Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vesper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vesper. Pokaż wszystkie posty
Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry
Lubię „Alicję w Krainie Czarów” (cóż za wyznanie...:)). Zdarzało mi się robić mniej lub bardziej udane „grafiki” inspirowane tą postacią.

*Jedna z moich „Alicji” - inspirowana postaciami Tima Burtona

Lewis Carroll, jak wszyscy doskonale wiemy, stworzył dwa w jednym, opowieść dla dzieci i tych „trochę” starszych, do której nadal nawiązują przeróżni twórcy.
Christina Henry opowiada tę historię inaczej. 
 

Alicja - Christina Henry


Alicja jest dorosła, przebywa w zakładzie psychiatrycznym i nie bardzo wie dlaczego.
Część wspomnień wyparła, a część wypaczają brane przez nią leki. Pamięta kawałek tortu, plasterek sera, herbatkę i... błękitnozielone oczy oraz długie porośnięte futrem uszy.
W szpitalu wybucha pożar i dziewczyna ucieka wraz z pacjentem z sąsiedniej celi - Topornikiem, w skrócie zwanym Topi. Jednak szpital więził COŚ jeszcze... i to COŚ też korzysta z okazji i czmycha wraz z nimi.

Do trzech razy sztuka.

No nie, zdecydowanie nie.

Alicja i Topornik szli, i szli. Mieli jakieś tam przygody, które mnie kompletnie nie interesowały. Oni oboje też nie. Minęły trzy dni i już prawie nic z tej opowieści nie pamiętam (notatki ❤️). Zastanawiałam się czy nie dać się zahipnotyzować, żeby co nie co sobie przypomnieć, ale taniej i pewniej byłoby przeczytać jeszcze raz książkę, ale tego sobie nie zrobię, chyba że pojawi się bezsenność.

Zasnęłam podczas lektury trzykrotnie.

Przyznaję Autorka naprawdę dobrze, fajnie i logicznie nawiązuje do historii napisanej przez Lewisa Carrolla, upycha tam sporo symboli, próbuje również w niektórych momentach mówić między wierszami. Próbuje.
Ja to naprawdę rozumiem, ja lubię symbolikę, ale kiedy muszę jej poszukać, a nie kiedy przypomina mi ona słup ogłoszeniowy (jest tam tego naprawdę sporo).
To literatura rozrywkowa, więc szukałam tego, co mnie miało ubawić, albo utrzymać w napięciu. Nic takiego nie znalazłam. Od czasu do czasu pojawiają się epizody brutalności, jednak coś ewidentnie jest nie tak z moją wrażliwością, bo nic to we mnie nie wywołało. Chociaż... ziewałam - może to empatia, a nie znudzenie.
Całość jest napisana w sposób, którego nie lubię, nazywam ten styl wypowiedzi wypranym z emocji. 

„-Ty też zabiłaś wielu ludzi? - spytał Topornik.
- Nie wiem - odparła Alicja. - Być może.
- Nic nie szkodzi, jeśli to zrobiłaś - zapewnił ją Topornik. - Rozumiem to”.


Postaci powtarzają po sobie kwestie, jakby sprawdzając czy nie zapomniałam o czym była mowa. Cały ten klimat przywodził mi na myśli opery mydlane i tylko przewracałam oczami w momentach, których nie spałam, albo nie tropiłam brakujących, czy też przestawionych liter. To ta psychodelia?
Książka jest podzielona na rozdziały, których zakończenia miały zachęcać do przeczytania kolejnego i kolejnego, ale, w moim przypadku, tylko miały.

Co z tym „do trzech razy sztuka”? Jak widać trójka dość często pojawia się w tym moim wywodzie. To trzeci (nie licząc „Abominacji” Dana Simmonsa) współcześnie napisany horror, wydany przez wydawnictwo Vesper, który niestety do mnie nie trafia. Chyba jednak rozrywkę pojmuję trochę, albo też zgoła inaczej. Więcej już sobie tego nie zrobię.

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry


Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 lipca 2020
Ilość stron: 312
Tłumaczenie: Janusz Ochab

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Gdyby ktoś zaproponował mi dziesięć książek różnych autorów lub jedną książkę Dana Simmonsa to zawsze wybiorę Simmonsa.

Nie wiem dlaczego. Jest „coś” w Jego pisaniu, stylu, co lubię, nawet kiedy książka mnie nie zachwyca. Do tej pory zawiedziona byłam raz, nieszczęsnym „Zimowym nawiedzeniem” , które przypominało mi jakiś konspekt, a nie pełnoprawną powieść.  

