dystans, z powodu rozczarowań wcześniejszymi filmowymi produkcjami Netflixa, czekałam na nową wersję „Rebeki”.

Początek był obiecujący. Ładne, wysoko kontrastowe kadry cieszyły moje oczy, a budowana relacja między dwojgiem aktorów zapowiadała coś dobrego. Niebywałego kolorytu dodawała Ann Dowd w roli pani van Hopper. Podobały mi się statyczno-dynamiczne ujęcia, kiedy postać stoi tu i teraz, a przebitka pokazuje to, co się dzieje w niedalekiej przyszłości. Pokazywanie budzących się emocji i nadchodzącej zmiany w jednym czasie to był naprawdę fajny zabieg.
Potem było już tylko coraz gorzej. Kiedy do akcji weszła
Kristin Scott Thomas jako pani Danvers straciłam nadzieję, że to może być dobre i, w jakiś sposób, zbliżone do oryginału widowisko.

Danvers to postać kluczowa, przeciwstawna do pani de Winter, a w wersji filmowej poza uśmiechem Mona Lisy, Kristin Scott Thomas nie ma nic do zaoferowania. Nie wiem jaki był cel w totalnym zmiękczeniu i wypłukaniu tej postaci z charakteru.
Para głównych bohaterów nie pokazuje żadnych emocji, Maxime nie był taką pół uśmiechniętą twarzą pozbawioną mimiki. Nie był takim „tatuśkiem”. To postać niejednoznaczna, pokręcona, bogata w sekrety, buzująca od sprzecznych emocji, a tu mamy festiwal uśmiechów jak z pierwszych stron tabloidów i miałkości gry.
Nie ma klimatu, nie ma opowieści, to nawet nie jest romans. To zlepek scenek jak z wybiegu, pokaz konfekcji mody i zbliżeń na guziki. Lubię kiedy filmowa narracja mówi więcej niż same postaci, kiedy detal opowiada historię. Jak np. w serialu wyprodukowanym przez Amazon - Homecoming, gdzie rozwiązany but, luźna sznurówka mówią uważnemu widzowi co się zaraz wydarzy.
A w netflixowej „Rebece” mamy jedynie kadry jak zdjęcia z modowych i motoryzacyjnych magazynów, gdzie interpretacja zamyka się w wyliczeniu producentów. Szkoda, to mogło być naprawdę
coś  dobrego, a wyszło przeciętnie, smętnie jak odgrzewany w mikrofali posiłek, kiedy nie wiadomo czy to jeszcze obiad, czy to już może kolacja.

Zdecydowanie polecam „Rebekę” w literackiej wersji, która została wpisana do kanonu literatury klasycznej, oraz wersją Alfreda Hitchocka, a tę netflixową można włączyć sobie jako kolorowe tło domowych obowiązków.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14 października 2020
Liczba stron: 448
Kategoria:
literatura klasyczna

  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Daphne du Maurier (1907-1989) to jedna z najbardziej znanych brytyjskich pisarek XX wieku. Pochodziła z artystycznej rodziny, jej ojciec był bardzo znanym aktorem i producentem, matka, Muriel Beaumont, aktorką, a dziadek pisarzem i rysownikiem. Została odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego, a dokładnie została Damą Komandorem Orderu Brytyjskiego. Jest to tytuł będący jakby odpowiednikiem rycerstwa, przyznawany za działanie we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Mężem Daphne du Maurier był Frederick Browning, generał porucznik Sił Zbrojnych Wielkiej Brytanii. Jeżeli nie jesteście pasjonatami obu wojen światowych, to być może kojarzycie jego nazwisko z filmu, będącego ekranizacją powieści Corneliusa Ryana „O jeden most za daleko”


Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Daphne du Maurier swoje pierwsze opowiadanie opublikowała w 1928 roku, a jej pierwsza powieść ukazała się w 1931 roku i był to „Dobry duch” („The Loving Spirit”).

