Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lira. Pokaż wszystkie posty
Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Cykl „Opowieści z Wieloświata” znam dobrze. Świetnie się bawiłam podczas czytania „Wiedźmy”, naprawdę!, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu - śmiałam się z perypetii zagubionej we współczesności wiekowej wiedźmy.
„Żertwa” urzekła mnie drugim dnem, mrokiem, wątkiem kryminalnym i zabawą formą. „Kuglarz” miał już trochę inne zadanie, ukrytą treść trzeba było wyłuskiwać, ale nadal była to powieść, w której się odnajdywałam i, mimo wielości przemyśleń w narracji, pozwalała mi czerpać przyjemność z rozpisanej przez Autorkę akcji.

 

Wieloświat - Anna Sokalska

 

Przyszedł czas na „Wieloświat”, czyli (chyba?) ostatnią część cyklu. I nie wiem co się stało, ale ja nie jestem w stanie tej książki przeczytać. Utknęłam przy ostatnim rozdziale drugiej części i dalej zwyczajnie nie dam rady. Czasy, kiedy zmuszałam się do czytania książki, po prostu minęły, i to bezpowrotnie.
Opisywana rzeczywistość, a jest to wizja jak najbardziej możliwej przyszłości, jest niezwykle drobiazgowa. Do tego dochodzą treści egzystencjalne, a potem dopiero postaci i ich losy. Postaci, liczba mnoga.
Nie czuję dynamiki, ani nie czuję powodu dla którego miałabym tę powieść chcieć przeczytać. Po każdej próbie czułam się zwyczajnie czytaniem zmęczona.
Pojawiają się fragmenty bardzo ciekawe jak np. losy Ygdril mające miejsce przed głównymi zdarzeniami.
Wątki ludzi, którzy powinni mnie interesować ginęły mi z oczu w, zdającym się nie mieć dna, morzu opisów. Lubię drobiazgowość, ale lubię mieć miejsce na własne przemyślenia. Lubię kiedy treści jest więcej między wierszami, a mniej zapisanej.
Nadal jest wiele symboliki, nadal można w niej dłubać i szukać jeszcze tam przesłania. Są nawiązania do różnych wierzeń, które ukazują różnorodność jako wspólnotę.

Można czytać tę część bez znajomości poprzednich, chociaż nawiązania się zdarzają, jednak nie powodują dezorientacji, to taki ukłon w stronę znających wcześniejsze książki cyklu.

Trochę mi żal, że nie znalazłam już w „Opowieściach z Wieloświata” tego, co było mi bliskie. A może to ja się zmieniłam? Nie wiem.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 18 października 2020
Liczba stron: 576
Kategoria:fantastyka, fantasy, science fiction

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis

„Nie ma usprawiedliwienia dla dobra okupionego cierpieniem. Nie dla mnie, bo widzę, jak w tej kosmicznej skali wzajemna relacja między dobrem a złem niweczy obie te sfery, zło i dobro anihilują w zetknięciu ze sobą, przechodzą jedno w drugie”.

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis


„Łąka umarłych” po raz pierwszy została wydana w 2010 roku, a w tym roku Wydawnictwo Lira wypuściło na rynek wersję rozszerzoną, wzbogaconą o zakończenie należne jednemu z bohaterów, jak określił Autor w jednym z wywiadów, które miałam możliwość przeczytać. 

Akcja powieści toczy się w trzech planach czasowych, a mianowicie w latach: 1942, 1970 i 1996. Punktem wspólnym jest oczywiście miejsce, czyli mała, osadzona na uboczu wioska - Wielkie Lipy i postacie, które w różnym stopniu są ze sobą powiązane.

Początek „Łąki umarłych” jest przesiąknięty aurą niepokoju, w niektórych momentach nawet grozy. Chrzęszczący śnieg, nieprzyjemna droga do wioski, majaczące pomiędzy drzewami sylwetki i informacja, że na terenie Wielkich Lip stoi tajemniczy klasztor. To wszystko pobudza wyobraźnię i sprawia, że samemu brnie się przez te śniegi. 
Potem ta wyobrażona groza ustępuje miejsca czemuś zupełnie innemu. Bo to, tak pokrótce, powieść o złu, ale tym przyziemnym, ludzkim. O demonach brutalnej przeszłości, które stale o sobie przypominają.

Powieść otwierają wydarzenia z 1996 roku, w których poznajemy Karla Straucha, byłego niemieckiego żołnierza, który wybiera się do rzeczonej wioski.
Następnie robimy skok w tył i lądujemy w 1970 roku, gdzie główny bohater, Andrzej Hołotyński, przyjeżdża do Wielkich Lip po śmierci ojca (Jerzego Hołotyńskiego) chcąc obejrzeć pracownię zmarłego i zaspokoić ciekawość.
W książce istnieją równie głośno wydarzenia z 1942 roku, za sprawą pamiętnika Jerzego Hołotyńskiego.
Wszystko się ze sobą dobrze spaja. Nie miałam poczucia dezorientacji, pomimo zastosowania różnych planów czasowych - powieść czyta się płynnie.
Na ogromne uznanie zasługuje język postaci, wszystkich postaci. Każdy wypowiada się w charakterystyczny dla niego sposób. Marcin Pilis stosuje kreację językową, która dodaje całej opowieści realizmu. Bo choć książka jest fikcją literacką, to jest prawdziwa. Wydarzenia jakie opisuje nie są kompletnie zmyślone. Polska historia nie rysuje się tylko tak, jak niektórzy z nas pragnęli wierzyć, a być może jeszcze znajdą się i tacy, którzy nadal wierzą, że jesteśmy jedynym narodem w historii świata, który doświadczył krzywdy, a nikomu jej nie zadał. 

Poruszana przez Marcina Pilisa tematyka nie jest dla mnie niczym nowym, może gdy była wydana po raz pierwszy kogoś zszokowała. Mam jeszcze w pamięci jakie kontrowersje wzbudzał film Władysława Pasikowskiego, z Maciejem Stuhrem w roli głównej. Nie jestem jednak pewna czy szok właśnie chciał wywołać Marcin Pilis, który wykorzystał niełatwe polsko-żydowskie relacje, by opowiedzieć o współistnieniu dobra i zła, i konsekwencjach jakie niesie ze sobą przekraczanie granicy, która w tym związku nigdy nie jest stała.
Nie wiem również czy określenie, którego użyłam tzn. „wykorzystał” jest odpowiednie, bo Autor w żaden sposób nie przesadza w opisach wydarzeń, które miały miejsce podczas wojny. Nie gra na emocjach czytelnika rozbudowanymi opisami. Pamiętnik, który stanowi zapis tego, co miało miejsce w Wielkich Lipach, ma bardzo reporterski charakter.
Choć to fikcja, to powinniśmy mieć świadomość, że takie zdarzenia miały miejsce, bo źli ludzie byli wszędzie, niezależnie od pochodzenia narodowościowego. I nadal są.

