Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media rodzina. Pokaż wszystkie posty
Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - Narcyz i Złotousty - Hermann Hesse

„Każde życie przecież dopiero przez rozdwojenie i sprzeczności bogaci się i rozkwita. Czym byłby rozsądek i trzeźwość, nieznające szału, czym byłaby rozkosz zmysłów, gdyby nie stała poza nią śmierć, i miłość bez wiecznej, na śmierć i życie, nienawiści płci?”

„Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Narcyz i Złotousty” to opowieść o dwóch przyjaciołach, będących, jak się wydaje, przeciwieństwami. Złotousty to artysta, bezdomny rzeźbiarz, który widzi świat obrazami, a Narcyz to mnich, intelektualista postrzegający świat pojęciowo: „Myślenie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami. Dokonywa się ono nie w obrazach, lecz w pojęciach i formułach. Właśnie tam, gdzie kończą się obrazy, zaczyna się filozofia”. Nie jest tak jak twierdzi Narcyz, ale to świat, rzeczywistość tych postaci oraz ich czas, chociaż, gdy przymkniemy oko właśnie na czas i przestrzeń, to poruszana problematyka jest uniwersalna, nawet sposób przedstawiania/postrzegania kobiet wielce się nie zmienił.

„Narcyz i Złotousty” i „Wilk stepowy”, te dwie powieści, powinny znaleźć się na jednym zdjęciu, jeżeli chciałabym zachować koncepcję dwoistości - stałą w twórczości Hessego.
Obie traktują o podobnych rozterkach, choć w zgoła odmienny sposób i nie mogę się przestać dziwić temu, jak różnie były oceniane.

Złotousty wtłoczony w ramy życia, które miało stać się pokutą za grzechy matki, czuje, że to nie jest jego miejsce i zaczyna życiową tułaczkę. Przeżywa podczas niej wiele emocji, często zażywa przyjemności, popełnia wiele karygodnych czynów, z powodu, których oczywiście ma poczucie winy. Narcyza postrzega jako ideał, czemu w trackie wędrówki daje wyraz.

Złotousty wyrządza zło i widzi zło, bo chociaż akcja toczy się w średniowieczu to nie odbiega od rzeczywistości przeżywanej przez Autora.
Żadna literatura, zwłaszcza ta pisana z wielkiej litery, nie jest wolna od poglądów człowieka, który ją stworzył, nawet politycznych i tak też jest w dziełach Hessego. Im bliżej końca historii, tym bardziej widzimy jak dzieciństwo i informacje jakie posiadał Złotousty, kształtowały go i czego całe życie szukał.

Przyjaźń tych dwóch przeciwieństw można postrzegać jako jedną, rozdartą, osobę, konflikt pomiędzy duchowością, a rozumem. Jakoby nie można było mieć w sobie dwóch przeciwstawnych natur, trzeba się zdecydować na jedną, aby się dopasować, co Jung nazwał terminem persona (maska teatralna) i co znakomicie, oczywiście w moim odczuciu, zobrazował Ingmar Bergman w filmie noszącym (nomen omen) tytuł „Persona” (poniżej zamieściłam kadr z rzeczonego filmu, gdzie połowy twarzy dwu aktorek stają się jedną).

 *w kadrze widać kolaż twarzy dwu aktorek: Bibi Andersson i Liv Ullmann

Język „Narcyza i Złotoustego” jest, jak zawsze u Hermanna Hessego, piękny, kwiecisty, ale jednocześnie lekki w czytaniu, a narracja płynna (w przeciwieństwie do „Wilka stepowego”, gdzie charakteryzuje ją zmienność).
„Narcyz i Złotousty” przypomina mi stylem przypowieść biblijną.

Nastrój nostalgii, obecność sztuki i czegoś ulotnego, przyjemnego sprawia, że „Narcyza i Złotoustego” czyta się z innymi emocjami niż krytykowanego „Wilka stepowego”, choć to dzieła w tematyce zbliżone. A może dzieje się to za sprawą uczuć jakie Autor żywił do Hugona Balla, przyjaciela, który jest pierwowzorem Narcyza, a Złotousty to sam Hermann Hesse? Może ich prawdziwość sprawia, że się tę powieść czule przeżywa.

