Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Daphne du Maurier (1907-1989) to jedna z najbardziej znanych brytyjskich pisarek XX wieku. Pochodziła z artystycznej rodziny, jej ojciec był bardzo znanym aktorem i producentem, matka, Muriel Beaumont, aktorką, a dziadek pisarzem i rysownikiem. Została odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego, a dokładnie została Damą Komandorem Orderu Brytyjskiego. Jest to tytuł będący jakby odpowiednikiem rycerstwa, przyznawany za działanie we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Mężem Daphne du Maurier był Frederick Browning, generał porucznik Sił Zbrojnych Wielkiej Brytanii. Jeżeli nie jesteście pasjonatami obu wojen światowych, to być może kojarzycie jego nazwisko z filmu, będącego ekranizacją powieści Corneliusa Ryana „O jeden most za daleko”


Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Daphne du Maurier swoje pierwsze opowiadanie opublikowała w 1928 roku, a jej pierwsza powieść ukazała się w 1931 roku i był to „Dobry duch” („The Loving Spirit”).

Była dość płodną pisarką, a największą sławę przyniosła jej „Rebeka”, o której opowiem Wam bliżej premiery kolejnej jej ekranizacji, którą przygotowuje platforma Netflix. 



„Rebeka” należy do kanonu literatury światowej i uznawana jest za najlepszą powieść du Maurier. Była kilkakrotnie adaptowana jako sztuka teatralna (jedną z tych adaptacji napisała sama Autorka), musical i oczywiście jako film. Najbardziej znaną ekranizacją jest ta z 1940 roku, której podjął się sam Alfred Hitchcock. W tej ekranizacji główne role grają Laurence Oliver, Judith Anderson i Joan Fontaine. Film został nagrodzony Oscarem dla Najlepszego Filmu Roku. Postaram się do niego odnieść również przy okazji omawiania już samej „Rebeki”. Dodam, że „Ptaki” Alfreda Hitchcocka są inspirowane opowiadaniem tej właśnie Autorki.

Kolejnym filmem, który był adaptacją jej powieści i został uznany w Wielkiej Brytanii za klasyczny jest „Nie oglądaj się teraz” w reżyserii Nicolasa Roega.

Twórczość du Maurier była i jest inspiracją dla wielu artystów, toteż ekranizacji jej powieści było więcej, w tym „Zatoka Francuza” (1944) i „Oberża Jamajka” (1948).

Ekranizacji (i to nie jednej) doczekał się również omawiany przeze mnie poniżej „Kozioł ofiarny”.


Daphne du Maurier zmarła krótko przed swoimi 82. urodzinami w ukochanej przez nią Kornwalii. 



Przeczytałam, na razie, dwie powieści tej Autorki, wspomnianą „Rebekę” i „Kozła ofiarnego”.

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Dziś odniosę się do tej drugiej powieści, po raz pierwszy wydanej w 1957 roku. Obie książki mają wiele punktów wspólnych, toteż parę razy nawiążę do „Rebeki”, np. wyobcowanego bohatera, którym w „Koźle ofiarnym” (wydanym wcześniej w Polsce pod tytułem „Sobowtór” w 1995 roku) jest Anglik John, którego nazwiska nie poznajemy przez całą powieść, której akcja toczy się przez zaledwie siedem dni. Wspomniany John jest wykładowcą historii, który przyjeżdża do Francji aby zebrać materiały niezbędne do prowadzenia wykładów, odpocząć, poniekąd zdystansować się od poczucia bezsensowności własnej egzystencji. Chce po prostu odnaleźć to, co innym pozwala żyć tak jak chcą.

Jednak... czy ktokolwiek ma to, co mieć chce?

Na stacji kolejowej zupełnym przypadkiem spotyka… swojego sobowtóra. Podobno każdy z nas go ma. Mi udało się ze swoją kopią kiedyś spotkać. Stanęłyśmy twarzą w twarz nie mogąc nic z siebie wykrztusić i po chwili obfitującej w bezdech i rozszerzone nienaturalnie źrenice oddaliłyśmy się, każda we własnym kierunku.
Jednak John i jego sobowtór Jean de Gué, noszący tytuł hrabiego, nie rozstali się tak szybko jak ja i moja kopia. Zaczęli ze sobą rozmawiać i ze wspólnej kolacji John wskoczył w życie o jakim zawsze marzył. Obudził się w pokoju hotelowym w piżamie rzeczonego hrabiego. Po pierwszym szoku postanowił grać w tę grę i „stał się swoim sobowtórem”.

Motyw złego brata bliźniaka, doppelgängera pojawia się w literaturze dość często, jednak Daphne du Maurier nie wpadła w szpony schematu i jej „sobowtór” jest czymś innym niż się spodziewamy.
Podobno najniebezpieczniej dla człowieka jest wtedy, kiedy spełnia się wszystko czego najgłębiej pragnął.
Johnowi nadarza się okazja by stać się tym, kim zawsze chciał być… to znaczy kim?

Kim jesteśmy? Czy inni widzą nas takimi jakimi jesteśmy, czy może my jesteśmy tacy, jakimi nas widzą?

John brnie w rodzinne relacje, które nie są ciepłe i otwarte. Nikt w tej rodzinie nie jest szczęśliwy. Witają go:
  • zmęczony, rolą tego drugiego, brat, który jest związany ze znudzoną kobietą,
  • ciężarna żona, która w ciąży być chyba nie chce,
  • zdewociała milcząca siostra,
  • córka, która miota się pomiędzy dziecięcym pragnieniem zabaw i przygód, a oczekiwaniami obrażonych na życie dorosłych,
  • matka-kwoka, uzależniona od heroiny, która nad tym całym majdanem smętnych ludzi czuwa.
A co z majątkiem i rodzinnym interesem, z upadającą hutą szkła?
Co będzie z Johnem, który, zauważony jedynie przez nieufnego psa, staje się Jeanem i panem zamku, w którego jedynym duchem jest wspomnienie rodzinnego szczęścia?

„Kozioł ofiarny” jest już pozbawiony tego klimatu powieści gotyckiej, którym przesiąknięta jest „Rebeka”. Ma jednak ciekawą akcję i znakomicie nakreślonych bohaterów. Kiedy John coraz bardziej wchodzi w codzienność oczekiwań Jeana, da się odczuć niepokój wynikający z możliwości zdemaskowania go w każdej chwili.

No bo jak to tak, wystarczy wyglądać jak ktoś inny by się nim stać?

Tu nie tylko główny bohater, a przy okazji narrator, ma tajemnicę, której strzeże przed pozostałymi postaciami, i którą strzeżemy my, czytelnicy, bo rzeczywiście nie chcemy, aby ktokolwiek odkrył jego grę. Tutaj każda z postaci kryje sekrety, które John musi odsłonić bez obnażenia swojej tożsamości.
Autorka w dość nieoczywisty sposób stawia pytanie: czym ta tożsamość jest?, i stając się głównym bohaterem sami musimy tę odpowiedź odnaleźć. To przy okazji ciekawe studium dwoistości ludzkiej osobowości, bo czy „diabeł” jest zły w 100%? A czy ten „anioł” to zawsze kieruje się uczuciami wyższymi? Obie przeczytane przeze mnie książki du Maurier są pełne dylematów moralnych. 

W „Rebece” bohaterka stara się być kimś innym, lepszym w jej mniemaniu, natomiast w przypadku „Kozła ofiarnego” sytuacja zdaje się być odwrotna. To ten „dobry” wchodzi w buty tego „złego”.

Do „Kozła ofiarnego” Daphne du Maurier przemyciła wiele wątków z jej własnego życia, jak choćby rodzinny interes i miejsce akcji. Autorka wstępu (Lisa Appignanesi - brytyjsko-kanadyjska pisarka i działaczka na rzecz wolności wypowiedzi) pokusiła się nawet o odniesienia do życia osobistego Daphne du Maurier, która podobno była biseksualna, stąd jej bohaterowie tak bardzo próbowali stać się kimś innym, dopasować się do stawianych przed nimi oczekiwań.
Dwoistość jest widoczna w każdej z postaci „The Scapegoat”, a najbardziej „kryształowa” zdaje się być postać, której rola w życiu Jeana de Gué jest jak najbardziej niemoralna. Można w treści „Kozła ofiarnego” znaleźć nawet nawiązania do problematyki wojny.

„- Monsieur Jean - zaczęła po chwili - dla kogoś takiego jak pan, kto należał do ruchu oporu, wojna to coś, co się planuje i prowadzi rozumowo. Coś takiego jak gra , którą się przegrywa albo wygrywa. Ale dla tych, którzy zostają na miejscu, to coś innego. To jak siedzieć w więzieniu bez krat, gdzie nikt nie wie, kto jest przestępcą, a kto strażnikiem, kto kłamie i kto kogo zdradził. Ludzie tracą wiarę. Jeśli coś, co uchodziło za silne, staje się słabe, człowiek się wstydzi i zaczyna się zastanawiać, czyja to wina. Zadaje sobie pytanie, czy to z powodu jego własnej słabości, czy cudzej, nikt jednak nie zna odpowiedzi i nikt nie chce wziąć na siebie winy”.

