Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors
Dorthe Nors to duńska pisarka, co chyba jest oczywiste skoro książkę „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” przeczytałam w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, która podobno zaczęła pisać w wieku 11 lat. Jej opowiadanie opublikował „The New Yorker”; jest pierwszą duńską pisarką, która została w ten sposób wyróżniona. Opowiadania Nors były publikowane również w „Harper's Magazine”, „Boston Review”, „AGNI”, i magazynie „Guernica”. W 2014 została wyróżniona Nagrodą im. Pera Olova Enquista.
„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” znalazło się w finale
The Man Booker International Prize.

Gdybym, tak jak kiedyś, sugerowała się oceną i opiniami czytelników publikujących na portalu lubimyczytac.pl, zapewne nigdy bym powieści Dorthe Nors nie przeczytała. To, co można o tej powieści tam znaleźć w ogóle nie zachęca. A tymczasem odnoszę wrażenie jakbym przeczytała inną książkę... :)

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 
Sonia jest tłumaczką krwawych kryminałów znanego szwedzkiego pisarza. Kobieta właśnie przekroczyła czterdziestkę i czuje, że dusi się w swoim życiu. Tłumaczy słowa, które trafiają do tysięcy ludzi, a kiedy chce porozmawiać z kimś kogo zna, to kompletnie nie wie co ma powiedzieć, ani napisać... Sonia pisze listy do najbliższych, których nie wysyła - umie władać słowami, ale nie swoimi.

„Jak można się schować przed kimś, kto wpada w złość, bo chce poczuć, że żyje? Tacy ludzie są wszędzie, a trudno stać się niewidocznym w świecie, który jest płaski jak naleśnik. Nerwy zjadają Sonię od środka”.

Obecnie mieszka w Kopenhadze, zostawiła za sobą jutlandzką sielskość i rodzinę; zrealizowała swój plan. Po latach zdaje sobie jednak sprawę jak bardzo jest samotna i że brakuje jej celu. Jej związek się rozpadł, co zresztą przepowiedziała wróżka, której przepowiednia popchnęła Sonię do snucia przemyśleń. Kobieta będąc pod ich działaniem zapisuje się na kurs prawa jazdy, na którym kręci kierownicą pod okiem rozgadanej Jytte - która zmienia za nią biegi, bo tego to Sonia zupełnie nie potrafi. Za to częsta wraca myślami do przeszłości. 
 
„Świadoma obecność otwiera nas na teraźniejszość. Ale trudno być obecnym w teraźniejszości”.

„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” to opowieść o poszukiwaniu szczęścia, nie tylko o samotności. O wzięciu odpowiedzialności za życie, o odrzuceniu strachu przed podejmowaniem decyzji. Kiedy Sonia dostrzega samą siebie w białym szumie życia, kiedy powoli rozlicza się z tym, co w niej siedzi, to dostrzega, że nie miejsce, w którym żyje, nie praca i nie znajomi ją określają. 
 
„Wolność była tam, gdzie nie było ludzi, na dnie szaf, w najdalszym kącie kurnika. Prowadziła do niego ścieżka, wchodziła nawet do środka”.

To opowieść o stresie, w który sami się wpędzamy. O tym
jak latami w nas osiada; najpierw pętając ciało, a potem wnętrze. Mięśnie bolą, stajemy się sztywni, a każdy ruch boli. Potem wpadamy w stagnację i dni mijają niezauważone. Tak, to powieść metaforyczna - już samo przedstawienie życia jako nauki jazdy samochodem jest tego wyrazem. A tych metafor jest wiele więcej.

Powierzchownie to niezbyt zajmująca powieść o bardzo nudnej codzienności kobiety po czterdziestce, której życie po prostu mija. Tu się dzieje w detalach, w wątkach, które wydają się nie mieć znaczenia, które Autorka konsekwentnie przywołuje i spina.
Narracja jest prosta, opisowa, powściągliwa.

Wydaje mi się, że Nors nie chodziło o to, by umożliwić czytelnikowi nawiązanie głębokiej więzi z bohaterką, a o to by dostrzec w jej problemach własne, ponieważ to, co gnębi Sonię jest uniwersalne.
Dla mnie była to bardzo dobra powieść obyczajowa, bogata w detale - koronkowa wręcz, i mało oczywista w przekazie, a tak podane historie lubię najbardziej.
 
Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors



 
 
Wydawnictwo: Czarna Owca
Kategoria: literatura piękna

Data wydania: sierpień 2018
Liczba stron: 208
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny

 


Żywica - Ane Riel

Żywica - Ane Riel

Pierwszą książką, którą wybrałam do przeczytania w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, była „Żywica” Ane Riel. Czytałam ją w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, nie jest to świąteczna powieść, chociaż niektóre z opisywanych wydarzeń miały miejsce właśnie w okolicach świąt.

Żywica - Ane Riel
Ane Riel to duńska pisarka. Na początku swej twórczej drogi pisała podręczniki szkolne o sztuce, później stworzyła kilka książek dla dzieci, które to ozdabiały ilustracje wykonane przez jej matkę.
Powieścią zadebiutowała w 2013 roku „Slagteren i Liseleje”(„Rzeźnik z Liseleje”), za którą otrzymała nagrodę za najlepszy debiut kryminalny. W 2015 roku światło dzienne ujrzała „Żywica”, która w 2016 roku została nominowana do dwóch nagród literackich. W tym samym roku Ane Riel otrzymała stypendium im. Nielsa Matthiasena za dotychczasowe autorstwo. „Żywica” nadal zbierała nagrody.

Żywica - Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt”.

