Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

 

Często trafiam na pytania dotyczące przyczyny czytania książek w liczbie, która może przyprawić o zawrót głowy. No bo po co aż tyle? A jakby ktoś pytał, to w tym roku raczej dwusetki nie przekroczę, ale jestem blisko. Zdarzają się i tacy, co stwierdzają, że to niewiele :)
Wymyśliłam sobie zatem cykl, w którym opowiem po co czytam, co mi to daje.
A może kogoś zainteresuję książkami, które czytałam.

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów


W ten weekend przeczytałam m.in. „Świerszcza za kominem” Charlesa Dickensa i charakterystykę jednej postaci sobie szczególnie umiłowałam, to Tackleton, fabrykant zabawek. Przyjemna persona, bez wątpienia.
Fragment poniżej pochodzi z wydania z 1988 roku, Książka i Wiedza, w tłumaczeniu Krystyny Tarnowskiej.

Świerszcz za kominem - Charles Dickens

 
„Lecz dusząc się i jątrząc w niewinnym rzemiośle fabrykanta zabawek, stał się niczym strzyga straszliwa, całe życie żerująca na dzieciach, których był nieubłaganym wrogiem. Nienawidził zabawek i za nic w świecie żadnej by sobie nie kupił, tak był przewrotny, że ze szczególnym upodobaniem nadawał odpychający wyraz twarzom farmerów, co prowadzili świnie na targ, twarzom heroldów, co biciem w dzwon oznajmiali o poszukiwaniu dusz, które adwokaci diabłu zaprzedali, twarzom kiwających się staruszek, co naprawiały pończochy lub krajały ciasto; oraz twarzom innych okazów swej wytwórczości. Ohydne maski; obmierzłe, włochate, krwistookie pajace wyskakujące z pudełek; latawce podobne wampirom; wstańki, które żadną miarą nie chciały stać i wciąż się pochylały, strasznym wzrokiem budząc w dzieciach przerażenie - wszystko to było niczym miód dla jego duszy; było jego jedyną pociechą, jego klapą bezpieczeństwa. W takiej wynalazczości wznosił się na wyżyny. Wszystko, co przywodziło na myśl konia-upiora, napawało go zachwytem”.
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów
 
I tak się podczas czytania zatrzymałam, a potem wróciłam i czytałam kilkakrotnie, żeby dokładnie tego konika zobaczyć. Jak zobaczyłam i zapamiętałam tak go zrobiłam, przy okazji umieszczając w obrazie „świąteczny klimat”.
Nie uciekam do wymyślonych światów, żeby móc znieść swój. Spotykam go tam, czasem tylko jako mignięcie, ale to mi wystarczy. Czyjeś słowa pozwalają nadać mu kształt, a jak są jeszcze do tego ładne, to co chcieć więcej?
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów



Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł

Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł


Książka, której nigdy nie przeczytasz - Wiktor Orzeł

Kiedy patrzę na tę okładkę widzę zeszyt. Zeszyt pełen notatek, z których muszę wyłuskać treść. Zaznaczony w kółko tytuł i personalia Autora, są jak wyłowione z morza słów.

Wiktor Orzeł w swojej „Książce, której nigdy nie przeczytasz” opisuje historię Zenona. Wolnego ducha, uwiązanego do rodziców, na smyczy zwanej pieniędzmi, który śni alkoholowo-narkotyczny sen o byciu poczytnym pisarzem. Bogaty, za sprawą majątku ojca, postrzega innych ludzi jako sieciówkowe manekiny. Przekonany o swojej wyjątkowości obraca się w wysokich, otępionych używkami, sferach elity artystyczno-intelektualnej, w pięknym mieście Krakowie.

„Łykam tabletkę, popijam ją cierpkim sokiem i wychodzę na balkon zapalić. Wrzucam zdjęcie na Instagrama, jak sobie palę i jaki jestem fajny i skacowany”.

Matka podziela umiłowanie syna do płynnych porażaczy umysłowych i zatapia się w zobojętnieniu. Ojciec w domu się hoteluje. Jest i Szofer, brany za kolejnego z niezbyt bystrych wyrobników, a i Ogrodnik, który, jak się z czasem okazuje, różne ogrody uprawia. Wszystkim usługuje Pomoc Domowa.

Opowieść jest podzielona na akty. W życiu jak w teatrze, gramy przed innymi i gramy przed sobą. Już pierwsza wypowiedź Kory - matki Zenona, wprowadza pewien dysonans. Okazuje się, że nie ma jednej prawdy, każdy w tym wielkim i jednocześnie pustym światku, na swój sposób postrzega rzeczywistość i samego artystę-pisarza. W ten sam sposób każdy z czytelników będzie postrzegał tę opowieść.

Zenon najczęściej po prostu pisze, że pisze i utrwala to w mediach społecznościowych.
To jest istotne, a nie to, co samozwańczy pisarz miałby do powiedzenia.
Im bardziej odkrywamy jego życie, tym bardziej dostrzegamy, że tu nic nie działa, że zepsute jest wszystko.
Narracja prowadzona jest z różnych perspektyw. Każdy wypowiada się tu w swój, charakterystyczny tylko dla niego, sposób.
Wszystko się sypie, wszystko dąży do upadku, tylko nie wiadomo kto upada... Ponieważ w świecie Zenona leżą wszyscy, niezależnie od pozycji społecznej, niezależnie od tego, kim się sobie wydają. W pewnym momencie nie wiemy już co tu jest rzeczywiste, a co jest tylko jego wymysłem.
Oddalamy się od Zenona, kiedy widzimy jak się stacza, jak marnuje życie, bo kogo z nas obchodzi dlaczego tak się dzieje? Z kolei kiedy opowiada o swojej drugiej stronie i jego rodzinnej relacji, pojawia się w nas jakieś ziarenko współczucia. Bo to przecież człowiek samotny, łaknący jedynie uwagi.