To powieść zróżnicowana. Pojawiają się w niej różne wątki, w tym romantyczny i taki, który określiłabym mianem kryminalnego, a nawet rozważania filozoficzne. 
Wszystko jest wyważone. Pamiętajmy, że to mimo wszystko książka, która ma za zadanie przykuć uwagę czytelnika i być dla niego głównie formą rozrywki, a dopiero potem mówić coś więcej. 
Osobiście jednak wołałbym mniej wydarzeń oscylujących wokół brutalności (tej z 1970 roku), a więcej niedopowiedzeń, ale... to tylko moje osobiste preferencje. Podejrzewam, że wtedy powieść straciłaby na dynamice, a chyba tego większość czytelników szuka. Trochę irytujące było odkrywanie prawdy przez żeńską bohaterkę. Rozumiem, że to co nas dotyczy i co mamy pod nosem niekoniecznie jest dla nas oczywiste, ale mimo wszystko (chyba?) szybciej realni ludzie łączą fakty. Ale to częsty „problem” książkowych bohaterów... Czytelnik ma się czuć bystrzejszy...?

„Łąka umarłych”, jak  dla mnie, jest napisana z dużą sprawnością językową i kreacyjną. Autor buduje napięcie, wprowadza postaci, intryguje, odsuwając w czasie podanie informacji, których łaknie czytelnik. 
Wprowadza wzmianki, które pokazują, że nikt nie jest tylko zły albo tylko dobry. Dostrzegamy w antagoniście jakieś formy odsunięcia od siebie sprawstwa. Jednak czy to jest sumienie? Zaczynamy, więc wątpić w słuszność naszego początkowego osądu i jest to znakomity zabieg.

To dobra powieść, która, mam taką nadzieję, zostawi czytelnika z przemyśleniami, bo czy aby na pewno antysemityzmu w nas nie ma?
Chyba często nie jesteśmy świadomi tego, jak niektóre krzywdzące powiedzenia wrosły w naszą codzienność i pleciemy je bez zastanowienia. Widuję je i słyszę nawet u osób deklarujących oczytanie. Nie jestem bez winy, jako dziecko powtarzałam określenia, których znaczenia nie rozumiałam.
Słyszymy, powtarzamy i niespecjalnie nad tym się zastanawiamy, a lata kształcenia nie zawsze kończą się sukcesem, gdy brak zwyczajnej, jakby się mogło wydawać, refleksji. 


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 16 września 2020
Liczba stron: 480

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Obiecaj mi rozwikłanie niezwykłej tajemnicy, akcję osadź w lesie, dodaj trochę bagien, torfowisk, szeptów, połącz to z niezwykłą istotą i jestem kupiona.

Tak właśnie zapowiadał się literacki debiut Karoliny Stępień, dlatego się do niego po prostu... zapaliłam. Wyobraziłam sobie czytanie w jesiennej atmosferze z akompaniamentem deszczu i rozgrzewającą herbatą na podorędziu. Aura wysłuchała chyba moich marzeń i w ostatnich dniach miałam w swoim regionie odpowiedni klimat do przechadzania się po Conetoe, bo tam toczy się akcja „Szczęścia rodziny Marsdenów”.

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

 

Głównymi bohaterkami są siostry Marsden: Elenor, Clementine i Ginger, wspomagane przez syna szeryfa Dirka Brewera. Wujek dziewcząt zaginął przed dwudziestu laty i nieoczekiwanie na torfowiskach zostaje odnalezione jego ciało. Jest dobrze zachowane z uwagi na pogrzebanie w torfie, który doskonale konserwuje. Powoli odkrywamy tajemnice i oceniamy czy rodzina Marsdenów jest rzeczywiście pechowa.
W tle pojawia się opuszczony dom, naścienne malunki i opowieści o szalonej kobiecie. Atmosfera gęstnieje podsycana stylem Karoliny Stępień, który snuje się niczym poranna mgła, ale nie niepokoi. Ta mgła jest lekka wręcz eteryczna, jakby ktoś opowiadał legendę, ale... no właśnie mam kilka „ale”, bo zupełnie mnie ta historia nie kupiła.


Styl, o którym wspomniałam robi na mnie dobre wrażenie, zdaje się być idealny do opisywania historii z dreszczykiem, ale jego mglista natura objawia się i w postaciach, które powinny grać pierwsze skrzypce. Wszyscy są trochę jak duchy, brakuje im umocowania w opowieści, charakteru.
Ja im niestety nie wierzę, ani w to, co się stało w przeszłości, ani w to, co dzieje się aktualnie. Zdarzenia, poszukiwanie prawdy to klisze znanych i opowiadanych historii, brakuje mi jakiejś formy wyjątkowości. Lubimy to, co znamy, ale niekoniecznie opowiadane w znany już sposób.
Mimo że interesowało mnie jak Autorka poprowadzi wątek tajemnicy wiążącej siostry i ich rodziców (ponieważ ta interesowała mnie najbardziej), której, tak na marginesie, rozwiązanie mnie zawiodło (spodziewałam się wielkiego „bum” tego, że mgła opadnie - jednak nic takiego się nie stało), to czułam zmęczenie tą historią, jakby mi ktoś wyciągnął wtyczkę.

Na początku pojawią się fajne zabawy ze stylem, który naprawdę robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Mamy np. na początku rozdziałów: „Urodziło się ich troje”, a w kolejnym i innej historii „Urodziło się ich czworo”. Fajnie się to spajało. Powtarzają się niektóre informacje, które wydawały mi się celowym zabiegiem, mającym nadać baśniowości opowiadanej historii (np. „Siostry Marsden w pewien sposób doświadczyły już śmierci. Nie dosłownie, oczywiście, ale to równie dobrze mogłaby być śmierć. Bo Mya Marsden była dla nich martwa”.), jednak kiedy przestały się pojawiać, a zaczęłam widzieć kolejne powtórzenia typu „usta zaciskał w wąską linię” lub postaci zbyt często wycofywały się tyłem, to ma wiara w celowość się rozwiała, ustępując miejsca niedokładnej redakcji.

Książka jest zakwalifikowana jako
kryminał/sensacja/thriller, jednak dla mnie to taka trochę młodzieżowa historia obyczajowa, dotykająca problematyki rodzinnych tajemnic, przemilczeń, które szkodzą, delikatnie ocierająca się o problematykę piętnowania inności.
Karolina Stępień w fajny sposób umieszcza w swojej powieści przyrodę, jest ona jakoby jednym z bohaterów. Znajdziemy tu wiele miejsca dla wyobraźni i odwołań do potęgi myśli. Wiele opisywanych zdarzeń ma bardzo oniryczny charakter, ja lubię takie zabiegi, więc dla mnie jest to plus tej powieści. Rzeczywiste i nierzeczywiste się ze sobą miesza.

Niestety dla mnie jest to książka, której treść zaraz uleci z mojej głowy, jak ta poranna jesienna mgła, a liczyłam na coś więcej.


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 sierpnia 2020
Liczba stron: 368
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller


Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Mówimy, że każdy medal ma dwie strony, a co z jego rantem? Można medal na nim postawić, dzięki niemu się toczy i obraca. Wiemy, że jest, ale nie przywiązujemy do niego większej wagi. Dobro i zło, zawsze razem... A pomiędzy nimi, to naprawdę nic nie ma?

Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Podobnie jest z naszym światem. Jesteśmy my, zwykli zjadacze chleba, i oni, czyli po prostu ci, którzy wpływają na naszą codzienność.
Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, no ale tam gdzie są wielkie pieniądze, tam kształtuje się obraz tego, co jest i będzie, a nawet tego co było.

Co z tymi wszystkim zjawiskami, których jak twierdzimy nie da się wytłumaczyć? Człowiek musi wszystko zmierzyć, sprawdzić, policzyć. Nawet to ile razy można złożyć kartkę.

Osobiście twierdzę, że nie ma takich rzeczy, których wytłumaczyć by się nie dało, bywają jedynie dla nas niezrozumiałe. Jednak nie jestem kompletnym sceptykiem, pozwalam sobie na wiarę, w niektóre sprawy, ponieważ czasem jest ona lepsza niż wiedza. Daje nadzieję.

Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Kompletnym sceptykiem zaś jest Olaf Limba, główny bohater „Trzeciej strony medalu”, debiutanckiej powieści Dariusza Grochala.
Limba to dziennikarz śledczy, który otrzymał literacką Nagrodę Nobla za reportaż ujawniający wiele tajemnic i zbrodni komunistycznej Polski. Dziennikarz ujawnił wiele nazwisk, pokazał, jak sądził, prawdę, choć nie chciał by ktokolwiek ponosił karę za to, co kiedyś robił. 

Dla Limby liczy się tylko prawda. Nic poza nią. A czym prawda rzeczywiście jest?

Na jego drodze pojawia się bardzo bogaty człowiek - Bernard Kubacki, kiedyś związany ze Służbami Bezpieczeństwa. Bernard to mruk, który rzuca „mięsem” non stop, wszystkich traktuje z góry. Jednak, mimo wszystkich negatywnych cech i niejasnej przeszłości, wzbudza sympatię czytelnika.
Od początku za bardzo nie wiemy co się na tej arenie zdarzeń dzieje. Poznajemy postacie fragmentarycznie i można odnieść wrażenie, że te migawki z przeszłości, czy jakieś przypadkowe wzmianki niczemu nie służą.
Jednak kiedy spojrzy się już na całość opowiadanej przez Grochala historii, wtedy widzi się jakie znaczenie miały one dla kreacji psychologicznej postaci i jej przemiany.

Olaf chce prawdy, a Bernard staje się środkiem prowadzącym do niej. Wikła się w układ z nim. Staje się świadkiem dziwnego zdarzenia, które uruchamia kolejne. Hipnoza, reinkarnacja, tajne stowarzyszenia. Prawda, która okazuje się inna niż twierdzą zapisy historyczne.
W „Trzeciej stronie medalu” stale unosi się gęsta atmosfera tajemnicy, podsycana przez kolejne postacie.
Ten klimat przypominał mi trochę „Czarne słońce” Jamesa Twininga, które czytałam lata temu.
Olaf zbiera strzępki informacji i próbuje je poukładać, a kiedy jest już, jak mu się wydaje, blisko prawdy, to wszystko się rozsypuje.
Do tego coraz częściej pojawiają się u niego niezwykle męczące koszmary senne.

Wszystko fajnie współgra z problematyką ludzkiej wiary, która przekazywana z pokolenia na pokolenie stała się tradycją. Z jednej strony wszystko chcemy mierzyć i badać, a z drugiej powtarzamy (bezrefleksyjnie) wyuczone schematy.

W „Trzeciej stronie medalu” pojawia się również wiele rozważań na temat ludzkiej natury, filozofii życia, poznania natury wszechrzeczy. Człowiek chce wszystko wiedzieć, ale dużo łatwiej uwierzyć mu w tajemnicze wędrówki dusz, prastare rytuały niż w prawdę, która nie jest aż tak ukryta i magiczna, jak przyjął.

Powieść Dariusza Grochala przeczytałam nie odkładając jej ani razu. Tak bardzo chciałam poznać tę prawdę, że w ogóle jej nie widziałam.
Czasem wątpiłam, śmiałam się pod nosem, bo dokąd ta akcja zmierza, czy to fantastyka, czy co? I dostałam po nosie. Dotarłam do ostatniej strony i sprawdzałam czy to nie błąd, czy mój egzemplarz czasem nie został źle wydrukowany, z pominięciem kilku rozdziałów... Nie, zdecydowanie niczego w nim nie brakuje, choć jest kilka błędów korektorskich.

Jako fascynatka historii przedstawianych w „Niewytłumaczalnych zjawiskach” Viktora Farkasa, nie mogłam po prostu nie bawić się wyśmienicie, brnąc przez zagadki, u boku Olafa Limby. 





Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 12 sierpnia 2020
Liczba stron: 288
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Swego czasu czytałam praktycznie same kryminały przeplatane dreszczowcami i tak czytałam, że straciłam do nich zapał, bo ile można czytać podobnych fabuł? No... stale się nie da.Dziś czytam je zdecydowanie rzadziej i w sumie to nie wiem czy się w nich odnajduję, ale próbuję. 
 
Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski


„Wiwisekcja zbrodni” Andrzeja Janikowskiego może odstraszać objętością, bo choć lubimy czuć w ręce ciężar nowej książki, to najlepiej by miała ona około 350 stron, a tutaj mamy ich aż 576.

Głównym bohaterem jest Roman Sadowski - podkomisarz wrocławskiego wydziału do walki z terrorem kryminalnym. Sam podkomisarz jest już dość w swoim, typowym dla bohatera kryminału obciążeniu doświadczeniem, nietypowy. Tak, tak nietypowy.
Zanim znalazł się w szeregach policji próbował różnych opcji i jedna z nich była mocno „uduchowiona”. To człowiek wrażliwy i wykształcony wysławia się więc o wiele lepiej niż znani nam literaccy policjanci. Przyznaję, że to ciekawy pomysł i konsekwentnie realizowany na kartach „Wiwisekcji zbrodni”.

Sadowy ma pomocnika jest nim sierżant Jerzy Madrygałkiewicz. Para świetnie się uzupełnia w pracy i w dialogach.
Jest więcej postaci, które lubią sobie „pofilozofować”.

We Wrocławiu zaczynają się pojawiać okaleczone zwłoki, które na początku zdają się sugerować religijnego fanatyka, ale im więcej zwłok i poszlak tym, mniej zdaje się do siebie pasować.
Pojawiają się różne wątki, które w miarę jak akcja się rozwija uzupełniają się. Jest ich bardzo dużo.
Autor lubi się z historią powszechną i historią chrześcijaństwa, jest też fascynatem szachów i takie cechy posiada Roman Sadowski i takimi m. in. wątkami jest naszpikowana fabuła, która w niektórych momentach idzie pod rękę z sensacją.