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Abominacja - Dan Simmons

Głównym bohaterem i narratorem „Abominacji” jest Jacob „Jake” Perry, a Dan Simmons zebrał jego wspomnienia z wyprawy na Mount Everest, która odbyła się po nie tak dawnym zaginięciu George'a Mallory'ego i Andrew „Sandy'ego” Irvine'a (polecam o niej poczytać i sprawdzić jak Autor obudował fakty fikcją). 

W tym samym czasie w Himalajach zaginął syn pewnej bogatej kobiety, która przekazała środki finansowe na wyprawę poszukiwawczą. Trzech mężczyzn (w tym oczywiście narrator) wyrusza ku „siedzibie śniegu” nie wiedząc, że ktoś lub coś podążą ich śladem i nie ma dobrych zamiarów.
Pierwsze 130 stron „Abominacji” połknęłam od razu. Była niewiadoma, był klimat, było nawiązanie do „Terroru” (który jest dla mnie wyjątkową powieścią) oraz parę dość zabawnych, jak na moje poczucie humoru, wstawek.

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Gdy dotarłam do momentu przygotowań do wyprawy na „dach świata” i zaczęłam czytać o ekwipunku, który bohaterowie zamierzali ze sobą wziąć i całej historii zmian jakie zaszły w jakości sprzętu od pamiętnej wyprawy „Mallory'ego i Irvine'a”, książkę odłożyłam na dwa dni, pochłonęło mnie życie, nie nuda, a już wiedziałam, że czeka mnie gęsto tkany gobelin zdarzeń.
Kiedy zasiadłam do czytania o samej wspinaczce okazało się, że minęłam połowę książki i nawet tego nie zauważyłam.
Dla mnie to było fajne przeżycie, mroczne i trudne. Czułam się jakbym się z tą ekipą wspinała. Ja lubię książki przygodowe, pełne szczegółów, detali, które pozwalają mi się w danym miejscu praktycznie znaleźć i to nie tylko geograficznie, ale w opisywanym przez Autora czasie. Tutaj tak było.
Ale potem niestety wkroczyła sensacja w dość tanim wydaniu, niczym kadry z filmu z Jason'em Statham'em. Działy się rzeczy dziwne. Mało spójne, niestety (znowu niestety).

Jakby Dan Simmons nie mógł się zdecydować czy chce napisać książkę zbliżoną klimatem do „Terroru” czy może „Trupiej otuchy” i wyszła z tego mało satysfakcjonująca mieszanka, która dla mnie była dość karykaturalna, ale... chociaż zdrowo się pośmiałam. Nie czuję, że „zmarnowałam czas” bo od dawna do czytania się nie zmuszam.

Nie jestem też zawiedziona, jestem zdziwiona! Możliwości jakie dają te tajemnicze tereny, szczyt, na który ludzie wspinają się dlatego, że tam stoi, często przypłacając to życiem, rejony gdzie od wieków szuka się istoty wiążącej człowieka z naturą, zostały przez Autora zduszone. Jakby chciał za wszelką cenę dołożyć tej „akcji”, której podobno współczesny czytelnik szuka. Pewnie bardziej by mnie przekonał ten „krwiożerczy pingwin”, o którym (z przymrużeniem oka) Autor w powieści wspomina.

Dan Simmons jest dla mnie mistrzem przeplatania faktów z fikcją, wiązania ich mitami i smaczkami z szeroko pojętej sztuki. Potrafi w najbardziej fantastycznej historii stworzyć namacalny realizm i tu, w części sprzed sensacji, mu się to znowu udało. Materiał źródłowy, który do tej powieści zgromadził musiał być ogromny. Ilość informacji, które podaje i przeplata własnymi wyobrażeniami może przytłoczyć kogoś, kto nie pała miłością do detali, ja jednak tę umiejętność najbardziej w Jego pisaniu cenię. W „Abominacji” oddał głos Jacob'owi „Jake'owi” Perry'emu w taki sposób, że jestem skłonna uwierzyć, że bohater jest jednocześnie autorem.

„Moje oczy są głodniejsze niż żołądek”, podczas czytania nakarmiłam je widokami, których nigdy osobiście nie doświadczę, a nadmiar kalorii spaliłam przy wspinaczce i salwie... śmiechu.
Zawsze będę polecała książki Dana Simmonsa, nawet wtedy, kiedy nie bardzo wiem... o co mu chodziło.