Wiktor Orzeł pisze prostym językiem, niepozbawionym wulgaryzmów. W świecie jego bohatera wszystko można kupić i wszystko można sprzedać. Każdą książkę można wydać, każda może osiągnąć status bestsellera, wystarczy tylko odpowiednie zaplecze finansowe.
Ludzkość wygląda mniej więcej tak:
- wszyscy wiedzą wszystko lepiej niż sami zainteresowani, każdy zna czyjeś motywy lepiej niż swoje,
- wszyscy są skłonni się zjednoczyć, ale gdy mają wspólnego wroga, najlepiej słabszego,
- wszyscy są oświeceni, oczytani, ale nic ich nie interesuje.
Permanentny ból istnienia i to na stałym połączeniu z siecią.

Wiktor Orzeł przedstawia w bardzo cyniczny sposób mechanizmy rządzące współczesnością. Podobno o pokoleniu Y, a może X, a może jeszcze innym?
Nie wiem. Według mnie zawsze byliśmy, jesteśmy i będziemy tacy sami.
Jedni przekonani o swojej wielkości, drudzy starający się przetrwać do emerytury.
Najlepsi rodzice, ale nie swoich dzieci. Najlepsi doradcy, ale radzący obcym. Skłonni do pomocy, kiedy mogą coś zyskać. Nie umiejący rozmawiać, choć potrafiący mówić.

Czy taka jest prawda? Czy jest aż tak źle?

Nadal mam nadzieję, że nie.
Autor chyba też, inaczej by tej książki nie napisał.

Każdy z nas się w tej opowieści odnajdzie, niezależnie od tego w jakiej wizji świata żyje.

Autor udostępnia swoją wcześniejszą książkę „I tak dalej” w wersji elektronicznej =>  TUTAJ.


Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Data wydania: 26 lutego 2020 roku
Liczba stron: 166
Kategoria: literatura piękna
Żywopłoty - Maria Karpińska

Żywopłoty - Maria Karpińska

Żywopłoty - Maria Karpińska
Niezależnie od tego ile mamy lat to powtarzamy: „Mogło być gorzej”, „Nic”, jak mantrę. Postrzegamy życie jak centymetr krawiecki i po każdej minionej już dziesiątce zastanawiamy się - co dalej i wracamy do: „Mogło być gorzej”, „Nic”. Pojawia się i „Jest dobrze”, ale zdecydowanie zbyt późno.

„Żywopłoty” Marii Karpińskiej to zbiór opowiadań przypominających przekrój ludzkiego życia. Narrator, rodzaju męskiego, prowadzi nas przez dziesięciolecia, które ubrane w krótką formę wymakają się postrzeganiu czasu. Wydaje się, że jest zawieszony ponad nim. Jego opowieść o sobie samym, staje się opowieścią o Tobie, o mnie. Jest stale i wszędzie.

Dorastający mężczyzna i jego wybory, decyzje, zaniechania, błędy. Każda dekada to zapis codzienności, codzienności przemian. Dojrzewania i hodowania w sobie czułości, tęsknoty do drugiego człowieka, choćby podejrzanego przez „niebieską folię”, czy zapamiętanego przez powtarzany co wieczór gest, z jednoczesnym wycofywaniem się do własnej skorupy. To niejako studium samotności, mimo nawiązywania relacji damsko-męskich przez bohatera. Nie umiemy ze sobą rozmawiać, choć jesteśmy istotami społecznymi, to wolimy się przyglądać, nie uczestniczyć, bo tak jest zdecydowanie bezpiecznej. Zadajemy pytania, ale czy chcemy wiedzieć?

<<„Naprawdę?” pytali czasem, ale to przecież zagajenie, partykuła, wtrącenie,  a nie prawdziwe pytanie i dlatego pisze się „prawdę” łącznie z „na”.>>

W niezwykle krótkich zapisach kolejnych dziesięcioleci Autorka zawarła ich esencję. Prawdę o człowieku, który zrozumiał jak wygląda świat, który mierzył wysoko, nie patrząc pod nogi, który wiedział wszystko, a nie wiedział nic, który prawdziwie zatęsknił, gdy już było za późno, który dostrzegł, jak już nie było nic. 

„Starość to niby czas podsumowań, ale gdy patrzę wstecz, nic nie widzę. Jakbym był pusty w środku, stworzony dziś rano, od razu taki - zdziadziały, zrzędliwy, zgrzybiały. Albo odwrotnie - jakbym obejmował parę życiorysów naraz, a jakby moje życie szło paroma równoległymi torami, a w każdym z nich poniósłbym porażkę, stał z boku, komentował, patrzył, nigdy jednak do końca nie uczestniczył, nie żył. Nie umiem powiedzieć, dlaczego tak się to poukładało, nie inaczej. Może od początku, od pierwszej chwili, pierwszego zdania coś poszło nie tak, umknęło, skrzywiło się i potem już takie zostało, przetrącone, nierówne”.

W opowiadaniach, które można czytać jako całość, pojawia się wiele odniesień do roślin, do cyklu ich życia. Pojawiają się też najlepsi przyjaciele człowieka - psy. Po tym jak ktoś je traktuje, możemy dostrzec to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. W oddaniu i miłości nie odnajdziemy fałszu.

Maria Karpińska opowiada językiem prostym, mówionym. Wprowadza powtórzenia, które budują komizm, nadają rytm i teksty po prostu krzyczą o czytanie ich na głos. A rozpoczęcie i zakończenie prologu dają złudzenie niekończącej się opowieści - jak melodia życia.
Czytelnik czuje jakby zanurzył się w głębi poznania, jakby przechadzał się pomiędzy ludzkimi powiązaniami, splątanymi jak korzenie, jakby to on widział i wiedział wszystko. Jakby to on był narratorem.