To jak widzicie powieść pełna odbić, podziałów na dobro i zło widziane z różnych perspektyw, umieszczone w różnych kontekstach. „Kozioł ofiarny” nie tylko daje poczucie świetnej zabawy (nie brak w nim również humoru), kiedy błądzimy z bohaterem po wijących się, ciemnych korytarzach rodzinnych relacji, stawia również przed nami wiele pytań.
A to czy daje na nie odpowiedzi jest zależne od otwartości umysłu czytelnika. Natomiast to kim jest tytułowy „Kozioł ofiarny” wcale nie jest tak oczywiste! Nawet po przeczytaniu powieści! Czytajcie Daphne du Maurier, naprawdę warto!

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

„Kozioł ofiarny” - Daphne du Maurier został wydany przez:


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania 24 lutego 2016
Liczba stron: 448
Kategoria: 
kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Magdalena Słysz

*Obie książki Daphne du Maurier (wydane przez Wydawnictwo Albatros) zakupiłam w markecie Carrefour.
Szukajcie w koszach pełnych przecenionych książek, tam są dobre książki!

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Jerome K. Jerome (1859 - 1927) to angielski pisarz i dramaturg, który w wieku 14 lat, zaraz po przeprowadzce z rodziną do Londynu, zakończył edukację. Dorastał w biedzie. Chwytał się różnych zajęć, pracował m. in. jako aktor, nauczyciel, urzędnik na kolei. W 1892 roku wraz z przyjaciółmi założył humorystyczny miesięcznik „The Idler” (Próżniak), gdzie publikowali m. in. Mark Twain i Robert Louis Stevenson. 

Choć jego pierwsza książka „On the Stage - and Off” została opublikowana w 1885 roku, to sławę zyskał dopiero dzięki „Trzem panom w łódce (nie licząc psa)” wydanej cztery lata później. Krytycy nie wyrażali się jakoś bardzo pochlebnie o jego twórczości, z uwagi na dość potoczny język, lekki styl i komizm - żart, który często był określany mianem prostackiego. Z tego co zaobserwowałam to nadal bywa tak nazywany. Jerome K. Jerome pisał o codzienności niższych klas średnich i ich językiem toteż krytyka była dość powszechna - no bo jak można pisać w taki sposób? takim językiem? A wtedy pisało się głównie dla elit.
Dzisiaj chciałoby się wierzyć, że już nie ma podziałów i każdy może sobie czytać co chce i śmiać się z czego chce. Jednak kiedy przyjrzymy się powszechnemu krytykanctwu wszystkiego czego się w jakiś sposób nie rozumie i chęci przypięcia łatki prostaka odbiorcom, to jakoś nie widzę tej „postępowej” tolerancji. 

Jerome K. Jerome 

Jerome K. Jerome - Trzech panów w łódce (nie licząc psa)


„Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” miało być przewodnikiem turystycznym opisującym atrakcje umiejscowione wzdłuż Tamizy. Jednak chęć wprowadzenia zabawnych opowieści, mających stanowić jedynie akcent, rozrosła się i Autor odwrócił proporcje usuwając większość „poważnych” opisów. Powieść była publikowana w odcinkach na łamach „Home Chimes” (1888-1889), a następnie została wydana jako książka przez J. W. Arrowsmitha. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

W tej historii fikcyjny jest jednie Montmorency, czyli pies. Pierwowzorem narratora jest sam Autor, a pozostałych dwóch bohaterów ma również swoje umocowanie w prawdziwych postaciach - George to George Wingrave (urzędnik bankowy, a później menedżer w Barclays Bank), a Harris to Carl Hentschel (właściciel drukarni, syn emigrantów z Polski).

Trzech „przepracowanych” mężczyzn widząc u siebie objawy chorób wszelakich (osłabiony pracą organizm jest narażony na infekcje) postanawia odpocząć i to dość aktywnie. Po rozważeniu wszelkich możliwych opcji, w  tym morskiej podróży, zmęczeni panowie wybierają dwutygodniową wycieczkę łodzią po Tamizie. Będziemy się z nimi przygotowywać, podróżować, zwiedzać warte poznana miejsca i zmagać się z przeciwnościami, które na mapie ich wycieczki są bardzo częste. Powieść jest upstrzona dygresjami, humorystycznymi opowiastkami, które z całą należną im „powagą” przedstawia narrator. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome


Znam tę powieść doskonale. Tak się lubimy, że kiedy czytałam ją w wydaniu Wydawnictwa Zysk, które widzicie na zdjęciu, to „poprawiałam” tłumaczenie, inne wryło mi się w pamięć nawet za bardzo. Czytałam ją w całości, czytam fragmentami, co jest bardzo ułatwione, z uwagi na dokładny opis tego, co poszczególny rozdział zawiera, i słuchałam doskonały audiobook, czytany przez Michała Kulę.
Mnie Jerome K. Jerome bawi i to do łez większością anegdot dotyczących naszej natury. Uwielbiam się śmiać, kocham ironię, nawet tę w trybie auto. Jeżeli przez to jestem prostaczką, co wynikałoby z opinii tych, którzy żartu Jerome'a K. Jerome'a nie rozumieją i muszą go skrytykować, to całkiem mi z tym dobrze.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Jerome nie sypie dowcipami, to po prostu żarty sytuacyjne. Kochamy marudzić, narzekać na wszystko co podobno dzieje się przeciwko nam - trzech panów zdaje się być ofiarami wszechświata. Lubimy wierzyć, że możemy być jak superbohaterowie, kiedy tylko zapragniemy, a kiedy przychodzi co do czego to okazuje się, że jakoś dziwnie szybko się męczymy.
I z tego, między innymi, śmieje się Jerome K. Jerome. Z naszych wyobrażeń, które w zestawieniu z codziennością znikają jak wspomnienie sennych marzeń. Chciałabym napisać, że „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” się zestarzało i my już tacy nie jesteśmy, a różnice społeczne, które są w niej opisywane dawno odeszły do lamusa, jednak to nie prawda. 
Czasy się zmieniają, ale nie ludzie. Nadal liczymy się... głównie ze sobą. To jest ten gorzki wydźwięk tych wszystkich żartów. Jak każdy utwór o charakterze farsy „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” obnaża nasze słabości - wady, które wszyscy mamy. 
Każdemu choć raz wydawało się deszcz pada tylko na niego, a kiedy coś mu nie wychodziło jak zaplanował, pomimo tego, że przecież robił to doskonale, bo posiadł tajemną wiedzę, to wszyscy inni byli winni jego porażki. Nie jest tak?
Przyjrzyjmy się opisowi „miłości” do pracy: „Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Potrafię godzinami siedzieć i przyglądać się jej. Uwielbiam mieć ją koło siebie. Na myśl, że mógłbym zostać jej pozbawiony, serce mi krwawi”. Nawet jak się swoją pracę kocha, to każdy ma czasem jej zwyczajnie dość.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Sprzedaż „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” w ciągu pierwszych kilkunastu lat od wydania przekroczyła milion egzemplarzy. Książka była tłumaczona na wiele języków, a podobno w Rosji pewien mężczyzna opublikował własną książkę podszywając się pod Jerome'a K. Jerome'a i umożliwiło mu to zawodowe zajęcie się pisarstwem... To ci dopiero farsa! 
Sam Autor napisał kontynuację, jednak nie osiągnęła ona już tak spektakularnego sukcesu.

Na całe szczęście świat nie składa się jedynie z krytyków wszelakiej maści i powieść „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” jest nadal czytana i wznawiana. Nawet krytycy literaccy nie są już tak zatwardziali w swoim osądzie i dzieło Jerome'a K. Jerome'a było drukowane w przeróżnych seriach prezentujących klasyczną literaturę angielską. 

Każda z opisywanych przez Jerome'a K. Jerome'a sytuacji jest prawdziwa, to obraz każdego człowieka. Rozumiem, że może kogoś nie śmieszyć, jednak nie można mu odmówić doskonałego zmysłu obserwacji i talentu do wskazywania wad w gawędziarskim, lekkim stylu.

Mamy różne spojrzenie na świat i różne rzeczy, sytuacje nas śmieszą, dopóki nikogo nimi nie krzywdzimy śmiejmy się i dajmy się śmiać innym, a kiedy nie umiemy, to krytykujmy, ale w dobrym tonie, bo nie ma nic wyjątkowego i objawionego w posiadaniu własnego zdania.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome



Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 6 października 2020
Liczba stron: 250
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

 „...do Paryża! Do wolności i nauki, do światła w ciemności!”