Główną bohaterką „Żywicy” jest Liv Haarader - dziewięciolatka, która mieszka wraz z rodzicami na małej wyspie zwanej Głową, która położona jest nad większą. Do Głowy droga prowadzi przez wąski przesmyk zwany Szyją. Naznaczeni tragedią sprzed kilku lat Haaraderowie nie czują potrzeby kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy ojciec Liv zgłasza jej śmierć, wcześniej już niezbyt zainteresowani mieszkańcy sąsiedniej wyspy, definitywnie zapominają o tej rodzinie.

Narracja „Żywicy” jest prowadzona z kilku perspektyw, wiele w niej retrospekcji, zmienia się styl i forma, pojawiają się nawet listy.
Autorka balansuje na granicy znanych z thrillerów i kryminałów schematów, ale nie zapuszcza się w nie głęboko, opowiada swoją historię w inny sposób. Miałam wrażenie, że cała fabuła oparta jest na jakimś modelowym przypadku chorobowym.

Niewyjaśniona tragedia sprzed lat niszczy mieszkańców Głowy, którzy trawieni koszmarami tracą poczucie rzeczywistości i odcinają się od reszty ludzi. W snach Jensa Haaradera (ojca Liv) pojawia się woda zalewająca jedyną drogę ucieczki z tego mrocznej ziemi świerków. Mężczyzna to co było widzi wyraźniej niż to co jest, a z każdym kolejnym dniem robi się tylko posępniej.

Autorka różnicuje język, można poczuć jakby rzeczywiście kilka osób, w tym dziecko, opowiadało nam dramat mieszkańców Głowy. Fajnie rysuje całe spektrum emocji od współczucia do obrzydzenia, które można poczuć pomimo zachowania oszczędnej narracji.
Liv nie zna innego życia i innych ludzi. Świat, który rysują jej rodzice jest jedynym który zna, więc wszystko co robi tata kompletnie jej nie niepokoi. To o czym nam opowiada nie jest dla niej niczym odrażającym, to my je takim widzimy.

Akcja płynie wolno, a my skaczemy zarówno po linii czasu, jak i punktach widzenia. Zagłębiamy się w mgłę, która skrywa potwory.

„Żywicę” można czytać jako dramat obyczajowy z wątkami dreszczowca, czy kryminału, w którym izolacja od społeczeństwa powoduje coraz większe aberracje, ale można i głębiej. Jako studium przypadku choroby, kiedy wszystko co dzieje się w głowie człowieka, pozostaje przez nikogo niezauważone, a konsekwencją nawarstwiających się zaburzeń jest pożar, którego niszczycielska siła sięga daleko poza jednostkę.
Wszystko to sprawia, że „Żywica” nie jest kolejną z, nacechowanych przemocą, historii rozrywkowych, mających dać nam jedynie kilka godzin zabawy, a czymś więcej.

Żywica - Ane Riel


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 21 stycznia 2020
Liczba stron: 282
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

 

Szajka - Lajos Grendel

Szajka - Lajos Grendel

Szajka - Lajos Grendel

Lajos Grendel (1948-2018) to węgierski pisarz, eseista, literaturoznawca. Absolwent studiów hungarystyki i anglistyki na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Komeńskiego, na którym (w
Katedrze Języka i Literatury Węgierskiej) później wykładał historię literatury węgierskiej. Pracował jako redaktor w wydawnictwie Madách, w latach 1990-1992 był redaktorem naczelnym miesięcznika literackiego „Irodalmi Szemle”, a do września 1997 roku pełnił tę samą funkcję w czasopiśmie „Kalligram”.
To autor wielu powieści, opowiadań, esejów jak również prac naukowych i historii literatury węgierskiej. Laureat wielu nagród. W Polsce znany z „Poświęcenia hetmana” (2014), „Dzwonów Einsteina” (2016) i „Życia w cztery tygodnie” (2018). W tym roku do tego grona dołączyła „Szajka” wydana przez Bibliotekę Słów (również w tłumaczeniu Miłosza Waligórskiego).

Szajka - Lajos Grendel


„Wówczas stało się dla mnie jasne, że wolność oglądana z prawa wygląda inaczej niż wolność oglądana z lewa, od tyłu, z przodu, od spodu lub z góry. Potem wolność oddała mi się prawie jak panienka spod latarni”.

Postaci w „Szajce” są prawie nie do odróżnienia i na początku zdają się ze sobą niepowiązane. Wszystkich napędza wizja przyjemnego, niemęczącego czymkolwiek!, życia, a możliwość wyboru, czyli tę wolność, której podobno wszyscy pragniemy, chętnie zamieniają na jakieś przyjemności; kulinarne bądź cielesne.
Największe znaczenie w tej powieści ma miejsce akcji, czyli słowacko-węgierskie pogranicze, po czechosłowackiej stronie, którego mieszkańcom obojętne jest kim są, bo mogą być każdym, kiedy zajdzie taka potrzeba.
Kto by się zresztą w tym połapał? Kompletny chaos. Złodziejstwo, oszustwa i próżność zatopione w absurdzie, grotesce, ironii i do tego z wątkiem kryminalnym w tle.
Ta niemoralna prowincja to istny panoptykon, to za sprawą nadrzędnego narratora czujemy się jak strażnicy-obserwatorzy „ofiar” czasów, które im się zdarzyły.
 
Szajka - Lajos Grendel

Bohaterowie nie wiedzą czym są najważniejsze wartości i pojęcia w życiu każdego człowieka - czyli takie jak np. „wolność”, „naród”, czy po prostu „miłość”, za które inni ginęli i giną.
Postaci w „Szajce” się przystosowują, adaptują do świata, w którym żyją, czyli mogłoby się wydawać, że wykazują się nad wyraz wysokim poziomem inteligencji...