To jedna z tych książek, które choć zdają się skąpe w zdania, to rozrastają się w w czytelniku i nabierają sensu, kiedy zostaną przefiltrowane przez pryzmat jego doświadczeń.  A metafora, którą są tytułowe „Żywopłoty” sprawia, że pewien etap życia zaczynamy postrzegać inaczej.
 

Żywopłoty - Maria Karpińska


Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 26. lutego 2020 roku
Liczba stron: 176
Kategoria: literatura piękna

#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY

#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY


"Pudełko z pamiątkami" Katarzyny Kowalewskiej to ciepła opowieść o trudach codzienności; o prawdziwej kobiecej przyjaźni, z subtelnym wątkiem romantycznym, okraszona kilkoma kroplami smutku i obficie podlana zadziornym poczuciem humoru. 

Główną bohaterką powieści jest Asia Maciejska, trzydziestodwuletnia tłumaczka, która oddaje się wolnemu zawodowi fotografki. Tworzy ze swoimi przyjaciółkami Lilką i Wiktorią trio, które wyznaje zasadę zupełnie jak z powieści Aleksandra Dumasa: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!"
Ale jak to w życiu bywa nic doskonałe nie jest! Czasem wystarczy coś przemilczeć, oczywiście mając czyjeś dobro w zamyśle, i zaczynają się kłopoty.
Lilka właśnie wychodzi za mąż, Wiktoria jest organizatorką wesela - zajmuje się tym zawodowo, a Asia, oprócz roli druhny, wypełnia również rolę fotografa.
Wszystko zapowiada się pięknie, w końcu ślub, miłość, romantyzm, ale... przyjaciółki niekoniecznie popierają wybór Lilki. Wspierają ją jednak, jak tylko kobiety potrafią.
Traf chce, że czujne oko aparatu rejestruje pewien szczegół, który niczym ruch skrzydeł motyla uruchamia prawdziwe tsunami zdarzeń.
Dodatkowo Asia, nie zna prawdy dotyczącej jej rodziców, a babcia Maryla, która mogłaby udzielić jej wyczerpującej odpowiedzi - milczy jak zaklęta. Kiedy bohaterka zbiera się na odwagę i próbuje nakłonić babcię do zwierzeń, to dla obu nie kończy się to dobrze. Jedna trafia do szpitala, a druga musi poruszać się o kuli.
Panna Maciejska nawet spowolniona, z powodu nabytej kontuzji, nie poddaje się w odkrywaniu prawdy - zarówno tej dotyczącej jej rodziców, jak i tej zapisanej przez aparat. Po drodze zmieni życie kilku nowo poznanych ludzi i stanie się doradcą w sprawach związanych z dorastaniem.


"Fotografowanie ślubów, komunii czy chrzcin pozwala mi pozostawać w cieniu. Ludzie są tak zaaferowani przeżywaniem rodzinnych radości, że nie zwracają na mnie uwagi. Traktują jak burego kota, który chodzi własnymi ścieżkami i do nikogo się nie łasi. A to schowa się za doniczką, to znów przyczai w półotwartych drzwiach. Niewidzialny. Wyizolowany. Bezszelestny".

Rzadko zdarza mi się znaleźć w fikcyjnej postaci tak wiele punktów wspólnych jak w przypadku Asi. Mamy podobne zamiłowanie do fotografii, i podobnie się ono rozpoczęło, współdzielimy gust muzyczny, lubimy czarne ubrania i gadżety, podkreślające zadziorny charakter. Nie lubimy nadmiernego okazywania uczuć i zbyt szybkiego skracania dystansu. Pomagamy, ale nie przepadamy za podziękowaniami, bo nas peszą. Kochamy wszystko wizualizować i zawsze znajdziemy odpowiedni cytat.
Choć przez większość fabuły jest zabawnie, z powodu kłopotów, w które Aśka co chwilę wpada i jej kwiecistych porównań, to Katarzyna Kowalewska porusza wiele trudnych tematów.
Podkreśla rolę dzieciństwa w życiu dorosłego człowieka, jak przemilczenia, które choć w gruncie rzeczy miały nas uchronić przed smutkiem, to go tylko powodują.
Człowiek zawsze dąży do poznania, a jak poznać siebie, kiedy się nie wie skąd się pochodzi?
Dostrzega jak nieodpowiednie zachowania dorosłych mają wpływ na kształtowanie psychiki nastolatki.
Jak jedna nieuczciwość rodzi kolejną.
Wytyka nam ocenianie po pozorach i przez pryzmat własnych doświadczeń, które nie zawsze są dobre, a przecież lubimy generalizować.
Porusza nawet problem nierównego traktowania rodzeństwa.
Dostaje się też trochę służbie zdrowia, ale oczywiście z odpowiednią dawką humoru.


A co z mężczyznami? Oczywiście są! Miłośniczki skrupulatnych opisów, służących do wiernego wyobrażenia sobie męskich bohaterów, na pewno nie będą zawiedzione!  

Podczas czytania miałam uśmiech "przyklejony" do twarzy, nawet zakończenie, które mnie wzruszyło, nie spowodowało, że przestałam się uśmiechać. 
To piękna historia o odkrywaniu własnych korzeni, o kobiecej przyjaźni, która choć ma czasem ciche dni, to przetrwa wszystko, kiedy jest prawdziwa.
Polecam, ale i ostrzegam! Książka Katarzyny Kowalewskiej jest jak słodka babeczka, od której się nie tyje, ale niestety równie szybko się ją kończy!


Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Pudełko z pamiątkami" trafi do sprzedaży 10 marca 2020 roku.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 10 marca 2020
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa


#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

"Czarne Miasto" to debiut literacki Marty Knopik i początek cyklu opowieści z Czarnego Miasta.
Lubię treści nieoczywiste, mroczne, duszące i przytłaczające, przez które zdaje się przedzierać zaledwie kilka promieni światła.
Uwielbiam ćmy, bo choć żyją w mroku wiedzą, że światło jest istotne, zawsze zmierzają w jego kierunku. Nawet niewielka jego ilość zmienia postrzeganie, tego na co się patrzy.
To książka dla mnie, ale czy jest dla Ciebie, tego niestety nie wiem, ale postaram się przybliżyć trochę jej treść, charakter i styl, którym przemawia Marta Knopik.

To literatura piękna, a określenie tego gatunku literackiego wywodzi się z języka francuskiego, powstało przez analogię do określenia sztuki piękne. Jednak w przypadku tej pozycji nie chodzi tylko o ładny język.

Głównymi bohaterkami "Czarnego miasta" są siostry BeBe - Belinda i Bianka oraz ich matka Wanda - która zagubiła się pośród wspomnień, w przepastnych labiryntach miasta, które spowija wieczny pył, a nieustające wstrząsy bezpowrotnie je niszczą. W Roku Zaćmienia straciła męża i smutek, żałoba - uwięziły ją w samotności, a ukochane córki wyjechały do Białego Miasta.
Przez całą historię kobiety próbują się odnaleźć - w rzeczywistości jak i w wymiarze duchowym. Poznajemy przeszłość śląskiej rodziny za pomocą opowieści brzmiących jak legendy i wspomnień opisanych jak kadry z filmu, lub malowane obrazy - jedna z sióstr jest artystką.


"Jeśli chodzi o okresy prawdziwego spania, nie udawanego, lecz takiego ze snami, to Belinda, jak każdy, ma swój stały, powtarzający się w snach motyw. Najczęściej znajduje się w jakimś niepokojącym domu, gdzie porusza się wśród korytarzy, pokoi, przejść, odkrywając kolejne drzwi i kolejne. Biegnie schodami w górę i w dół. Błądzi, próbując coś znaleźć lub starając się wyjść, uciec. Są w tych snach wydłużające się w nieskończoność tunele i przedpokoje, tak że nie sposób dojść do ich końca. Są amfilady drzwi, ciągną się jedne za drugimi i każde otwierają się z trudem, bo albo zamek się zacina, albo klamka zostaje w dłoni, albo są tak ciężkie, że trzeba się z nimi mocować. Za drzwiami ktoś jest, porusza klamką. Nie wiadomo kto, ale w Belindzie budzi się zwierzęcy strach i coraz gwałtowniej szarpie się z kolejnymi drzwiami, jej serce łomocze coraz bardziej, aż w końcu budzi się zlana potem i roztrzęsiona".

Wszystko w  tej powieści ma niezwykle metaforyczny charakter, każdy kolor, każde opisywane pnącze. Książka obfituje w bardzo bogate opisy, które budują czytelnikowi przed oczami świat widziany oczami Autorki. Choć obrazy, które przedstawia są jak wyjęte z powieści fantastycznych, to opisują realne miejsca i realne wydarzenia. Wbrew pozorom nie trzeba być mieszkańcem Śląska, by zobaczyć to, co kryje się pod rozpadającym się miastem.

To emocjonalna opowieść o poszukiwaniu tożsamości, o odkrywaniu kart z przeszłości, które jawią się jak wymieszane przypadkowe zdjęcia obcych sobie ludzi. Bohaterki próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. Zmierzają po trudnej drodze do zaakceptowania starty. Czasem trzeba zawrócić by znowu zacząć żyć. Marta Knopik pisze o miłości, która mimo bariery niezrozumienia nigdy nie straciła swojej mocy. Domyśliłam się do czego cała historia zmierza, jednak to jak Autorka maluje słowem pozwoliło mi czerpać przyjemność z czytania.

W moim odczuciu to bardzo dobry debiut. Trudna treść ukryta we mgle duszącej, ponurej atmosfery. Jednak nie każdy czytelnik odnajdzie się w labiryncie, który zbudowała Autorka i wyjdzie z niego z poczuciem satysfakcji z lektury.
To opowieść dla tych którzy
lubią się zastanawiać nad tym - dlaczego coś jest w takim, a nie innym kolorze i co to może oznaczać, a wyobraźnię mają wolną od ograniczeń.

Używanie techniki opowieści jak z literatury fantastycznej, jeżeli tak to mogę nazwać, by opowiadać o codzienności - przypominało mi trochę zabiegi z "Labiryntu Fauna" książkowej adaptacji filmu Guillerma del Toro - której to podjęła się Cornelia Funke, a marzenie senne - były dla mnie jak mroczne kadry z filmu "Cela" z 2000 roku. Natomiast samo Czarne Miasto przypomina mi trochę Tymczasowe Miasto z filmu "Franklyn" z 2008 roku.
Takie mam skojarzenia, może one pozwolą Wam zdecydować czy jesteście gotowi, by odwiedzić ulice Czarnego Miasta.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 19 lutego 2020
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura piękna

#158 Pod śniegiem - Petra Soukupová

#158 Pod śniegiem - Petra Soukupová


Rodzina - grupa osób powiązanych ze sobą przez pokrewieństwo, powinowactwo lub wspólne zamieszkiwanie. Podstawowa grupa społeczna, na której opiera się społeczeństwo. Tak, mniej więcej, tę instytucję definiuje Wikipedia. 