Oprócz filozofii buddyjskiej, poglądów Freuda i Junga, w twórczości Hessego widoczne są wpływy Nietzschego, o przeżywaniu myśli, albo o stawaniu się; jak ma to miejsce w „Narcyzie i Złotoustym”:

<Gdy dążąc do urzeczywistnienia siebie danymi mu od natury darami, spełnia człowiek rzecz najwyższą i jedynie rozumną, jaką spełniać może. Dlatego dawniej mawiałem do siebie często: „Nie usiłuj naśladować myślicieli ani ascetów, lecz bądź sobą, staraj się urzeczywistnić siebie!>

Twórczość Hermanna Hessego można scharakteryzować aforyzmem „Nosce te ipsum”, czyli poznaj samego siebie.


*Wszelkie niejasności, błędy, niedopowiedzenia wynikają z mojej niewiedzy, za co przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że jestem tylko czytelniczką-pasjonatką.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 25 października 2018
Liczba stron: 464
Tłumaczenie: Marceli Tarnowski
Posłowie: Volker Michels (tłumaczenie Anna Urban)

 

Demian - Hermann Hesse

Demian - Hermann Hesse

 

 
„Możemy zrozumieć się nawzajem; lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam”.
 
Nie wiem czy w ogóle powinnam próbować pisać o książkach Hermanna Hessego, bo to pisarstwo tak wielkie i tak wyjątkowe, że czaruje, urzeka, zniewala, kompletnie onieśmiela. Hesse pisał dla określonego kogoś, dla Ciebie, dla mnie.
Mówi o sobie, ale w to Nim dostrzegasz siebie. Filozofia tat twam asi (ty jesteś owym) bije z każdego zdania, z każdego jednego wniosku.
Mówi się, że Hesse pisał dla samotników, dla ludzi, którzy nie dążą do stadnego życia, ale każdy człowiek, niezależnie od tego jaką drogę wybrał, czy tę prowadzącą do życia w społeczeństwie zglobalizowanym, czy tę prowadzącą do życia na uboczu, może być tak prawdziwie sobą, tylko wtedy, kiedy jest sam.
Nie chodzi o to, że całe życie udajemy przed innymi, bo i przed sobą potrafimy, ale o to, że kiedy wiesz, czego w życiu chcesz i co jest ważne, to nie szukasz na siłę czyichś myśli i nie sprzątasz czyjegoś podwórka, bo najbardziej liczy się twoje własne. A kiedy w sąsiedzie widzisz siebie, tego zdrowego, to nie masz potrzeby karmienia się złymi emocjami. W innych widzimy to, co mamy w sobie.
To nie jest wiedza tajemna, ani też nic niemożliwego do realizacji, a mimo to, tak bardzo nauczyliśmy się żyć poza sobą, że nie potrafimy do siebie wrócić.

Demian - Hermann Hesse

 

„Demian” został wydany w 1919 roku pod pseudonimem Emil Sinclair, tak też nazywa się narrator tej powieści. Hermann Hesse nie czuł się wtedy sobą, a to jak był ówcześnie nazywany „łotrem, który zmienia poglądy” nie działało na niego pokrzepiająco - tutaj wszelkich wyjaśnień dokona Volker Michels w posłowiu.

Młody Emil żyje w dwóch światach, w domu rodzinnym, który otacza go opieką i chroni, i poza nim, gdzie doświadcza pierwszy raz czegoś złego.
Nadal chce być tym nieskażonym, czystym dzieckiem swoich rodziców, gra zatem tę rolę dopuszczając się czynów, których nie akceptuje i których się wstydzi.
Z pomocą przychodzi Maks Demian i odcina źródło zła. Tylko czy skażona dusza może wrócić do poprzedniego stanu?
Emil zna obraz Boga, który akceptuje jedynie dobre uczynki, który stawia granicę moralności tam gdzie przemawiający jego głosem uznał za stosowne. Miota się, pije, często przekracza tę granicę, której przekroczenie w czasach dzieciństwa napawało go lękiem, a jednocześnie pragnie wrócić do tych czasów, kiedy czuł się bezpiecznie, gdy odcięty od świata zewnętrznego był czysty. 
Do jego życia wraca Demian, w towarzystwie matki, który ukazuje czym są rozterki Emila.