<„Wiedza to namiętność - mawiał - i jak wszystko, co autentyczne, ona również stanowi cel sam w sobie. Świata nią nie zmienisz, ani nawet siebie. Jest prztyczkiem w nos śmierci, kpiną z niebytu, mimo że one i tak w końcu okażą się silniejsze. Wiedza to zgoda na wykluczenie, marginalizację i wreszcie absolutną samotność”.>

Jedyną drogą ucieczki z tego więzienia jest podróż w zaświaty. Przyzwyczajenia są cementem, który spaja cały ten kram. A każdy kto do niego wchodzi, szybko czuje się jak u siebie. Tak jakby wszyscy siedzieli na tej samej karuzeli. Taka wariacja na temat perpetuum mobile.

Śmiałam się podczas czytania... w głos. Lubię dobre porównania, lubię absurdalność, surrealizm i lubię takie poczucie humoru, które to z kolei przywiodło mi na myśl „Wtedy w Loszoncu” Petera Balki, nawet miejsce akcji - słowacko-węgierskie pogranicze - się zgadza, a i w samym tekście pojawia się Łuczeniec, czyli Loszonc. Wiele cech wspólnych ma „Szajka” również z „Rivers of Babylon” Petera Pištanka. To te same pragnienia, te same motywacje napędzają bohaterów.

Dzisiaj sądzimy, że żyjemy w wolności, otwartości. Może jutro nie obudzimy się w świecie oficjalnego dyktatu, choć wszystko wskazuje na to, że kiedyś i do tego wrócimy, ale nadal jesteśmy ofiarami manipulacji, manipulacji za pomocą polityki. Z wywalczonej wolności nie potrafimy korzystać. Również nadal nie chcemy przyznać, że jednostka ludzka jest najważniejsza, a nie grupa. Różnorodność to i owszem, ale nie jednostkowa.

„Kto polega na ideałach, czyli sprawach abstrakcyjnych i nieuchwytnych, działa na swoją szkodę i skłonny jest w ich imieniu dopuścić się najgorszego świństwa. Natura ma nas w głębokim poważaniu i wszystko jest dziełem przypadku, to on określa nasze życie”.

W „Szajce” widać jak lata płyną, a ludzie płyną z prądem. Przemija tylko czas. Postęp technologiczny odbywa się w obojętności na wielkie ideały, których definicję modyfikuje potrzeba. Z reguły... potrzeba wygody.



Data wydania: 2 grudnia 2020
Liczba stron: 204
Kategoria: literatura piękna 
 Przekład: Miłosz Waligórski

Dania: mały kraj - wielka literatura

Dania: mały kraj - wielka literatura

Jak coś ma się zepsuć, to zepsuje się mi. Jak ktoś ma doświadczyć czegoś nieprzyjemnego, a na jego szczęście - ja kroczę gdzieś w pobliżu, to na pewno ja tego doświadczę. Przyzwyczaiłam się już do tego i nie za specjalnie mnie to rusza. Dotyczy to każdej dziedziny mojego życia. Tej instagramowo-blogerskiej również. 
Obecnie nie jestem w stanie zrobić zdjęcia, w którym punkt ostrości jest wyraźnie określony. Kiedy zadręczam aparat pytaniami w stylu „dlaczego mi to robisz?” ten odpowiada mi tym samym: bo mogę.
Poniżej są zdjęcia, na których lepiej widać co to za stos prezentuję w świątecznym anturażu. Obiektyw chyba zażył Rutinoscorbin.

Napisałam najdłuższy z tekstów, które wypełniają ten blog, nie wiem czy się komuś tym przysłużę, ale wbrew wszelakim emanacjom zła - niedającym się policzyć blogspotowym błędom i omdleniom mojego dostawcy internetu, sprawiło mi to przyjemność.
Zatem, drogi Czytelniku!, przygotuj sobie coś smacznego i ruszaj ze mną na dość długą wędrówkę po zawiłych korytarzach mojej pamięci i po długich oraz miękkich dywanach planów, podczas której nie tylko coś przeczytasz, ale usłyszysz i zobaczysz!

Dania jest najmniejszym z krajów nordyckich, ale jedynie pod względem powierzchni. Pod innymi względami... Raczej nie jestem władna jej oceniać, a liczby mówią same za siebie, no i Wikipedia... Nie mam wielkiego doświadczenia w obcowaniu z duńską kulturą. W sumie tak naprawdę niewiele o Duńczykach wiem.
Słyszałam coś o wysokich podatkach, które podobno z niczego się nie wzięły, a mieszkańcy tego kraju nie są z tego powodu zagubieni i smutni, a wręcz przeciwnie. Przecież nie tak dawno próbowano nas przekonać do życia w stylu hygge, które głównie odnosi się do uzyskania stanu wewnętrznej równowagi, ale nie wiem czy nam, obywatelkom i obywatelom Polski, żyjącym w poczuciu krzywdy, dane będzie wejście w taki poziom świadomości własnego wnętrza... na stałe.
Ale i samo próbowanie może być przyjemne.

Podkręćcie głośność - Agnes Obel


Zanim przejdę do moich wspomnień, tak jestem sentymentalna, ale... wyważyłam ton, więc chyba nikogo tym tekstem nie wzruszę, to chciałabym napomknąć o muzycznej stronie tego odnoszącego się do Danii tekstu, bo ja, wberw pozorom, nie tylko czytaniem żyję.
Zatem! polecam wyszukanie czy to na youtube, czy spotify, czy jaką tam macie możliwość, Pani - Agnes Obel.
Agnes to duńska piosenkarka, pianistka i autorka piosenek. Jej utwory mogliście usłyszeć m.in. w serialach „Chirurdzy”, „Dark” i „Euphoria”.
Kiedy gra i śpiewa wokół słuchających roztacza się mgła utkana z niedopowiedzeń i świata baśni.

