Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay
Najbardziej boję się dwóch rzeczy - pomijając choroby wszelakie - że ktoś obcy wtargnie do mojego domu, do mojej oazy bezpieczeństwa, i wizji osamotnienia w kompletnej, paraliżującej ciszy.
Często śni mi się, że za oknem sypialni ktoś stoi. Stoi i patrzy, i nie ma dobrych zamiarów. 

„Chata na krańcu świata” Paula Tremblaya zaczęła się, jak dla mnie, świetnie. Wen, adoptowana z chińskiego sierocińca przez Erica i Andrew, prawie ośmioletnia dziewczynka, łapie sobie pasikoniki, siedząc przed chatą, w której jej rodzina odpoczywa od codziennego zgiełku. Jej zabawę przerywa nadejście wysokiego mężczyzny, który przy drobnej budowie Wen, nie tylko przy niej zresztą, jawi się jako olbrzym. Nawiązuje z nią rozmowę, z której wynika, że obcy ludzie, z olbrzymem na czele, wtargną do jej domu i jej rodzina będzie musiała podjąć decyzję, która zaważy na losie ludzkości...
Tak, też się dzieje i Wen wraz z tatusiami zostaje zamknięta w chacie, zupełnie jak jej polne koniki w słoju.

Wstęp do historii napisanej przez Paula Trembleya, mimo że jest podany w czasie teraźniejszym (jak i cała opowieść), czego nie lubię, przekonał mnie do tego, że to będzie dobra, a może i mroczna rozrywka, przy której na pewno pojawią się jakieś emocje. Klaustrofobiczna chata, kochająca się rodzina, której spokój przerywa agresja obcych. Do tego biblijna symbolika, zagłada ludzkości, moralne dywagacje - kupuję to!

Z każdą przeczytaną stroną, kiedy rosła liczba retrospekcji i wyrazów w zdaniach kreślonych przez narratora zastanawiałam się w którą stronę Autor zmierza?
Po co to wszystko? Po co ten dysonans w wypowiedziach postaci i narratora?
Bohaterowie mówią stale to samo, czasem zdanie po zdaniu ma ten sam wydźwięk. Rozumiem, że rwana wypowiedź i powtarzanie imion bohaterów ma dawać złudzenie realizmu, strachu, jakiejś niezborności myśli, a nie jedynie przypominać czytelnikowi dramatis personae. Człowiek, kiedy się boi to nie myśli racjonalnie i zdania, które buduje dalekie są od liryzmu, czy jakiejkolwiek poprawności językowej. Jednak stawianie w kontraście do nich, długich, niekiedy barokowych zdań, jakoby manifestacji umiejętności ich budowania, wnosi jedynie chaos. Coś, co rozchodzi się w samej już budowie, po prostu mnie nudzi i żadne zabiegi z formą narracji, czy budowaniem napięcia, którego notabene nie zauważyłam, nie przyspieszą u mnie procesu czytania, nawet gdyby reszta powieści była dialogiem. Dlatego książkę czytałam kilka dni.
Ale może tak ma być i to jest właśnie to, do czego zmierza świat, według grupy która napadła na dom tej mało dziecięcej, jak dla mnie, bohaterki? I to ciągłe oglądanie telewizji...


Nie jest jednak tak że nie znajduję tu nic dobrego, poza wspomnianym początkiem. Autor doskonale wie, czego się boimy. Krwawe opisy są sugestywne, mogą wywoływać, u wrażliwszych odbiorców emocje, nie przeczę. Uważam również, że szafowanie formami wypowiedzi (np. osobą pierwszą) jest fajnym zabiegiem wprowadzającym czytelnika w stan, w którym nie wie czy to, co się w książce dzieje to jedynie zbiorowa histeria, czy może faktycznie świat zbliża się ku końcowi. Zakończenie jest idealne, przy tak prowadzonej opowieści, po prostu nie mogło być inne.


Nie interesowali mnie bohaterowie. Żaden z nich. Byli mi kompletnie obojętni tak, jak historia, którą opowiadali, a nie spodziewałam się przecież traktatu filozoficznego, czy wielkiej głębi, ani tym bardziej sensacji. Przebrnęłam przez książkę, z uwagi na niewielką liczbę stron i chęć zrozumienia fenomenu tej, przecież nagrodzonej, powieści. 

Dla mnie to przeciętna historia, oprawiona w bogatą i klimatyczną szatę graficzną przygotowaną przez niezawodnego Macieja Kamudę. Wydawnictwo Vesper przyzwyczaiło już nas, czytelników, do jakości wydań serwowanych przez nich publikacji. 


Niestety ta powieść kompletnie do mnie nie trafiła, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią samemu.



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Ilość stron: 308
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Ilustracje: Maciej Kamuda
Wartało - Marcin Kołodziejczyk

Wartało - Marcin Kołodziejczyk


Nie wiem czy powinnam w ogóle na temat książek napisanych przez Marcina Kołodziejczyka zabierać głos. Pisać cokolwiek... Może zdjęcie by wystarczyło?


Kiedy Wydawnictwo Wielka Litera zapytało, czy jestem zainteresowana otrzymaniem nowej książki Marcina Kołodziejczyka, to zastanawiałam się tylko chwilę, choć miałam świadomość tego, jak trudna to będzie przygoda. Przeczytałam opis i zgodziłam
się , z pełną świadomością.
„Prymityw. Epopeja narodowa” jest mi znany, czytałam tę powieść z własnej, nieprzymuszonej woli, a „hurmem”, czy „Jebnie, błyśnie, w górę wypryśnie”, być może teraz, dostrzegam wyraźniej. Znam również
„Dysforię. Przypadki mieszczan polskich”, reportaż w nietypowej formie, ponieważ jest to pewnego rodzaju słowotok, co, według mnie, koreluje z faktyczną definicją terminu tytułowej dysforii.

Tutaj, zanim przejdę do „Wartało”, własnych domysłów, przemyśliwań i wdzięczne zawoalowanych peanów, na rzecz czegoś, co zrozumiałam zapewne w niewielkim stopniu, to napiszę Wam tak:
ZA NIM WEŹMIECIE SIĘ ZA CZYTANIE KSIĄŻEK TEGO AUTORA PRZECZYTAJCIE DARMOWE FRAGMENTY! (kliknijcie w linki, można je pobrać ze strony LEGIMI).