„Demian” jest przesiąknięty myślą
Carla Gustava Junga i jego psychoanalizą, od interpretacji snów aż do powrotu jednostki do świata zewnętrznego.
Hesse wspomina Johanna Wolfganga von Goethego, Friedricha Nietzschego, nawiązuje do Najwyższego Bóstwa w mitologii perskiej i gnostyckiej:

"Ptak wykluwa się z jajka. Jajkiem jest świat.

Kto chce się urodzić, musi świat zniszczyć.

Ptak leci do Boga. A imię Boga Abraxas”,

do którego również odnosił się Jung. Abraxas stał się dla chrześcijan demonem, ponieważ jednoczył wszystkie oblicza świata, te złe również. Ale nim nie był.

Abraxas to symbol m.in. siedmiu stopni oświecenia człowieka. Dobro i zło istnieją, i zawsze będą ze sobą nierozerwalne. A Abraxas jest po prostu jednością.

„Demian” to zapis połączenia wnętrza człowieka, jego rozdwojonej duszy, w jedność, po to, aby mógł stać się częścią zdrowego społeczeństwa.

Czytanie Hermanna Hessego jest jak obcowanie z istotą wyższą, nie wszystko od razu się rozumie, a może i nie da się w pełni zrozumieć, wszak słowa nigdy nie są jednoznaczne, ale czuje się taką wewnętrzną przyjemność, spokój. 

<(...) Widzę, że myślisz więcej, niż potrafisz powiedzieć. Jeśli jednak tak jest, to wiesz także, że nigdy w pełni nie przeżyłeś wszystkiego, co pomyślałeś, a to niedobrze. Wartość posiada bowiem tylko takie myślenie, które przeżywamy. A ty wiedziałeś, że twój „dozwolony świat” był jedynie połową świata i usiłowałeś zakamuflować tę drugą połowę przed samym sobą, tak jak to robią księża i nauczyciele. To ci się nie uda! Nie udaje się bowiem nikomu, z chwilą gdy zaczął już myśleć.>

 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 października 2017
Liczba stron: 256
Tłumaczenie: Maria Kurecka
Posłowie:Volker Michels, Przyjaciołom: Hermann Hesse
(tłumaczenie: Anna Urban)
Pod kołami - Hermann Hesse

Pod kołami - Hermann Hesse


Pod kołami - Hermann Hesse
Dziecko zdolne. 
Nie wiadomo skąd ta jego otwartość umysłu na wiedzę, może po matce? Ale nie można tego porównać, bo już jej na świecie nie ma. Ojciec to najzwyklejszy mężczyzna. Można by go spokojnie wymienić na sąsiada, nikt różnicy by nie zauważył. A tymczasem jego syn tak łatwo się uczy i tyle zapamiętuje. Przecież to dar.
Dziecko ambitne.
To jego szansa. Zda egzamin do seminarium, który otworzy przed nim możliwość objęcie ambony, albo katedry. Potem będzie pracował, żeby spłacić tę szansę na naukę „za darmo”. Ale musi pamiętać jak wielkie ma szczęście i jaka to jest dla niego okazja. Musi się postarać. Ma drugi wynik? Dlaczego tylko drugi?

Dziecko wrażliwe. 
Boli głowa? Może za dużo się uczy, a nie odpoczywa? Nad rzekę? Z wędką? Później, a teraz powtórzymy grekę.
 

Pod kołami - Hermann Hesse

„Pod kołami” to historia Hansa Giebenratha, młodego, zdolnego i ambitnego chłopaka, który dorasta w zwykłej, „małej szwarcwaldzkiej mieścinie”, w której wszyscy się znają. Pracują głównie fizycznie i raczej nie ma wśród nich materiału na wielkie umysły. Podśmiewają się po cichu z urzędników, choć skrycie marzą, by obsadzić na takim stanowisku własne dzieci.

Hans przygotowuje się do egzaminu. Koledzy i zabawy żyją tylko głęboko w jego pamięci.
W tym ciągłym nauczaniu, uczący gubią czas na odpoczynek. Czas na bycie dzieckiem, ten przeznaczony na „zmarnowanie”, zostaje mu zabrany.