Styl Pana Janikowskiego jest bogaty. Bohaterowie mówią dość wyszukanym słownictwem i nie ma w tym nic złego, bo rozumiem, że taki był zamysł. Wykształcenie i zainteresowania Sadowego do czegoś zobowiązują,n pozostaje w podobnym tonie. Trochę trudno mi jednak uwierzyć, że zwykli, podrzędni przestępcy stosowaliby określenia w stylu „rzutki”, mniej w tym przypadku znaczyłoby więcej - dodałoby, według mnie, realizmu.
Ogólnie cała kreacja językowa stoi w kontrze do brutalności z jaką mamy do czynienia na kartach „Wiwisekcji zbrodni”, kompletnie się tego nie spodziewałam - i w trakcie czytania zadawałam sobie pytanie: po co aż tak?, po co aż tyle? I chyba wiem...

Odniosłam wrażenie, że „Wiwisekcja zbrodni” to jest wiwisekcja każdej zbrodni.

Kiedy spotykamy się z brutalnością, z bestią w ludzkiej skórze, zawsze zadajemy sobie pytania:
- jak do tego doszło,
- dlaczego,
- skąd to się w mordercy wzięło,
a Andrzej Janikowski te możliwości nam przedstawia.
Zadaje też wiele pytań, np. o to ile jest zła w łapiącym takiego zwyrodnialca i czy da się patrzeć w otchłań, i samemu się złem nie skalać.

Dlaczego niektórzy są praktycznie predysponowani do łapania przestępców?

Wiele jest na kartach „Wiwisekcji zbrodni” rozważań o sensie życia, o tym do czego dąży człowiek i po co.

Autor zwinnie nawiązuje do bliższej i dalszej historii Polski, Wrocławia, ale nie tylko, bo i do popkultury, czy sytuacji politycznej, społeczno-ekonomicznej.
Czuć wiedzę na każdej ze stron tej powieści. Poczucie humoru Janikowskiego jest bardzo „moje”.
Znalazłam również ogrom świetnych metafor!, tylko nie wiem czy niektóre nie są za podniosłe jak na kryminał i ten ogrom okrucieństwa, który czytelnikowi serwuje - znowu to „mniej znaczy więcej”.

Czułam się jakbym oglądała serial, który pod płaszczem łatwo przyswajalnej sensacji przemyca wiele treści o historii człowieka i natury przemocy.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 czerwca 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: kryminał
Raróg - Anna Sokalska

Raróg - Anna Sokalska

Raróg - Anna Sokalska Ze stylem Anny Sokalskiej spotkałam się już w „Opowieściach z Wieloświata” („Wiedźma”, „Żertwa”, „Kuglarz”) i bardzo przypadł mi do gustu.
Autorka nie boi się eksperymentów z formą, lubi zdania wielokrotnie złożone, co jest dziś chyba już rzadkością i zawsze „mówi” między wierszami. 

„Opowieści z Wieloświata” były osadzone głównie w fantastyce, z uwagi na nawiązywanie do mitologii słowiańskiej.  
„Raróg” również jest przesiąknięty odniesieniami do naszej rodzimej mitologii, jednak w zupełnie innej formie. Przejawia się ona w nazwiskach bohaterów, w pseudonimach, czy w wewnętrznej walce jaka zachodzi w głównej bohaterce.

Sonia Kosowicz, bo tak nazywa się protagonistka, jest córką bossa lokalnej mafii, który został zamordowany latem 1985 roku, kiedy miała ona zaledwie 5 lat. Kobieta żyje pragnieniem odkrycia prawdy: kto stał za śmiercią jej taty (Wołosa) i co się stało z jej matką. Czuje, że dopóki tego nie odkryje nie będzie mogła żyć własnym - normalnym życiem, z „dobrym mężczyzną” u boku.
Mimo tego, że Wołos nie żyje, mafia nie zasypia gruszek w popiele, spokój był tylko złudzeniem.

Pojawiają się zwłoki młodej kobiety i rozpoczyna się jednocześnie: śledztwo - w celu ustalenia, kto i dlaczego zabił, w szeregach mafii rozpoczynają się czystki, a Sonia jest coraz bliżej odkrycia własnej przeszłości.
Wszystko się ze sobą miesza, w niektórych momentach nawet bardzo, z uwagi na narrację z perspektywy głównej postaci, która miewa problemy z ustaleniem tego, co istnieje, a tego co się jej jedynie wydaje, a to ona przecież prowadzi śledztwo.

Myślę, że mogę pokusić się na stwierdzenie, że powieść dzieli się na dwie części. Wątek kryminalny, zawiązany na początku, który, mniej więcej w połowie, zaczyna schodzić za dalszy plan, zostaje zdominowany przez życie wewnętrzne bohaterki. Jej rozważania na temat niejako dziedzicznej powinności kroczenia drogą przestępstwa, walczą z tym, jak żyje, jest przecież przedstawicielką prawa. Im bardziej zapada się w mroczne podwoje gangsterskich powiązań, tym bardziej traci jasność oceny sytuacji, a tkwiąca w głowie „pamiątka” jej tego nie ułatwia. Sonia patrzy, ale nie widzi. Wycofuje się do siebie i jej życie duchowe niejako przejmuje rolę narratora.
I tu obawiam się trochę o utrzymanie zainteresowania czytelnika literatury kryminalnej.

Anna Sokalska stworzyła opowieść niestereotypową, niebanalną. Kroczy, chyba, po nieodkrytych jeszcze terenach. Sądzę, że jest to dobra droga, widać że Autorka się nie boi i nie wpada w pułapkę schematów.
Nawiązuje do mitologii słowiańskiej w sposób przemyślany i nienachalny. Pokazuje, że odwołania do różnych religii, symbole można odnaleźć wszędzie, bo są one związane z filozofią, która, chcąc nie chcąc, wypełnia życie każdego człowieka, a rozważania na temat wolicjonalości zawsze będą przedmiotem dyskursów na różnych polach.

Jak dla mnie Pani Sokalska pokazała, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i że jest w stanie połączyć wiele swoich zainteresowań w jednej historii i nie przesadzić.
Nie wiem jednak, czy trafi ze swoim bogatym stylem wypowiedzi, do szerokiego grona odbiorców. Nie potrafię tego przewidzieć, choć obserwuję z uwagą jak czytelnicze gusta się kształtują. 
Życzę jej tego z całego serca, bo podobnie jak Ona lubię słowa i nieograniczone możliwości jakie daje ich zmyślne łączenie.