No to wartało by coś napisać.

Klaustrofobiczne miasteczko, pełne jest ludzi czynu. Czynić chcą, nie bardzo wiedzą co, ale że na tym skorzystają, to pewni są zawsze. W miasteczku ściera się stare z nowym, zupełnie jak ojciec z synem u Małochlebów (jedni z bohaterów). Niektórzy chcą przemian, ale boją się ich. Czas został zatrzymany, jak władza rozkazała. I stoi.
Stoi w w sprzętach; wszystko się łuszczy, rdzewieje, rozpęka. I w ludziach, w których tak samo wszystko
się psuje, koroduje. Oczywiście każdy tu na kogoś coś ma.
Bohaterowie to ożywione ludzkie wady, na usta ciśnie się, że narodowe, ale moja, być może kosmopolityczna, skaza każe mi twierdzić, że to wady wszystkich z nas, niezależnie od pochodzenia.
W miasteczku dzieje się wiele. Każdy tu nosi nazwisko, przydomek, które przy okazji wiele nam mówi, taka chodząca symbolika; Zabawa, Zatylny, Duszno, Ugoda, Walczak, Rodo, czy Tęcza.  Ich szeregi zasila wykształcona figura, totumfat, obserwator ternista Żuj-Jadin. W miasteczku szykuje się Nerwolucja wśród brudu, głodu i czepiających się wszystkiego (żeromskich) krukowatych. Rżałam jak Koń, albo Półtorej (dwuznaczność). 

„Zatylny obrócił głowę do proszącego. Z trudnością rozpoznał w nim syna Juliusza Damskiego, zegarmistrza. Który prowadził za Świetności zakład w uliczce przy rynku. Chłopak zapyział. Bezładne spojrzenie niedożywionego. Na głowie gar do kartofli. Żuchwy wyrobione od żucia. Nasiści stali za plecami Damskiego, gdy się wypowiadał. Gładzili drzewca sztandarów kościelnych. Czytelna hierarchia - główny pagaj i totumfaccy”.

Znajdziemy tu wszystko, od uprzedzeń wszelakich, mocno ograniczonego postrzegania, (za to) szeroko pojętej wyższości - od sytuacji finansowej przez wykształcenie i jakżeby inaczej, nabytą lub wrodzoną inteligencję. 

Lubimy słowa, zwłaszcza te trudno brzmiące, a jeszcze bardziej skrótowce, nadające poczucia wielkości i trzymające lud na dystans, jak zniszczony most sadowników. Wiecznie umęczeni, w równie wiecznym poczuciu krzywdy, oczekujący Zstąpiciela. Obleczeni w płaszcze coraz nowszych fobii, lecząco-trująco-otępiający się samopoczuciopoprawiaczem.
Dokonuje się. 
Nowa-stara władza, nowe nazwy na stare stanowiska, nowa lepsza zmiana, tylko kajak Rozuma z prądem coś wygrać nie może.

„Nabrał powietrza, łyknął spirytu, pokiwał, pokręcił głową. - Słowo człowiek - skonstatował dezaprobująco. - Ostatnio od dawna z całą pewnością chyba prawie w ogóle mi to częściowo jakoś nie brzmi.
Rodo przytaknął. Miła nabrzmiałość przedpolowaniowa ogarniała”.

„Prymityw. Epopeja narodowa” wydaje mi się w porównaniu z „Wartało” czymś na kształt raptularzu. Nie wiem, czy mogę użyć takiego porównania, ale to robię, pisać wszak mogę wszystko.

Widać, albo i słychać, bo obie powieści proszą się by je odczytywać, że Autor ma nie tylko niebywały zmysł obserwacji ale i chyba słuch absolutny. „Wartało” nie rozchodzi się już tak w wielowątkowość jak wcześniejsza powieść, jest bardziej zwarte, mimo to nadal zawstydza i poniekąd przeraża (przynajmniej mnie) ilością umieszczonej treści w wieloznaczności użytych słów i tym czego nie zapisano. 

Kiedy obedrze się tę historię z absurdalności, wyolbrzymień i dokonana dekonstrukcji symboli, kiedy słowo po słowie przetłumaczy się z „kołodziejczykowego” na ogólnopolski to (chyba?) ukaże się nam opowieść bardzo uniwersalna. 

I tu jest też ta trudność czytania Marcina Kołodziejczyka, w jego kreacji językowej. Pisze własnym językiem o charakterze polisemicznym; znajdziemy w nim rzadko używane określenia, ale i te potoczne, uprawia również słowotwórstwo, włącza w to, często zapomniane, określenia gwarowe, wychodzi poza przyjęte normy.
Tu wszystko huczy, dudni i zakłóca, fascynuje i cholernie zawstydza.
Bo jak znany nam przecież kod, nie ma granic w przekazie i zrozumieniu, to co je ma?

Świat, który przedstawia wydaje się krzywy, brzydki, fałszywy jak to znane wszystkim zwierciadło, co zniekształca. Ale jednak odbija to, co przed nim jest, wystarczy się rozejrzeć.

„Westchnął z udawanym, dużowiedzącym uśmiechem. Od dziecka był chamofobem. Bał się prymitywu, bo sam się z niego brał. Dobrze wiedział, że podrażniony oryginalnością bywa groźny”.


Czytanie zdań napisanych przez Marcina Kołodziejczyka jest dla mnie jak wchodzenie pod wysoką górę, z ciężkim plecakiem i wódką w ręce. Kiedy popiję zdaję mi się, że wszystko rozumiem, a wszystko inne jest daleko w dole. Kiedy trzeźwieję okazuje się, że niewiele przeszłam, szczyt nadal daleko, alkohol się skończył i oświecenie szlag trafił. A mimo to idę, choć sama nie wiem dokąd.