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 17 czerwca 2020
Ilość stron: 644
Tłumaczenie: Janusz Ochab

Twierdza - F. Paul Wilson

Twierdza - F. Paul Wilson

Twierdza - F. Paul Wilson
Dziś wypowiem się krótko. Nawet bardzo. Mam nadzieję, że nadrabiam zdjęciem :)
Wydaje mi się, że jeżeli wie się o fabule „Twierdzy” F. Paula Wilsona niewiele, to lepiej się człowiek bawi podczas czytania, no i o tej książce napisano już chyba wszystko....
Wyobraźcie sobie transylwańskie Karpaty - ciemne kształty kłujące jasne niebo i zbudowaną tam twierdzę przyozdobioną zwielokrotnionym wzorem krzyża. Już? Dołóżcie do tego oddziały hitlerowskie, bo trwa przecież II wojna światowa, ich mundury, trupie główki i przyzwolenie na szerzenie krzywdy, bólu, znęcania się nad drugim człowiekiem. Wrzućcie do tego, jeszcze trochę kart tarota, rumuńskiego folkloru, i odwiecznego kryzysu wiary. A i jeszcze trochę romansu, ale takiego z przymrużeniem oka. Wymieszajcie. I macie zarys „Twierdzy” F. Paula Wilsona. 

Mogłabym jeszcze dorzucić trochę motywów, czy symboli, bo Autor ma rozmach i nawiązuje do wielu znanych już utworów literackich (czy postaci), a do których jeżelibyście je przeoczyli - to znajdziecie w posłowiu napisanym przed Grady-ego Hendrixa, więc nie będę ich tu przytaczać, skoro ktoś zrobił to w lepszym stylu. 

Wiele się w „Twierdzy” dzieje i to od samego początku. Jednak niczego nie jest za dużo, wszystko do siebie pasuje i tworzy wciągającą opowieść, która jest oczywiście horrorem, ale ma czterdzieści lat i raczej nikogo nie wystraszy, za to dostarczy wiele czytelniczej frajdy.
Wilson fajnie odkrywa informacje, podaje je jedna po drugiej, potem kwestionuje, by zastąpić je innymi. Podobnie robi niestety z wątkami, kiedy jakiś się zapędza, to podaje na tacy rozwiązanie, środek zaradczy. Można oczywiście upatrywać w tym zabiegu wady, ale ma to być czytelnicza sjesta i taka właśnie jest. Czyta się ją tak jak się je się mało zdrowy posiłek, ze smakiem i ale ze świadomością tego, że są to jedynie kalorie.
Można oczywiście rozwarstwiać treść na poszczególne wątki, odniesienia i dorabiać do nich różne ideologie, powieść daje też taką możliwość, jak się ktoś uprze.
„Twierdza” ma wszystkie te motywy, które lubię.
Zawsze fascynowały mnie wszelakie tajemnicze runy, prastare języki, postaci z Wołoszczyzny, istota zła i jego koegzystencja z tą dobrą, podobno jasną stroną.
Wszystko to dostałam osadzone w konwencji przypominającej powieść przygodową i bawiłam się wyśmienicie, słuchając muzyki pochodzącej z jej ekranizacji, której to nie dałam rady obejrzeć i raczej nie podejmę już takiej próby.

Jak zawsze w przypadku publikacji przygotowanej przez Wydawnictwo Vesper, muszę wspomnieć o ilustracjach, które przygotował tym razem Mariusz Gandzel, i które chorobliwe pragnę kolorować... jak i o twardej oprawie, której grafika świetnie oddaje treść i klimat powieści. 
Po cichu liczę na to, że ta historia zostanie na tyle dobrze przyjęta, że doczekamy się pozostałych części cyklu i to w tak dobrym wydaniu. 



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Ilość stron: 308
Tłumaczenie: Marek Król
Ilustracje: Mariusz Gandzel
Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay
Najbardziej boję się dwóch rzeczy - pomijając choroby wszelakie - że ktoś obcy wtargnie do mojego domu, do mojej oazy bezpieczeństwa, i wizji osamotnienia w kompletnej, paraliżującej ciszy.
Często śni mi się, że za oknem sypialni ktoś stoi. Stoi i patrzy, i nie ma dobrych zamiarów. 

„Chata na krańcu świata” Paula Tremblaya zaczęła się, jak dla mnie, świetnie. Wen, adoptowana z chińskiego sierocińca przez Erica i Andrew, prawie ośmioletnia dziewczynka, łapie sobie pasikoniki, siedząc przed chatą, w której jej rodzina odpoczywa od codziennego zgiełku. Jej zabawę przerywa nadejście wysokiego mężczyzny, który przy drobnej budowie Wen, nie tylko przy niej zresztą, jawi się jako olbrzym. Nawiązuje z nią rozmowę, z której wynika, że obcy ludzie, z olbrzymem na czele, wtargną do jej domu i jej rodzina będzie musiała podjąć decyzję, która zaważy na losie ludzkości...
Tak, też się dzieje i Wen wraz z tatusiami zostaje zamknięta w chacie, zupełnie jak jej polne koniki w słoju.