Była dość płodną pisarką, a największą sławę przyniosła jej „Rebeka”, o której opowiem Wam bliżej premiery kolejnej jej ekranizacji, którą przygotowuje platforma Netflix. 



„Rebeka” należy do kanonu literatury światowej i uznawana jest za najlepszą powieść du Maurier. Była kilkakrotnie adaptowana jako sztuka teatralna (jedną z tych adaptacji napisała sama Autorka), musical i oczywiście jako film. Najbardziej znaną ekranizacją jest ta z 1940 roku, której podjął się sam Alfred Hitchcock. W tej ekranizacji główne role grają Laurence Oliver, Judith Anderson i Joan Fontaine. Film został nagrodzony Oscarem dla Najlepszego Filmu Roku. Postaram się do niego odnieść również przy okazji omawiania już samej „Rebeki”. Dodam, że „Ptaki” Alfreda Hitchcocka są inspirowane opowiadaniem tej właśnie Autorki.

Kolejnym filmem, który był adaptacją jej powieści i został uznany w Wielkiej Brytanii za klasyczny jest „Nie oglądaj się teraz” w reżyserii Nicolasa Roega.

Twórczość du Maurier była i jest inspiracją dla wielu artystów, toteż ekranizacji jej powieści było więcej, w tym „Zatoka Francuza” (1944) i „Oberża Jamajka” (1948).

Ekranizacji (i to nie jednej) doczekał się również omawiany przeze mnie poniżej „Kozioł ofiarny”.


Daphne du Maurier zmarła krótko przed swoimi 82. urodzinami w ukochanej przez nią Kornwalii. 



Przeczytałam, na razie, dwie powieści tej Autorki, wspomnianą „Rebekę” i „Kozła ofiarnego”.

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Dziś odniosę się do tej drugiej powieści, po raz pierwszy wydanej w 1957 roku. Obie książki mają wiele punktów wspólnych, toteż parę razy nawiążę do „Rebeki”, np. wyobcowanego bohatera, którym w „Koźle ofiarnym” (wydanym wcześniej w Polsce pod tytułem „Sobowtór” w 1995 roku) jest Anglik John, którego nazwiska nie poznajemy przez całą powieść, której akcja toczy się przez zaledwie siedem dni. Wspomniany John jest wykładowcą historii, który przyjeżdża do Francji aby zebrać materiały niezbędne do prowadzenia wykładów, odpocząć, poniekąd zdystansować się od poczucia bezsensowności własnej egzystencji. Chce po prostu odnaleźć to, co innym pozwala żyć tak jak chcą.

Jednak... czy ktokolwiek ma to, co mieć chce?

Na stacji kolejowej zupełnym przypadkiem spotyka… swojego sobowtóra. Podobno każdy z nas go ma. Mi udało się ze swoją kopią kiedyś spotkać. Stanęłyśmy twarzą w twarz nie mogąc nic z siebie wykrztusić i po chwili obfitującej w bezdech i rozszerzone nienaturalnie źrenice oddaliłyśmy się, każda we własnym kierunku.
Jednak John i jego sobowtór Jean de Gué, noszący tytuł hrabiego, nie rozstali się tak szybko jak ja i moja kopia. Zaczęli ze sobą rozmawiać i ze wspólnej kolacji John wskoczył w życie o jakim zawsze marzył. Obudził się w pokoju hotelowym w piżamie rzeczonego hrabiego. Po pierwszym szoku postanowił grać w tę grę i „stał się swoim sobowtórem”.

Motyw złego brata bliźniaka, doppelgängera pojawia się w literaturze dość często, jednak Daphne du Maurier nie wpadła w szpony schematu i jej „sobowtór” jest czymś innym niż się spodziewamy.
Podobno najniebezpieczniej dla człowieka jest wtedy, kiedy spełnia się wszystko czego najgłębiej pragnął.
Johnowi nadarza się okazja by stać się tym, kim zawsze chciał być… to znaczy kim?

