Wartało - Marcin Kołodziejczyk


Nie wiem czy powinnam w ogóle na temat książek napisanych przez Marcina Kołodziejczyka zabierać głos. Pisać cokolwiek... Może zdjęcie by wystarczyło?


Kiedy Wydawnictwo Wielka Litera zapytało, czy jestem zainteresowana otrzymaniem nowej książki Marcina Kołodziejczyka, to zastanawiałam się tylko chwilę, choć miałam świadomość tego, jak trudna to będzie przygoda. Przeczytałam opis i zgodziłam
się , z pełną świadomością.
„Prymityw. Epopeja narodowa” jest mi znany, czytałam tę powieść z własnej, nieprzymuszonej woli, a „hurmem”, czy „Jebnie, błyśnie, w górę wypryśnie”, być może teraz, dostrzegam wyraźniej. Znam również
„Dysforię. Przypadki mieszczan polskich”, reportaż w nietypowej formie, ponieważ jest to pewnego rodzaju słowotok, co, według mnie, koreluje z faktyczną definicją terminu tytułowej dysforii.

Tutaj, zanim przejdę do „Wartało”, własnych domysłów, przemyśliwań i wdzięczne zawoalowanych peanów, na rzecz czegoś, co zrozumiałam zapewne w niewielkim stopniu, to napiszę Wam tak:
ZA NIM WEŹMIECIE SIĘ ZA CZYTANIE KSIĄŻEK TEGO AUTORA PRZECZYTAJCIE DARMOWE FRAGMENTY! (kliknijcie w linki, można je pobrać ze strony LEGIMI).

No to wartało by coś napisać.

Klaustrofobiczne miasteczko, pełne jest ludzi czynu. Czynić chcą, nie bardzo wiedzą co, ale że na tym skorzystają, to pewni są zawsze. W miasteczku ściera się stare z nowym, zupełnie jak ojciec z synem u Małochlebów (jedni z bohaterów). Niektórzy chcą przemian, ale boją się ich. Czas został zatrzymany, jak władza rozkazała. I stoi.
Stoi w w sprzętach; wszystko się łuszczy, rdzewieje, rozpęka. I w ludziach, w których tak samo wszystko
się psuje, koroduje. Oczywiście każdy tu na kogoś coś ma.
Bohaterowie to ożywione ludzkie wady, na usta ciśnie się, że narodowe, ale moja, być może kosmopolityczna, skaza każe mi twierdzić, że to wady wszystkich z nas, niezależnie od pochodzenia.
W miasteczku dzieje się wiele. Każdy tu nosi nazwisko, przydomek, które przy okazji wiele nam mówi, taka chodząca symbolika; Zabawa, Zatylny, Duszno, Ugoda, Walczak, Rodo, czy Tęcza.  Ich szeregi zasila wykształcona figura, totumfat, obserwator ternista Żuj-Jadin. W miasteczku szykuje się Nerwolucja wśród brudu, głodu i czepiających się wszystkiego (żeromskich) krukowatych. Rżałam jak Koń, albo Półtorej (dwuznaczność). 

„Zatylny obrócił głowę do proszącego. Z trudnością rozpoznał w nim syna Juliusza Damskiego, zegarmistrza. Który prowadził za Świetności zakład w uliczce przy rynku. Chłopak zapyział. Bezładne spojrzenie niedożywionego. Na głowie gar do kartofli. Żuchwy wyrobione od żucia. Nasiści stali za plecami Damskiego, gdy się wypowiadał. Gładzili drzewca sztandarów kościelnych. Czytelna hierarchia - główny pagaj i totumfaccy”.

Znajdziemy tu wszystko, od uprzedzeń wszelakich, mocno ograniczonego postrzegania, (za to) szeroko pojętej wyższości - od sytuacji finansowej przez wykształcenie i jakżeby inaczej, nabytą lub wrodzoną inteligencję. 

Lubimy słowa, zwłaszcza te trudno brzmiące, a jeszcze bardziej skrótowce, nadające poczucia wielkości i trzymające lud na dystans, jak zniszczony most sadowników. Wiecznie umęczeni, w równie wiecznym poczuciu krzywdy, oczekujący Zstąpiciela. Obleczeni w płaszcze coraz nowszych fobii, lecząco-trująco-otępiający się samopoczuciopoprawiaczem.
Dokonuje się. 
Nowa-stara władza, nowe nazwy na stare stanowiska, nowa lepsza zmiana, tylko kajak Rozuma z prądem coś wygrać nie może.