Nie powiem Wam że musicie czytać powieści Marcina Kołodziejczyka, bo zdaję sobie sprawę z trudności, jakie może nasuwać swoista kryptoanaliza Jego opowieści.
Jeżeli jesteście zainteresowani, to proszę przeczytajcie darmowe fragmenty, można się za ich sprawą zorientować, czy to jest to, co się chce rzeczywiście czytać.
Nie powiem również, że to najlepsze książki jakie czytałam, ale na pewno jedne z najtrudniejszych w odbiorze, a ja lubię wyzwania i nie czuję wstydu, kiedy im nie podołam.

*Tak jak „Wartało” rządzi się własną ortografią i interpunkcją, tak i ja za wszelkie niezrozumienia, nawiązania, mało znaczące powiązania, chaotyczny zapis, (celowe) błędy leksykalne  itd. , itp.  - przepraszam ;)


Wydawnictwo: Wielka Litera

Data wydania: 25. marca 2020
Liczba stron: 384

Kategoria: dreszczowiec psychologiczno-polityczny




10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

„10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi” to bardzo ciekawy projekt.

Autorka Emi Jakk, z wykształcenia dr ekologii, przygotowała 10 pytań - plus jedno extra, i zadała je zwykłym-niezwykłym ludziom, całej setce, jak zdradza tytuł. Wszystkim po 11, takich samych. Swoją konstrukcją przypominają te, na które odpowiadało się w czasach świetności tzw. „Złotych myśli”.

Na samym wstępie dowiemy się skąd wziął się pomysł, dlaczego ma taką formę; kto przy nim i jak pracował.



10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

Strony wypełnia ten sam schemat.
Po lewej mamy, bardzo krótką charakterystykę osoby, z którą Autorka przeprowadziła wywiad, a poniżej widnieją odpowiedzi.
Natomiast po prawej stronie wyraz swojej kreatywnej twórczości dał Noriaki, streetartowiec - okrzyknięty Człowiekiem Kultury w 2018 roku.
Zaprezentowane prace korespondują z cechami postaci, której odpowiedzi właśnie poznajemy, stanowią ich, czasem bardzo zabawny, obraz.
Co jakiś czas strony są rozdzielone ciekawym cytatem.
Okazuje się, że za sprawą zadania zaledwie jedenastu pytań można się bardzo wiele o człowieku dowiedzieć. O jego przeszłości, codzienności, pracy, miłości, a nawet strachu. Sposób w jaki na nie się odpowiada, jest kolejną cechą charakteryzującą człowieka i zwykle mocno powiązaną z zawodem jaki się wykonuje.

 10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

Na samym końcu znajdziemy nieco szersze charakterystyki przepytanych przez Autorkę postaci i zdradzę, że niektóre z nich znamy, może nie osobiście, ale za pośrednictwem szeroko pojętych mediów.

Niebanalny projekt, niebanalnie zrealizowany. Kilka krótkich pytań, kilka jeszcze krótszych odpowiedzi, a da się odczuć jakąś intymność zwierzeń, bliskość. Śmiałam się i nie raz dziwiłam, że ktoś, kogo przecież nie znam ma takie same wspomnienia, czy lęki.
 
10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

Setka niezwykłych ludzi i 1100 odpowiedzi daje nam obraz współczesnego człowieka. Okazuje się, czarno na białym, jak wiele nas wszystkich łączy.
Od wspomnień z dzieciństwa, przez ulubione posiłki, stosunek do pracy, strach czy marzenia. Jak jeden wspólny organizm. Wszyscy tak dalecy, a tak bliscy, wszyscy tak różni, a tak tożsami.



Swój kwestionariusz wypełniłam :)


Mój kwestionariusz




Alina
mam ich kilka, m. in. doradca zawodowy i personalny, grafik
podobno jeszcze 34
hmm... może być... czytanie książek?



1. skoszoną trawą.
2. bo może uda się kiedyś robić coś innego.
3. filologiem, albo socjologiem.
4. świecie pełnym otwartych umysłów.
5. wszystko to, co zrobi M.
6. kompletną ciszą.
7. żywy organizm.
8. każdy, z odpowiednią ilością cukru.
9. zwątpienia.
10. gorsetów umysłowych, ciasnych ubrań.
11. napisałabym książkę.




Wydawnictwo: FABRYKA DYGRESJI
Data wydania: 30 stycznia 2019
Liczba stron: 273
Kategoria: publicystyka literacka, eseje
Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai
Kiedy zaczynałam czytać „Wierzyliśmy jak nikt” kompletnie nie spodziewałam się tego, że skończę z przekrwionymi od płaczu oczami. Nie piszę tego po to, aby kogoś przekonać o swojej nadwrażliwości, sama nadal nie mogę uwierzyć, że aż tak mnie ta fikcyjna opowieść poruszyła.
„Wierzyliśmy jak nikt” przybliża czytelnikowi czas, zanim pojawiły się leki umożliwiające spowolnienie zniszczeń w ludzkich organizmach, które niosło ze sobą zarażenie się wirusem HIV. Przyglądamy się jak „kolorowa” codzienność okazuje się ciągłą walką o akceptację, o zrozumienie i jak narasta strach przed tą śmiertelną chorobą.


Nie jest tak, że temat, który Autorka podjęła jest mi kompletnie obcy. Jakiś czas temu czytałam „Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego” - Matta Richardsa i Marka Langthorna, które jest dość mocno osadzone w tematyce historii rozwoju HIV. Ponadto, pamiętam jeszcze doskonale „Witaj w klubie” z 2013 roku (ze świetnymi rolami Matthewa McConaughey i Jareda Leto) i wspomnianą w książce Makkai „Filadelfię” z 1993 roku (Tom Hanks, Denzel Washington, Antonio Banderas).
 

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

 

Głównych bohaterów w tej powieści mamy dwoje: Yale'a i Fionę. Obie postaci łączy wspólna przeszłość - lata 80te XX wieku.Rebecca Makkai w „Wierzyliśmy jak nikt” prowadzi akcję dwutorowo.
W 1985 roku blisko poznajemy Yale Tishmana, który pracuje w galerii sztuki Uniwersytetu Northwestern, w Chicago. Za sprawą znajomej ma możliwość pozyskania nieznanej dotąd kolekcji obrazów i rysunków, znanych artystów i tego wyzwania się oczywiście podejmuje. Wszystko zdaje się układać po jego myśli. Jest młody, rozpoczyna karierę, ma szansę zabłysnąć w świecie sztuki, jest także szczęśliwie zakochany. Swoisty kontrast dla jego wyobrażeń przyszłości, stanowi szerząca się epidemia AIDS. Fiona też się w tej części pojawia.