Kim jesteśmy? Czy inni widzą nas takimi jakimi jesteśmy, czy może my jesteśmy tacy, jakimi nas widzą?

John brnie w rodzinne relacje, które nie są ciepłe i otwarte. Nikt w tej rodzinie nie jest szczęśliwy. Witają go:
  • zmęczony, rolą tego drugiego, brat, który jest związany ze znudzoną kobietą,
  • ciężarna żona, która w ciąży być chyba nie chce,
  • zdewociała milcząca siostra,
  • córka, która miota się pomiędzy dziecięcym pragnieniem zabaw i przygód, a oczekiwaniami obrażonych na życie dorosłych,
  • matka-kwoka, uzależniona od heroiny, która nad tym całym majdanem smętnych ludzi czuwa.
A co z majątkiem i rodzinnym interesem, z upadającą hutą szkła?
Co będzie z Johnem, który, zauważony jedynie przez nieufnego psa, staje się Jeanem i panem zamku, w którego jedynym duchem jest wspomnienie rodzinnego szczęścia?

„Kozioł ofiarny” jest już pozbawiony tego klimatu powieści gotyckiej, którym przesiąknięta jest „Rebeka”. Ma jednak ciekawą akcję i znakomicie nakreślonych bohaterów. Kiedy John coraz bardziej wchodzi w codzienność oczekiwań Jeana, da się odczuć niepokój wynikający z możliwości zdemaskowania go w każdej chwili.

No bo jak to tak, wystarczy wyglądać jak ktoś inny by się nim stać?

Tu nie tylko główny bohater, a przy okazji narrator, ma tajemnicę, której strzeże przed pozostałymi postaciami, i którą strzeżemy my, czytelnicy, bo rzeczywiście nie chcemy, aby ktokolwiek odkrył jego grę. Tutaj każda z postaci kryje sekrety, które John musi odsłonić bez obnażenia swojej tożsamości.
Autorka w dość nieoczywisty sposób stawia pytanie: czym ta tożsamość jest?, i stając się głównym bohaterem sami musimy tę odpowiedź odnaleźć. To przy okazji ciekawe studium dwoistości ludzkiej osobowości, bo czy „diabeł” jest zły w 100%? A czy ten „anioł” to zawsze kieruje się uczuciami wyższymi? Obie przeczytane przeze mnie książki du Maurier są pełne dylematów moralnych. 

W „Rebece” bohaterka stara się być kimś innym, lepszym w jej mniemaniu, natomiast w przypadku „Kozła ofiarnego” sytuacja zdaje się być odwrotna. To ten „dobry” wchodzi w buty tego „złego”.

Do „Kozła ofiarnego” Daphne du Maurier przemyciła wiele wątków z jej własnego życia, jak choćby rodzinny interes i miejsce akcji. Autorka wstępu (Lisa Appignanesi - brytyjsko-kanadyjska pisarka i działaczka na rzecz wolności wypowiedzi) pokusiła się nawet o odniesienia do życia osobistego Daphne du Maurier, która podobno była biseksualna, stąd jej bohaterowie tak bardzo próbowali stać się kimś innym, dopasować się do stawianych przed nimi oczekiwań.
Dwoistość jest widoczna w każdej z postaci „The Scapegoat”, a najbardziej „kryształowa” zdaje się być postać, której rola w życiu Jeana de Gué jest jak najbardziej niemoralna. Można w treści „Kozła ofiarnego” znaleźć nawet nawiązania do problematyki wojny.

„- Monsieur Jean - zaczęła po chwili - dla kogoś takiego jak pan, kto należał do ruchu oporu, wojna to coś, co się planuje i prowadzi rozumowo. Coś takiego jak gra , którą się przegrywa albo wygrywa. Ale dla tych, którzy zostają na miejscu, to coś innego. To jak siedzieć w więzieniu bez krat, gdzie nikt nie wie, kto jest przestępcą, a kto strażnikiem, kto kłamie i kto kogo zdradził. Ludzie tracą wiarę. Jeśli coś, co uchodziło za silne, staje się słabe, człowiek się wstydzi i zaczyna się zastanawiać, czyja to wina. Zadaje sobie pytanie, czy to z powodu jego własnej słabości, czy cudzej, nikt jednak nie zna odpowiedzi i nikt nie chce wziąć na siebie winy”.