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Agnes_Obel_by_Eric_VALLET.jpg
 zdjęcie pochodzi z: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Agnes_Obel_by_Eric_VALLET.jpg


Hans Christian Andersen

A kiedy już wspominałam o baśni, to nie mogę nie wspomnieć o Hansie Christianie Andersenie. Wiem, że nie pisał jedynie dla najmłodszych, jednak to przez pryzmat głównie tej twórczości go znam.
Baśnie Hansa Christiana Andersena dostałam w dzieciństwie, na Święta Bożego Narodzenia, i zanim zasiedliśmy do kolacji wigilijnej, to przeczytałam więcej niż połowę opowieści z tego zbioru. Najbardziej w pamięć zapadł mi „Imbryk”, wzruszył mnie wtedy, i w sumie nadal to robi, tak że się popłakałam. Nie ma co walczyć z sentymentalnością, to wbrew temu co mówią, dobre uczucie.


Dania: Mały kraj - wielka literatura

Jussi Adler-Olsen

Od świata baśni zrobię mały zwrot akcji i odbiję w stronę filmowo-serialową. Bardzo lubię filmy oparte na cyklu książek Jussiego Adler-Olsena, który dotyczy Departamentu Q. To kryminały, w których historia opowiadana jest dwutorowo. Niespieszna akcja, klimat, fajne kadrowanie, i przekonująca gra - Nikolaja Lie Kaasa i Faresa Faresa.

Dania: Mały kraj - wielka literatura

Książek nie czytałam i nie odczuwam takiej potrzeby, więc jak wolicie sprawdzić obraz, to ten cykl jest dobry.

Most nad Sundem


Jak już jesteśmy przy obrazie, to wspomnę o tekście, który wyrecytuję obudzona w środku nocy, a jest to: „Saga Norén länskrim Malmö”. Jest to zdanie z serialu, produkcji duńsko-szwedzko-niemieckiej, a jego polski tytuł to „Most nad Sundem”. Zacytowane zdanie pada w nim wielokrotnie, w każdym odcinku, wypowiada je oczywiście Saga Norén, grana, wprost genialnie, przez Sofię Helin, i nie wiem czy ta rola nie zrobiła tej aktorce krzywdy?.
To nie tylko klimat, zagadki, obyczajowość, historia, nawet polityka, to przede wszystkim dobrze zagrane postaci, których, kiedy serial się kończy, zaczyna zwyczajnie brakować.

Peter Høeg


Myśli Sagi podróżują po rejonach, w których mało kto z nas by się nie zagubił. Ona łączy wątki, które nie są oczywiste i jest niebywale inteligentna, ale nie radzi sobie z relacjami międzyludzkimi i emocjami. ? Nie bez powodu trwam w wątku Sagi Norén, gdyż chcę wspomnieć o książce Petera Høega „Efekt Susan”, którą czytałam jakiś czas temu. Tam, niektóre z myśli głównej bohaterki przypominały mi właśnie Sagę, tyle że o wiele bardziej chaotyczną. Byłam pod wrażeniem pomysłu i ciągu zdarzeń, ale styl, którym pisze Peter Høeg działa na mnie jak najlepszy lek na bezsenność.

Dania: Mały kraj - wielka literatura

 
Skoro już przeszukuję zasoby swojej pamięci to jeszcze przypomnę komiks o życiu Marii Skłodowskiej-Curie, który całkiem niedawno miałam okazję przeczytać, a dwie z jego autorek są Dunkami. To „Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności” - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk.




Dania: mały kraj - wielka literatura


Chyba? skończyłam wspominać, zatem przechodzimy do mojego minizbioru książek z kręgu literatury duńskiej, które zamierzam w najbliższym czasie przeczytać.

Z duńskich pisarek najbardziej wpadła mi w oko i siedzi tam już jakiś czas, Janina Katz (1939-2013). Miałam okazję kiedyś czytać tomik poezji „Powrót do Jabłek” i jak widzicie, bo jest na zdjęciu, planuję go sobie przypomnieć.
„Powrót do jabłek” to wybór z jedenastu tomów duńskich wierszy, którego dokonała tłumaczka Bogusława Sochańska, mając na celu ukazanie wątków przejawiających się w twórczości Janiny Katz.



Janina Katz to tak naprawdę polsko-duńska pisarka, którą w Polsce znamy m.in. z powieści „Moje życie barbarzyńcy”, „Pucka” i „Opowieści dla Abrama” - które to próbuję kupić, już jakiś czas, w internetowym antykwariacie skupszop.pl, ale ilekroć dodam książkę do koszyka, ktoś w dokonaniu zakupu jest szybszy, ale... kiedyś się uda.
Janina Katz tłumaczyła literaturę polską na duński. Po polsku również pisała poezję.

15 grudnia miała miejsce premiera „Chłopca z tamtych lat”, książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Driada, której przekładu dokonała Bogusława Sochańska, podobnie jak wszystkich pozostałych publikacji Janiny Katz.

Dania: Mały kraj - wielka literatura

Chłopiec z tamtych lat - Janina Katz


Chłopiec z tamtych lat, długo oczekiwana przez miłośników twórczości Janiny Katz jej czwarta z kolei powieść. Opowiada o dwojgu polsko-żydowskich emigrantach, którzy próbują układać sobie życie w Danii po opuszczeniu Polski w rezultacie pomarcowej nagonki.