Druga oś czasu dotyczy drugiej bohaterki - Fiony, która w 2015 roku, w Paryżu, poszukuje zaginionej córki. Kobieta zatrzymuje się w domu znajomego artysty fotografa (ze wspomnianych lat 80tych), który właśnie przygotowuje wystawę swoich prac. Wszystko to sprawia, że w kobiecie ożywają wspomnienia.

Będziemy się przyglądać jak bohaterowie w latach 80tych walczą z ludzką obojętnością, z władzą, która biernie się przygląda chorującym i umierającym. Jak próbują zmienić świat, choć tak naprawdę niewiele żądają.

Natomiast w drugiej osi zdarzeń, zobaczymy jak wydarzenia sprzed trzydziestu lat, wpłynęły na obecne życie siostry jednej z ofiar chicagowskiej epidemii.

Pisarka nie tworzy postaci monumentalnych. To zwykli ludzie, ze zwykłymi wadami.
Nawet umęczona w poświeceniu Fiona, nie jest krystaliczna. Popełniała błędy, za które, nawet 30 lat później płaci, i których konsekwencje ponosi też jej córka.
Trauma, której doświadczyła, spętała ją emocjonalnie. Strach stał się jej codziennością. Jest córką, jest matką, dlaczego więc nie umiała być lepsza?
Historia Yale'a jest niezwykle dramatyczna. Nie padają tam żadne wielkie słowa. Jest po prostu zwykłe życie, są marzenia, i jest wykluczenie powodujące poczucie wyobcowania. Widzimy społeczną negację tego, co piękne, bo zdaje się różnić, od tego co nam znane.


Rebecca Makkai nie boi się żadnych porównań, pisze m. in. tak:

„Ci wszyscy ludzie mówili to w dobrej wierze, wszyscy bez wyjątku.
Jak wytłumaczyć, że miasto zamieniło się w jeden wielki cmentarz?
Że codziennie chodzą po ulicach, które były świadkami małego holokaustu, które widziały ludobójstwo zaniechań i niechęci?
Czy naprawdę nikt nie rozumie, że nieoczekiwane zderzenie ze ścianą zimnego powietrza to spotkanie ducha, jednego z tych chłopców wyplutych przez świat?"

 

Autorka powoli wprowadza czytelnika w wykreowaną rzeczywistość, opisuje codzienność. 
Nie znajdziemy tu przerysowanych emocji, ani taniego sentymentalizmu.
W niektórych momentach czułam się jak podglądacz, a jednak przegapiłam ten moment, w którym ktoś, kto istnieje jedynie na papierze stał się po prostu... moim znajomym.

Przez charakterystykę postaci; ich pragnienia, marzenia, nadzieje stworzyła realne poczucie wspólnoty. Sposób w jaki Rebecca Makkai pisze o swoich bohaterach, jakie cechy im nadaje, na jakie emocje im pozwala, sprawia, że uwierzymy, że poczujemy tę kocią sierść Roscoe'a pod palcami.
Niezależnie od tego kiedy żyjemy i jak żyjemy, pragniemy zawsze tego samego - zrozumienia i miłości drugiego człowieka, nawet jeżeli wydaje się nam to banalne.

„- Gdybyśmy tylko mogli być na tej ziemi w tym samym czasie i tym samym miejscu co wszystkie osoby, które kochamy, gdybyśmy mogli razem się urodzić i razem umrzeć, wszystko byłoby takie proste". 

Czytam wiele książek, artykułów, wywiadów, opinii i nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak bardzo szukamy prawdy w fikcji i jak bardzo nas cieszy, kiedy zdaje się nam ją dostrzegać.
Świetna powieść.





Data wydania: 15 kwietnia 2020
Liczba stron: 624
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Sebastian Musielak


 
Czas Wagi - Aleksander Sowa

Czas Wagi - Aleksander Sowa


Czas Wagi - Aleksander Sowa

W czerwcu 1997 roku na warszawskiej Pradze, ktoś uprowadza Sarę, córkę milionera. Zamknięta w ciemnym pomieszczeniu, nie odróżnia dnia od nocy, jest tam bita i gwałcona. Zrozpaczony ojciec powiadamia policję, wynajmuje detektywa, a Sary nie ma.
Ciszę przerywa żądanie okupu, które bogacz realizuje, jednak córka nadal nie wraca do domu. Rodzina porwanej powiadamia media i wybucha afera. Pospieszne decyzje, które miały ją załagodzić przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Grupą policyjną ma dowodzić nowa osoba, kobieta, podinspektor Maria Stefańska, wkrótce zwana przez podwładnych pieszczotliwie Marysią (skojarzenia z pewnym polskim filmem słuszne). Marysia ma tabelki, które chce wypełnić, Marysia była i jest policjantką zza biurka, Marysia ma władzę i Marysi wydaje się, że wie co robi.
Do sprawy zostaje przydzielony Emil Stompor. Policjant prawdziwy, taki który miał i nadal ma misję. Ma też cięty język, który kreśli jego myśli bez zbędnej dyplomacji. Stompor jest inteligentny, ma na wszystko odpowiedź, zawsze trafną, zawsze szczerą i rzadko miłą, no może nawet... nigdy miłą.

Fabuła jest oparta na prawdziwym i głośnym porwaniu. Ale to nie jedyna z możliwości, z których skorzystał Aleksander Sowa by nadać jego książce realizmu.
Postaci, w większości męskie, mówią surowym językiem, a wulgaryzmy pojawiają się dość często i... zawsze stanowią idealne wzmocnienie wypowiedzi. Radio gra utwory z tamtych czasów, wspominamy przez moment Anastazję P., spółkę ART B., czy wielką powódź. Nie byłam wtedy dorosła, ale gdzieś w odmętach pamięci mam zapisane znaki szczególne tego okresu i podczas czytania „Czasu Wagi” realnie przeniosłam się w czasie.