Wydawnictwo: Lira

Data wydania: 22 maja 2020
Liczba stron: 336
Kategoria: kryminał psychologiczny
Czas Wagi - Aleksander Sowa

Czas Wagi - Aleksander Sowa


Czas Wagi - Aleksander Sowa

W czerwcu 1997 roku na warszawskiej Pradze, ktoś uprowadza Sarę, córkę milionera. Zamknięta w ciemnym pomieszczeniu, nie odróżnia dnia od nocy, jest tam bita i gwałcona. Zrozpaczony ojciec powiadamia policję, wynajmuje detektywa, a Sary nie ma.
Ciszę przerywa żądanie okupu, które bogacz realizuje, jednak córka nadal nie wraca do domu. Rodzina porwanej powiadamia media i wybucha afera. Pospieszne decyzje, które miały ją załagodzić przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Grupą policyjną ma dowodzić nowa osoba, kobieta, podinspektor Maria Stefańska, wkrótce zwana przez podwładnych pieszczotliwie Marysią (skojarzenia z pewnym polskim filmem słuszne). Marysia ma tabelki, które chce wypełnić, Marysia była i jest policjantką zza biurka, Marysia ma władzę i Marysi wydaje się, że wie co robi.
Do sprawy zostaje przydzielony Emil Stompor. Policjant prawdziwy, taki który miał i nadal ma misję. Ma też cięty język, który kreśli jego myśli bez zbędnej dyplomacji. Stompor jest inteligentny, ma na wszystko odpowiedź, zawsze trafną, zawsze szczerą i rzadko miłą, no może nawet... nigdy miłą.

Fabuła jest oparta na prawdziwym i głośnym porwaniu. Ale to nie jedyna z możliwości, z których skorzystał Aleksander Sowa by nadać jego książce realizmu.
Postaci, w większości męskie, mówią surowym językiem, a wulgaryzmy pojawiają się dość często i... zawsze stanowią idealne wzmocnienie wypowiedzi. Radio gra utwory z tamtych czasów, wspominamy przez moment Anastazję P., spółkę ART B., czy wielką powódź. Nie byłam wtedy dorosła, ale gdzieś w odmętach pamięci mam zapisane znaki szczególne tego okresu i podczas czytania „Czasu Wagi” realnie przeniosłam się w czasie.

Porwana Sara wypowiada się w osobie pierwszej, można poczuć to, co ona przeżywa,
nie tylko za sprawą emocji. Autor nie pomija niczego, nawet zapachu. Daje to możliwość zżycia się z ofiarą.

Rzadko kiedy żywię jakieś uczucia do głównego bohatera, jest mi on całkowicie obojętny, interesuje mnie historia jaką ma do opowiedzenia. Jednak w przypadku Emila Stompora, sprawa ma się inaczej. Jego kąśliwe uwagi, wieczne niezadowolenie i ciągłe poczucie winy, że robi zbyt mało, sprawia, że naprawdę lubię tego człowieka i go rozumiem. Jest w tej swojej fikcyjności, mało fikcyjny. A partner Stompora, Kosar, alter ego Autora?, jeszcze bardziej ten realizm potęguje, zwłaszcza kiedy początek i koniec historii się spinają.

Aleksander Sowa przedstawia powiązania, układy, układziki. Pokazuje kto naprawdę rządził, kto decydował o tym, o czym się mówiło i jak się mówiło. Kto decydował o tym, co opinia publiczna ma wiedzieć i że zawsze chodziło o to samo - posiadanie władzy i pieniądze. Prawdziwi przestępcy, bandyci, na takich nie wyglądali, piastowali wysokie stanowiska.
Nieważne jak zasobne mamy portfele i z jakiej rodziny pochodzimy, zawsze kierują nami te same, mało szlachetne, pobudki. Zdarzają się jednostki posiadające ideę, próbujące coś zmienić, ale kijem rzeki, niestety,
się nie zawróci. 
Przeczytałam w jakiejś z opinii, że Aleksander Sowa opisuje minione czasy, i tak się zastanawiam, czy tak faktycznie jest? Chciałabym móc w to wierzyć. Ale nawet radia grają te same przeboje.

Intensywna, surowa, kryminalna rozrywka, jak dobry film. W którym wszystko słychać, choć nie ma fonii, w którym postaci są prawdziwe, choć można je sobie tylko wyobrazić.
Historia, o której człowiek myśli długo po ostatniej scenie, bo ma świadomość, że jest oparta na kanwie prawdziwych wydarzeń i że nie jest to tylko cichnąca melodia przeszłości.





Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 25 marca 2020 
  Liczba stron: 416
  Kategoria: kryminał
#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska

#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska

#165 Dama ze szmaragdami - Paulina Kuzawińska
"Dama ze szmaragdami" to kolejny tom przygód młodej arystokratki Madeline Hyde, która tym razem ma za zadanie rozwiązać sprawę tajemniczej śmierci swojej przyjaciółki - Claire Evans.
Madeline przybywa do Dworu pod Cisami (prawie dwa lata po wydarzeniach, które miały miejsce na Wzgórzu Mgieł), by uczestniczyć, poniekąd, w przygotowaniach do ślubu Claire
Evans i Dereka Vernidera.
Claire, która  pozuje do obrazu (tradycji rodziny Verinderów) z dnia na dzień czuje się coraz słabsza, aż w końcu... umiera... Jej śmierci towarzyszy burza, odnalezienie tajemniczej czaszki i powstanie tematu klątwy, a sama Madeline cudem unika śmierci.
Narzeczony, dopiero co zmarłej, panny Evans ma brata Dextera i siostrę Alice.
W domu rodu Verniderów panuje gęsta atmosfera, stosunki między najbliższymi są bardzo napięte.
Alice ma potrzebę ciągłej rywalizacji, a Dexter - jako niepełnosprawny - ma żal do rodziny, m. in. za nierówne traktowanie rodzeństwa.
W domu przebywa również malarz, kiedyś bardzo sławny, dziś schorowany i niestroniący od alkoholu -
Monsieur Dubois.
Wszystkim zawiaduje matka rodzeństwa.
Droga do prawdy będzie wybrukowana rodzinnymi tajemnicami, przemilczeniami i zdradami wszelakiej maści. 

"Są chwile, kiedy dostrzegamy nagle intensywniej niż kiedykolwiek mnóstwo faktów, mnóstwo otaczających nas, pozornie nieistotnych szczegółów. Jak gdyby zdruzgotany umysł chwytał się okruchów rozpadającej się rzeczywistości, żeby przykryć nimi prawdę o sobie samym".

Mogłoby się wydawać, że jest to po prostu kryminał w stylu retro, jednak dla mnie jest to powieść, której zdecydowanie bliżej do literatury pięknej.
Sama zagadka kryminalna nie jest specjalnie trudna do rozwiązania i nie miała ona dla mnie aż takiego znaczenia. Choć gdyby ją mocniej poplątać, fani typowych kryminałów retro, byliby pewnie bardziej zadowoleni.

Paulina Kuzawińska bawi się konwencją powieści gotyckiej, romansu grozy. Da się to zauważyć; od sposobu w jaki kreuje swoich bohaterów, którzy są mocno przerysowani. We wszystkim co robią, czy mówią wybrzmiewa przesadna egzaltacja, sentymentalizm.
Znajdziemy tu niewinne, delikatne jednostki, ale i osobnika, który reprezentuje przeciwstawną charakterystykę i nie tylko z powodu swojej powierzchowności.
Dom, w którym toczy się w głównej mierze akcja, kipi wręcz upiorną atmosferą, oczywiście taką żywcem wyjętą z epoki wiktoriańskiej.

Na scenie pojawi się sam Doktor Watson i Aleister Crowley - brytyjski okultysta, który nie pozostawi bohaterów samych w opresji.
W treści pojawiają się listy i wiersze, które podsycają romantyczny charakter opowieści.