Narratorka Ania spędziła dzieciństwo w Krakowie w nieświadomości tego, co  wydarzyło się w czasie wojny. Wychowująca ją ciotka nie chce mówić o losie rodziny ani o tym, jak obie jako Żydówki przeżyły wojnę.

W 1969 roku Ania osiada w Kopenhadze, dokąd zaprasza ją Joachim, tytułowy przyjaciel z młodzieńczych lat. Joachim też jest sierotą. Ożenił się z Dunką, radykalnie odcina się od swoich kulturowych korzeni i na siłę próbuje stać się Duńczykiem. Ania - przeciwnie, świadomie pozostaje outsiderką, niejako przez szybę obserwując duńską rzeczywistość, a doświadczenie fiaska życiowego Joachima utwierdza ją w poczuciu, że będąc emigrantem, zawsze pozostaje się outsiderem.

W miarę upływu czasu Ania odczuwa coraz intensywniejszą potrzebę znalezienia odpowiedzi na dręczące ją  pytania o przeszłość własną i jej wymordowanej podczas Zagłady rodziny.

*opis pochodzi od Wydawcy.

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

Pokusiłam się również na „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” Dorthe Nors, którą w 2018 roku, w Polsce, wydało wydawnictwo Czarna Owca, w przekładzie Elżbiety Frątczak-Nowotny. Za „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” autorka została nominowana do prestiżowej nagrody Man Booker International Prize.
Zanim Dorthe Nors zaczęła publikować książki pod własnym nazwiskiem, tłumaczyła szwedzkie kryminały.
Ta książka robi na mnie wrażenie nieoczywistej, zatem z przyjemnością sprawdzę czy taka jest.

Sonia jest gotowa zacząć wszystko od nowa. Właśnie przekroczyła czterdziestkę, a szwedzkie kryminały, które tłumaczy, zupełnie przestały ją interesować. Póki co regularnie odwiedza masażystkę, próbuje odnowić relacje z siostrą i nareszcie zdobyć prawo jazdy. Apodyktyczny instruktor sprawia jednak, że zmiana biegów staje się wyzwaniem przekraczającym możliwości Sonii. Na dodatek uporczywe zawroty głowy powracają w najmniej odpowiednich momentach…

Wiele lat temu Sonia marzyła, by sielskie krajobrazy rodzinnej Jutlandii zobaczyć już tylko we wstecznym lusterku. Teraz, kiedy samotnie kroczy kopenhaskimi ulicami, odkrywa w sobie tęsknotę za obrazami z dzieciństwa: łabędziami krzykliwymi, bezkresnym niebem i polami żyta. Ale w jaki sposób można powrócić do miejsca, którego już nawet się nie rozpoznaje? I czy tak naprawdę chodzi o powrót, czy o ucieczkę?

Lusterko, ramię, sygnał to cierpki i błyskotliwy portret kobiety wyruszającej w podróż, choć nie ma wokół absolutnie nikogo, kto mógłby wskazać kierunek.
 
*opis pochodzi od Wydawcy.

Żywica - Ane Riel

Planuję również przeczytać wydaną na początku tego roku „Żywicę” Ane Riel, w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz, która to z kolei ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.
Ta powieść jawi mi się jako niezwykle mroczna, a to za sprawą wszystkich opinii, które, na jej temat, miałam okazję przeczytać.
 

Co się dzieje, jeśli kochasz kogoś tak bardzo, że chcesz go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, w bezpiecznym miejscu?

Rodzina Haarder mieszka na odosobnionej, porośniętej świerkami małej wysepce i z rzadka kontaktuje się z obcymi. Mieszkańcy sąsiedniej wyspy uważają ich za dziwnych, ale nie wtrącają się w ich życie. Gdy ojciec zgłasza śmierć 9-letniej córki, szanują ich żałobę i coraz mniej się interesują tym, co się dzieje w odosobnionym domostwie.

Żywica to wstrząsająca i zarazem wzruszająca kronika stopniowego upadku i szaleństwa, do którego może doprowadzić ludzi lęk przez kolejną utratą i traumą.

*opis pochodzi od Wydawcy.

Mam nadzieję, że znaleźliście w tym słownym tasiemcu coś, co Was rzeczywiście zainteresowało i się Wam przyda. Starałam się wybrać niekoniecznie oczywiste książki, jak np. „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen, czy wydane w tym roku przez Wydawnictwo Poznańskie „Życie Sus” Jonasa T. Bengttsona. Znam również twórczość Jensa Henrika Jensena, jak szukacie złożonych historii kryminalnych to jego cykl „Oxen” będzie dobrym wyborem.

Te cztery książki, które zaprezentowałam, jak również inne, można znaleźć m.in. w zasobach Księgarni duńskiej.

Akcja „Dania: mały kraj - wielka literatura” działa przy wsparciu Duńskiego Instytutu Kultury.




Demian - Hermann Hesse

Demian - Hermann Hesse

 

 
„Możemy zrozumieć się nawzajem; lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam”.
 