„Nabrał powietrza, łyknął spirytu, pokiwał, pokręcił głową. - Słowo człowiek - skonstatował dezaprobująco. - Ostatnio od dawna z całą pewnością chyba prawie w ogóle mi to częściowo jakoś nie brzmi.
Rodo przytaknął. Miła nabrzmiałość przedpolowaniowa ogarniała”.

„Prymityw. Epopeja narodowa” wydaje mi się w porównaniu z „Wartało” czymś na kształt raptularzu. Nie wiem, czy mogę użyć takiego porównania, ale to robię, pisać wszak mogę wszystko.

Widać, albo i słychać, bo obie powieści proszą się by je odczytywać, że Autor ma nie tylko niebywały zmysł obserwacji ale i chyba słuch absolutny. „Wartało” nie rozchodzi się już tak w wielowątkowość jak wcześniejsza powieść, jest bardziej zwarte, mimo to nadal zawstydza i poniekąd przeraża (przynajmniej mnie) ilością umieszczonej treści w wieloznaczności użytych słów i tym czego nie zapisano. 

Kiedy obedrze się tę historię z absurdalności, wyolbrzymień i dokonana dekonstrukcji symboli, kiedy słowo po słowie przetłumaczy się z „kołodziejczykowego” na ogólnopolski to (chyba?) ukaże się nam opowieść bardzo uniwersalna. 

I tu jest też ta trudność czytania Marcina Kołodziejczyka, w jego kreacji językowej. Pisze własnym językiem o charakterze polisemicznym; znajdziemy w nim rzadko używane określenia, ale i te potoczne, uprawia również słowotwórstwo, włącza w to, często zapomniane, określenia gwarowe, wychodzi poza przyjęte normy.
Tu wszystko huczy, dudni i zakłóca, fascynuje i cholernie zawstydza.
Bo jak znany nam przecież kod, nie ma granic w przekazie i zrozumieniu, to co je ma?

Świat, który przedstawia wydaje się krzywy, brzydki, fałszywy jak to znane wszystkim zwierciadło, co zniekształca. Ale jednak odbija to, co przed nim jest, wystarczy się rozejrzeć.

„Westchnął z udawanym, dużowiedzącym uśmiechem. Od dziecka był chamofobem. Bał się prymitywu, bo sam się z niego brał. Dobrze wiedział, że podrażniony oryginalnością bywa groźny”.


Czytanie zdań napisanych przez Marcina Kołodziejczyka jest dla mnie jak wchodzenie pod wysoką górę, z ciężkim plecakiem i wódką w ręce. Kiedy popiję zdaję mi się, że wszystko rozumiem, a wszystko inne jest daleko w dole. Kiedy trzeźwieję okazuje się, że niewiele przeszłam, szczyt nadal daleko, alkohol się skończył i oświecenie szlag trafił. A mimo to idę, choć sama nie wiem dokąd.

Nie powiem Wam że musicie czytać powieści Marcina Kołodziejczyka, bo zdaję sobie sprawę z trudności, jakie może nasuwać swoista kryptoanaliza Jego opowieści.
Jeżeli jesteście zainteresowani, to proszę przeczytajcie darmowe fragmenty, można się za ich sprawą zorientować, czy to jest to, co się chce rzeczywiście czytać.
Nie powiem również, że to najlepsze książki jakie czytałam, ale na pewno jedne z najtrudniejszych w odbiorze, a ja lubię wyzwania i nie czuję wstydu, kiedy im nie podołam.

*Tak jak „Wartało” rządzi się własną ortografią i interpunkcją, tak i ja za wszelkie niezrozumienia, nawiązania, mało znaczące powiązania, chaotyczny zapis, (celowe) błędy leksykalne  itd. , itp.  - przepraszam ;)


Wydawnictwo: Wielka Litera

Data wydania: 25. marca 2020
Liczba stron: 384

Kategoria: dreszczowiec psychologiczno-polityczny




1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...