To jak widzicie powieść pełna odbić, podziałów na dobro i zło widziane z różnych perspektyw, umieszczone w różnych kontekstach. „Kozioł ofiarny” nie tylko daje poczucie świetnej zabawy (nie brak w nim również humoru), kiedy błądzimy z bohaterem po wijących się, ciemnych korytarzach rodzinnych relacji, stawia również przed nami wiele pytań.
A to czy daje na nie odpowiedzi jest zależne od otwartości umysłu czytelnika. Natomiast to kim jest tytułowy „Kozioł ofiarny” wcale nie jest tak oczywiste! Nawet po przeczytaniu powieści! Czytajcie Daphne du Maurier, naprawdę warto!

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

„Kozioł ofiarny” - Daphne du Maurier został wydany przez:


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania 24 lutego 2016
Liczba stron: 448
Kategoria: 
kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Magdalena Słysz

*Obie książki Daphne du Maurier (wydane przez Wydawnictwo Albatros) zakupiłam w markecie Carrefour.
Szukajcie w koszach pełnych przecenionych książek, tam są dobre książki!

Tarjei Vesaas - Pałac lodowy. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Tarjei Vesaas - Pałac lodowy. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Co jest najbardziej ulotne w naszym życiu? 

Zawsze ciśnie mi się na usta, że młodość. Dziś jest, a jutro jej nie ma. 

Jednak dużo bardziej ulotna jest nasza pamięć. Pamięć zbiorowa. Wieczność wcale nie jest wieczna.

Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Tarjei Vesaas to norweski pisarz, który był kilkakrotnie nominowany do literackiej Nagrody Nobla, klasyk literatury nynorsk - odmiany norweskiego. 

Na język polski zostało przetłumaczonych, według Wikipedii, siedem powieści, w tym „Pałac lodowy”, o którym opowiem Wam bliżej.

Vesaas był wielkim pisarzem, choć do tej wielkości nie dążył i jej unikał, przez co świat trochę go pominął i zaszufladkował jako pisarza skandynawskiego, po czym tę szufladę zamknął, a klucz chyba wyrzucił.

W Norwegii jest uważany za jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku. Za „Pałac lodowy” otrzymał Nagrodę literacką Rady Nordyckiej, a za wynikającą z niej gratyfikację finansową ufundował Nagrodę Debiutantów Tarjei Vesaasa, którą do dziś nagradzani są debiutanci i tę nagrodę otrzymał Roy Jacobsen, o którym pisałam całkiem niedawno, wspominając cykl o Ingrid Barrøy.

W prozie Jacobsena czuć ducha Tarjei Vesaasa. Objawia się on nie tylko w sposobie opisywania przyrody, ale w sposobie przestawiania bohaterki, choć oczywiście nie jest zupełnie taki sam. Ingrid jest, mimo wszystko, bardziej wylewna niż bohaterki Vesaasa.

Podobno Tarjei Vesaas zaczytywał się w Knucie Hamsunie (o którym pisałam przy okazji wydania przez Wydawnictwo Zysk trzech powieści w jednym zbiorze Pan. Wiktoria. Marzyciele”) i Sonii Lagerlöf (której dwie powieści zakupiłam i czekają na poznanie), czyli dwóch osób uhonorowanych literacką Nagrodą Nobla.
Hamsun, kiedy zostawi się za sobą jego sympatię do nazistów, jawi się jako człowiek widzący świat w sposób wyjątkowo wrażliwy, i z tego powodu budzi we mnie dysonans poznawczy. 