"Pod śniegiem" Petry



Wydawnictwo: AFERA

Data wydania: 22. grudnia 2016
Liczba stron: 404
Kategoria: literatura piękna
#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Rivers of Babylon" to debiut Petera Pišťanka z 1991 roku, ale dopiero dzisiaj możemy go w Polsce przeczytać dzięki wydawnictwu Książkowe Klimaty. Wcześniej, czego dowiedziałam się za sprawą umieszczonego na końcu powieści "Słowa od tłumaczki" - Olgi Stawińskiej, można było czytać w Polsce zaledwie jej fragmenty - drukowane w czasopiśmie "Erotyka w Życiu i Literaturze", w której obok zdjęć i ilustracji pornograficznych umieszczano przekłady z literatury światowej.
Tak, tak... w "Rivers of Babylon"... szczegółowych opisów uciech cielesnych nie brakuje. 

Wszyscy bohaterowie tej powieści ucieleśniają najgorsze ludzkie cechy. Każdy chce mieć jak najwięcej pieniędzy, ale pracować nie chce nikt. Każdy żyje tylko po to - by gromadzić i wydawać, ale tylko na przyjemności. Nikt z nikim się nie liczy.
Główną postacią jest Rácz. Prosty chłop, który ma zaledwie kilka zwierząt gospodarskich. Złupiony przez krewnych, marzy o ożenku z Eržiką. Wyjeżdża do miasta w poszukiwaniu  pracy, którą dość szybko, mimo nie posiadania żadnych kwalifikacji, znajduje.
Staje się palaczem w hotelu "Ambassador" i staje się prawdziwym "szefem szefów". Bardzo szybko pnie się po szczeblach "kariery", nawet sam dyrektor hotelu staje się mu podległy. Wszyscy znoszą mu przeróżnego rodzaju fanty, byleby tylko pozwolił płynąć ciepłu w hotelowych grzejnikach.
Pieniądze gromadzi w walizce, nie dba o nie, ma ich nieograniczoną ilość.
Praca zapewnia mu wikt i opierunek. Rośnie w siłę z dnia na dzień, bo kto chciałby marznąć? Kobiety chętnie oddają mu ciało, a Adonis z niego żaden, ale ma przecież władzę.
Z czasem przebiera się w najlepsze garnitury, pija drogi alkohol - tylko dlatego, że jest drogi.
Wszelkie seksualne żądze od razu zaspokaja i nie tylko z kobietami lekkich obyczajów. Z łatwością się adaptuje do każdych warunków jakie zastaje.

"Koniec końców, w dzisiejszych czasach długi są najlepszą i najpewniejszą inwestycją".

 Z palacza do właściciela hotelu. 

Postaci jest bardzo dużo i próżno szukać tu kogoś, kto ma jakieś dobre cechy.
Plugawość, żądze, pieniądze. Każda z postaci ma przydomek, który wiele o niej mówi.
Różne narodowości i ich najgorsze przymioty. Cinkciarze, oszuści, osoby nadużywające władzy, prostytutki. Różne alkohole i narkotyki.
Język, którym ze sobą rozmawiają jest prostacki, wulgarny. Niestety - prawdziwy.
Styl, którym Autor się posługuje przypomina trochę scenariusz. Zdania są proste i opisują konkretne posunięcia postaci - jak scenki, które mają zostać odegrane.
Jest też wątek kryminalny, ale nie jest on tak oczywisty jak dzisiaj ma to miejsce.

Każda z postaci z "Rivers of Babylon" jest swojego rodzaju symbolem.
Główny bohater to przedstawiciel władzy, który mówi o sobie w osobie trzeciej i ma instrumenty do gnębienia społeczeństwa.

Video - Urban może być przedstawicielem mediów, które pokazują to, co ludzie chcą oglądać i za co chcą płacić, a nie to, co warte pokazania.
Potrafi się kompletnie zdystansować do tego co robi. Marionetka w rękach
Rácza.
Znajdziemy tu też prawnika, który również poddaje się w końcu prądowi i płynie tak, jak władza mu każe, bo konsekwencje opierania się mogą być opłakane. A ich przedsmaku miał okazję już doświadczyć.
Mamy również przedstawicielkę inteligencji, elity intelektualnej, która chętnie poddaje się temu, co oferuje jej prostak Rácz - byleby bywać na salonach i żyć, tak jak chce. Wszyscy pragniemy żyć wygodnie, a cena upodlenia cielesnego, czy duchowego nie jest aż tak wygórowana, jak się na początku wydaje.

To bardzo złożona powieść. Okrzyknięta kultową. Niepokojąco aktualna.
Możemy się podczas czytania śmiać tylko czy powinniśmy?
Bo kim chcielibyśmy być, a kim jesteśmy?
W cyniczny, prześmiewczy sposób obrazuje społeczeństwo postkomunistycznych przemian, powstawania gospodarki wolnorynkowej, ale odziera również nas - współcześnie żyjących, z poczucia wyjątkowości. Pokazuje, że niezależnie od tego w jakich czasach żyjemy, z jakiego narodu się wywodzimy, to zawsze jesteśmy tacy sami. Kierują nami te same popędy, a powiedzenie "jak zarobić, żeby się nie narobić" zawsze jest aktualne.
Każdą znajdującą się w niej metaforę, jak obrzydliwa by nie była, można uznać za prawdziwą i nie poddającą się upływowi czasu.
Życie jest jak rzeka, więc po co przeciwstawiać się jej nurtowi?



Wydawnictwo: Książkowe klimaty


Data wydania: 30. czerwca 2019
Liczba stron: 456
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Olga Stawińska

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski


#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski - recenzja - czy warto przeczytać?

"Lubiła kochankę męża.
 Nie miała jednak pojęcia,
 co stało się z jej ciałem."

Tyle właśnie powinien wiedzieć o fabule czytelnik, który postanowił przeczytać "Krok trzeci" Bartosza Szczygielskiego i ja nie napiszę o niej też nic więcej.
Choć historia tutaj przedstawiona jest kompletnie różna od tej, którą mieliśmy okazję poznać w cyklu o Gabrielu Bysiu, to parę cech wspólnych można w niej odnaleźć i ten charakterystyczny ciężki klimat.