Wstęp do historii napisanej przez Paula Trembleya, mimo że jest podany w czasie teraźniejszym (jak i cała opowieść), czego nie lubię, przekonał mnie do tego, że to będzie dobra, a może i mroczna rozrywka, przy której na pewno pojawią się jakieś emocje. Klaustrofobiczna chata, kochająca się rodzina, której spokój przerywa agresja obcych. Do tego biblijna symbolika, zagłada ludzkości, moralne dywagacje - kupuję to!

Z każdą przeczytaną stroną, kiedy rosła liczba retrospekcji i wyrazów w zdaniach kreślonych przez narratora zastanawiałam się w którą stronę Autor zmierza?
Po co to wszystko? Po co ten dysonans w wypowiedziach postaci i narratora?
Bohaterowie mówią stale to samo, czasem zdanie po zdaniu ma ten sam wydźwięk. Rozumiem, że rwana wypowiedź i powtarzanie imion bohaterów ma dawać złudzenie realizmu, strachu, jakiejś niezborności myśli, a nie jedynie przypominać czytelnikowi dramatis personae. Człowiek, kiedy się boi to nie myśli racjonalnie i zdania, które buduje dalekie są od liryzmu, czy jakiejkolwiek poprawności językowej. Jednak stawianie w kontraście do nich, długich, niekiedy barokowych zdań, jakoby manifestacji umiejętności ich budowania, wnosi jedynie chaos. Coś, co rozchodzi się w samej już budowie, po prostu mnie nudzi i żadne zabiegi z formą narracji, czy budowaniem napięcia, którego notabene nie zauważyłam, nie przyspieszą u mnie procesu czytania, nawet gdyby reszta powieści była dialogiem. Dlatego książkę czytałam kilka dni.
Ale może tak ma być i to jest właśnie to, do czego zmierza świat, według grupy która napadła na dom tej mało dziecięcej, jak dla mnie, bohaterki? I to ciągłe oglądanie telewizji...


Nie jest jednak tak że nie znajduję tu nic dobrego, poza wspomnianym początkiem. Autor doskonale wie, czego się boimy. Krwawe opisy są sugestywne, mogą wywoływać, u wrażliwszych odbiorców emocje, nie przeczę. Uważam również, że szafowanie formami wypowiedzi (np. osobą pierwszą) jest fajnym zabiegiem wprowadzającym czytelnika w stan, w którym nie wie czy to, co się w książce dzieje to jedynie zbiorowa histeria, czy może faktycznie świat zbliża się ku końcowi. Zakończenie jest idealne, przy tak prowadzonej opowieści, po prostu nie mogło być inne.


Nie interesowali mnie bohaterowie. Żaden z nich. Byli mi kompletnie obojętni tak, jak historia, którą opowiadali, a nie spodziewałam się przecież traktatu filozoficznego, czy wielkiej głębi, ani tym bardziej sensacji. Przebrnęłam przez książkę, z uwagi na niewielką liczbę stron i chęć zrozumienia fenomenu tej, przecież nagrodzonej, powieści. 

Dla mnie to przeciętna historia, oprawiona w bogatą i klimatyczną szatę graficzną przygotowaną przez niezawodnego Macieja Kamudę. Wydawnictwo Vesper przyzwyczaiło już nas, czytelników, do jakości wydań serwowanych przez nich publikacji. 


Niestety ta powieść kompletnie do mnie nie trafiła, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią samemu.



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Ilość stron: 308
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Ilustracje: Maciej Kamuda
#133 Upiór opery - Gaston Leroux

#133 Upiór opery - Gaston Leroux

#133 Upiór opery - Gaston Leroux - recenzja - czy warto przeczytać?
Z "Upiorem opery" łączy mnie związek bardzo sentymentalny. Oglądałam kiedyś kilka - dość luźnych - prób przeniesienia tej historii na ekran. I choć większości z nich daleko do dzieła Gastona Lerouxa, to i tak wspominam je dobrze. 

Książka powstała w 1909 roku i jest klasyczną powieścią gotycką, o czym pewnie większość czytelników, niestety, nie wie.
Spotkałam się nawet z recenzją krytykującą jej ekranizację z 2004 roku, zarzucającej obrazowi śmieszność i nie dostrzegającej w niej oczekiwanego... horroru?


Powieść gotycka bywa nazywana romansem grozy, z czego sama "groza" wynika na przykład z miejsca w którym toczy się akcja - zamek lub jak w tym przypadku - Opera Paryska, czy też narastającego uczucia szaleństwa.
Charakteryzuje się też przeciwstawnymi bohaterami, w dosłownym tego słowa znaczeniu - osobnik straszny (upiorny) i w ramach kontrastu osobnik niewinny - czysty. 