Pierwszą część o Madeline Hyde, czyli: "Damę z wahadełkiem" czytałam w zeszłym roku, w sierpniu, i choć wtedy mnie zachwyciła klimatem, to czuję, że i tak nie doceniłam Autorki. Paulina Kuzawińska pisze jakby żyła w czasach, w których tworzyły Elizabeth Gaskell, czy Edith Wharton. 
Wdzięcznie łączy ze sobą ulubione motywy i plastyczny styl opisów.

"W całym ogrodzie czuć było pulsowanie wiosny, która lada chwila miała usiać kwiatami okoliczne wzgórza i spłukać z nich ostatnie resztki zimy kąpielą krótkich gwałtownych burz".

Już po przeczytaniu samego prologu, wiem, kto jest Autorką powieści, którą dzierżę w dłoni. W Jej książkach wszystko jest szczegółowo przedstawione od architektonicznych smaczków epoki, w której żyją jej bohaterowie, przez opisy pięknej, czasem wręcz mistycznej przyrody, do bogatych charakterystyk postaci, zarówno od psychologicznej strony (to, co dzieje się z Dexterem) do szeleszczących sukien i połyskującej biżuterii. 
Długość zdań, obfitość opisów, czy porównań może przytłoczyć, ale kiedy ma się świadomość do czego Autorka nawiązuje, wszystko okazuje się jak najbardziej na miejscu.
Polecam obie części - dla klimatu epoki wiktoriańskiej, tajemnic i romantyzmu (nacechowanego czasem metafizycznie) z lekką zagadką kryminalną.









Wydawnictwo: Lira

Data wydania: 26. lutego 2019
Liczba stron: 336
Kategoria: literatura piękna
#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

"Czarne Miasto" to debiut literacki Marty Knopik i początek cyklu opowieści z Czarnego Miasta.
Lubię treści nieoczywiste, mroczne, duszące i przytłaczające, przez które zdaje się przedzierać zaledwie kilka promieni światła.
Uwielbiam ćmy, bo choć żyją w mroku wiedzą, że światło jest istotne, zawsze zmierzają w jego kierunku. Nawet niewielka jego ilość zmienia postrzeganie, tego na co się patrzy.
To książka dla mnie, ale czy jest dla Ciebie, tego niestety nie wiem, ale postaram się przybliżyć trochę jej treść, charakter i styl, którym przemawia Marta Knopik.

To literatura piękna, a określenie tego gatunku literackiego wywodzi się z języka francuskiego, powstało przez analogię do określenia sztuki piękne. Jednak w przypadku tej pozycji nie chodzi tylko o ładny język.

Głównymi bohaterkami "Czarnego miasta" są siostry BeBe - Belinda i Bianka oraz ich matka Wanda - która zagubiła się pośród wspomnień, w przepastnych labiryntach miasta, które spowija wieczny pył, a nieustające wstrząsy bezpowrotnie je niszczą. W Roku Zaćmienia straciła męża i smutek, żałoba - uwięziły ją w samotności, a ukochane córki wyjechały do Białego Miasta.
Przez całą historię kobiety próbują się odnaleźć - w rzeczywistości jak i w wymiarze duchowym. Poznajemy przeszłość śląskiej rodziny za pomocą opowieści brzmiących jak legendy i wspomnień opisanych jak kadry z filmu, lub malowane obrazy - jedna z sióstr jest artystką.


"Jeśli chodzi o okresy prawdziwego spania, nie udawanego, lecz takiego ze snami, to Belinda, jak każdy, ma swój stały, powtarzający się w snach motyw. Najczęściej znajduje się w jakimś niepokojącym domu, gdzie porusza się wśród korytarzy, pokoi, przejść, odkrywając kolejne drzwi i kolejne. Biegnie schodami w górę i w dół. Błądzi, próbując coś znaleźć lub starając się wyjść, uciec. Są w tych snach wydłużające się w nieskończoność tunele i przedpokoje, tak że nie sposób dojść do ich końca. Są amfilady drzwi, ciągną się jedne za drugimi i każde otwierają się z trudem, bo albo zamek się zacina, albo klamka zostaje w dłoni, albo są tak ciężkie, że trzeba się z nimi mocować. Za drzwiami ktoś jest, porusza klamką. Nie wiadomo kto, ale w Belindzie budzi się zwierzęcy strach i coraz gwałtowniej szarpie się z kolejnymi drzwiami, jej serce łomocze coraz bardziej, aż w końcu budzi się zlana potem i roztrzęsiona".

Wszystko w  tej powieści ma niezwykle metaforyczny charakter, każdy kolor, każde opisywane pnącze. Książka obfituje w bardzo bogate opisy, które budują czytelnikowi przed oczami świat widziany oczami Autorki. Choć obrazy, które przedstawia są jak wyjęte z powieści fantastycznych, to opisują realne miejsca i realne wydarzenia. Wbrew pozorom nie trzeba być mieszkańcem Śląska, by zobaczyć to, co kryje się pod rozpadającym się miastem.

To emocjonalna opowieść o poszukiwaniu tożsamości, o odkrywaniu kart z przeszłości, które jawią się jak wymieszane przypadkowe zdjęcia obcych sobie ludzi. Bohaterki próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. Zmierzają po trudnej drodze do zaakceptowania starty. Czasem trzeba zawrócić by znowu zacząć żyć. Marta Knopik pisze o miłości, która mimo bariery niezrozumienia nigdy nie straciła swojej mocy. Domyśliłam się do czego cała historia zmierza, jednak to jak Autorka maluje słowem pozwoliło mi czerpać przyjemność z czytania.

W moim odczuciu to bardzo dobry debiut. Trudna treść ukryta we mgle duszącej, ponurej atmosfery. Jednak nie każdy czytelnik odnajdzie się w labiryncie, który zbudowała Autorka i wyjdzie z niego z poczuciem satysfakcji z lektury.
To opowieść dla tych którzy
lubią się zastanawiać nad tym - dlaczego coś jest w takim, a nie innym kolorze i co to może oznaczać, a wyobraźnię mają wolną od ograniczeń.