„Pod kołami” była wydana wcześniej w Polsce jako „Wyższy świat”.
To taka „zwykła” historia, napisana wrażliwym, acz, w niektórych fragmentach, niepozbawionym ironii, stylu Hessego.
Bohater spotyka w seminarium chłopaka, który po pewnym zdarzeniu, staje się jego najlepszym przyjacielem (Hermann Heilner) i ta postać to wyraźnie zaznaczony motyw z życia samego autora, o czym przeczytacie dokładnie w doskonałym posłowiu Volkera Michelsa.
W „Pod kołami” jest więcej osobistych doświadczeń Autora, utkanych w fabule, ale ich znajomość nie jest potrzebna, aby w pełni zgłębić losy Hansa Giebenratha, które zapewne mógłby podzielić i sam Hesse (Hans nosi cechy młodszego brata Hermanna Hessego).

Oczywiście losy Hansa mógłby podzielić każdy, u kogo zdolność przyswajania wiedzy jest towarzyszką zarówno ciekawości świata, jak i wrażliwości. 

Wiedziałam dokąd ta historia zmierza, bo ona nie ma zaskakiwać, ona ma pokazać mechanizm powolnego, metodycznego mordowania życia.
Gdy w młodym człowieku widzi się jedynie cel, niekoniecznie tożsamy z tym, czego pragnęłoby on sam. Nadzieję dla własnych, niespełnionych ambicji.

„Wszyscy ci oddani swojej misji wychowawcy młodzieży, począwszy od eforusa, a skończywszy na papie Giebenracie, profesorowie i repetytorzy widzieli w Hansie tylko opór w spełnianiu ich pragnień, jakąś zaciętość i ociężałość, wobec czego należy zastosować przymus i siłą sprowadzić z powrotem na właściwą drogę”.

Ponownie jest wyraźnie zaznaczona dwoistość. Oczekiwania innych, świata zewnętrznego, dosłownie duszą potrzeby Hansa. On nie ma szansy, by zdecydować czego w życiu chce.
Początkowa nieufność we własne możliwości zostaje zastąpiona pozornym uczuciem szczęścia, kiedy bohater przegląda się oczach znajomych, pełnych uznania, które to, wraz z podupadaniem na zdrowiu, traci. Pojawia się i w jego życiu miłość. Niepewność w rozumieniu własnych uczuć styka się z niedopowiedzeniami.

„Przestał być naczyniem, do którego można wpychać co się tylko da, nie był też już glebą przyjmującą wszelkie ziarno; nie opłacało się poświęcać mu czasu i troski”.

Historia Hansa jest doskonale osadzona we współczesnej Autorowi rzeczywistości.
Plastycznie oddaje zarówno sielskość miejsca zamieszkania bohatera, jak i realnie przedstawia społeczność. Tyle że to nie jest świat, który minął i to właśnie najbardziej uwiera w tej krótkiej powieści.
Nadal wymagamy od dzieci dobrych ocen, miliona zainteresowań, ale oczywiście takich przynoszących korzyści, najlepiej finansowe, zapominając, że dzieci są dziećmi. Nie małymi dorosłymi, a dziećmi. Szkolnictwo, dziś często podnoszony temat, nie przeszło specjalnej metamorfozy.
Nadal traktujemy zdrowie psychiczne po macoszemu, a przecież wiedzę mamy, albo powinniśmy mieć, zdecydowanie większą.

„O tego rodzaju chorych mówiono zawsze z lekceważącą kpiną albo z pogardliwym politowaniem jak o wariatach, a teraz oto jego Hans wyprawia podobne brewerie”.

Młody chłopak, którego sztucznie wyhodowane marzenia, karmione oczekiwaniami innych, przestają istnieć z dnia na dzień. On już nikogo nie interesuje. Dorósł w brzydki sposób, utracił szansę na wielki świat, poszarzał. A on sam nie może już czerpać energii z zainteresowania innych, źródło wyschło.

„Każde zdrowe istnienie musi mieć treść i cel, a młody Giebenrath je utracił”.