Porwana Sara wypowiada się w osobie pierwszej, można poczuć to, co ona przeżywa,
nie tylko za sprawą emocji. Autor nie pomija niczego, nawet zapachu. Daje to możliwość zżycia się z ofiarą.

Rzadko kiedy żywię jakieś uczucia do głównego bohatera, jest mi on całkowicie obojętny, interesuje mnie historia jaką ma do opowiedzenia. Jednak w przypadku Emila Stompora, sprawa ma się inaczej. Jego kąśliwe uwagi, wieczne niezadowolenie i ciągłe poczucie winy, że robi zbyt mało, sprawia, że naprawdę lubię tego człowieka i go rozumiem. Jest w tej swojej fikcyjności, mało fikcyjny. A partner Stompora, Kosar, alter ego Autora?, jeszcze bardziej ten realizm potęguje, zwłaszcza kiedy początek i koniec historii się spinają.

Aleksander Sowa przedstawia powiązania, układy, układziki. Pokazuje kto naprawdę rządził, kto decydował o tym, o czym się mówiło i jak się mówiło. Kto decydował o tym, co opinia publiczna ma wiedzieć i że zawsze chodziło o to samo - posiadanie władzy i pieniądze. Prawdziwi przestępcy, bandyci, na takich nie wyglądali, piastowali wysokie stanowiska.
Nieważne jak zasobne mamy portfele i z jakiej rodziny pochodzimy, zawsze kierują nami te same, mało szlachetne, pobudki. Zdarzają się jednostki posiadające ideę, próbujące coś zmienić, ale kijem rzeki, niestety,
się nie zawróci. 
Przeczytałam w jakiejś z opinii, że Aleksander Sowa opisuje minione czasy, i tak się zastanawiam, czy tak faktycznie jest? Chciałabym móc w to wierzyć. Ale nawet radia grają te same przeboje.

Intensywna, surowa, kryminalna rozrywka, jak dobry film. W którym wszystko słychać, choć nie ma fonii, w którym postaci są prawdziwe, choć można je sobie tylko wyobrazić.
Historia, o której człowiek myśli długo po ostatniej scenie, bo ma świadomość, że jest oparta na kanwie prawdziwych wydarzeń i że nie jest to tylko cichnąca melodia przeszłości.





Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 25 marca 2020 
  Liczba stron: 416
  Kategoria: kryminał
Była sobie rzeka - Diane Setterfield

Była sobie rzeka - Diane Setterfield



W Radcot, w Gospodzie „Pod Łabędziem”, nieopodal Tamizy, ludzie spotykają się by coś zjeść i wypić, a czas umilają sobie opowiadaniem przeróżnych historii. Jedni, dopiero stawiają pierwsze kroki w gawędziarskiej działalności, inni nabyli już umiejętność przykuwania uwagi tłumów, a trzeci tylko czekają, aż ci drudzy zaczną mówić.

Ale... Ta noc jest inna. 
 

Była sobie rzeka - Diane Setterfield

 

Wieczorne spotkanie przerywa przybycie rannego mężczyzny, niosącego lalkę, która okazuje się być... martwą dziewczynką, która cudem wraca do życia...
Wici rozchodzą się po okolicy i już wkrótce do Radcot przybywają przedstawiciele trzech rodzin twierdzących, że z odnalezioną dziewczynką łączą ich więzy krwi. 


Dziewczynka milczy i wzbudza we wszystkich, którzy w jakiś sposób się z nią stykają, ciepłe uczucia. Wszyscy chcą się nią zająć, pomóc, kochać.
Czuje to mężczyzna, który ją uratował, czuje to Rita, kobieta, która niejako obudziła ją do życia, czuje to nawet chłopiec, który pierwszy jej dotknął.
Losy trzech rodzin splatają się za sprawą milczącej dziewczynki.
Każdy z bohaterów ma własną historię i każdy z nich ją opowie.


„Była sobie rzeka” Diane Setterfield przypomina swoją budową tytułowy ciek wodny. Bierze swoje źródło i poszerza swe koryto zgodnie z wpadającymi do niej dopływami - odrębnymi historiami każdego z bohaterów. Nie wszystko co nurt niesie jest czyste, ale wszystko się zmienia, tak jak płynąca woda w rzece.

Cała powieść jest osadzona w baśniowym, jednak nieprzesadzonym, klimacie.
Autorka sięga do mitów, legend, szeroko pojętego folkloru, przekazywanego ustnie. Każda z odrębnych opowieści niesie ze sobą morał. Stanowią one ułamek całości prowadzący do odkrycia tego, co się tak naprawdę wydarzyło, a przy okazji opowiadają: o naturze człowieka, o pociągu do łatwych pieniędzy, o braku umiejętności rozmowy, o nawarstwiających się problemach, które zamiast rozwiązywać, to ignorujemy, o udawaniu, kogoś kim nie jesteśmy, o szeroko pojętym zepsuciu. Okazuje się, że nie zawsze to co pamiętamy, jest faktycznie tym czym było. Ulegamy wpływom, zasłyszeniom, ubarwiamy wspomnienia, kłamiemy.

Nie da się też nie zauważyć metafory przemiany, jaką niesie ze sobą płynącą fabuła. Stopniowe odchodzenia od tego, co niemal magiczne, jak opowieści starego już bajarza, przez rolę, którą pełni Rita, kobieta trudniąca się początkami medycyny położniczej, czy Pani Constantine, błędnie postrzegana jako praktykująca spirytyzm. Nawet kiedy nauka przejmuje dominującą rolę w naszym życiu, zawsze znajdziemy coś, w co chcemy wierzyć, bo jeszcze nie potrafimy tego wytłumaczyć.