„Pałac lodowy” powstał w 1963 roku i jest ostatnią powieścią, którą Vesaas napisał. Być może dlatego, że czuł, że nie będzie w stanie nic już więcej powiedzieć, a na 139 stronach powiedział o człowieku i jego losie wszystko, więcej już się, chyba, po prostu nie da.
Według Henryka Berezy (wybitnego krytyka literackiego, eseisty i redaktora miesięcznika „Twórczość”), który napisał posłowie do „Pałacu lodowego”, styl Vesaasa wcale, na przestrzeni lat i wszystkiego co napisał, się nie zmienił, był dokładnie taki sam. Dziś powieści Vesaasa, w Polsce, można kupić jedynie w antykwariatach, czy też na allegro, więc samodzielne sprawdzenie jak czyta się krótkie, trafne i piękne zdania, jest dość trudne w realizacji, ale nie niemożliwe. Łudzę się, że kiedyś np. Wydawnictwo Poznańskie pokusi się o wznowienie jego dzieł.

„Pałac lodowy” opowiada o dwóch dziewczynkach Siss i Unn. Poznajemy je w momencie kiedy zawiązują przyjaźń. To taka pierwsza prawdziwa przyjaźń dla obu dziewczynek.

 Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Dostrzegają się po raz pierwszy jako jednostki. Pierwszy raz są świadome swojej indywidualności. Znajdują wspólny język w rwanych, skąpych dialogach. Znają się zaledwie jeden dzień. Unn niesiona dziecięcą radością odnalezienia przyjaciółki (dziewczynka zmaga się ze stratą matki i musi odnaleźć się nowej szkole), wchodzi do przepięknego tworu natury - pałacu lodowego, utworzonego m. in. z zamarzniętego wodospadu. Urzeczona pięknem migoczącego światła gubi drogę i zamarza. I tu dodam, że scena śmierci jest... piękna? Ruszają poszukiwania. Wszyscy będą musieli poradzić sobie ze stratą, a najbardziej dotknie ona Siss.

Styl, którym operuje Vesaas jest surowy, oszczędny w formie. Zdania bywają bardzo krótkie, buduje w ten sposób napięcie, przyspiesza akcję, rysuje emocje. Nie znajdzie się u tego Autora opisu stanu emocjonalnego postaci, nie znajdzie się żadnej formy egzaltacji, a mimo to rys psychologiczny jest wyraźny.
Nie znajdzie się również zapisanej wprost tezy.
Świat Vesaasa trwa, istnieje, po prostu jest. Tak samo jak jego mieszkańcy.

Tu najwięcej dzieje się poza warstwą językową.
Zawsze dziwi mnie fakt, że wśród czytelników panuje przekonanie, że słowa nie mają wartości sprawczej. Uważam, że to nieprawda, bo od słów wszystko się zaczyna, a najwięcej dzieje się za sprawą tych nigdy niewypowiedzianych. I tak też jest w „Pałacu lodowym”.

Ta krótka powieść, o dość elegijnym charakterze, jest pięknie ubrana w baśniowość, choć nie występują tu żadne wątki czy motywy, które moglibyśmy nazwać fantastycznymi. Ta baśniowość objawia się w opisach przyrody, które pozbawione zabaw słownych, czy sztucznego podsycania piękna chwili, sprawiają, że nie tylko prezentowane zimno się odczuwa, ale i widzi się cały krajobraz.

To powieść pełna symboliki. Nawet tytułowy lodowy pałac można odbierać jako wnętrze człowieka zmagającego się z żałobą, a jego rozpad wraz ze wzrostem temperatury, jak powrót do życia.
Pięknie też w tej prostej historii widzimy czym jest pamięć, pamięć o kimś. Dla niektórych jest darem, który pielęgnują, ale i, poniekąd, więzieniem.
To nie jest smutna historia. Świat Vesaasa nie jest negatywnie przejaskrawiony, jest dobry, jak tylko dobrzy mogą być ludzie.