„Pod kołami” została wydana, po raz pierwszy, w 1906 roku, a Hermann Hesse w swoim wyjątkowym stylu, przedstawił prawdziwy portret psychologiczny postaci, której oświetlające drogę światło zwyczajnie zgasło. Minęło 114 lat, a my stale popełniamy te same błędy.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 października 2020
Liczba stron: 256
Tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Posłowie:Volker Michels
Wilk stepowy - Hermann Hesse

Wilk stepowy - Hermann Hesse

Wilk stepowy - Hermann Hesse

„Siedzę kwadransik, czasem i pół godziny, zmęczony i brzydko zgrabiony, w gromadzie innych znudzonych ludzi, jak oni słucham upływu czasu, jak oni robię znudzoną minę, niekiedy drapię się bezmyślnie w szyję albo kark, opieram podbródek na uchwycie laski albo ziewam, i tylko w rzadkich chwilach dusza moja wzdryga się i miota z przerażeniem, jak stepowe zwierzę, które nagle budzi się w chlewiku, ale wkrótce znowu zadrzemie, zapadnie w sen i będzie dalej śniła, skrycie, bez mojego udziału, bo ja - odkąd przesiaduję na koncertowym krzesełku - rozstałem się z duszą”.
Tak, między innymi, pisał Hermann Hesse w „Kuracjuszu. Zapiskach z kuracji w Baden”, stąd też przypuszczenia, że właśnie wtedy rysował się w Jego myślach „Wilk stepowy”, jak i z pragnienia zapisania „dwugłosowej melodii świata”, o której również w „Kuracjuszu...” wspominał.

Wilk stepowy - Hermann Hesse

Głównym bohaterem „Wilka stepowego” jest Harry Haller, zapewne alter ego pisarza. Jak, chyba?, łatwo się domyśleć Harry Heller to postać dwoista, ogólnie motyw dwoistość pojawia się we wszystkich trzech publikacjach Hessego jakie miałam okazję przeczytać, jednak ta dwoistość nie jest tak oczywista jakby się mogło wydawać. Oczywiście znajdziemy tu zasadę przeciwieństw i ich stałego związku. Jednak dwoistość w ujęciu Hessego to też odbicie świata w jednostce.
Świat choruje, bo choruje jednostka. A świat i jednostka się przenikają (jak popatrzycie na wszystkie okładki serii wydawanej przez wydawnictwo Media Rodzina, to dokładnie zrozumiecie co mam na myśli).
Kiedy przyjrzymy się dzieciństwu pisarza to możemy domniemać przyczyn takiego widzenia świata - ojciec wpajał mu duchowość, a matka zamiłowanie do natury i muzyki - dwie dość przeciwstawne rzeczywistości.
Wiele motywów z własnego życia zaczerpnął również, by stworzyć fabułę „Pod kołami”, o której opowiem niebawem.
Hermann Hesse był, jak wspomniałam, człowiekiem niezwykle wrażliwym. Po psychoanalizie, którą poprzedziła próba samobójcza, i napisaniu „Siddharthy” mogłoby się wydawać, że osiągnął spokój, a tymczasem pięć lat później wydano „Wilka stepowego”, w którym niektórzy widzieli jakąś formę schizofrenii czy nawet nihilizmu? Co w ogólnym rozrachunku jest dość dziwne, ponieważ to powieść na wskroś egzystencjalna.

O „Wilku stepowym” przeczytałam tak wiele, że spokojnie mogłabym podjąć się próby napisania tekstu bez przeczytania samego źródła. Interesował mnie nie tylko dlatego, że jest jedną z książek, którą często określa się mianem najważniejszych dzieł XX wieku, ale również z powodu przeciwstawnych wrażeń u czytelników.
Jak to się dzieje, że w zapisanych słowach, takich samych dla wszystkich, ludzie widzą aż tak różne znaczenie?

To niezwykła powieść już w samej formie, gdyż kilkukrotnie zmienia się punkt widzenia, to aż trzy różne perspektywy. Zmienia się też
język, styl, sposób prowadzenia czytelnika.
Na początku „wilka” opisuje człowiek, u którego ciotki bohater mieszkał i ten sam człowiek udostępnia nam notatki Harrego Hallera. Te notatki czytamy z perspektywy Hallera. Potem poznajemy „Traktat o wilku stepowym”, który w pierwszych wydaniach był dołączany jako osobny utwór do „Wilka stepowego”.
W tym traktacie narratorem jest, to znaczy ma być, ktoś obiektywny.