Podczas czytania czułam się jakbym siedziała w zadymionym barze, w którym światło sączy się z nie całkiem sprawnego neonu. Klientela nie zachowuje się jakby była na wystawnym bankiecie.
Jest duszno, prawie ciemno, a dym gryzie w oczy i gardło. A mimo to siedzę, bo czuję dziwne poczucie związku z tymi ludźmi, którzy przestali wreszcie udawać kogoś kim nigdy nie byli. 

Czytam książki Pana Szczygielskiego tak, jakbym piła wysokoprocentowy alkohol. Otwieram i piję, to znaczy czytam. Zdecydowanie łatwiej mi się po nich budzi, ale też zdecydowanie dłużej je pamiętam. 

Świat przedstawiony w "Kroku trzecim" pozbawiony jest magii, choć Autor chyba lubi jednorożce. Taka prawdziwa beznadzieja codzienności. Na każdym rogu spotkamy kogoś, kto gotów nas opluć, choć nic o nas nie wie.
Żyjemy obok siebie, udajemy, że jest dobrze. Nie znamy swoich bliskich i nie znamy samych siebie.
Choć wydaje się, że to tylko rozrywka z gatunku tych mrocznych i brutalnych, często określanych jako męska, to jest to zdecydowanie coś więcej.

Szczygielski jest świetnym obserwatorem i to nie tylko kobiet, o których pisze w "Kroku trzecim". Wypomina nam m. in. nasz stosunek do osób starszych, czy odgrywanie ról, które nie mają nic wspólnego z tym, co czujemy. Jak pod szyldem troski skrywamy obojętność. Doskonale oddaje klimat małych miejscowości, w których wszyscy się znają jedynie z nazwisk.

Mistrz sarkastycznych metafor, które mnie i bawią... i zdają się idealnie wpasowywać w to, jak często cynicznie patrzę na rzeczywistość i tu już niekoniecznie jest mi do śmiechu.

Domyśliłam się w którą stronę akcja zmierza, ale nie wiem czy dlatego, że jestem uważna, czy dlatego, że wiele książek w tym gatunku przeczytałam i filmów obejrzałam, czy dlatego, że jestem świadoma tego, co w sobie mam.
To dobrze napisany thriller psychologiczny, z ciekawą zagadką, narastającym poczuciem niepokoju, z dobrze skrojonymi postaciami.
Znajdziecie tu drobne nawiązania do trylogii pruszkowskiej i znane z niej, charakterystyczne dla tego Autora połączenia rozdziałów za pomocą uzupełniających się zdań, czy poszczególnych słów.

Mój gust się zmienia, jak i oczekiwania. Nie zawiodłam się i nawet jak pozostawię książki z gatunku thrillera za jakiś czas za sobą, to dla Bartosza Szczygielskiego zawsze zrobię wyjątek.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 29. stycznia 2020
Liczba stron: 416
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

 




#149 Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu - David Wallace-Wells

#149 Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu - David Wallace-Wells

#149 Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu - David Wallace-Wells - recenzja - czy warto przeczytać?
Wyobraźcie sobie, że jako dziecko otrzymaliście piękną lalkę. Ktoś, kto Wam ją dał nie powiedział Wam, że jest unikatowa i żebyście o nią dbali.
Poza tym - jesteście dziećmi, bawicie się nią.
Powoli niszczycie jej ubranie, potem sprawdzacie co ma w środku, a z czasem wyciągacie jej kończyny z tułowia, wydłubujecie oczy i wyrywacie włosy.
Lalka trafia do kartonika, do piwnicy i tam dalej niszczeje, zapomniana.
Jesteście dorośli i widzicie w telewizji, że ktoś taką lalkę ma, ale w stanie idealnym i jest warta miliony monet. Biegniecie po swoją - wyskubaną, przecież uda się ją jeszcze naprawić. Przeszukujecie Internet w poszukiwaniu części zamiennych, dzwonicie do kolekcjonerów, próbujecie odnaleźć producenta. Nie ma. Nie istnieje. Części nie ma. Lalki nikt nie naprawi, a kasa przeszła koło nosa, przez Wasze niedbalstwo.

Podobnie jest z Ziemią - tylko Ziemia to nie lalka. No dobra, może ta metafora nie zabrzmiała tak jak powinna. 
Zawsze kiedy widzę, że ktoś gdzieś porusza temat globalnego ocieplenia dostaję wysypki. Wszystko mnie swędzi. Stresuję się, mam alergię na naszą głupotę, ignorancję, egoizm. Kiedy czytam, albo słyszę tych mlaskaczy i prześmiewców przewracających oczami drapię się mocniej. 
Inteligenta forma życia, która rozwinęła się w sprzyjających warunkach.
Tak jak pomidor w szklarni - przy odpowiedniej wilgotności i innych parametrach, które kiedy je tylko zmienić, to z pięknego i soczystego owocu - zrobią zielone i twarde coś, albo spalą roślinę i żadnego owocu nie będzie.

David Wallace-Wells w "Ziemi nie do życia" zebrał ogrom informacji z wielu uzupełniających, przenikających się dziedzin życia i wskazał jak sukcesywnie z wielką pieczołowitością i głębokim namaszczeniem doprowadzamy do wyginięcia gatunku - HOMO SAPIENS. 
Nie ma żadnego ocieplenia klimatu - słyszę i czytam od wielu lat, to propaganda dla ciemnych mas. Ciekawe, że te same osoby, które uparcie twierdzą, że nic się nie dzieje dostrzegają jednak pewne zmiany.
Pytają co jest z tą zimą? 
Gdzie jest śnieg? 
Albo uparcie twierdzą, że na tak upalne lato czekali. 