Spotkamy się w niej z wiodącym wątkiem romansowym z wydającą się nam - obecnie żyjącym - śmieszną wręcz przesadą - sentymentalizmem.
Objawia się to miłością na śmierć i życie, płomiennymi deklaracjami, przesadną emocjonalnością i gestykulacją postaci, łącznie z teatralnym omdlewaniem kobiet.
Po co to wszystko piszę?
Bo "Upiór opery" Gastona Lerouxa taki właśnie jest. 
Akcja toczy się Operze Paryskiej i jej podziemiach. Młoda śpiewaczka Christine Daae pobiera nauki u samego Anioła Muzyki, który wabi ją swym niebiańskim talentem. Wszystkiemu (najczęściej) z ukrycia przygląda się Raul de Chagny, który dostrzega niebezpieczeństwo kryjące się za tajemniczym głosem. Tymczasem budynek opery ma nowych zarządzających, z którymi w konflikcie pozostaje legendarny Upiór. Nikt Go nigdy nie widział, choć niektórzy twierdzą, że z nim rozmawiali. Ktoś jednak pisze roszczeniowe listy, w których domaga się między innymi zwrotu loży numer 5 i podpisuje się jako U. O.

W fabule bardzo dużo się dzieje. Jest wiele wątków - od próby usunięcia Upiora,  operowe spektakle i cały ich anturaż, przez historię miłości Raula i Chirstine, do odrzuconego przez społeczeństwo - oszpeconego Erika.
Od samego początku narracja przypominała mi artykuły z bardzo wiekowych gazet. Opisy są drobiazgowe, do tego stale pojawiają się przypisy, które polecam czytać na bieżąco - naprawdę są bardzo przydatne. Sam autor chce nas przekonać, że postać rzeczonego Upiora była prawdziwa... A była?
Dlatego stosuje styl przypominający reporterski.

Ta historia jest pełna przepychu i to nie tylko w kwestii nadmiernej emanacji uczuć targających bohaterami, ale w nawiązania do np. mitologii czy też prawdziwych wydarzeń mających miejsce w czasach jej napisania.
Choć ma 110 lat i same zachowania postaci; ich porywy serca, dramaty, które przeżywają, czy zastosowany humor, mogą wydawać się trochę archaiczne, to styl którym pisał Gaston Leroux nie sprawia najmniejszego problemu.
Obserwujemy całe spektrum emocji: od współczucia i płomiennej miłości do nienawiści i chęci zemsty. Widzimy geniusza, który pozbawiony ładnego lica jest skazany na życie w podziemiach. Cierpi i jak każdy człowiek nie potrafi być zupełnie sam. Odrzucenie powoduje narastanie w nim gniewu i nienawiści, czyli przykład na to, jak otoczenie kształtuje nasze zachowanie.

"Myślałam, że jestem wewnątrz kaplicy cmentarnej. Ściany zostały wybite czarnym kirem, ale zamiast łez zazwyczaj dopełniających taki pogrzebowy wystrój, na ogromnej pięciolinii widniały nuty Dies irae. Pośrodku pomieszczenia wznosił się baldachim z rozsuniętymi brokatowymi, czerwonymi zasłonami, a pod nimi stała otwarta trumna. Cofnęłam się na ten widok. "To tutaj sypiam - rzekł Erik - do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do wieczności".

Dałam się porwać temu klimatowi operowego przepychu. Bawiłam się doskonale przemykając tajemnymi przejściami, przysłuchując się śpiewaczkom i patrząc na skrzące się żyrandole, jednocześnie uważając by nie zniknąć w zapadni lub nie utonąć w jeziorze strzeżonym przez syrenę!
Moją ulubioną historią miłosną są losy Heatcliffa i Katarzyny Earnshaw z "Wichrowych wzgórz" Emily Brontë, więc nie zdziwiłam się, w ogóle, jak w posłowiu napisanym przez Dorotę Babilas znalazłam nawiązania do tej właśnie książki. 
Ja wiem, że wielu czytelników posłowia nie czyta, wiem bo mnie się też to wcześniej zdarzało. Jednak w przypadku książek wydanych przez Wydawnictwo Vesper - czytanie tego działu jest nie tylko obowiązkowe - ale zawsze równie przyjemne jak prezentowana powieść i pozwala lepiej zrozumieć utwór, który się właśnie przeczytało.
"Upiór opery" jest bogato ilustrowany obrazami Anne Bachelier, co zdecydowanie podnosi odbiór wizualny i pozwala zobaczyć to, co Leroux napisał.
Ta powieść to klasyka literatury i nie można jej oceniać w kategoriach współczesnej prozy, czy nie daj Boże - dzisiejszego realizmu - a choćby i z szacunku do niebywałego talentu pisarskiego autora.
Ode mnie 8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.

Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 27. listopada 2019 
Ilość stron: 410
Kategoria: powieść gotycka
Tłumaczenie:  Andrzej Wiśniewski, Hanna Śmierzyńska
Ilustracje: Anne Bachelier
#107 Psychoza - Robert Bloch

#107 Psychoza - Robert Bloch


#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?
Jestem uzależniona od filmów Alfreda Hitchcocka, a samą "Psychozę" widziałam tyle razy, że jak przymknę oczy to nie tylko widzę dom na wzgórzu, ale i słyszę ścieżkę dźwiękową. Nie wiem czy powinnam o tym wspominać, ale w moim poprzednim wynajmowanym mieszkaniu, nad wanną wisiały kadry ze sławnej sceny pod prysznicem... No cóż, "każdego z nas chwilami ogarnia szaleństwo".

#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?

Norman Bates to cichy i spokojny mężczyzna, powszechnie uważany za dziwaka, który mieszka w bardzo starym domu - u podnóża którego prowadzi motel. Odkąd powstała autostrada nie przyjmuje zbyt wielu gości. Choć dawno już jest dorosły, to nadal mieszka z matką, której zdaje się, że podporządkował całe życie. 
Tymczasem Mary Crane - młoda kobieta, której życie nie oszczędzało, pragnie rozpocząć nowy rozdział u boku ukochanego. Największym problemem jej związku jest brak funduszy na usamodzielnienie się.
Jednak Sam - ukochany Mary, ma wieloletni plan - na zbudowanie domu i założenie rodziny. Kobieta, jednak, ma dość czekania i będąc w chwili szaleństwa? - kradnie 40. tysięcy dolarów, wsiada w samochód i jedzie do Sama, który mieszka w innym mieście. 

Przypadek sprawia, że trafia do motelu prowadzonego przez Batesów. Dziewczyna prowadzi pogawędkę, z dość niezdrowo - w mniemaniu starszej pani - zainteresowanym nią Normanem. 
Kiedy bliscy Mary i oczywiście szef, spostrzegają, że zniknęła, jej tropem rusza siostra Lila i detektyw Milton Arbogast - wynajęty przez firmę dla której pracowała. Oboje spotykają się w sklepie prowadzonym przez Sama i tam ustalają plan działania. Od tego czasu będziemy powoli odkrywać tajemnicę rodzinny państwa Bates i pełną analizę psychologiczną Normana.


Choć powieść została wydana w 1959 roku, to w ogóle tego nie czuć. Ma bardzo współczesny wydźwięk.
Jest również niezwykle krótką powieścią, raptem 170 stron i nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania.
Chcieliście kiedyś wejść do umysłu obłąkanego człowieka? To będziecie tą lekturą bardzo usatysfakcjonowani.
Niczym pod mikroskopem obejrzymy sobie rozpad, czy też podział umysłu chorego człowieka.
To dobry kryminał z jeszcze lepszym lekkim klimatem grozy w starym wydaniu. Raczej Was nie przestraszy, ale wprowadzi w odpowiedni nastrój. Świetne psychologiczne studium - tak naprawdę w moim odczuciu - niezwykłego ludzkiego umysłu. Umiejętności adaptacji, ponad przeciętnej inteligencji i rozwijania technik manipulacji człowieka-kameleona.

Film, jak wcześniej wspomniałam, oglądałam parokrotnie i niezwykłą - wręcz przyjemność miałam z odkrywania różnic, a jest ich tak naprawdę sporo.
Po przeczytaniu obszernego i świetnie napisanego Posłowia przez Wiesława Kota, wiem w jakim celu te zmiany zostały wprowadzone. Znajdziemy w nim też wiele niuansów filmowych, rekwizytów, które Alfred Hitchcock używał po to by jak najwięcej przekazać widzom.
Ale ten tekst to nie tylko odniesienia do ekranizacji w wykonaniu Hitcha. Poznamy pierwowzór Normana, który ma swoje umocowanie w historii, sięgniemy do morza informacji o kontynuacjach i remake-u. Prześledzimy też karierę reżyserską Pana Hitchcocka i znajdziemy nawet parę słów o jego filmowej biografii. 


#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?

Całość zdobi - jak zwykle w przypadku Wydawnictwa Vesper - twarda oprawa, klimatyczna okładka i świetne ilustracje w wykonaniu Krzysztofa Wrońskiego.

Będzie ona świetną pozycją dla szerokiego grona odbiorców od fanów kryminałów, przez chętnych zgłębiać mordercze umysły, po fascynatów kina.
Zdecydowanie polecam!
8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.


Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 16. października 2019
ilość stron: 226
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Ilustracje: Krzysztof Wroński 

#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?
#82 Gałęziste - Artur Urbanowicz

#82 Gałęziste - Artur Urbanowicz

#120 Gałęziste - Artur Urbanowicz - recenzja - czy warto przeczytać?
Od pewnego czasu wracam do swoich czytelniczych korzeni i sięgam po lektury obfitujące w grozę.
Nowe wydanie "Gałęzistego" Artura Urbanowicza już na wstępie pobudza wyobraźnię. Świetny pomysł na okładkę - nawiązujący do treści książki - został równie dobrze zrealizowany, do tego powieść wypełniona jest niezwykle klimatycznymi ilustracjami. Mimo że mam tylko prebooka już wiem, że to będzie prawdziwy wydawniczy rarytas.

Głównymi bohaterami "Gałęzistego" jest para studentów Karolina i Tomasz, która chcąc zażegnać kryzys z jaki dopadł ich związek, wybiera się na wycieczkę w odludne tereny Suwalszczyzny. Już na wstępie dowiadujemy się, że Tomek choruje na cukrzycę, przez co Karolina stale sprawuje nad nim niemal rodzicielską pieczę. Kara - jak nazywają ją znajomi, jest osobą głęboko wierzącą w Boga i praktykującą, a Tomek z kolei to zatwardziały ateista, studiujący matematykę, przez co kwestionujący wszystko, czego nie rozumie i czego nie może policzyć.
Dziewczyna stara się mieć wszystko poukładane i zaplanowane, a chłopak to strasznie nieodpowiedzialny lekkoduch, który sam nie wie czego tak naprawdę chce. Już na początku swojej wycieczki mają przygody. Cukrzyca, która przyczynia się prawie do wypadku drogowego, następnie nieudana rezerwacja pokoju, która kieruje ich do dziwnego domu w Białodębach, sąsiadującego z cmentarzem Jaćwingów i głębokim lasem. Chłopak odnotowuje niespotykane zachowanie młodej gospodyni, która przechadza się nago po domu, a Karolinę dręczą dziwne sny. Jak możemy się domyślać to dopiero początek festiwalu dziwadeł i zalewającego ich mroku.

Gęste lasy, dziwni ludzie, mroczna atmosfera, tajemnicze jeziora i nawiązania do mitologii Słowian. 
Wszystko to powinno spowodować u czytelnika chociażby gęsią skórę, o jakimś niepokoju nie wspominając, ale niestety ja nie odczułam kompletnie nic, no może odrobinę irytacji.
Para bohaterów - to młodzi, ale wykształceni ludzie, którzy rozmawiają ze sobą dość wąskim zasobem środków językowych. Dialogi są męczące. On matematyk, który chorując na cukrzyce stale sięga po alkohol i stale się dziwi, że znowu prawie umarł, a ona stale go ratuje i stale się obraża, na zmianę z wizytami w kościele - ponieważ akcja toczy się w okolicach świąt Wielkanocy. Niestety trzecioosobowa narracja też jest uwikłana w tę prostotę wypowiedzi, ale ma to jedną zaletę - mianowicie prędkość czytania. 
Akt "miłosny" też jest odarty z aury tajemnicy i delikatności językowej i nie, nie oczekiwałam w tym gatunku poetyki. 

Podobały mi się opisy siły przyrody, magii mrocznych lasów, wtrącenia odnośnie miejscowych legend, czy wprowadzenie elementów starej wiary oraz zastosowanie przemowy - monologu Skedy.
Nie można autorowi odmówić talentu do snucia opowieści, łączenie wielu wątków i czerpania z rodzimych mitów. Ciekawie przedstawił również rodzący się strach, w poczuciu osamotnienia i niemożności zebrania myśli. Pomysł aby przedstawić konfrontację wiary i nauki też jest bardzo dobry, ale chyba trochę za płytko potraktowany.
Przez większość książki tak naprawdę nic się nie dzieje i brakuje mi właśnie tej nuty prawdziwej grozy i niedopowiedzeń, które budują klimat, którego w książkach tego gatunku szukam. Dlatego też podobało mi się zakończenie, choć nie było fajerwerków, dało to miejsce na moje własne wyobrażenia, domysły.
Choć książka została przeredagowana nie da się nie zauważyć, że był to debiut, ale wydaje mi się, że to preludium do czegoś naprawdę dobrego. 

"Błogosławieni ci, którzy oddają mu cześć, albowiem do nich należy królestwo zielone".