<Otóż: „Większość ludzi nie chce pływać, dopóki nie nauczy się pływania”. Czy to nie dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi, nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do życia, a nie do myślenia! Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę najważniejszą, ten wprawdzie może w tej dziedzinie zajść daleko, ale taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć.>

Wilk stepowy - Hermann Hesse

<Mieszczuch niczego wyżej nie ceni nad swoje „ja” (oczywiście owo tylko z grubsza rozwinięte „ja”). Kosztem intensywności zyskuje stabilizację i pewność, zamiast opętania Bogiem - spokój sumienia, zamiast rozkoszy - zadowolenie, zamiast wolności - wygodę, zamiast śmiertelnego żaru - przyjemną temperaturkę. Dlatego też mieszczuch jest z natury istotą o słabej dynamice życiowej, tchórzliwą, lękającą się każdego ryzyka, łatwą do rządzenia. Z tego powodu zastąpił władzę liczebną przewagą, gwałt - prawem, odpowiedzialność - głosowaniem.>

Sam Hesse był zdumiony jak różnie czytelnicy odbierali „Wilka stepowego”.
Ta powieść może w jakiś sposób niepokoić, powodować poczucie zagubienia, a nawet irytować, jeżeli podejdzie się do niej jedynie jako do spowiedzi mężczyzny, który sam nie wie czego chce, a młody przecież już nie jest.
To wewnętrzna walka spowodowana konfrontacją powinności z pragnieniami. Jedyną drogą do zbawienia jest ta usłana bólem, cierpieniem. Jednak stany prozaicznego uczucia przyjemności nęcą.
To rzeczywistość napędzana niewłaściwymi emocjami, której bohater nie chce przyjąć jako swojej. Dochodzi do rozszczepienia jaźni.
W onirycznych kadrach magicznego teatru dla obłąkanych (świat jakim widzi go wilk stepowy) obejrzymy poszczególne pragnienia, do których drogę utoruje mu poznana niedawno kobieta - nomen omen - Hermina. Pojawią się tu również znane postaci z literatury i muzyki.

Nie mogę powiedzieć, że utożsamiam się w pełni z bohaterem, rozumiem go, albo po prostu staram się zrozumieć. Może kiedyś inaczej i mocniej bym tę powieść odebrała (tylko właśnie nie wiem czy we właściwy sposób?), ale nie ma to wpływu na wielość wrażeń jakich mi to spotkanie dostarczyło. 
W wielu spostrzeżeniach ta wiążąca mnie nić - z takim widzenia świata - pozostaje mocna.

Hesse pokazuje nie tylko przebieg choroby wnętrza i ścieżkę do uzdrowienia, bo to książka o drodze ku życiu, ale również sposób naprawy wszystkiego.
Znacie na pewno to powiedzenie, że naprawianie świata należy zacząć od siebie? Proste, ale bardzo trudne w realizacji. Bohater „Wilka stepowego” właśnie to robi. I co ciekawe nie twierdzi, że tę drogę, tę walkę toczy się raz.

<Parokrotnie wyraziłem pogląd, że każdy naród, a nawet każdy pojedynczy człowiek, zamiast usypiać swoją czujność zakłamanymi politycznymi „kwestiami winy”, musi zbadać, w jakim stopniu, skutkiem błędów, zaniedbań i złych przyzwyczajeń, sam ponosi odpowiedzialność za wojnę i za wszelką nędzę świata, i że jest to - być może - jedyna droga zapobieżenia następnej wojnie.>

To powieść wymagająca, trudna, ale na pewno budząca emocje, i to często sprzeczne. Wybitna językowo, często zawiła w znaczeniowości. I oczywiście aktualna w przesłaniu, ona nigdy się nie zestarzeje, bo człowiek nigdy nie zespoli „JA” ze zbiorowością. Jedność chyba nam nie grozi. Chociaż próbować możemy.

Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 sierpień 2016
Liczba stron: 360
Tłumaczenie: Gabriela Mycielska
Przedmowa do Wilka stepowego: Hermann Hesse
Posłowie (1941): Hermann Hesse
Posłowie (2012): Volker Michels (tłumaczenie Elżbieta Pieciul-Karmińska)


„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse
 
 „Próżnowanie jest początkiem wszelkiej psychologii”
*Nietzsche

Taki cytat wita czytelników „Kuracjusza...” i  „Podróży norymberskiej”, czyli dwóch utworów Hermanna Hessego wydanych w jednym tomie, i ten cytat zawiera w sobie sedno obu.
Jeżeli mogłabym sobie czegoś życzyć to tego, żeby każdy, kto planuje przeczytać „Wilka stepowego” tego Autora najpierw zapoznał się właśnie z tą publikacją.
W „Kuracjuszu...” widać zalążki powstania tej chyba najbardziej znanej powieści Hessego, jego sposób widzenia i wewnętrzną konieczność analizy siebie i przy okazji wszystkich wokół. 