Używanie techniki opowieści jak z literatury fantastycznej, jeżeli tak to mogę nazwać, by opowiadać o codzienności - przypominało mi trochę zabiegi z "Labiryntu Fauna" książkowej adaptacji filmu Guillerma del Toro - której to podjęła się Cornelia Funke, a marzenie senne - były dla mnie jak mroczne kadry z filmu "Cela" z 2000 roku. Natomiast samo Czarne Miasto przypomina mi trochę Tymczasowe Miasto z filmu "Franklyn" z 2008 roku.
Takie mam skojarzenia, może one pozwolą Wam zdecydować czy jesteście gotowi, by odwiedzić ulice Czarnego Miasta.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 19 lutego 2020
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura piękna

#144 Podróżniczki, Uwikłane w historię, Gorszycielki - Jarosław Molenda

#144 Podróżniczki, Uwikłane w historię, Gorszycielki - Jarosław Molenda

#144 Podróżniczki, Uwikłane w historię, Gorszycielki - Jarosław Molenda - recenzja -  czy warto przeczytać?
Zastanawiałam się jak opisać trzy książki spod pióra Jarosława Molendy, które przeczytałam na przestrzeni trzech miesięcy i w końcu wybrałam opcję zbiorczą. 
Wszystkie trzy opowiadają o losach Polek na przestrzeni wieków. Autor zebrał materiał, który zgrabnie połączył z własnym komentarzem.
Często w tekście pojawiają się cytaty z samych bohaterek, czy ich biografów.
Na końcu każdej publikacji znajdziemy obszerny dział przypisów.
Książki są podzielone na rozdziały, każdy otwiera portret omawianej kobiety i zapis lat jej życia.
Przyjrzymy się również rozwojowi warsztatu pisarskiego autora, ponieważ jest on bardzo odczuwalny w płynności czytania i skupianiu uwagi na tekście.
Polecam czytać je jak opowiadania - z przerwami, aby nie przeładować się informacjami, tak jest łatwiej informacje przyswoić i oczywiście, co istotne najbardziej - zapamiętać je.

"Podróżniczki. Dziewczyny, które nie znały granic" to pierwsza z trzech, do tej pory, wydanych przez Wydawnictwo Lira - książek dotyczących Polek, które zapisały się w jakiś sposób w historii, a stał się przez nią zapomniane.
Znajdziemy w niej najwięcej - bo aż czternaście skrótowych opisów losów kobiet, które na przestrzeni wieków dały się poznać jako te, które nie bały się wyjechać poza granice Polski i poza nimi żyć.
I już w tym momencie można by podyskutować - czy wszystkie wspomniane przez autora Panie były rzeczywiście podróżniczkami? Niektóre z nich wyjeżdżały z rodzinami, ale biorąc pod uwagę to, że były pierwszymi turystykami, to myślę, że mogły znaleźć się w tym zbiorze.
A to czy wiodły interesujące życie to już kwestia indywidualnej oceny czytelnika.
Najbardziej cieszy mnie fakt umieszczenia w książce - Świętosławy, jednej z  tajemniczych i inspirujących Polek.
Historycy nadal nie znaleźli porozumienia, co do tego, czy rzeczywiście była Sygrydą Storrådą, czy to kompletnie inną postacią.
O Sygrydzie czytałam wcześniej w "Hardej" Pani Elżbiety Cherezińskiej.
Jarosław Molenda podaje wszystkie możliwości przebiegu życia Świętosławy - możliwości - ponieważ nie da się potwierdzić, ani zaprzeczyć jej istnienia. 
Ciekawą postacią była również Dorota Falak, której udało się uwolnić ze szponów przedstawicieli Wielkiej Inkwizycji, w kręgu zainteresowania, których znalazła się z  uwagi na praktyki zielarskie. Później nie była już taka niewinna, jak się wydawało, a może zawsze taka była? Rozpustna i mająca ludzkie życie za nic? A może życie ją zmieniło?
Podróżujemy z Polkami na przestrzeni wieków, aż do Elżbiety Dzikowskiej.
Niektóre pisały pamiętniki ze swojej codzienności, ale niestety nie wszystkie, w moim odczuciu, wiodły ciekawe życie, przez co często podczas czytania uciekałam gdzieś myślami. Styl Pisarza w tej części był dla mnie trochę "bez emocji".
Opis, parę wplecionych cytatów i wnioski.
Nie czułam się wielce usatysfakcjonowana tą lekturą, jednak nie żałuję spędzonego z nią czasu, ponieważ wiedzę historyczną posiadłam.

"Uwikłane w historię. Bohaterki i zdrajczynie. Dziewczyny, które igrały z życiem i historią" to drugi z cyklu zbiór losów Polek. Jest już skromniejszy od pierwszego, ponieważ opisuje dziesięć naszych rodaczek, a opowieści są po prostu ciekawsze. Opowiada o kobietach będących agentkami, o których teraz się nie wspomina, a być może miały one wpływ na losy świata. O kobietach, które bywały bardzo okrutne - jak "Krwawa Luna", a może wcale takie nie były, a ich historia została zapisana z punktu widzenia... mężczyzn, a nie od dziś wiadomo, że często demonizują oni kobiety u których inteligencja idzie w parze z urodą. Kobiety oceniano wtedy - zupełnie jak dzisiaj, przez pryzmat stroju, nie akceptowano wszelkich odstępstw o przyjętych norm. 
Autor wspomina m. in. Irenę Sendlerową, o której polska historia długo milczała,  a następnie zrobiła z niej kryształowy pomnik, wypaczając fakty. 
Wszystkie życiorysy były dla mnie interesujące, czytałam je z przyjemnością i wydaje mi się, że styl autora ewoluował, ale i tematyka, którą podjął spowodowała, że czytałam tę część tak, jak powieść i nie mogłam się doczekać kolejnego rozdziału.
To dobrze napisany skrót biografii dziesięciu odważnych kobiet, walczących o własne ideały, które często, ale nie zawsze, szły w parze z dobrem ogółu. Kobiet, które nie bały podejmować się ryzyka utraty życia, by spróbować mieć wpływ na otaczającą je mroczną rzeczywistość.

"Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse" to trzecia część cyklu i z uwagi na śmiałe poglądy opisywanych kobiet - najbardziej zajmująca.
Dodatkowo autor świetnie każdy życiorys, a nawet i poszczególne fragmenty - puentuje. Stosuje ciekawe metafory, a słownictwo jest bogate. Można się nawet pośmiać, z niektórych przekonań, choć wiele z nich jeszcze nie odeszło do lamusa.
Najbardziej porwały mnie opowieści o Helenie Rubinstein, Tamarze Łempickiej i Michalinie Wisłockiej. Znajdziecie tu też pewne wspomnienia o Marii Konopnickiej, które niektórych czytelników mogą nawet zszokować, przecież nadal żyjemy w gorsecie przyzwyczajeń, pozorów i schematów. 
Przeczytałam ją w tempie ekspresowym, ze świadomością, że to przecież było? Było, ale jakby niewiele się w nas zmieniło.
Te kobiety przecierały szlaki. Pokazywały, że kobiety nie są mniej inteligentne niż mężczyźni, że mogą tworzyć, pracować na tym samym polu i osiągać co tylko chcą. Może to nas śmieszyć bo wydaje się, że teraz jest inaczej. Ale czy nadal nie dyskutujemy o wysokości zarobków zależnych od płci? Albo o praktykach zawodowych zdominowanych przez płeć?

Z każdą częścią Pan Jarosław Molenda przekonywał mnie do swojego stylu opowiadania bardziej. Cieszę się, że przeczytałam wszystkie trzy, poznałam wiele nowych twarzy zapisanych w historii świata, wiele biografii zgłębiłam i nabrały one dla mnie ludzkich rysów, przestały być nierzeczywistymi pomnikami, słowami.
Wszystkie bohaterki tego cyklu przekraczały granice, wikłały się w historię i gorszyły. Wszystkie coś zmieniały, choćby miało to być tylko ich własne otoczenie. 