Ale to nie o to chodzi, że się zrobiło cieplej i można ramionka i brzuszki pięknie do słonka wystawić i uzyskać brąz, też swoją drogą szkodliwy, ale ja nie o tym miałam pisać. Kiedy ten słupek na termometrze się stale podnosi to niestety nie wiemy i nie potrafimy w pełni przewidzieć o ile wzrośnie dokładnie temperatura na Ziemi i jakie REALNE konsekwencje z tego będą.
Jesteśmy siedliskiem bakterii, z których większość jest dla nas samych jedynie zagadką. Co się stanie kiedy te niekoniecznie miłe i niekoniecznie pożyteczne zwierzątka w nas żyjące się zestresują? A temperatura stresuje.

Wszystko jest ze sobą na świecie połączone, jak się wszystko uzupełnia.
Podobnie jest ze skutkami naszej działalności. Odkąd rozwija się rolnictwo, odkąd się uprzemysławiamy - idziemy po swoje - prosto w niebyt i nie ma w tym żadnej tajemnicy, żadnego spisku.
Jesteśmy egoistami odkąd przychodzimy na świat i już z pierwszym oddechem zagarniamy co nasze i ciszę przecinamy wrzaskiem.
Nie chodzi o bycie zdobywcą świata i podporządkowanie sobie przyrody, że bez przyrody nas nie będzie, ale o to, że jesteśmy egoistami w stosunku do naszego gatunku.
Płaczemy, że dzieci zwierzątek nie zobaczą, bo Australia płonie i gatunki wyginą. Wstawiamy emotki łamiących się serduszek.
Kolejne pokolenia nie zobaczą zwierząt, zapewne nic nie zobaczą, bo prostu tych kolejnych pokoleń nie będzie. 

Niektórzy z nas pewnie mocno by się zdziwili - jak ogromny ma na nas wpływ stan powietrza i jak ogranicza nam procesy poznawcze.
Jak temperatura i zanieczyszczenie powietrza ma wpływ na wzrost przestępczości, na zwiększoną ilość błędów na stanowiskach pracy i spadek wydajności, mimo tego że technologie mamy przecież na wyciągnięcie ręki.

Fiksujemy się na punkcie plastiku. Plastik jest zły, ale według Autora i informacji, które zebrał - w stosunku do globalnego ocieplania to jest on jak "Paragraf 22", gdyby nie zanieczyszczenie aerozolowe powstałe z jego przyczyny to, na Ziemi już dawno byłoby dużo cieplej.
Słomki do napojów, kolejny temat zastępczy i obmiatanie sumienia z wierzchniej warstwy brudu. Tak trzeba z tym walczyć, ale to nie jest nasz jedyny problem.
Liczymy na to, że ktoś nas uratuje, że ta technologia, że postęp, że mądre głowy.
A tak w ogóle nie będziemy tak długo żyć, to po co mamy cokolwiek zmieniać?
I wracamy do egoizmu. Ale dzieci mieć chcemy i mamy.

W takim, mniej więcej, tonie Autor zwraca się do czytelnika, używa MY jakby nam rozkazywał, przy okazji nie odsuwa od siebie odpowiedzialności za to dokąd wspólnie zmierzamy. Podaje wiele informacji, które wszyscy, którzy chcą przetrwania gatunku - jak populistycznie to nie brzmi - znać.
To nie jest fatalistyczna wizja końca świata, to jest prognoza, która jeszcze daje tę, która choć głupia to - wszystkie swoje dzieci kocha - NADZIEJĘ.
To nie jest wezwanie do modlitwy i przygotowanie na boską karę.
Możemy się zmienić, ale musimy chcieć.

To jest trudna książka. Pełna danych i możliwości, które mogą stać się faktem. To dane prognostyczne - bo jak z każdą dziedziną nauki do pewnego stopnia wróży się z fusów. Sądzę, że za rok, czy dwa lata te przypuszczenia mogą być już kompletnie inne i wcale nie lepsze. Porusza problem antropomorfizacji, którą teraz kiedy Australia zmaga się z kataklizmem, widać jak na dłoni.


"Nawet doświadczając paraliżującego wpływu zmian klimatu na nasze życie, ciągle patrzymy na zwierzęta, częściowo powodowani tym, co John Ruskin nazwał "antropomorfizacją": tak się dziwacznie składa, że łatwiej może być im współczuć, być może dlatego, że wolimy nie rozliczać się z własnej odpowiedzialności, tylko choćby na chwilę poczuć ich cierpienie. Wobec burzy wywoływanej co dzień przez ludzi czujemy się najlepiej w wyuczonej pozie bezsilności".

Spory fragment tej publikacji to przypisy, które są przewodnikiem po stanie wiedzy naukowej, wszystko to, co autor napisał można jeszcze zgłębić.
Potrzeba zmiany, zmiany myślenia z JA na MY, zmiany polityki na całym świecie. Wyjścia ze sfery marzeń wiecznego życia - jak ryba w akwarium, jak dane w chmurze. Kto chce żyć nie czując nic? A wszystko staje się historią tu i teraz.

Żałuję, że tej książki nie przeczytają osoby, które powinny, bo one już teraz wiedzą lepiej co będzie, a Ziemia przecież płonie od zawsze i nic się nie dzieje.


"(...) łatwiej myślą z wyobrażeń wypaczony obraz tkać
łatwiej wierzyć jest niż wiedzieć
fałszywych nadziei smak..."
*Lipali - Ludzie 1.2



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 12. listopada 2019
Liczba stron: 344

Kategoria: popularnonaukowa

Tłumaczenie: Jacek Spólny










#148 Próba sił - T. S. Tomson

#148 Próba sił - T. S. Tomson




#148 Próba sił - T. S. Tomson - recenzja - czy warto przeczytać?
"Próba sił" T. S. Tomsona wzbudza wśród czytelników publikujących swoje opinie o książkach, na instagramie, różne emocje, choć oceny samej treści książki są i tak pozytywne, co mnie tym bardziej fascynuje.