Diane Setterfield przejęła zapomnianą rolę bajarza i za pomocą ładnie połączonych zdań zabrała mnie w wędrówkę po prawdziwej rzece opowieści.
Za Jej sprawą poczułam się tak, jak wtedy, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i opowiadano mi różne historyjki z przesłaniem. Z zabarwionej smutkiem, ciemnej, czasem mrocznej opowieści zawsze przebija się światło. Może zbyt wiele mnie one nie nauczyły, ale wtedy były czymś magicznym. Podejrzewam, że podobnie będzie i z tą książką, jednak czytałam z naprawdę dużą przyjemnością i ciekawością, która bardzo rzadko już mi się zdarza. Ten rwący nurt, przesyconej treścią, i postaciami, rzeki oderwał mnie od codzienności, która obecnie wydaje mi się jak wyjęta z fantastyki postapokaliptycznej. Dał, być może, złudzenie?, że wszystko przeminie. Może tego właśnie potrzebowałam.


Wydawnictwo Albatros stworzyło dzieło sztuki. „Była sobie rzeka” jest wydana z ogromną dbałością o szczegóły. Twarda okładka jest pokryta złoceniami, a obwoluta, z kolei, złoconymi ornamentami, co niejako koresponduje z równie „bogatą” treścią.

Mówi się, że książki, podobnie jak inni ludzie, stanowią odbicie. Odbicie tego, co już w sobie mamy... Tego jak postrzegamy rzeczywistość.
A ja, właśnie tak, mimo wypełniającego mnie cynizmu, chcę ją widzieć. 



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 11 marca 2020
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson
Lubiłam kryminały. Oj, lubiłam. Najbardziej te z szeroko opisanym tłem obyczajowym, czy historią, gdzie zagadkę trzeba było rozwiązać przez obserwację ludzkich zachowań, zbieranie poszlak w gęstej mgle ponurej atmosfery.
Najlepiej wspominam cykl: „Millenium” Stiega Larssona, a z serialowych przygód to bliski memu sercu jest „Most nad Sundem”.

Dlaczego w czasie przeszłym o tym lubieniu piszę? Ponieważ trochę się na kryminały gniewam, za powtarzalność motywów, za kalki śledztw...
Nie poddaję się jednak i czasem sprawdzam, czy mogą mnie one jeszcze czymś zaskoczyć.


„Doggerland. Podstęp” to debiutancka powieść Marii Adolfsson, urodzonej w 1958 roku Szwedki, otwierająca cykl (choć wydawca twierdzi, że serię, nie będę się więc spierać, jestem dość ugodowego usposobienia :)) o komisarz Karen Eiken Hornby z Doggerlandu - fikcyjnego archipelagu wysp między Wielką Brytanią a Skandynawią (nie tak do końca fikcyjnego - DOGGERLAND).

Karen ma, jak każdy szanujący się główny bohater kryminału, przeszłość, która daje, co jakiś czas, o sobie znać. Karen ma też szefa, męskiego szowinistę, z którym na co dzień toczy potyczki słowne, a po zakrapianym wieczorze ląduje w łóżku. Pech chce, że w tym samym czasie, kiedy będąca jeszcze na kacu komisarz, przemyka niczym cień do domu, ktoś morduje byłą żonę jej przełożonego. W związku z tym, że alibi Jounasa Smeeda, rzeczonego szefa bohaterki, jest trudne do potwierdzenia, a jak powszechnie wiadomo małżonkowie, nawet byli, mordują się najczęściej nawzajem, to prowadzenie śledztwa przypada Hornby.

Po, moim zdaniem, bardzo dobrym wprowadzeniu w fabułę i to dość szybkim, w porównaniu do postępów w śledztwie, Maria Adolfsson zwalnia. Staje się zarówno architektem i wykonawcą projektu. Jest niezwykle skrupulatna, fikcyjny świat jest mocno rzeczywisty. Czujemy się jakbyśmy tam byli. Jakbyśmy widzieli ulice, domy, przechodzili pomiędzy stojącymi przed barami
stolikami, z których obsługa jeszcze nie zabrała parujących, ale pustych już kieliszków. W bardzo dokładny sposób kreśli codzienność odciętego od świata społeczeństwa, tego jak strach przed obcymi zamyka na zwykłą życzliwość, jak niezrozumienie zamienia się w wrogość. 
O ofierze nikt nie może powiedzieć nic dobrego, nawet jej najbliższa rodzina. Jawi się ona jako złośliwa jędza, której ani życie, ani śmierć nikogo nie obchodziło i nie obchodzi. Tak jak i prowadzone przez bohaterkę śledztwo.
Chodzimy z komisarz Hornby i przyglądamy się mieszkańcom, zaglądamy im do domów, i do wspomnień. Pojawiają się w treści retrospekcje, nawiązania do istniejącej kiedyś na terenie Doggerlandzkich wysp, komuny.
Komuny, która jakoś mi się rozmywała, bo ani to Charles Manson, ani nawet sekta z drugiego sezony serialu „The Sinner”, takie nie wiadomo co.
Jak wspomniałam lubię powolną, ślamazarną akcję, która skupia się na wątkach społeczno-obyczajowych, na odkrywaniu ludzkich drugich twarzy, ale nawet dla mnie, było ich zbyt wiele, w stosunku do tego, co ich odkrycie niosło dla rozwikłania zagadki. 
Sam finał ślizgał się zaledwie na możliwościach jakie daje pokrętny ludzki umysł i był, no co tu wiele czarować, przewidywalny.

Jest jednak to COŚ w sposobie pisania Pani Adolfsson. Potrafi stworzyć klaustrofobiczny klimat na otwartej przestrzeni, potrafi wybudować słowami kompleks mieszkalno-usługowy i go ożywić. Potrafi plątać ze sobą wątki, na różnych osiach czasu i stworzyć ciekawą, choć wpisującą się w schemat, postać pani komisarz, a wszystko to zawiesić w tajemniczej mglistej atmosferze, która podsyca ciekawość.
Nie uważam, że „Podstęp” to rewelacyjny kryminał, dla mnie to jedynie dobry wstęp, do być może bardzo dobrego cyklu.
Niestety nie odnajduję w nim ani Stiega Larssona, do którego (według mnie) bliżej było „Niezależności” Maurycego Nowakowskiego, ani uwielbianego przeze mnie „Mostu nad Sundem”.