Nie wiem czy w ogóle powinnam próbować pisać o książkach Hermanna Hessego, bo to pisarstwo tak wielkie i tak wyjątkowe, że czaruje, urzeka, zniewala, kompletnie onieśmiela. Hesse pisał dla określonego kogoś, dla Ciebie, dla mnie.
Mówi o sobie, ale w to Nim dostrzegasz siebie. Filozofia tat twam asi (ty jesteś owym) bije z każdego zdania, z każdego jednego wniosku.
Mówi się, że Hesse pisał dla samotników, dla ludzi, którzy nie dążą do stadnego życia, ale każdy człowiek, niezależnie od tego jaką drogę wybrał, czy tę prowadzącą do życia w społeczeństwie zglobalizowanym, czy tę prowadzącą do życia na uboczu, może być tak prawdziwie sobą, tylko wtedy, kiedy jest sam.
Nie chodzi o to, że całe życie udajemy przed innymi, bo i przed sobą potrafimy, ale o to, że kiedy wiesz, czego w życiu chcesz i co jest ważne, to nie szukasz na siłę czyichś myśli i nie sprzątasz czyjegoś podwórka, bo najbardziej liczy się twoje własne. A kiedy w sąsiedzie widzisz siebie, tego zdrowego, to nie masz potrzeby karmienia się złymi emocjami. W innych widzimy to, co mamy w sobie.
To nie jest wiedza tajemna, ani też nic niemożliwego do realizacji, a mimo to, tak bardzo nauczyliśmy się żyć poza sobą, że nie potrafimy do siebie wrócić.

Demian - Hermann Hesse

 

„Demian” został wydany w 1919 roku pod pseudonimem Emil Sinclair, tak też nazywa się narrator tej powieści. Hermann Hesse nie czuł się wtedy sobą, a to jak był ówcześnie nazywany „łotrem, który zmienia poglądy” nie działało na niego pokrzepiająco - tutaj wszelkich wyjaśnień dokona Volker Michels w posłowiu.

Młody Emil żyje w dwóch światach, w domu rodzinnym, który otacza go opieką i chroni, i poza nim, gdzie doświadcza pierwszy raz czegoś złego.
Nadal chce być tym nieskażonym, czystym dzieckiem swoich rodziców, gra zatem tę rolę dopuszczając się czynów, których nie akceptuje i których się wstydzi.
Z pomocą przychodzi Maks Demian i odcina źródło zła. Tylko czy skażona dusza może wrócić do poprzedniego stanu?
Emil zna obraz Boga, który akceptuje jedynie dobre uczynki, który stawia granicę moralności tam gdzie przemawiający jego głosem uznał za stosowne. Miota się, pije, często przekracza tę granicę, której przekroczenie w czasach dzieciństwa napawało go lękiem, a jednocześnie pragnie wrócić do tych czasów, kiedy czuł się bezpiecznie, gdy odcięty od świata zewnętrznego był czysty. 
Do jego życia wraca Demian, w towarzystwie matki, który ukazuje czym są rozterki Emila.

„Demian” jest przesiąknięty myślą
Carla Gustava Junga i jego psychoanalizą, od interpretacji snów aż do powrotu jednostki do świata zewnętrznego.
Hesse wspomina Johanna Wolfganga von Goethego, Friedricha Nietzschego, nawiązuje do Najwyższego Bóstwa w mitologii perskiej i gnostyckiej:

"Ptak wykluwa się z jajka. Jajkiem jest świat.

Kto chce się urodzić, musi świat zniszczyć.

Ptak leci do Boga. A imię Boga Abraxas”,

do którego również odnosił się Jung. Abraxas stał się dla chrześcijan demonem, ponieważ jednoczył wszystkie oblicza świata, te złe również. Ale nim nie był.

Abraxas to symbol m.in. siedmiu stopni oświecenia człowieka. Dobro i zło istnieją, i zawsze będą ze sobą nierozerwalne. A Abraxas jest po prostu jednością.

„Demian” to zapis połączenia wnętrza człowieka, jego rozdwojonej duszy, w jedność, po to, aby mógł stać się częścią zdrowego społeczeństwa.

Czytanie Hermanna Hessego jest jak obcowanie z istotą wyższą, nie wszystko od razu się rozumie, a może i nie da się w pełni zrozumieć, wszak słowa nigdy nie są jednoznaczne, ale czuje się taką wewnętrzną przyjemność, spokój. 

<(...) Widzę, że myślisz więcej, niż potrafisz powiedzieć. Jeśli jednak tak jest, to wiesz także, że nigdy w pełni nie przeżyłeś wszystkiego, co pomyślałeś, a to niedobrze. Wartość posiada bowiem tylko takie myślenie, które przeżywamy. A ty wiedziałeś, że twój „dozwolony świat” był jedynie połową świata i usiłowałeś zakamuflować tę drugą połowę przed samym sobą, tak jak to robią księża i nauczyciele. To ci się nie uda! Nie udaje się bowiem nikomu, z chwilą gdy zaczął już myśleć.>

 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 października 2017
Liczba stron: 256
Tłumaczenie: Maria Kurecka
Posłowie:Volker Michels, Przyjaciołom: Hermann Hesse
(tłumaczenie: Anna Urban)
Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator
Zastanawiałam się kilka dni jak napisać o jednej z moich ostatnich lektur, aby jednocześnie było to wystarczające, podsumowujące treść i moje odczucia oraz w jakiś sposób zachęcające, ale bez narzucania mojego toku myślenia. Żeby każdy kto przeczyta to, co napisałam, mógł ocenić czy ta książka jest dla niego. Od osób piszących na temat okołoksiążkowe wymaga się jakiejś uniwersalności, zapominając gdzieś po drodze, że my tu zwykle o gustach piszemy, własnych, a nie cudzych. 
 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 
Pisarstwo Joanny Bator znałam do tej pory jedynie z „Piaskowej Góry”, po której miałam czytać „Chmurdalię”, ale rzuciłam się na opasłe tomiszcze jakim jest „Gorzko, gorzko”.
To czteropokoleniowa saga rodzinna, której porwane losy spaja bohaterka i narratorka - Kalina, której JA otwiera i zamyka tę powieść.