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk


Nie czytam komiksów. Nie dlatego, że nie lubię, tylko jakoś do tej pory po prostu się nie składało. Ostatnie wspomnienia, kiedy miałam je w rękach, sięgają czasów dzieciństwa. Potem jakoś ta forma opowieści zniknęła mi z pola widzenia. Pewnie nadal bym od niej stroniła, gdyby nie to, że „Światło w ciemności” opowiada o Marii Skłodowskiej-Curie. 

Maria Skłodowska-Curie to niezwykła naukowczyni (kobieta naukowiec brzmi tak, jakby nauka była zarezerwowana jedynie dla mężczyzn, więc staram się używać żeńskich form rzeczowników), dwukrotna laureatka Nagrody Nobla, uhonorowana w dwóch różnych naukach przyrodniczych.
I tyle mniej więcej wie o niej każdy Polak, to znaczy mam nadzieję, że chociaż tyle.

Lubimy poznawać niezwykłe ludzkie umysły, ale rzadko pamiętamy o naszej rodaczce, której historia jest dowodem na to, że jak się czegoś bardzo chce, to można wszystko. Nikt nas nie powstrzyma, ani bieda, ani tym bardziej żadne zakazy. Talent to predyspozycja, która może rozkwitnąć tylko wtedy kiedy dołączy do niej ciężka praca i wytrwałość. 

Jeżeli nie wiecie o Marii Skłodowskiej-Curie zbyt wiele to nie czytajcie teraz encyklopedii, tylko spróbujcie tego małego, dzieła sztuki. Na (w sumie) niewielu stronach Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i polska ilustratorka Anna Błaszczyk opowiadają o tej niezwykłej kobiecie zadziwiająco! dokładnie. 

Strony komiksu przypominają mi albumy zdjęciowe wykonywane metodą scrapbookingu i kolażowe wariacje. Są tu postaci, budynki, fragmenty listów, notek z dzienników noblistki. Wszystko wygląda jak wklejone w stary album, taki z grubymi czarnymi kartami, które pewnie jeszcze w niejednym domu można znaleźć. 

Opowieść jest podzielona na rozdziały, których treść obejmuje po kilka lat. Te wszystkie detale, wraz ze znanymi z komiksów chmurkami i zapisanymi w nich dialogami, są zapisem całego życia Marii Skłodowskiej-Curie.

Będzie to wspaniały prezent dla dzieci, które poznają tę niezwykłą kobietę, która zmieniła świat, a może i w jakiś sposób dostrzegą w jej historii (z podpowiedzią rodziców) jak wielki mają przywilej nauki. Ale! jest to też wspaniała publikacja dla dorosłych, za pomocą której będą mogli spojrzeć na zapis życia i dokonań noblistki, aby skonfrontować Jej historię z naszą codziennością. 
Ja tam wierzę, że dobre książki, są w stanie po ciuchu zmieniać świat. Szeptać to, co ważne, otwierać oczy i kształtować wrażliwość, a wtedy feminatywy przestają być dziwnymi, i śmieszącymi niektórych ludzi, słowami. Ponieważ to słowa i ich znaczenie ten świat piszą.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 30 września 2020
Liczba stron: 136

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza - Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Jak zapewne nietrudno się domyślić, choćby po nazwie bloga, mieszkam pod lasem. Spaceruję po nim praktycznie codziennie będąc przewodniczką psiego tandemu. Las żyje po wielokroć, nic się nie marnuje, a każdy z jego mieszkańców nie tylko ma tu swoje schronienie, ale pełni jakąś funkcję. Usunięcie choćby mrówek groziłoby zachwianiem ekosystemu.
Spotykam na swej drodze wiele zwierząt od tych najmniejszych tj. owadów po te pokaźnych rozmiarów - jak jelenie czy łosie. Gdy usłyszałam pierwszy raz szczekającą sarnę to mnie trochę zmroziło, bo nie jest to dźwięk, który byłby miły dla ucha. A kiedy biegałam, z jedną z moich psich towarzyszek, nieoczekiwanie naszym „zającem” stał się lis. 
Jedno spotkanie pamiętam szczególnie, bo było dość niezwykłe i zapoczątkowało moje cykliczne mijanki z parzystokopytnymi. Miałam jeszcze wtedy tylko jedną psią koleżankę i spacerowałam po lesie, kiedy zza pagórka wyjrzała na mnie samica daniela.
Staram się zachowywać w lesie cicho, psy nie są luzem, ale nie skradam się też jak przestępca. Spodziewałam się, że napotkana panna ucieknie. Ona jednak spokojnie na mnie patrzyła a ja nadal szłam w jej stronę. Pozwoliła mi przejść i oddaliła się bez popłochu, aby za chwilę znowu się ze mną spotkać. 
Od tego czasu wiele razy już mijałam wygrzewające się w trawie sarny, które odprowadzały mnie i moje psy wzrokiem nie zmieniając przy tym pozycji.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat


Zwierzęta są intrygujące i bardzo ruchliwe, dlatego trudno jest im zrobić zdjęcie, a szczególnie dzikim, które zazwyczaj boją się człowieka.
„Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza” Łukasza Łukasika i Magdaleny Sarat to świetne połączenie zdjęć dwóch fotografów przyrody, którymi Autorzy są, z opowieściami dotyczącymi ich wykonania. Autorzy wykorzystują je by przybliżyć czytelnikowi świat naszej pięknej przyrody, odkryć misterium życia, które nigdy nie ustaje, a przy okazji opowiadają o swojej pracy. 

Książka jest podzielona na cztery części zgodnie z porami roku, a rozdziały dotyczą przygód fotografów z określonymi gatunkami zwierząt. 
Z książki bije prawdziwa pasja, miłość do fotografii i jeszcze większa do prawdziwej plejady dzikich modeli. 

Myślałam, że jestem cierpliwa, ale czas oczekiwania na pojawienie się bohatera ujęcia jak i odpowiednich warunków oświetleniowych mnie zawstydza. Wstawanie w środku nocy, czołganie się i leżenie nie tylko w błocie, zimno, wlewająca się do butów woda, to jedynie niektóre z „atrakcji”, jakie funduje dzień pracy fotografa natury.
Jednak bywa i zabawnie. Wiele razy się śmiałam z przedstawianych zdarzeń, bo jest to taki rodzaj pracy, której scenariusza nie da się zaplanować. 
Z książki można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, np. dlaczego niektóre żaby stają się niebieskie, dlaczego klucz gęsi ma taki, a nie inny kształt, dlaczego znad Biebrzy zniknęły bataliony, dlaczego niektóre rykowiska są ciche i co mają z tym wspólnego grzybiarze, jak ukryć się by nie dostrzegł nas człowiek (to taki żart z mojej strony, ale i takie przygody miewają Autorzy), itd. Najbardziej podobały mi się opowieści o koziołku w koronie z pokrzyw i cały fragment dotyczący kruków. To piękne, inteligentne, niemal mistyczne ptaki. 

„W wielu mitologiach kruk był przedstawiany jako symbol inteligencji i sprytu. Był ptakiem słońca i świtu, sprytnym złodziejaszkiem i strażnikiem tajemnic. Dopiero chrześcijanie uczynili z niego negatywny symbol pogan, zdrady i niewierności”.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat


Autorzy czarują opowieściami i zamrażają każdą z nich na zdjęciu. Książka, jak wspomniałam, jest pełna kolorowych zdjęć, a część z nich można zobaczyć na instagramowym profilu fotografów (tutaj), którzy organizują warsztaty fotograficzne. 

Podobało mi się również jak zaznaczają by samemu nie zapuszczać się w trudne tereny, by bez zasięgnięcia wiedzy nie fotografować dzikich zwierząt, bo może być z tego więcej szkody niż pożytku.

Fajnie, że znalazł się w książce fragment dotyczący psów i wydry, który pozwolę sobie poniżej zacytować:

„A jednak w tym sielskim, zwyczajnym krajobrazie coś przykuło naszą uwagę. Mały, nienaturalnie nieruchomy ciemny kształt, skulony na zamarzniętej rzece już z daleka wzbudził naszą ciekawość. Postanowiliśmy się temu przyjrzeć dokładniej i z bliska. Najprawdopodobniej była to młoda wydra. Tylko dlaczego nie uciekała, dlaczego trwała w niepokojącym bezruchu?
Odpowiedź na to pytanie pojawiła się bardzo szybko w postaci dwóch niedużych, ale wytrwałych w swoich działaniach psów. Puszczone samopas prawie zamęczyły niedoświadczone zwierzę. Podbiegały do niego z dwóch stron, osaczały i nękały. Wydra musiała być przez nie niepokojona już od dłuższego czasu, bo nie miała nawet siły schować się pod lodem i odpłynąć. Za każdym razem kiedy tego próbowała, psy doganiały ją i atakowały”.

Opisywane zdarzenie skończyło się dobrze, bo ludzie zareagowali, ale gdzie byli właściciele tych psów?