Ja, z kolei, widzę tu dość cichy, żeby nie napisać - smętny - (napisałam :)), klimat z walijskiego „Hinterland”, podczas którego zdarzało mi się uciąć sobie drzemkę, ale i tak uważam go za dobry serial. 

Choć zachwycona, nie jestem, nie jestem też i zawiedziona. Z miłą chęcią sprawdzę jak Maria Adolfsson rozwija swój warsztat pisarski i jak zmienia się jej, kluczowa dla cyklu, bohaterka.



Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 31. marca 2020 roku
Liczba stron: 480
Kategoria: kryminał 
Tłumaczenie: Agata Teperek



Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł

Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł


Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł

Kiedy patrzę na tę okładkę widzę zeszyt. Zeszyt pełen notatek, z których muszę wyłuskać treść. Zaznaczony w kółko tytuł i personalia Autora, są jak wyłowione z morza słów.

Wiktor Orzeł w swojej „Książce, której nigdy nie przeczytasz” opisuje historię Zenona. Wolnego ducha, uwiązanego do rodziców, na smyczy zwanej pieniędzmi, który śni alkoholowo-narkotyczny sen o byciu poczytnym pisarzem. Bogaty, za sprawą majątku ojca, postrzega innych ludzi jako sieciówkowe manekiny. Przekonany o swojej wyjątkowości obraca się w wysokich, otępionych używkami, sferach elity artystyczno-intelektualnej, w pięknym mieście Krakowie.

„Łykam tabletkę, popijam ją cierpkim sokiem i wychodzę na balkon zapalić. Wrzucam zdjęcie na Instagrama, jak sobie palę i jaki jestem fajny i skacowany”.

Matka podziela umiłowanie syna do płynnych porażaczy umysłowych i zatapia się w zobojętnieniu. Ojciec w domu się hoteluje. Jest i Szofer, brany za kolejnego z niezbyt bystrych wyrobników, a i Ogrodnik, który, jak się z czasem okazuje, różne ogrody uprawia. Wszystkim usługuje Pomoc Domowa.

Opowieść jest podzielona na akty. W życiu jak w teatrze, gramy przed innymi i gramy przed sobą. Już pierwsza wypowiedź Kory - matki Zenona, wprowadza pewien dysonans. Okazuje się, że nie ma jednej prawdy, każdy w tym wielkim i jednocześnie pustym światku, na swój sposób postrzega rzeczywistość i samego artystę-pisarza. W ten sam sposób każdy z czytelników będzie postrzegał tę opowieść.

Zenon najczęściej po prostu pisze, że pisze i utrwala to w mediach społecznościowych.
To jest istotne, a nie to, co samozwańczy pisarz miałby do powiedzenia.
Im bardziej odkrywamy jego życie, tym bardziej dostrzegamy, że tu nic nie działa, że zepsute jest wszystko.
Narracja prowadzona jest z różnych perspektyw. Każdy wypowiada się tu w swój, charakterystyczny tylko dla niego, sposób.
Wszystko się sypie, wszystko dąży do upadku, tylko nie wiadomo kto upada... Ponieważ w świecie Zenona leżą wszyscy, niezależnie od pozycji społecznej, niezależnie od tego, kim się sobie wydają. W pewnym momencie nie wiemy już co tu jest rzeczywiste, a co jest tylko jego wymysłem.
Oddalamy się od Zenona, kiedy widzimy jak się stacza, jak marnuje życie, bo kogo z nas obchodzi dlaczego tak się dzieje? Z kolei kiedy opowiada o swojej drugiej stronie i jego rodzinnej relacji, pojawia się w nas jakieś ziarenko współczucia. Bo to przecież człowiek samotny, łaknący jedynie uwagi.

Wiktor Orzeł pisze prostym językiem, niepozbawionym wulgaryzmów. W świecie jego bohatera wszystko można kupić i wszystko można sprzedać. Każdą książkę można wydać, każda może osiągnąć status bestsellera, wystarczy tylko odpowiednie zaplecze finansowe.
Ludzkość wygląda mniej więcej tak:
- wszyscy wiedzą wszystko lepiej niż sami zainteresowani, każdy zna czyjeś motywy lepiej niż swoje,
- wszyscy są skłonni się zjednoczyć, ale gdy mają wspólnego wroga, najlepiej słabszego,
- wszyscy są oświeceni, oczytani, ale nic ich nie interesuje.
Permanentny ból istnienia i to na stałym połączeniu z siecią.

Wiktor Orzeł przedstawia w bardzo cyniczny sposób mechanizmy rządzące współczesnością. Podobno o pokoleniu Y, a może X, a może jeszcze innym?
Nie wiem. Według mnie zawsze byliśmy, jesteśmy i będziemy tacy sami.
Jedni przekonani o swojej wielkości, drudzy starający się przetrwać do emerytury.
Najlepsi rodzice, ale nie swoich dzieci. Najlepsi doradcy, ale radzący obcym. Skłonni do pomocy, kiedy mogą coś zyskać. Nie umiejący rozmawiać, choć potrafiący mówić.

Czy taka jest prawda? Czy jest aż tak źle?

Nadal mam nadzieję, że nie.
Autor chyba też, inaczej by tej książki nie napisał.

Każdy z nas się w tej opowieści odnajdzie, niezależnie od tego w jakiej wizji świata żyje.

Autor udostępnia swoją wcześniejszą książkę „I tak dalej” w wersji elektronicznej =>  TUTAJ.


Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Data wydania: 26 lutego 2020 roku
Liczba stron: 166
Kategoria: literatura piękna
Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka
„Kurier z Teheranu” Wojciecha Dutki to kontynuacja losów hrabiego Antoniego Mokrzyckiego, którego znamy z „Kuriera z Toledo”. 
Pierwszą częścią byłam zachwycona, zwłaszcza językiem, którym została napisana. Bogatymi metaforami i pojawiającą się w treści poezją. „Kurier z Toledo” choć jest istną mieszanką gatunkową, ponieważ znajdziemy w nim wątki sensacyjno-szpiegowskie i historyczne, to głównie ma na uwadze wątek zakazanej miłości. Miłości, która odmieniła hrabiego. 
Nie wiem jak dziś odebrałabym tę część, z uwagi na to, że mój gust czytelniczy znacząco się zmienił. Ale zmienił się i Antoni Mokrzycki.

 Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Hrabia próbuje ułożyć sobie życie u boku żony, z dość marnym skutkiem. Golda jest obecna w życiu Mokrzyckiego, podobnie jak i wspomnienie Teo.
Z początku trudno było mi się poddać tej historii. Nadmierna egzaltacja bohaterów z hrabią na czele, ckliwość, prosty sentymentalizm i wątek poety Józefa Czechowicza zdawały się do mnie nie trafiać.
Kiedy rozpoczyna się wojna i, rozpoczyna się „pełna” akcja powieści, bohater stopniowo wyzbywa się tej „hrabiowskiej maniery”, która mnie drażniła.
Nie ma czasu, ani miejsca na przesadne roztkliwianie się nad sobą i swoim losem.
Mokrzycki zaczyna dostrzegać ludzi, także tych, do tej pory dla niego niewidzialnych. Dopuszcza do siebie możliwość własnej omylności i stawia sobie pytania dotyczące norm moralnych - czy każda śmierć jest równie zła?

 
Mokrzycki dostaje powołanie do wojska, jest w stopniu podporucznika, i jako agent Dwójki otrzymuje zadanie by wywieźć i schować dokumentację dotyczącą agentów polskiego wywiadu w ZSRR.
Jednak to, co się dzieje  - wojna obronna Polski - mamy wrzesień 1939 roku, uniemożliwia mu działanie. Staje do walki z Armią Czerwoną i wtedy Wojciech Dutka uruchamia swój talent do opisywania wydarzeń historycznych. Pisze z prawdziwym rozmachem.
Na drodze jego bohatera pojawia się lubiany przeze mnie Tadeusz Dołęga-Mostowicz, cieszę się, że Autor, choć na krótko, przywołuje tego, jak mi się zdaje, zapomnianego nieco pisarza.
Znaczącą postacią dla fabuły będzie Józef Retinger, pojawią się również generałowie Władysław Sikorski i Władysław Anders, a sam hrabia stanie oko w oko z Józefem Stalinem. Znajdziemy tu również kilka znanych nazwisk z NKWD.

Hrabia trafi do kozielskiego obozu, do Karłagu, cudem uniknie Katynia, stanie się, poniekąd, świadkiem wydarzeń, które zaważą na losie ówczesnej Polski.

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Pan Dutka łączy historię z fikcją w taki sposób, że trudno je od siebie odróżnić. Dzieje się bardzo dużo, wydarzenia charakteryzuje skrupulatna opisowość. Kiedy Autor wspomina o niedających się dziś zrozumieć zachowaniach wypierających znaczenie człowieczeństwa, aktach kanibalizmu, jednocześnie wspomina Hołodomor (co cenię, ponieważ zdaje mi się, że to nadal pomijana część „zasług” Józefa Stalina). Jednak nie po to, aby niejako usprawiedliwić obrzydliwe czyny, tylko by pokazać tę drugą stronę. Nic nie powstaje znikąd.
Opisy bywają bardzo dokładne, nawet te krwawe, brutalne, bestialskie. Wojciech Dutka nie pomija żadnych szczegółów.

Wojna zmienia każdego z bohaterów. Nie tylko hrabia ma podwójną tożsamość, ktoś jeszcze ze znanych nam postaci gra rolę życia. Charakter wiecznie znudzonej żony hrabiego, również zostaje wystawiony na próbę.
Pojawia się ogrom postaci, od tych, które znamy z „Kuriera z Toledo”, przez nowe - umocowane historycznie i fikcyjne.
To sensacja oparta na kanwie zdarzeń historycznych, w tej części nie widzę typowego wątku romansowego. Ludzka bliskość pojawia się, majaczy gdzieś z boku.

Jest jednak coś, co mi nieco przeszkadza w stylu tej powieści. Niejako podwójny sposób zaznaczania emocji, które targają bohaterami - np. ktoś jest spocony, ponieważ jest zdenerwowany. Wraz z biegiem wydarzeń jest takich zapisów mniej.

Wewnętrzne przeżycia bohatera, zapisywane niemal poetycko, rozumiem jako równoważenie odbioru treści i nawiązania do delikatnej strony charakteru hrabiego.

Pojawiają się również wspomnienia, nawiązania do historii opisanej w „Kurierze z Toledo”, więc jak ktoś jej nie zna, to poniekąd pozna ją przez „Kuriera z Teheranu”.

„- Obóz sprawia, że gdy pojawia się zagrożenie życia, nie liczą się zasady moralne. Jeśli będę miał wybór: moje życie lub twoje, wybiorę siebie. Zdradzę Cię bez wahania. Ty musisz zrobić to samo. Liczy się tylko życie. Rozumiesz?”

Wojna zmienia ludzi, upośledza wrażliwość. Popycha do czynów niegodnych, ale koniecznych. Jednak nie tworzy potworów, jednostek wyzbytych sumienia, obdarzonych podwójną moralnością, umożliwia im jedynie niczym niezakłóconą działalność.

„Homo homini lupus est - owa sentencja zyskała w ostatnich latach nowe potworne znaczenie, ukazując, że najgorsze piekło jest w nas: ludzie je tworzą innym ludziom”.

Nie jestem już może tak bezkrytyczna, jak w przypadku (wielokrotnie!) wspominanego przeze mnie „Kuriera z Toledo”, jednak i ta historia, opowiedziana za pomocą losów ekscentrycznego arystokraty, do mnie trafia.
Zmieniłam się i zmienił się mój gust, oczekiwania, ale i zmienił się bohater tego cyklu.
Z przyjemnością sprawdzę, jak tylko będzie taka okazja, jak charakter Antoniego Mokrzyckiego zaprezentuje się w kolejnej części i jaką będzie miał dla mnie tym razem opowieść.


Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka




Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 24 marca 2020 
  Liczba stron: 544
  Kategoria: sensacja
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...