Dziękuję Wydawnictwu Lira, za wydawanie książek, dzięki którym mogę uzupełniać braki wiedzy, z którymi zostawiła mnie szkoła, nie dlatego, że uczyć się nie chciałam, a dlatego, że kobiety były niejako przez historię zapomniane. I chyba nadal są, dlatego takie wydawnictwa są niezwykle istotne.
Czytajcie książki historyczne, warto umieć sobie coś wyobrazić, ale o wiele cenniejszym jest po prostu WIEDZIEĆ.





Wydawnictwo: Lira
Kategoria: literatura historyczna 

Podróżniczki. Dziewczyny, które nie znały granic

Data wydania: 2018
Liczba stron: 320

(Świętosława, Dorota Falak, Anna Jadwiga Sapieżyna, Ewa Felińska, Narcyza Żmichowska, Helena Sanguszko, Maria Beatrix z Krasińskich Raczyńska, 
Anna Neumanowa z Szawłowskich, Helena Rogozińska, Ewa Dzieduszycka, 
Jadwiga Mrozowska-Toeplitz, 
Maria Antonina Czaplicka, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Elżbieta Dzikowska)

Uwikłane w historię. Bohaterki i zdrajczynie

Data wydania: 2019
Liczba stron: 288

(Zofia Kossak, Krystyna Skarbek, Julia Brystiger, Halina Szymańska, Izabela Horodecka, Irena Conti di Mauro, Wanda Wasilewska, Halina Szwarc, Irena Sendlerowa, 
Klementyna Mańkowska)

Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse

Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 304

(Gabriela Zapolska, Maria Dulębianka, Helena Rubinstein, Maria Komornicka, 
Zofia Sadowska, Zofia Stryjeńska, Kazimiera Alberti, Tamara Łempicka,
 Irena Krzywicka, Michalina Wisłocka)

#130 Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler

#130 Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler


Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler - recenzja - czy warto przeczytać?
Kiedy patrzę na obraz, czego by on nie dotyczył, to zawsze zastanawiam się co się za samą ilustracją kryje. Czy przedstawiane przez malarza miejsce istnieje, czy postać, na którą patrzę kiedyś żyła? Co spowodowało, że artysta zechciał kogoś lub coś przedstawić? Czasem zdarzało mi się snuć wyobrażenie o tym co zostało utrwalone na płótnie.

Iwona Kienzler autorka wielu, nie tylko historycznych, publikacji zabiera nas ze sobą w podróż przez wieki. Zajrzymy do pracowni Jeana Fouqueta, Leonarada da Vinci, Jana Vermeera, Francisco Goyi, Franza Xavera Winterhaltera, Fridy Kahlo, Pablo Picassa i Salvadora Dali. Jednak nie jest to typowa historyczna opowieść na kształt biografii autorów najbardziej znanych obrazów na świecie. To opowieść o "Kobietach ze słynnych obrazów", czyli o najbardziej znanych nam kobiecych twarzach, które stały się częścią popkultury zdobiąc swym wizerunkiem - nawet części naszej garderoby. Dowiemy się jak niektórzy z wymienionych tu artystów zdobywali artykuły malarskie, jak za pomocą pędzla odwzorowywali zastane, naturalne i ludzkie piękno. Jak wiele malowali i czy byli wstanie żyć ze swojej pasji. Ale to niejedyne tematy poruszane  przez autorkę.

Kim była Mona Lisa, Dama z gronostajem albo Dziewczyna z perłą? Dlaczego Frida Kahlo zaczęła malować? Ile kobiet miał Pablo Picasso? Czy żona Salvadora Dali była jego muzą, czy może przekleństwem? Jaka była Cesarzowa Sisi? Lubieżne służące? Grzeszna Madonna średniowiecza?

Książka jest podzielona na jedenaście rozdziałów, każdy opowiada o innej znanej kobiecej twarzy. Autorka podaje wszelkie teorie; na przykład - odnośnie tożsamości Mona Lisy, a czasem nawet najbardziej niedorzeczne, jak upatrywanie w tle obrazu Leonarda da Vinci (po zdublowaniu i odbiciu lustrzanym) postaci z obcej planety.
Zahacza również o takie informacje, że z kształtu odcisków palców, można wywnioskować pochodzenie etniczne...
Dlaczego Mona Lisa ma na sobie woal? A zauważyliście, że nie ma brwi?
I jak to się dzieje, że wydaje się nam, że widzimy u niej uśmiech?
Skąd pomysł, że może mieć jakiś związek z Polską?

Iwona Kienzler opowiada o historii i uczy jej nas w sposób dość niezwykły i chyba mało popularny. Raz, że opowiada o kobietach, które mam wrażenie zostały przez historię nie tyle skazane na zapomnienie, ile po prostu zepchnięte w cień mężczyzn. Dwa - historia słowami autorki staje się opowieścią o życiu prawdziwych ludzi, o ich codzienności. Radościach i problemach. Kiedy pisze o jakiejś postaci podaje nam nie tylko, co działo się w tym czasie na świecie, ale też jakie były zwyczaje, albo co było tematem tabu. 

Myślicie, że jadłowstręt to choroba naszych czasów? Nic bardziej mylnego. Poczytajcie o Cesarzowej Sisi. Wygląd zawsze miał znaczenie i od zawsze przybierało to chorobliwe formy. Opowiada też o konwenansach jej czasów. Wspomina różne absurdy - na przykład: nie można było ubrać dwa razy tych samych butów... Brzmi trochę znajomo? :) Wyobraźcie sobie kobietę w stroju z piórami ćwiczącą na drążkach - tak Cesarzowa Sisi zawsze musiała dobrze wyglądać, nawet wtedy kiedy po jej czole spływał pot.
O Pablu Picassie oglądałam kilka dokumentów, ponieważ interesowało mnie dlaczego upatrzył sobie taką prostotę formy, więc przy okazji poznałam jego biografię, ale i tak w tej książce znalazłam kilka faktów, o których nie wiedziałam.
Opowieść o życiu Fridy jest niezwykle bolesna, ale jasno tłumaczy skąd brały się konkretne motywy na jej obrazach i dlaczego malowała siebie.
Historia Salvadora i Gali potwierdza też fakt, że lubujemy się w skandalach nie od dziś.
Pani Kienzler ma dar do opowiadania, jej słowa choć opatrzone skrupulatnie datami, kojarzą mi się z gawędą i czyta mi się je znakomicie; prawie jak typowo fabularną książkę.
Wydaje się nam, że zmieniliśmy się na przestrzeni wieków, a tymczasem wygląda na to, że stale jesteśmy tacy sami. Podobnie postrzegamy piękno, staramy się zachować uciekającą młodość, przy okazji czasem stajemy się własną karykaturą. Nadal ma dla nas znaczenie, co kto o nas pomyśli, czy powie. 

Czytanie tej książki to była świetna lekcja historii, którą odbyłam z kubkiem dobrej herbaty, mając przed oczami najbardziej znane dzieła sztuki.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.



Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 23. października 2019
Liczba stron:336
Kategoria: biografie


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...