Nie zliczę ile razy w lesie podbiegały do mnie psy puszczone przez właścicieli luzem... Nigdy nie były agresywne, nigdy nie wyrządziły mi krzywdy. Zaznaczam mi, ponieważ nie wiem czy jakieś dzikie zwierzę nie ucierpiało.
Pies to też zwierzę i puszczony samopas jest w stanie zagonić na śmierć nawet sarnę.
Wolność jednych zwierząt i ulga właściciela, który w ten sposób „męczy” psa, by mieć spokój w domu, nie może odbywać się kosztem mieszkańców lasu. Zawsze denerwuje mnie ta ignorancja, egoizm i kompletna niechęć do zrozumienia, że jesteśmy w lesie jedynie gośćmi, a nikt przecież nie chodzi do znajomych i nie wpuszcza im psa do mieszkania, aby się „wybiegał”. Pies jest zwierzęciem udomowionym, ma być przy człowieku i to człowiek jest za niego odpowiedzialny.

To piękna publikacja, który cieszy oko, pobudza wyobraźnię, sprawia, że się człowiek pod nosem, za sprawą opisywanych perypetii, uśmiecha. Autorzy uświadamiają, że to co jest dookoła nas to żywa galeria sztuki i zarażają swoją pasją.

„Kochajmy i szanujmy to, co nas otacza, bo bez tego życie nie będzie tak piękne”.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat



Data wydania: 2 października 2020
Liczba stron: 448

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis

„Nie ma usprawiedliwienia dla dobra okupionego cierpieniem. Nie dla mnie, bo widzę, jak w tej kosmicznej skali wzajemna relacja między dobrem a złem niweczy obie te sfery, zło i dobro anihilują w zetknięciu ze sobą, przechodzą jedno w drugie”.

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis


„Łąka umarłych” po raz pierwszy została wydana w 2010 roku, a w tym roku Wydawnictwo Lira wypuściło na rynek wersję rozszerzoną, wzbogaconą o zakończenie należne jednemu z bohaterów, jak określił Autor w jednym z wywiadów, które miałam możliwość przeczytać. 

Akcja powieści toczy się w trzech planach czasowych, a mianowicie w latach: 1942, 1970 i 1996. Punktem wspólnym jest oczywiście miejsce, czyli mała, osadzona na uboczu wioska - Wielkie Lipy i postacie, które w różnym stopniu są ze sobą powiązane.

Początek „Łąki umarłych” jest przesiąknięty aurą niepokoju, w niektórych momentach nawet grozy. Chrzęszczący śnieg, nieprzyjemna droga do wioski, majaczące pomiędzy drzewami sylwetki i informacja, że na terenie Wielkich Lip stoi tajemniczy klasztor. To wszystko pobudza wyobraźnię i sprawia, że samemu brnie się przez te śniegi. 
Potem ta wyobrażona groza ustępuje miejsca czemuś zupełnie innemu. Bo to, tak pokrótce, powieść o złu, ale tym przyziemnym, ludzkim. O demonach brutalnej przeszłości, które stale o sobie przypominają.

Powieść otwierają wydarzenia z 1996 roku, w których poznajemy Karla Straucha, byłego niemieckiego żołnierza, który wybiera się do rzeczonej wioski.
Następnie robimy skok w tył i lądujemy w 1970 roku, gdzie główny bohater, Andrzej Hołotyński, przyjeżdża do Wielkich Lip po śmierci ojca (Jerzego Hołotyńskiego) chcąc obejrzeć pracownię zmarłego i zaspokoić ciekawość.
W książce istnieją równie głośno wydarzenia z 1942 roku, za sprawą pamiętnika Jerzego Hołotyńskiego.
Wszystko się ze sobą dobrze spaja. Nie miałam poczucia dezorientacji, pomimo zastosowania różnych planów czasowych - powieść czyta się płynnie.
Na ogromne uznanie zasługuje język postaci, wszystkich postaci. Każdy wypowiada się w charakterystyczny dla niego sposób. Marcin Pilis stosuje kreację językową, która dodaje całej opowieści realizmu. Bo choć książka jest fikcją literacką, to jest prawdziwa. Wydarzenia jakie opisuje nie są kompletnie zmyślone. Polska historia nie rysuje się tylko tak, jak niektórzy z nas pragnęli wierzyć, a być może jeszcze znajdą się i tacy, którzy nadal wierzą, że jesteśmy jedynym narodem w historii świata, który doświadczył krzywdy, a nikomu jej nie zadał. 

Poruszana przez Marcina Pilisa tematyka nie jest dla mnie niczym nowym, może gdy była wydana po raz pierwszy kogoś zszokowała. Mam jeszcze w pamięci jakie kontrowersje wzbudzał film Władysława Pasikowskiego, z Maciejem Stuhrem w roli głównej. Nie jestem jednak pewna czy szok właśnie chciał wywołać Marcin Pilis, który wykorzystał niełatwe polsko-żydowskie relacje, by opowiedzieć o współistnieniu dobra i zła, i konsekwencjach jakie niesie ze sobą przekraczanie granicy, która w tym związku nigdy nie jest stała.
Nie wiem również czy określenie, którego użyłam tzn. „wykorzystał” jest odpowiednie, bo Autor w żaden sposób nie przesadza w opisach wydarzeń, które miały miejsce podczas wojny. Nie gra na emocjach czytelnika rozbudowanymi opisami. Pamiętnik, który stanowi zapis tego, co miało miejsce w Wielkich Lipach, ma bardzo reporterski charakter.
Choć to fikcja, to powinniśmy mieć świadomość, że takie zdarzenia miały miejsce, bo źli ludzie byli wszędzie, niezależnie od pochodzenia narodowościowego. I nadal są.

To powieść zróżnicowana. Pojawiają się w niej różne wątki, w tym romantyczny i taki, który określiłabym mianem kryminalnego, a nawet rozważania filozoficzne. 
Wszystko jest wyważone. Pamiętajmy, że to mimo wszystko książka, która ma za zadanie przykuć uwagę czytelnika i być dla niego głównie formą rozrywki, a dopiero potem mówić coś więcej. 
Osobiście jednak wołałbym mniej wydarzeń oscylujących wokół brutalności (tej z 1970 roku), a więcej niedopowiedzeń, ale... to tylko moje osobiste preferencje. Podejrzewam, że wtedy powieść straciłaby na dynamice, a chyba tego większość czytelników szuka. Trochę irytujące było odkrywanie prawdy przez żeńską bohaterkę. Rozumiem, że to co nas dotyczy i co mamy pod nosem niekoniecznie jest dla nas oczywiste, ale mimo wszystko (chyba?) szybciej realni ludzie łączą fakty. Ale to częsty „problem” książkowych bohaterów... Czytelnik ma się czuć bystrzejszy...?

„Łąka umarłych”, jak  dla mnie, jest napisana z dużą sprawnością językową i kreacyjną. Autor buduje napięcie, wprowadza postaci, intryguje, odsuwając w czasie podanie informacji, których łaknie czytelnik. 
Wprowadza wzmianki, które pokazują, że nikt nie jest tylko zły albo tylko dobry. Dostrzegamy w antagoniście jakieś formy odsunięcia od siebie sprawstwa. Jednak czy to jest sumienie? Zaczynamy, więc wątpić w słuszność naszego początkowego osądu i jest to znakomity zabieg.

To dobra powieść, która, mam taką nadzieję, zostawi czytelnika z przemyśleniami, bo czy aby na pewno antysemityzmu w nas nie ma?
Chyba często nie jesteśmy świadomi tego, jak niektóre krzywdzące powiedzenia wrosły w naszą codzienność i pleciemy je bez zastanowienia. Widuję je i słyszę nawet u osób deklarujących oczytanie. Nie jestem bez winy, jako dziecko powtarzałam określenia, których znaczenia nie rozumiałam.
Słyszymy, powtarzamy i niespecjalnie nad tym się zastanawiamy, a lata kształcenia nie zawsze kończą się sukcesem, gdy brak zwyczajnej, jakby się mogło wydawać, refleksji. 


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 16 września 2020
Liczba stron: 480

Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

„Bez przerwy pić też się nie da, więc się dokształcam”. 
*Bohumil Hrabal - „Piękna rupieciarnia”

To jeden z moich ulubionych cytatów. Czasem człowiek chciałby się zechlać, zwyczajnie znieczulić, bo to nasze życie bywa trudne. No, ale tylko bywa. Po pijaństwie zostanie kac, a z czasem i on nas zostawi...
Dość absurdalny wstęp, co nie? Bo co ma Szczygieł do Hrabala... No, coś tam ma.