Pierwsze ogniwo to Berta, która tak bardzo marzyła o lepszym życiu, że zaczęła to, które wiedzie spisywać, a powstałe teksty poprawiać, jakby to te poprawki je kształtowały, a z czasem zupełnie przestała dostrzegać rzeczywistości.
Potem poznajemy Barbarę, która w dorosłym życiu utraciła wszystko o czym marzyła, o co się modliła. Przyjęła zatem kolejny jego etap jako pokutę.
Jako trzecia na scenę wkracza heroina Violetta „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”, która całe życie pragnęła uwagi, grała zatem w teatrze, który z prawdziwym życiem wspólne miał jedynie miejsce akcji.
No i jest Kalina, która prawie nic o swojej rodzinie nie wie, jest zatem nieświadomą spadkobierczynią majątku tonącego w morzu przydasi, weków i opowieści o wilkach. A Lupus in fabula ma różne oblicza, od metaforycznych po dosłowne. Jego kły czasem pozwalają przetrwać, a czasem odbierają tę możliwość. To jak jest, zawsze jest zależne od tego jak było. Z każdej drogi można zejść, ale trzeba wiedzieć skąd wiodła.

Jeżeli nie czytaliście niczego, co napisała Joanna Bator to musicie wiedzieć, że ta pisarka to zaklinaczka języka polskiego. Wszyscy mamy dostęp do tych samych słów, ale nie u każdego one łączą się w zdania ośmiornice, będące jednocześnie opisem zdarzeń i zapisem dialogów, które tworzą piękną melodię, ale tylko wtedy gdy się chce jej słuchać.
Czas i przestrzeń są nierozerwalne i tak też jest w historiach pisanych przez Joanną Bator. W „Gorzko, gorzko” miejsca akcji są zmienne, czas zatem również. Postaci epizodyczne dają nam szczegóły, istotne  dla tła społeczno-historycznego, które wzmacniają w nas poczucie prawdziwości czytanej historii.

Od pierwszych stron „Gorzko, gorzko” urzekło mnie językiem, ale nie uwiodło prezentowaną historią. Szczątkowe informacje, były mało angażujące i czułam, że się jakoś tam mozolę, ale kiedy wszystko zaczęło się zazębiać, a historie przenikać, bo nie dość, że mamy biografię każdej z postaci, to możemy te kobiety zobaczyć oczami innych, to parafrazując Comę: obudziłam się wplątana w cudzą pościel, w cudze sny.

Magiczność w prozie Joanny Bator to wspomnienia ludzi, których już fizycznie na świecie nie ma, ale pamięć trzyma ich nadal blisko żywych, nadal kaszlą i mówią. Magiczny też jest realizm zaczynając od poczucia osamotnienia, strachu przed porzuceniem, przez
domowe wyroby mięsne, Budkę Suflera, opowieści zapewniane przez „Skandale”, wiersze Stachury i książki mające dawać wrażenie oczytania, bo o to zwykle się wszystko rozbija, o to robienie wrażenia.
Kiedy zanurzamy się w przeszłość nie odnajdujemy ponumerowanych faktów, przez co, ta ważna dla mnie, realność historii jest namacalna, nawet wtedy gdy czyny, których podejmują się bohaterki napawają mnie odrazą.

Okładka „Gorzko, gorzko” jest pięknie ukwiecona, aby wabić czytelników jak pszczoły, jednak tytuł ostrzega, że po tym nektarze miód może nie być ani słodki, ani przejrzysty.
Skończyłam tę powieść kilka dni temu i mam jakąś taką w sobie nostalgię, tęsknotę do tych historii. Bo chociaż zostały zamknięte, to ich wydźwięk zawsze pozostanie żywy.


Gorzko, Gorzko - Joanna Bator


Wydawnictwo: ZNAK
Data wydania: 25 listopada 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: literatura piękna


Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

 

Często trafiam na pytania dotyczące przyczyny czytania książek w liczbie, która może przyprawić o zawrót głowy. No bo po co aż tyle? A jakby ktoś pytał, to w tym roku raczej dwusetki nie przekroczę, ale jestem blisko. Zdarzają się i tacy, co stwierdzają, że to niewiele :)
Wymyśliłam sobie zatem cykl, w którym opowiem po co czytam, co mi to daje.
A może kogoś zainteresuję książkami, które czytałam.

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów


W ten weekend przeczytałam m.in. „Świerszcza za kominem” Charlesa Dickensa i charakterystykę jednej postaci sobie szczególnie umiłowałam, to Tackleton, fabrykant zabawek. Przyjemna persona, bez wątpienia.
Fragment poniżej pochodzi z wydania z 1988 roku, Książka i Wiedza, w tłumaczeniu Krystyny Tarnowskiej.