Zdania Tarjei Vesaasa są jak znaki przestankowe postawione we właściwym miejscu, nadają słowom sensu i głębi, której się do tej pory nie dostrzegało.

<<<Po bokach drogi sunęło coraz więcej niewyraźnych kształtów drzew, domów i skał. I od czasu do czasu smolistoczarna przestrzeń. Na jej widok w sercu budziło się pytanie, co się tam kryje w tej trudnej do zniesienia godzinie? Ale za każdym razem było to tylko przywidzenie, więc serce pełne tętniącej krwi znowu zaczynało bić. „To my idziemy, owe kształty się nie ruszają.”
- Przyjmuję, że będziesz uważała się za zwolnioną - odezwała się ciotka. - Twoje postępowanie nie jest słuszne. Nie pasuje do ciebie. Jesteś zupełnie inna.
Brak odpowiedzi. Siss na to nie odpowie. Ale przecież kiedy gwiazdy świecą w studni, też brak wyjaśnienia.>>>

Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Dla mnie ta mała książeczka to arcydzieło. Arcydzieło pozbawione całego hałaśliwego blichtru cyrkowości językowej, karuzel zdarzeń i oczywistego przedstawiania własnego postrzegania świata ubieranego w wielkie zdania.

Jeżeli to, co napisałam nie przekonało Was do sprawdzenia czy wrażliwość tego norweskiego pisarza jest zbliżona do Waszej, to może jeszcze wspomnę, że mądrzy ludzie na tym świecie uważają, że niedaleko mu do dzieł Faulknera i wspomnianego już przeze mnie Hamsuna, czy Becketta. A malowane przez niego światy, podobno, zbliżone są do pejzaży Caspara Davida Friedricha, a sam Jarosław Iwaszkiewicz podczas czytania jednej z powieści Vesaasa miał słyszeć romantyczne dźwięki Schumanna.
Brzmi jakbym czarował? Robił to.
*Wiedzę na temat Tarjei Vesaasa zaczerpnęłam z Wikipedii i wyśmienitego posłowia Henryka Berezy.

  Tarjei Vesaas
(20.08.1897 - 15.03.1970)

*zdjęcie pochodzi z https://pl.wikipedia.org/wiki/Tarjei_Vesaas

Wydawnictwo: Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej
Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 1979
Liczba stron: 139
Kategoria: literatura klasyczna
 
Mój egzemplarz zakupiłam na allegro, u użytkownika Knigarnia.
#31 Dziedzictwo - Sybille Bedford

#31 Dziedzictwo - Sybille Bedford


#67 Dziedzictwo - Sybille Bedford - czy warto przeczytać?


Lubię czytać powieści klasyczne, fundować sobie podróż w czasie. Zobaczyć, poczuć jak kiedyś się żyło, posmakować słów spisanych kiedyś. Wydawnictwo Zysk i S-ka wydaje powieści klasyczne z należną im nutą elegancji, a trzymanie tak oprawionej powieści to czysta przyjemność.
Sybille Bedford to niemiecka pisarka, która pisała po angielsku. Znała się z Tomaszem Mannem, Arnoldem Zweigiem i małżeństwem Huxleyów - jako nastolatka mieszkała blisko Aldousa.
Zmarła w 2006 roku. 


"Dziedzictwo" jest jej drugim utworem literackim, a pierwszą powieścią - w części autobiograficzną.
Bedford opisuje losy dwóch rodów na przełomie XIX i XX wieku żyjących w Cesarstwie Niemieckim. Merzowie to żydowska burżuazja, a Feldenowie katoliccy arystokraci, których światy łączy zawarcie małżeństwa.
Kajzerowskie Niemcy były wtedy podzielone nie tylko z uwagi na różnice gospodarcze,
ale i religijne, dlatego ta powieść to doskonały obraz ówczesnego świata. Cesarz był obecny w życiu każdego, sprawował pieczę i kontrolę nad ludnością za pomocą prasy. 