Láska nebeská - Mariusz Szczygieł


Wydawnictwo Agora wznowiło zbiór felietonów Mariusza Szczygła „Láska nebeská”, który został rozszerzony o zdjęcia i historię Josefa Sudka, wybitnego poetyckiego czeskiego fotografa, tworząc coś, czego nie da się zamknąć i zapomnieć. 
W tych felietonach, które są podróżą przez czeską kulturę, jest cały Mariusz Szczygieł. Człowiek z nieprawdopodobnym darem do opowiadania. 
W trakcie czytania każdego z tekstów szukałam książek autorów, których wspomina, w sieci, więc pan Szczygieł będzie odpowiedzialny za moje ukulturowienie się, ale i bankructwo. 

To nie tak, że o Czechach to ja nic nie wiedziałam, ponieważ zdarzyło mi się obcować z prozą wspomnianego Bohumila Hrabala, czy Milana Kundery, ale nie tylko, czytuję również czeskie kryminały, które dają mi dużo przyjemności.
Kiedy czytałam ten zbiór, a robiłam to dość wolno, raz, że to prawdziwa przyjemność, dwa musiałam mieć czas by poszukać wszystko to, o czym Mariusz Szczygieł wspomina, to przeczytałam sobie „Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami” Oty Pavla. Wyjątkowa lektura, a razem z „miłością nie z tej ziemi” (jak tytuł „Láska nebeská” tłumaczy Mariusz Szczygieł), sprawia, że lepiej się ją rozumie.


Szczygieł odnajduje Czechów tam, gdzie nikt by ich nie szukał.

Literackie wywody na ścianach szaletów? A dlaczego nie? Kultura może być wszędzie. 
Czy Czesi są tacy jak my, a może kompletnie inni?
Po co oni z tym „dobrý den” tak męczą?
Skąd u nich taka wysoka procentowość osób czytających książki? 
Najdziwniejsze miejsce na bar to...? (zdziwicie się!)
Kogo interesuje układ trawienny pewnego czeskiego pisarza i dlaczego?
Dlaczego Mariusz Szczygieł zastanawiał się czy Lech Wałęsa miał na sobie kalesony?
Kim jest najznamienitszy z Czechów?
O co chodzi z tym „Hamburgerem z krwią Kafki”?

Szczygieł czyta i ogląda, to w niego wpada i przefiltrowane staje się jego. 

„Láska nebeská” uczy, intryguje, bawi, ale i nie zmusza do refleksji, tak nie zmusza, bo ona zachęca do niej w najlepszy możliwy sposób. Czeskie poczucie humoru to jest coś, w czym ja się odnajduję. Czesi nie tylko nie boją się absurdu, oni sprawili, że stał się im poddany.

Pomiędzy felietonami pojawia się zdjęcia wykonane przez Josefa Sudka i krótkie opowieści o tym niezwykłym człowieku. I o jego wyjątkowym postrzeganiu. Światło na zdjęciach Sudka jest nierealnie miękkie. Zdjęcia są jakby wyjęte z magicznej rzeczywistości. Niebywały talent i niebywale skromny człowiek. Poeta obrazu.

„Sudka fascynuje to, co widzi. Szczygła to, co czyta”, a razem tworzy to lek na szarość, zresztą nie sądzę, aby ten żółty kolor znalazł się na okładce przypadkiem. 
To zbiór, o którym chce się mówić i go cytować, tak zwyczajnie, na co dzień. 

Zastanawiałam się jak pokazać tak niezwykłą okładkę (jedno ze zdjęć Josefa Sudka) i szatę graficzną (za którą odpowiedzialna jest Ula Pągowska znana np. z Serii D
zieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego) żeby jej nie przytłoczyć i padło na opuszczony budynek, jakoś tak nie wybija mi się z tła. 

„Láska nebeská” jest kopalnią inspiracji, obfitująca w niezwykłe i trafne spostrzeżenia dotyczące nie tylko Czechów i ich bogatej i ciekawej kultury, ale i nas - Polaków. 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Agora
Data wydania: 2 września 2020
Liczba stron: 180
zbiór felietonów

Wrażliwość zapisana w tonach - Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Wrażliwość zapisana w tonach - Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Długo, jak na mnie, nie pisałam. Jestem niewolnicą przyzwyczajeń, w tym wszelakich udogodnień, więc kiedy mój komputer odmówił współpracy i trafił do „sanatorium”, by przejść kilka transplantacji i kuracji, to nie mogłam się przemóc by skorzystać z drugiego.
Jakoś też nie mogę się przekonać do pewnej bezosobowej formy opowieści o książce i skupianiu się jedynie na niej, często traktuję to jako formę jakiejś pracy i od zwyczajnego hobby wymagam choćby niewielkiej formy profesjonalizmu. Co skutkuje tym, że trudniej mi się zabrać do napisania czegoś, co nie będzie brzmiało jak wynurzenia dyletanta, a że trudno mi się moją niekompetencję ukrywa, to równie trudno mi się do niej zmusić. 

 
W każdym tekście jestem ja, moja wrażliwość, moja skłonność do, być może, nadinterpretacji (ale kto mi jej zabroni :)) i moje przemyślenia wynikające z doświadczenia, tego czytelniczego również. Stąd, jak widzicie w nagłówku, zmieniła się nazwa mojego miejsca w sieci, choć domena (na razie) została taka sama. Dlatego czas się pogodzić z tym, że nie będzie się własnym wyobrażeniem i zaakceptować to... kim się jest :).


Po tym przydługim wstępie, który miał być formą wytłumaczenia ciszy w eterze, a jak zwykle stał się dygresją, która tłumaczy mnie jedynie przed samą sobą, zapraszam Was do stalinowskiej Bułgarii pisanej wrażliwością Wiktora Paskowa.

„Balladę o lutniku” przeczytałam prawie dwa tygodnie temu, a nadal o tej historii myślę. Nie wiem czy te rzeczone myśli uda mi się na tyle zebrać i powiązać w sensowne zdania, by przybliżyć Wam choć trochę tę przejmującą opowieść. Tak, to jest przejmująca książka.

Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Chłopiec imieniem Wiktor jest narratorem powieści Wiktora Paskowa i ta zbieżność imion nie jest przypadkowa (o czym dowiecie się z bardzo dobrego posłowia tłumaczki - profesorki nauk humanistycznych Marioli Mikołajczak), który to przedstawia swoje dzieciństwo i wspaniałą relację zawiązaną z mistrzem lutnictwa Georgiem Henigiem (tutaj również imię i nazwisko nie pozostają bez znaczenia).

Akcja powieści osadzona jest w stalinowskiej Bułgarii, a mistrz Georg jest z pochodzenia Czechem.
To z perspektywy Wiktora widzimy codzienność jego rodziny. Różne oblicza pojmowania biedy akcentują się już w tej najmniejszej komórce społeczeństwa, prowadząc do drobnych konfliktów między rodzicami chłopca. Drobnych, ponieważ starcia matki i ojca, choć są częste, to wynikają jedynie z prób dopasowania się do ogółu za pomocą posiadanych zasobów finansowych i zawsze kończą się zgodą. Da się również - w tych „kłótniach”, wyczuć prawdziwą miłość.

Wiktor poznaje Georga Heniga kiedy ten robi dla niego skrzypce, bo chłopiec ma się stać ich wirtuozem. Ich ścieżki się rozchodzą by znowu się zejść, a relacja się zacieśnia.

Nie bez powodu wspomniałam o pochodzeniu mistrza Georga, ma to znaczenie w sposobie mówienia tej postaci, jej charakterystycznym języku, będącym zlepkiem słów czeskich i bułgarskich, co po polsku daje wrażenie rwanej wypowiedzi, do tego niezwykle prostej, pozbawionej właściwej językowo odmiany.
Kiedy dołoży się do tego opis biednego staruszka, który nigdy nie narzeka, to powoduje to narastanie znanej wszystkim guli w gardle. W tych prostych wypowiedziach jest tak wiele prawdy o człowieku i o tym co ważne, ale i takiego zwykłego ciepła, że naprawdę trudno byłoby mi nie umieć sobie tego człowieka wyobrazić. 

„Innym razem dziadek siedział zamyślony z drewnem w ręce, patrzył na nie długo, poruszał wargami, rzucał spojrzenia w moim kierunku i na koniec odważył się:
- Wiktor, uczy ciebie robić skrzypce?
- Czy to bardzo trudne?
- Bardzo trudne. Całe życie stary Henig skrzypce robił i nie zrobił najlepsza. Ciągle myśli jak, myśli, myśli... Chce dla Boga skrzypce zrobić.
- Ósemka była wspaniała! Tato mówił, że jesteś największym mistrzem.
- Dobry ósemka... - Zamyślił się. - Skrzypce dla... król.
- Ile lat muszę się uczyć?
- Dużo. - Zasmucił się. - Żal, nie ma czas nauczyć ciebie. Bardzo żal mnie. Stary Henig niedługo odchodzi".