Świerszcz za kominem - Charles Dickens

 
„Lecz dusząc się i jątrząc w niewinnym rzemiośle fabrykanta zabawek, stał się niczym strzyga straszliwa, całe życie żerująca na dzieciach, których był nieubłaganym wrogiem. Nienawidził zabawek i za nic w świecie żadnej by sobie nie kupił, tak był przewrotny, że ze szczególnym upodobaniem nadawał odpychający wyraz twarzom farmerów, co prowadzili świnie na targ, twarzom heroldów, co biciem w dzwon oznajmiali o poszukiwaniu dusz, które adwokaci diabłu zaprzedali, twarzom kiwających się staruszek, co naprawiały pończochy lub krajały ciasto; oraz twarzom innych okazów swej wytwórczości. Ohydne maski; obmierzłe, włochate, krwistookie pajace wyskakujące z pudełek; latawce podobne wampirom; wstańki, które żadną miarą nie chciały stać i wciąż się pochylały, strasznym wzrokiem budząc w dzieciach przerażenie - wszystko to było niczym miód dla jego duszy; było jego jedyną pociechą, jego klapą bezpieczeństwa. W takiej wynalazczości wznosił się na wyżyny. Wszystko, co przywodziło na myśl konia-upiora, napawało go zachwytem”.
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów
 
I tak się podczas czytania zatrzymałam, a potem wróciłam i czytałam kilkakrotnie, żeby dokładnie tego konika zobaczyć. Jak zobaczyłam i zapamiętałam tak go zrobiłam, przy okazji umieszczając w obrazie „świąteczny klimat”.
Nie uciekam do wymyślonych światów, żeby móc znieść swój. Spotykam go tam, czasem tylko jako mignięcie, ale to mi wystarczy. Czyjeś słowa pozwalają nadać mu kształt, a jak są jeszcze do tego ładne, to co chcieć więcej?
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów



Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Cykl „Opowieści z Wieloświata” znam dobrze. Świetnie się bawiłam podczas czytania „Wiedźmy”, naprawdę!, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu - śmiałam się z perypetii zagubionej we współczesności wiekowej wiedźmy.
„Żertwa” urzekła mnie drugim dnem, mrokiem, wątkiem kryminalnym i zabawą formą. „Kuglarz” miał już trochę inne zadanie, ukrytą treść trzeba było wyłuskiwać, ale nadal była to powieść, w której się odnajdywałam i, mimo wielości przemyśleń w narracji, pozwalała mi czerpać przyjemność z rozpisanej przez Autorkę akcji.

 

Wieloświat - Anna Sokalska

 

Przyszedł czas na „Wieloświat”, czyli (chyba?) ostatnią część cyklu. I nie wiem co się stało, ale ja nie jestem w stanie tej książki przeczytać. Utknęłam przy ostatnim rozdziale drugiej części i dalej zwyczajnie nie dam rady. Czasy, kiedy zmuszałam się do czytania książki, po prostu minęły, i to bezpowrotnie.
Opisywana rzeczywistość, a jest to wizja jak najbardziej możliwej przyszłości, jest niezwykle drobiazgowa. Do tego dochodzą treści egzystencjalne, a potem dopiero postaci i ich losy. Postaci, liczba mnoga.
Nie czuję dynamiki, ani nie czuję powodu dla którego miałabym tę powieść chcieć przeczytać. Po każdej próbie czułam się zwyczajnie czytaniem zmęczona.
Pojawiają się fragmenty bardzo ciekawe jak np. losy Ygdril mające miejsce przed głównymi zdarzeniami.
Wątki ludzi, którzy powinni mnie interesować ginęły mi z oczu w, zdającym się nie mieć dna, morzu opisów. Lubię drobiazgowość, ale lubię mieć miejsce na własne przemyślenia. Lubię kiedy treści jest więcej między wierszami, a mniej zapisanej.
Nadal jest wiele symboliki, nadal można w niej dłubać i szukać jeszcze tam przesłania. Są nawiązania do różnych wierzeń, które ukazują różnorodność jako wspólnotę.

Można czytać tę część bez znajomości poprzednich, chociaż nawiązania się zdarzają, jednak nie powodują dezorientacji, to taki ukłon w stronę znających wcześniejsze książki cyklu.

Trochę mi żal, że nie znalazłam już w „Opowieściach z Wieloświata” tego, co było mi bliskie. A może to ja się zmieniłam? Nie wiem.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 18 października 2020
Liczba stron: 576
Kategoria:fantastyka, fantasy, science fiction

pod lasem opowieści - sklep

pod lasem opowieści - sklep

pod lasem opowieści - sklep

pod lasem opowieści - sklep

Czasem czuję się jakby mnie hałda różnistych różności przysypała. Wszystkie ciążą i drapią. Dają możliwości, ale wstać by z nich skorzystać jakoś nie mam siły. Do tego tego dochodzi niski poziom jasność na zewnątrz i tylko bym spała, w oczekiwaniu na promień energii, a nuż mnie trafi i porazi jak piorun oświecenia.

W oczekiwaniu na ten promień wzięłam się za tworzenie sklepu, z plakatami.
Czasem sobie coś tam pografikuję, jak akurat nie neurotyzuję, albo nie tworzę neologizmów.

plakaty z grafik i zdjęć

Na razie jest ich tam niewiele, ale z czasem będzie więcej.
Drukiem i wysyłką zajmuje się platforma, na której sklep się mieści, więc cała kwota, która się tam wyświetla nie trafia do mojej przepastnej kieszeni.

Nigdy nie byłam dobra w autopromocji, nie jestem też przesadnie entuzjastycznie nastawiona do życia, więc pewnie jedno wynika z drugiego.
Taka szybka psychoanaliza.

Jeżeli jednak postanowisz, którąś z moich opowieści przygarnąć to będzie mi naprawdę miło.

W zakładkach bloga pojawiła się nowa nazwana SKLEP i to ona przenosi po kliknięciu bezpośrednio na stronę, na której prezentują się moje mniej lub bardziej udane „opowieści”.
Poniżej wizualizacja jednej z tych pokręconych. To taka skrzydlata pani co chroni ciemną stronę księżyca.

pod lasem opowieści - sklep
*Drobne różnice kolorystyczne są możliwe.

Zapraszam do obejrzenia galerii!


SKLEP

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...