Merzów nie interesowało nic, co wykraczało poza ich życie prywatne. Kiedy inni zachłystywali się wszechobecną sztuką, oni kazali dodatkowo watować swoje meble, czy też instalować dzwonki elektryczne w pokojach. Niechętnie opuszczali dom (nie chodzili na spacery, ani nie uprawiali żadnych sportów), a kiedy już musieli to zrobić, to podróżowali prywatnym wagonem sypialnianym, z zabraną z domu pościelą. Przebierali się w falbany, potrzebowali także asysty służących w prawie wszystkich czynnościach.

Feldenowie natomiast interesowali się sztuką, ale użytkową taką jak architektura, czy ogrodnictwo. 
Wzdrygali się na myśl o teoriach zarządzania, ale teorie akustyki były im bliskie. 


"Grali na instrumentach jak rzemieślnicy, 
a przedmioty użytkowe wykonywali jak artyści".

Jako solidna i głęboko katolicka rodzina - niewielu z Feldenów przyjęło stan kapłański,
a jako największy "dopust boży" uważali rewolucję francuską, a tej przemysłowej zdawali się nie zauważać.

Przy wyborze żon kierowali się urodą, ale nie zdarzało się, aby ktoś z tak znamienitego rodu wybrał kobietę spoza arystokracji katolickiej... 
Do czasu kiedy Juliusz von Felden zawarł związek małżeński z Melanią Merz. 

"Melania miała dwadzieścia lat. Nigdy nie zadawała pytań i wierzyła we wszystko,
w co jej wierzyć kazano: że jej dom jest najlepszym z domów, że ma cudowne życie,
a jeżeli czasem wydaje się ono niezbyt ciekawe, a nawet nieco smutne, to zapewne dlatego, że takie właśnie bywa cudowne, bezkonfliktowe życie".
 
Dwie kompletnie różne rodziny, dodatkowo poróżnione wyznaniem, wiążą się ze sobą,
co pociąga za sobą masę zdarzeń. Znany schemat, jednak przedstawiony w sposób rzeczywisty, i niejednokrotnie przezabawny, niepozbawiony jednak dramatów i... tragedii. Od szkoły wojskowej i następstw ucieczki z niej, przez istną komedię z szympansami w roli głównej, po intrygę i śmierć. Autorka ukazała też prawdę na temat życia w wierze, jak łatwo można było - już wtedy - żonglować wyznaniem.
Opisała realny świat bez tej poetyckiej nuty nostalgii.



"Wiek impresjonistów był bowiem jeszcze okresem pompy i namaszczenia, mebli mahoniowych, kuchni w piwnicach, stiukowych sufitów i miękkich, grubo wypchanych foteli; wiekiem, który wielbił stare, złośliwe kobiety i chytrych bankierów; kiedy bawiono się w ogromnych, kolumnowych, wulgarnych salach i każdy, kto nie był sportowcem albo młodym lub bardzo ubogim człowiekiem, zasiadał trzy razy dziennie na sztywnym krześle przy wielkim stole, by spędzić kilka godzin, spożywając bardzo niezdrowy, bardzo treściwy i bardzo tuczący posiłek".

Sybille Bedford nie oszczędziła nikogo - no prawie nikogo, odarła z masek wszystkie warstwy społeczne.
Losy bogaczy żyjących na kredyt czyta się bardzo miło, płynnie i z uśmiechem na ustach, mimo braku ciągłości zdarzeń - zaburzonej chronologii.
Choć treść dotyczy odległych nam czasów, to nasuwa się jeden główny wniosek - nie zmieniliśmy się jako ludzie, nic, a nic. Choć na co dzień wszem i wobec ogłaszamy,
jak to chcemy wzbijać się na wyższe stany świadomości...

Cieszę się, że mogłam zapoznać się z tak wysmakowaną literaturą.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019
Liczba stron: 416
Kategoria: literatura piękna

Tłumaczenie: Mira Michałowska





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...