Chłopiec może przyglądać się procesowi tworzenia skrzypiec doskonałych, skrzypiec dla Boga, których stworzenie jest celem Georga Heniga.
Poznaje kunszt mistrza i niechcący uczy się tego co w życiu najważniejsze.
I tylko tak można tę historię czytać. Można. Ale można i dogłębniej, bo jest pełna symboli (jak choćby historia sąsiadów, którzy szczują psa na starszego pana), odniesień do ówczesnych wydarzeń, sytuacji politycznej i społecznej, więc można ją rozwarstwiać i czytać wiele razy, by odkrywać stale coś nowego.

W tej opowieści, jak pewnie nietrudno się domyślić, obecna jest muzyka jak i wrażliwość na dźwięk. Autor był, między innymi, kompozytorem, wokalistą jazzowym, śpiewakiem operowym i muzykologiem, więc swój wyczulony słuch i muzyczną wrażliwość przełożył na język tej powieści. To nie jest jednak fraza przepoetyzowana, ani przesentymentalizowana. Jest bardzo prosta, jednak niezwykle dźwięczna. A jej brzmienie trafia tam, gdzie powinno.

Wzruszam się kiedy czytam, ale rzadko na historiach ludzi i to dorosłych, a pan Georg Henig i jego los mnie wzruszył, i to bardzo.
Przerażało mnie to jak, niezależnie od czasów, w których żyjemy (zachowujemy się tak samo i dziś, gdy nie musimy walczyć o przetrwanie), skupiamy się na nic nieznaczących rzeczach.
Uczniowie lutnika skupiają się na narzędziach, które są istotne jedynie w rękach odpowiedniego człowieka, ponieważ to nie one tworzą mistrza, kompletnie nie rozpamiętując tego, czego ich nauczył.
Tak jak my dzisiaj prześcigamy się w zakupach gadżetów mających
zrobić z nas lepszych specjalistów, zapominając w tym wszystkim o najzwyklejszym czynniku... ludzkim.
Pokazujemy wszystkim wokół co mamy, jednocześnie twierdząc, że wciąż mamy za mało i że nas na coś nie stać, nie dostrzegając tego, że zwykle nie mamy pojęcia czym tak naprawdę prawdziwa bieda jest.

„Ballada o lutniku” to powieść wielowymiarowa, uniwersalna, do tego niezwykle ładnie, z wielką wrażliwością i czułością, napisana. Podobno dobrze skonstruowana postać to taka, która obchodzi czytelnika, a jej los nie jest mu obojętny. Wtedy jest on zdolny wyobrazić sobie wszystko, co jej się przydarza i współodczuwać. Taki, według mnie, jest Georg Henig.

Czytajcie Paskowa w doskonałym tłumaczeniu pani Marioli Mikołajczak!
W czasach wszechobecnego zobojętnienia trudno kształtować w sobie wrażliwość, a tu jej lekcję macie podaną na tacy.

Data wydania: 30 września 2020
Liczba stron: 215
literatura piękna
Tłumaczenie: Mariola Mikołajczak




Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

Niech Was nie zwiedzie kawa stojąca na zdjęciu, niech Was nie zwiedzie niewielki format i skromna objętość debiutanckiej książki Joanny Stogi „Las, pole, dwa sobole”, będącej zbiorem krótkich form literackich. Niech Was nie zwiedzie, jak zwiodło mnie.
Kawa wystygła, a ja się zastanawiałam nad zdaniami, które przeczytałam. Nad tym jak są nastrojowe, liryczne wręcz, będąc jednocześnie oszczędnym zapisem migawek życia w szczególnych okolicznościach.

Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

„Las, pole, dwa sobole” to zbiór krótkich opowieści, które można czytać osobno, smakując zdania i poddając się rytmowi lub też przeczytać je jako spójną historię matki i córki, z których jedna umiera. Ta, która zostaje musi zmierzyć się z obowiązkami i zalewającym ją strumieniem wspomnień.

Joanna Stoga, jak podaje okładkowy opis, jest z zawodu i pasji fotografką, absolwentką Europejskiej Akademii Fotografii w Warszawie i czuć to w sposobie w jaki opisuje wyimki z codzienności. Skupia się na szczegółach, które gdyby nie kontekst nie byłby tak bardzo wymowne, tak bardzo przejmujące.

„Kontener przełyka wszystko bez wyjątku - sukienki w kwiaty, kremowy sweter, który ona tak lubiła, garsonki na ważniejsze okazje, czarny płaszcz na pogrzeb, a tych ostatnio było coraz więcej, i dres na działkę”.

Kiedy odchodzimy, ktoś kto zostaje w pierwszej kolejności musi zająć się sprawami pogrzebu, ciałem, które po nas zostało, jakbyśmy jako świadomość zostali wymazani wraz z ostatnim oddechem.
Wszyscy, którzy w tych sprawach porządkujących pomagają skupiają się na usprawnieniu procesu: wpisy, zapisy, literki, cyferki, a gdzie w tym ta nasza dusza? Wspomnienia?
Gdzie potwierdzenie tego kim byliśmy? Bo przecież byliśmy?

„Dla innych ciało to problem, którego trzeba się pozbyć. Spalić, zakopać, odsunąć od siebie na bezpieczną odległość. Nie będą nad nim debatować, zastanawiać się, w co je ubrać, jak uczesać włosy i czy dobrać odpowiednią biżuterię”.

Las czy pole z wiekiem albo postępującą chorobą stają się czymś innym. Zieleń, nadzieja i życie ustępują miejsca dla bólu i szarości, a bezgraniczne pola stają się ostatnimi i ograniczonymi prostokątami.
To opowieść o czasie, który jedynie wydaje się nam nieskończony.
O pamięci, która ożywa i nagle zaczyna zalewać tego, który wspomina.
Widzi wtedy momenty, które dopiero poprzez czyjąś śmierć nabierają głębokiego znaczenia i bolą, bo choć nas ukształtowały, to wtedy były niedocenioną chwilą.
To również opowieść o samotności, bo każdy jej doświadcza, a najbardziej wtedy kiedy darowany czas się kończy.

„Jestem kolekcjonerką samotności. Wyszukuję jej odmiany pośród napotkanych ludzi. Przyglądam się im, porównuję objawy, a potem staram się je przyszpilić, niczym motyla w gablotce, jedynym określeniem, które najlepiej odda ich charakter”.

Sposób w jaki Joanna Stoga pisze jest emocjonalno-niepokojący. Wszystkie opisywane przez nią zdarzenia znamy doskonale, może nie wszyscy z perspektywy pierwszoosobowej narracji, ale na pewno z pozycji obserwatora.
Będziemy odczuwać dyskomfort podczas czytania, bo to co widzimy i jak siebie samych w tym dostrzegamy jest prawdą. Człowiek wraz ze śmiercią nie odchodzi, ale łatwiej i prościej jest zamknąć ten wspomniany kontener i iść dalej.

Jak widzicie nie jest to łatwa i lekka opowieść do kawy, ale pozostawia w nas osad. Zderzamy się z czyjąś wrażliwością i konfrontujemy ją ze swoją, a i o to przecież w czytaniu chodzi.

Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

 

Wydawnictwo: SEQOJA
Data wydania: 26 sierpnia 2020
Liczba stron: 96
Kategoria: literatura piękna
Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

W związku z tym, że coraz mniej na moich półkach „darmowych książek”, a przecież czytam nadal, to postanowiłam, od czasu do czasu, wspomnieć o przeczytanych przeze mnie książkach, w formie jednego tekstu. Może ktoś znajdzie coś czego nie zna, a chciałby poznać. Pozazdrościłam trochę youtuberom, którzy w jednym filmie są w stanie zaprezentować kilka książek i nakreślić swoje przemyślenia.

Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

 

Pokażę Wam kilka powieści, które przeczytałam na przestrzeni kilku miesięcy, niektóre już dość dawno, a nadal są w mojej pamięci i nie tylko jako wspomnienie uczucia, które mi podczas czytania towarzyszyło, ale jako zarys fabuły, treść.
 