Jeżeli chcecie sprawdzić sami, jak odbierzecie tę historię, bo ilu czytelników tyle gustów i moje zdanie nie jest jedynym i tym właściwym - to prapremiera książki będzie miała miejsce podczas Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie w dniach od 24. do 27. października 2019 roku.
6/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 13. listopada 2019
ilość stron: 458 (prebook)
Kategoria:horror



#8 Doktor Jekyll i pan Hyde - R. L. Stevenson

#8 Doktor Jekyll i pan Hyde - R. L. Stevenson

Doktor Jekyll i pan Hyde - Robert Louis Stevenson - czy warto przeczytać?

"Kryje się za tym coś jeszcze - mówił do siebie nasz zmartwiony dżentelmen. - Jest tu coś jeszcze,  a ja nie umiem tego nazwać. Dobry Boże, wszak jest w nim coś nieludzkiego! Jakby był człowiekiem pierwotnym albo bazyliszkiem..." 

"Doktor Jekyll i pan Hyde" wszyscy gdzieś słyszeli o tej historii, ale mało kto kojarzy ją z książką. Było wiele ekranizacji, wiele filmowych inspiracji, jak udanych to już sprawa drugorzędna. 
Robert Louis Stevenson, który napisał "Wyspę Skarbów", "Porwanego za młodu" czy "Czarną strzałę" - stworzył prawdziwy horror - bez istot nadprzyrodzonych i magicznej otoczki.
Człowiek, jako istota o dwoistym charakterze. Z jednej strony człowiek oświecony i żyjący zgodnie z prawem, a z drugiej istota zła, pozbawiona moralności, która niszczy wszystko to, co ta dobra strona ceni. 
Książka składa się dziesięciu rozdziałów i Posłowia spod pióra Macieja Szymkiewicza. 
Całość to zaledwie 120 stron, które mimo trochę archaicznego języka czyta się znakomicie. Doktor Jekyll to nie tylko wybitny lekarz, to szanowana persona - wywodząca się z znamienitej rodziny. Jest niezwykle prawy i głęboko moralny, w laboratorium chemicznym próbuje znaleźć lek na ludzką agresję. Przyrządzoną miksturę testuje na sobie i tak powołuje do życia Pana Edwarda Hyde-a, swoje kompletne przeciwieństwo. Za dnia dobry człowiek, nocą propagator wolnej woli - złej woli.
A jak to często bywa z tą wolną wolą - może ona sprowadzić nas na manowce. 
Mimo tego, że pan Hyde jest drugim obliczem doktora Jekylla noszącym jednak inną fizjonomię, obrazującą jego charakter:

"Otóż pan Hyde okazał się blady i niewysoki, była w nim jakaś fizyczna deformacja, chociaż nie dało się jej wskazać czy nazwać, miał niezbyt przyjemny uśmiech, a do Uttersona odnosił się na przemian nieśmiało i zuchwale, jakby snuł wobec niego mordercze plany; mówił ochryple, półgłosem, czasem zaś jego głos nieco się łamał"

Nowela pochodzi z 1886 roku, a mimo to doskonale wpisuje się w obecny czas. Człowiek nie jest tylko dobry, ani tylko zły - to wydaje się oczywiste. Wszystko zależne jest od tego, które z swoich oblicz karmi i jak je karmi. Powieść Stevensona uznawana jest za portret psychopatologicznej podwójnej osobowości (jak podaje okładka) - nie wiem czy tylko... 
Na 120 stronach mamy pytanie o istotę zła i mamy też odpowiedź - człowiek. 
Doktor Jekyll chciał uleczyć ludzkość z agresji, a uzyskał coś zupełnie przeciwnego, ucieleśnienie najgorszych myśli, do tego kompletnie pozbawione empatii.

"Owa istota, którą dobyłem z własnej duszy i słałem w świat, by folgowała swym żądzom, okazała się wcieleniem podłości i najgorszego łajdactwa."

Być może to jest właśnie istota człowieczeństwa? Równowaga między obiema naturami, akceptacja dwoistości i świadomy wybór, tego kim chcemy być. 

"Gdy alkoholik zmaga się rozumowo z nałogiem, niezwykle rzadko zdaje sobie sprawę, jak groźna jest bestia, którą wyzwala w swoim ciele. (...)
Mój demon, długo trzymany w klatce, z rykiem wyrwał się na wolność."

Jak to bywa z klasyką - wszyscy o niej słyszeli, ale nikt jej nie czyta... 
A naprawdę szkoda, bo dobra powieść wymyka się z ram znaczeń i czasu pozwalając czytelnikowi na własną interpretacje zgodnie z przekonaniami i epoką w jakiej przyszło mu żyć i tak też jest z tą opowieścią - 8/10.


Wydawnictwo: Vesper

Data wydania: 2007 (przybliżona data)

Liczba stron: 120


Kategoria: thriller, sensacja, kryminał

Tłumaczenie:Lesław Haliński
 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...