Przeczytałam już kilka książek z wydawnictwa Novae Res.

Nie o wszystkich pisałam na instagramie, czy blogu, bo nie musiałam i czasem zwyczajnie mi się nie chciało, ale nie spotkałam ani jednej, która byłaby wolna od błędów korektorskich.


Nie wspominam o nich jeżeli nie odbiera mi to przyjemności z czytania, a jak odbiera - to nie oceniam treści książki za nie, tylko jej redakcję.



Ale do czego chcę się odnieść - od jakiegoś czasu widzę różne licytacje wśród naszych nieomylnych recenzenckich głów (mam tu na myśli również siebie - bo identyfikuję się jeszcze z recenzentami) odnoszące się do szczerości ocen i wypowiedzi.

Zwyczajnie denerwuje mnie wyliczanie jednemu Autorowi publikującemu pod skrzydłami tego wydawnictwa błędów, które wynikają z niedokładnej pracy osoby zajmującej się korektą, a w przypadku drugiego Autora nie wspominanie o tym ani słowem.

To też jest forma NIESZCZEROŚCI, bo nie wierzę, że nagle przestaliśmy te błędy dostrzegać. Nie mam nic przeciwko różnym opiniom o książkach, bo ocenia się je przez pryzmat własnego doświadczenia nie tylko czytelniczego, emocji - wrażliwości, która też nie jest w życiu człowieka stała i różnych cech charakteru.

Dobra, to przechodzę do treści książki :) 

Z notki zamieszczonej na skrzydełkach okładki wynika, że Autor lubi twórczość Stephena Kinga i Dean Koontza. Jednego i drugiego pisarza znam, obu obecnie czytam bardzo rzadko, ale obu szanuję za dorobek pisarski i umiejętność budowania klimatu - delikatnego niepokoju.
Dlaczego o tym wspominam? Bo podczas czytania "Próby sił" da się wychwycić podobny klimat. Podobny, ale nie taki sam. Nie odniosłam wrażenia, żeby T. S. Tomson chciał w swoim pisaniu być którymkolwiek z pisarzy, o których ta notka wspomina.

Akcja powieści toczy się głównie w miasteczku Tensas w Luizjanie, która to jest jedyną częścią Stanów Zjednoczonych, którą marzy mi się kiedyś odwiedzić.
Mamy czas
Świąt Bożego Narodzenia, pada śnieg, jest cicho i mroczno-magicznie.
Miasteczko oświetla latarnia zwana Migotką, która kojarzy się z latarnią morską.
T. S. Tomson nie szczędzi nam postaci i ich pokręconych historii.
Ich losy przeplatają się z koszmarami sennymi, które nie do końca tylko nimi są.
Na ulicach dostrzeżemy dziwną dziewczynkę, która jawi się jako widmo. Pojawi się równie dziwny, tańczący chłopiec.
Będziemy mieli do czynienia z szerzeniem przez człowieka przemocy - będzie gwałt, będą różne oblicza zemsty. Okaże się, że funkcja jaką się pełni niekoniecznie obliguje do bycia prawym, że niektórych rzeczy nie da się zaakceptować i nie da się o nich mówić jakby się nie wydarzyły.
Poprzez wizje i losy postaci, które choć kompletnie różne i zdające się nie mieć ze sobą nic wspólnego, została czytelnikowi opowiedziana historia dwoistości ludzkiej natury.
Objawia się to od śnieżycy i czarnych postaci, na których nie ma ani grama bieli, przez migoczącą latarnię, której spięcie wyzwala to, co w człowieku najgorsze.
Czego byśmy w życiu nie przeżyli, czego by nam nie zrobiono - to zawsze mamy wybór. Zawsze. Nikt, ani nic nie jest w stanie nas określić, liczy się tylko to - kim jesteśmy. Tymczasem będziemy świadkami wyborów bohaterów, których kolejno dokonują. Dowiemy się kim są, a za kogo się w jakiś sposób przebrali.


"(...) A we mnie samym wilki dwa
oblicze dobra, oblicze zła
walczą ze sobą nieustannie
wygrywa ten którego karmię..." 
* "Wilki dwa" - Luxtorpeda

Autor przedstawił niektóre postaci - może zbyt płasko, prosto. Jak osiłek to niezbyt inteligentny, jak ładna kobieta, to też niezbyt bystra (naprawdę nie domyślała się czym te cyfry mogą być? :D), jak stręczyciel i przestępca to musi dokonać zemsty i nie musi uciekającej przed nimi kobiety specjalnie szukać. Ale... to fikcja, a my i w rzeczywistości bywamy mało logiczni.

Fabuła jest przemyślana, nie ma tu przypadkowości. Są związki przyczynowo - skutkowe zdarzeń. Książka ma się czytać dobrze i lekko, to nie traktat filozoficzny, a horror - rozrywka, a niektórych momentach ma nam dać poczucie, że żyjemy w lepszym świecie.
Autor potrafi bawić się emocjami, opis ostatnich chwil Eddiego i Megan, i to skąd się wzięła Scar (pies) jest doskonałym przykładem.  
Obrazy m. in. snów, które opisuje są sugestywne i można je sobie dokładnie wyobrazić. Styl jest prosty i przyjemny.  
Przeczytałam parę książek w życiu, i parę horrorów też, ale znawcą gatunku nie jestem :) Bawiłam się dobrze.
Ode mnie 7/10 i nie tylko dlatego, że mamy podobny bałagan w głowie :D

Dziękuję za egzemplarz Autorowi :)

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 11. grudnia 2019
Liczba stron: 378
Kategoria: horror

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...