Chris Womersley „Zła droga” 

przekład: Katarzyna Maciejczyk, wydawnictwo C&T Toruń, 2007, s. 216

Chris Womersley jest, podobno, jednym z najwybitniejszych pisarzy australijskich, a że za cel postawiłam sobie podróżowanie po świecie, a jedyną możliwość, na którą mnie stać, dają mi książki, to „Zła droga” trafiła do mnie ze „skupszopu”.
Bohaterów jest dwóch. Lee, młody chłopak, który wrósł już w kryminalny świat tak bardzo, że nie widzi innej... drogi. Pewnego ranka budzi się w hotelu z kulą w brzuchu i nie wie skąd się tam wziął. Ma ze sobą walizkę pieniędzy. W tym hotelu, choć to określenie w przypadku tego miejsca to nadużycie, poznaje Wilda, który jest lekarzem i może pomóc Lee, ale tego nie chce. Ich losy się wiążą. Każdy ma przeszłość i nieudaną teraźniejszość. Do tego ktoś szuka kasy, którą Lee ma ze sobą i mężczyźni ruszają w... drogę.
Z tej historii wylewa się klimat noir.
Ale nie jest to zwykły kryminał, dla mnie nie jest to w ogóle kryminał, choć nosi jego cechy. Według mnie
Womersley romansuje z prozą z trochę wyższej półki, noszącej znamiona literatury środka. To książka, która wykorzystuje schemat, szablon kryminału i opowiada o zapadaniu się w samotność. Kiedy wejdzie się tak daleko w świat, w którym dzieje się wiele, gdzie wszystko łatwo zdobyć kasą lub przemocą, czy też ich połączeniem, a nie ma zwykłej ludzkiej bliskości, prawdziwej głębokiej relacji. Kiedy życie dusi, kiedy wszystko się rozpada.
Język tego Autora jest zaskakujący. On żyje i zmienia się w zależności od sytuacji. Dopasowuje się jak kameleon, wtapia się w brud, smród i przestępczość. Mamy tu dialogi wyrwane żywcem z filmu drogi o dwóch przestępcach, których ktoś ściga, (cholernie!) ciekawe i często zabawne metafory (ironia, sarkazm), a nawet rozważania filozoficzne z półki życia-nieżycia.
Jak lubicie po prostu kryminały, w których problematyka jest dosyć oczywista to Womersleya zostawcie w spokoju. Tu trzeba dłubać w fabule i w zdaniach, które wyglądają często na wręcz prostackie, a są misterną kreacją językową, np. 

„Wild patrzył na jej szyję jak u kurczaka i pergaminowe policzki. Mogła mieć zarówno pięćdziesiąt, jak i sto lat. Była z tych, co to nie znajdując żadnego pożytku w młodości, od razu wskakują w wiek średni. Urodzona na kuchennym zlewie, nałogowa palaczka od piątego roku życia, prowadziła ten motel od zawsze”.

A tu cytat idealnie obrazujący jak pisze Chris Womersley i po co pisze w taki, a nie inny sposób:

„Jeśli to język definiuje świat, używali go w sposób niezgodny z przeznaczeniem: nie żeby rzecz opisać czy zdefiniować, tylko rozbić ją na jeszcze bardziej przypadkowe części. Informacja nie była przekazywana jasno, tylko rozpraszana szeptem w nieoczywistych miejscach, dogłębnie zakodowana, obciążona dwuznacznością. Świat zawsze podchodzono z boku”.

Jeżeli macie ochotę na coś, co opowiada znaną już Wam historię wykorzystując ją by opowiedzieć coś kompletnie innego, głębszego to jest to książka dla Was.

Joanna Bator „Piaskowa Góra”

wydawnictwo Znak, 2019, s. 396

Joanna Bator to pisarka, której unikałam. Nie bałam się jej książek, bo boję się chorób, bólu i śmierci, a nie literatury, ale czułam, że mogę się z nią nie zrozumieć. Nie chciałam tak wysoko zadzierać głowy. Nagrody zawsze mnie onieśmielały. W ramach pewnej akcji pomocowej, kupiłam „Piaskową Górę” i „Chmurdalię”, a potem jeszcze „Ciemno, prawie noc” i tak sobie stały, aż się odważyłam. I przepadłam? Tak, to określenie mi tutaj pasuje.
Joanna Bator pięknie opowiada, bawi się erudycyjnym gawędziarstwem prowadząc czytelnika przez losy rodziny Chmura, głównie: Jadzi i Dominiki, rysując obraz Wałbrzycha, ale i całej Polski na przestrzeni lat. Tu każdy opis działa jak maszyna do podróży w czasie, każda dygresja budzi w czytelniku jego własne wspomnienia, a każde słowo wbija się w niego i nabiera wiele znaczeń.
Śmiałam się podczas czytania, bo jakieś takie dziwne mam poczucie humoru, choć ta historia zabawna nie jest.
Joanny Bator nie czyta się w hałasie, ani w okresach gonitwy myśli.
Te zdania wymagają otwarcia na niekończący się strumień słów o wielości znaczeń. Język Joanny Bator jest wyśmienity i piękny, polski, który poddaje się jej wrażliwości i rośnie do miana pomnika.
Polecam jak macie czas i ochotę na coś bardzo dobrego, ale i wymagającego skupienia, tu wzrok po literach ślizgać się po prostu nie może.

Alexi Zentner „Dotyk”

przekład: Karol Chojnowski, wydawnictwo Wiatr od Morza, 2013, s. 208

I tu przechodzimy do książki, której szukałam rok. Została wydana w 2013 roku przez wydawnictwo Wiatr od Morza i prawie nigdzie już jej nie ma. Pojawiają się pojedyncze egzemplarze, z wywindowaną ceną. E-booki też nie są dostępne.
Czułam, gdzieś tam podskórnie, że to książka dla mnie i uparcie przeglądałam różne strony aż znalazłam „Dotyk” na allegro.
Nie był najtańszy, biorąc pod uwagę stan i rok wydania, ale kupiłam i...
Tak to jest książka dla mnie. Jest, nie była.
Mamy zimną, bardzo zimną Kanadę. Mróz taki, że pękają od niego termometry, padający śnieg przypomina deszcz diamentów, a gwiazdy na niebie są tak wyraźne, że zdają się być na wyciągnięcie ręki. Do tego las, ciemny i gęsty, pierwotny, a pośrodku osada Sawgamet, w czasach gorączki złota.
Książka ma charakter opowieści, gawędy roztaczanej przez Stephena, który przygotowując się do pogrzebu matki, wraca pamięcią do dzieciństwa. Jego opowieść jet pełna dygresji, linia fabularna nie biegnie w linii prostej, bo nikt tak nie opowiada. Niektóre z tych dygresji wydają się, w pierwszym odczuciu, zbędne, jednak, gdy spojrzy się na całość to one są jak przecinki. Ojciec Stephena był drwalem, i to drwalem w „starym stylu”, to czasy gorączki złota. Widzimy jak trudne było wtedy życie i jak ściśle wiązało się z przyrodą i jej cyklem. Nad rodziną narratora zdaje się wisieć fatum, śmierć, szaleństwo, demony.
Fabuła pełna jest nawiązań do mitologii Indian, a niektóre z jej aspektów przypominały mi opowieści z cyklu: Kroniki Pradawnego Mroku Michelle Paver (fascynujące jak wszystko jest ze sobą na świecie powiązane!). Widziałam różne dziwne komentarze odnośnie tej powieści, wydaje mi się, że wynikają one z błędnego założenia czytelników, że mają w rękach horror, a to horror, mimo paranormalnych wątków, nie jest. Kiedy zapuszczam się w opinie o niektórych książkach, w tym tej, to tracę wiarę w naszą zbiorową zdolność interpretacji.
W
„Dotyku” jest wiele elementów paranormalnych, które służą zobrazowaniu ludzkich wyobrażeń strachu przed tym, co kryje się w ciemności lub w oślepiającej bieli śniegu. Wszystko prowadzi do pochowania matki bohatera, a śmierć krąży wokół jego rodziny od lat. Czuć tę „ciężkość” atmosfery pogrzebowej.
Choć „Dotyk” w większej mierze opowiada o przeszłości, to jest zaskakująco aktualny.
Starą wiarę ochrzciliśmy mianem mitologii, w ten sposób
deprecjonując, żyjemy w czasach dominacji ludzkiej woli nad tym, co dzikie, a mimo to nadal potrafimy się przestraszyć chrzęstu łamanego patyka w lesie. Tytuł nie jest przypadkowy, dotyk ma w tej powieści wiele znaczeń, nie tylko tych oczywistych.

„Spędzili blisko sześć miesięcy w całkowitej ciemności, jedząc nieugotowaną fasolę i suchary oraz ucząc się, że nie można ufać głosom towarzyszy. Wkrótce normą stało się wśród nich kładzenie palców na twarzy rozmówcy, żeby przez dotyk odgadnąć jego zamiary i emocje”.

Alexi Zentner nie napisał powiastki o charakterze opakowania chipsów. To dość trudna i metaforyczna historia o człowieku i jego chęci bycia panem wszystkiego. Spodziewałam się, mimo zastosowania takiej techniki opowiadania, w jakiś sposób wyjątkowego języka. Przebolałam również moje ulubione „niemniej jednak”, w końcu to opowieść jednego człowieka, a każdy ma jakieś wyrażenia, które lubi powtarzać. Nie jest, dla mnie, arcydziełem, ale uważam ją za bardzo dobrą powieść.

Wiesław Myśliwski „Widnokrąg”

wydawnictwo Znak, 2018, s. 606

Niekwestionowany mistrz języka polskiego i mojego ulubionego stylu opowiadania - gawędy. Unikałam Jego książek z powodu moich błędnych wyobrażeń o sobie - dziwne, co nie? Zdawało mi się, że nie zrozumiem, podobnie jak w przypadku Joanny Bator, że to zbyt wielkie zdania, jak na moje proste oczy.
A tymczasem przez pięć wieczorów „słuchałam” pięknej opowieści o człowieku.
O niespokojnych czasach wojny, o brzydocie, która wsiąkła w krajobraz i ludzie do niej przywykli.
O zmianie sposobu postrzegania świata i samego siebie, o widnokręgu, który dla każdego człowieka jest inny, zmienia się wraz z liczbą przeżytych lat i nabieraniem doświadczenia.
Pan Wiesław Myśliwski patrzy na świat jak na nieustannie kwitnący ogród. W każdej odmianie szarości codzienności dostrzega coś pięknego. To detale tworzą całość. Piękna, ciepła opowieść o życiu, która z uwagi na kunszt języka wymaga specyficznej formy skupienia, ponieważ Pana Myśliwskiego czytamy tak, jakbyśmy słuchali starszego i bardzo mądrego człowieka, który opowiada nam o sobie, „Widnokrąg” obfituje w wątki autobiograficzne.
Polecam jeżeli lubicie poetykę języka, wyjątkowość spostrzegania szczegółów, i język polski w najlepszej jego odsłonie, ale tylko wtedy, gdy macie czas i jesteście gotowi poddać się czyjemuś strumieniowi świadomości.

„Sprawiedliwość jest zawsze w czyichś rękach, a prawo podlega nieustannie okolicznościom, takim, siakim i diabli wiedzą jakim. Choćby dlatego, że znaczenie słowa jest nietrwałe. Znaczenie każdej rzeczy jest nietrwałe, każdej sytuacji, każdej wzajemności. I także Bóg zmienia się z historią. Zmieniają go ci, którzy się do niego modlą. Zmieniają go według swoich próśb, cierpień, nieszczęść, nie mówiąc już o interesach, według których go najczęściej zmieniają. Zwłaszcza, że historia składa się z łez, krwi i głupich nadziei. Toczy się, jak ci czy tamci ją popchną. A prawdę mówiąc, zmierza wprost do piekła. Piekło czeka nas wszystkich, Władysławie. Nie Bóg, lecz piekło jest tajemnicą naszego losu. A jakieś głupie mędrki mędrkują i mędrkują, to o sprawiedliwości, to o prawdzie, o raju, zakłamując do cna samych siebie, a co gorzej, zakłamując i maluczkich, naiwnych, prostodusznych, czekających jak spragnieni deszczu na pustyni Bóg wie na co”.

Paolo Cognetti „Osiem gór”

przekład: Tomasz Kwiecień, wydawnictwo Sonia Draga, 2016, s. 258

Paolo Cognetti maluje góry. Słowami oddaje ich wygląd, charakter, pory roku, a nawet pory dnia. Główny bohater nauczył się miłości do nich od ojca, z którym miał dość pokręconą relację. W górach również poznał swojego najlepszego przyjaciela.
To opowieść z człowieka, który dorósł i patrzy na swoje życie z perspektywy czasu i dostrzega, że to, co było, jako młody człowiek, widział inaczej.
Dla mnie to również inne spojrzenie na samotność z wyboru, ponieważ Pietro to taki współczesny nomada. Lubi wędrować po górach, ale lubi mieć gdzie wracać. Niezwykle przyjemna książka. Czyta się ją jakby samemu spacerowało się po szlakach na masywie Monte Rosa, we Włoszech. Podczas takich wędrówek bywa bardzo refleksyjnie i tak też jest podczas czytania tej powieści.
To również opowieść o nieprzepracowanych traumach, o nieumiejętności dzielenia się tym, co się czuje nawet z najbliższymi.
Język jest ładny, wiele motywów charakteryzuje wieloznaczność, jakby chociaż sam tytuł, a skąd się wziął oczywiście dowiecie się z powieści.

Meir Shalev „Dwie niedźwiedzice”

przekład: Anna Halbersztat, wydawnictwo Marginesy, 2017, s. 378

Meir Shalev to prywatnie wujek Zeruyi Shalev, którą ja znam z książki „Ból” i którą polecam równie mocno.
„Dwie niedźwiedzice” ma (głównie) formę gawędy (to ci zaskoczenie). Ruta Tawori, nauczycielka Biblii Hebrajskiej w liceum opowiada historię swojej rodziny. Udziela wywiadu Wardzie Canetti, która pisze pracę o historii jiszuwów, moszawów barona Rothschilda, ma ona traktować o kwestiach genderowych.
Jej opowieść przybiera nieoczekiwany bieg i Ruta zdradza największą rodzinną tajemnicę, której wspomnienie nadal budzi we mnie odrazę, mimo że książkę czytałam, bodajże, dwa miesiące temu.
Tajemnica wije się wokół trzech samobójstw rolników z 1930 roku, z których (podobno) jedno nosi znamiona przestępstwa. Ruta jest kobietą naznaczoną traumą, i to taką, która powinna w każdym czytelniku budzić współczucie, ale Ruta jednocześnie jest tak okropnie irytująca, że współczuć jej nie sposób. Pławi się w samouwielbieniu, jest najdoskonalszą z istot. Jest oczywiście piękna, mądra i we wszystkim najlepsza. Skoncentrowanie na sobie, w jakiś sposób, umożliwia jej funkcjonowanie w przybranej pozie i w dobrze przytwierdzonej masce. To książka, której nie da się czytać z doskoku, trzeba się skupić i dać się ponieść temu, o czym Tawori
mówi, a nie jaką pozę w trakcie opowieści przyjmuje.
Opowiada o rodzinie, o rolach jakich nas nauczono, o życiu według przyjętego schematu, o oczekiwaniach rozmijających się z rzeczywistością.
Jest nauczycielką Biblii Hebrajskiej i pojawia się w jej monologu wiele odniesień do ewolucji języka, do zmiany znaczenia słów, do ewolucji postrzegania, w tym ludzi, głównie kobiet, poprzez pojęciowość.
Nie czyta się jej łatwo i przyjemnie, jednak to wartościowa książka i misternie skonstruowana historia rodzinna, i jak najbardziej prawdopodobna. Uwierzyłam w nią. To książka pełna symboli, wieloaspektowa, warta przeczytania.

Joanna Holmström „Wyspa dusz”

przekład: Justyna Czechowska, wydawnictwo Sonia Draga, 2018, s. 444

Jeżeli chodzi o „Wyspę dusz”, to zastanawiałam się długo czy o niej wspomnieć, bo choć mam dobre odczucia, to nie jest to tak dobra książka, jaką mogłaby być, gdyby Autorka nie poddała się pokusie rozbudowania fabuły zwiększającej objętość, a rozwadniającej treść. Jednak jest tak wiele marnych powieści, które nie zbliżą się w najmniejszym stopniu do tej historii, że postanowiłam ją tu umieścić.
To historia trzech kobiet.
Kristiny Andersson, dzieciobójczyni, która po utopieniu dwójki swoich maluchów, nocą 1891 roku, wraca, jak gdyby nigdy nic, do domu, a poźniej trafia do szpitala psychiatrycznego (na wyspie Turku), zamiast do więzienia. Czterdzieści lat później Elli Curten, siedemnastolatka, która nie godzi się na przyjęte przez jej rodzinę ramy życia, buntuje się i wpada w przestępczy światek, a w ramach działań naprawczych trafia na wspomnianą wcześniej wyspę. Obie historie spaja pielęgniarka Sigrid Friman.
To historia Kristiny jest tą wartą uwagi i najlepiej napisaną. Wciąga jak szalona. Jest psychologia postaci, tło społeczne, tło historyczne i los samotnej matki popadające w obłęd. Ta historia żre. I na tej opowieści najbardziej Joanna Holmström się skupia.
Kolejna historia - Elli, nie jest już tak dobrze napisana. Autorka chwyciła wiele srok za ogon, chcąc zrobić z tej postaci symbol młodzieńczej ciekawości świata, symbol buntu przeciwko konwenansom i pełnieniu narzuconej roli, rodzącej się kobiecej seksualności, która była i jest spychana na margnies. Zrobiła to jednak tak powierzchownie, że wszystko się rozmyło. Czułam jakby chciała usilnie wcisnąć motyw, który żeruje na emocjach, los tej postaci powinien wzbudzić we mnie jakieś uczucia, jednak była mi
ona kompletnie obojętna.
Najmniej interesowała mnie historia pielęgniarki, która miała pełnić jeszcze inny typ/symbol kobiecego losu, ale unosiła się gdzieś, nie wiadomo gdzie, jak puszczony ze sznurka latawiec.
Książka jest dobra językowo, czyta się jak wściekła i na pewno z jakąś refleksją czytelnika zostawia. Ja nadal pamiętam historię Andersson bardzo dobrze, a minął szmat czasu.
Polecam jako zamiennik schematycznego thrillera (napięcie w książce się pojawia), zostawi po sobie coś więcej niż jedynie poczucie „zabicia czasu”.

Zaczytanego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...