Do tego jawi się tu jako mistrz autoironii, wytrawny obserwator i własny... uczeń. Bo Hesse często sam obala swoje początkowe założenia i nie ma z tym żadnego problemu.

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” - Hermann Hesse

Hermann Hesse był naznaczony bólami reumatycznymi, z powodu których zapewne bardzo cierpiał.
Ból zmienia człowieka, staje się on niecierpliwy, poirytowany i często zwyczajnie złośliwy. A Hermann Hesse był niezwykle wrażliwy, uduchowiony, trawiła go potrzeba zrozumienia wszystkiego.
Kiedy trafił na kurację do Baden nie chciał popaść w odrętwienie i zwykłe znużenie, więc zaczął zapisywać swoje spostrzeżenia, myśli i rozprawiał sam ze sobą, dochodząc do wniosków uniwersalnych, ogólnych i... wielkich.
Czytanie w tej publikacji słów Hessego to nie tylko dobra zabawa - bo uśmiejecie się na pewno, i to w przypadku obu
tych utworów, bo kto nie lubi czasem się poironizować, ale i, gwarantuję, że tak będzie, zaczniecie rozmyślać nad własnym życiem i tym, co w nim rzeczywiście ważne.
Być może znajdziecie wiele punktów stycznych z codziennymi problemami Autora. Kiedy czytałam jak zmaga się z porankiem, to jakby widziała siebie. Dywagacje nad tym co widzi i jak to odbiera, i co może być przyczyną takich odczuć, a nawet ich brakiem u innych, wiodą go ścieżkami do zrozumienia choroby świata.
Hesse miał w tym uzdrowisku sąsiada, Holendra, którego zaczął zwyczajnie nienawidzić i tak, jak oczywistym jest to co do tego doprowadziło, tak zapewne zaskoczy Was sposób rozwiązania tego istotnego przecież problemu, bo każdy z nas często i niezwykle szczerze nienawidzi drugiego człowieka. Wystarczy przyjąć odpowiednią dawkę polskiej polityki i już mroczne ziarno kiełkuje.
Hesse nie zawsze wypowiada się jednoznacznie, często stawia pytania, na które odpowiedzi jest tak wiele, że trudno się znaleźć tę najwłaściwszą, bo kto powiedział, że istnieje tylko jedna? Rysuje się przed oczami czytelnika powód nazywania siebie pewnym samotnym drapieżnikiem i pojawia się stwierdzenie:

„Nigdy nie zdołam nakłonić wzajem ku sobie biegunów życia, zapisać dwugłosowej melodii świata. Mimo to posłuszny mrocznemu rozkazowi będę wciąż na nowo próbował. Ta sprężyna wprawia w ruch mój zegareczek”.

Ta publikacja to coś niebywałego, jakbym rozmawiała z bliskim, który tak wiele wie i wiele czuje.

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse



„Podróż norymberska” - Hermann Hesse

Drugi utwór to „Podróż norymberska”, w której Hesse niczym jeden z biegunów umykający przed złem stale podróżuje. A sposób podróży wcale nie jest tak oczywisty dla nas, wiecznie się gdzieś spieszących.
„Podróż norymberska” to zapis jego wyjazdów na spotkania autorskie, na których zwykł czytać swoje utwory. Widzimy jak trudno mu się było dopasować, wbić się w ramy, odgórne rozliczenie czasu: kiedy i co oraz gdzie ma robić.
Problemy życia rodzinnego, sytuacja polityczna kraju nie poprawiały mu samopoczucia. Walczył z tym wszystkim ponownie, ironizując, analizując siebie, innych, współczesny mu świat, który, jak zobaczymy, niewiele się zmienił.
Znowu będziemy mogli się pośmiać i sam Hesse również do humoru się tu odnosi i ukazuje czym ten „najlepszy” humor rzeczywiście jest.

„I znowu czułem ową iskrę przebiegającą między dwoma biegunami, czułem, jak nad przepaścią między rzeczywistością  a ideałem, między rzeczywistością a pięknem kołysze się powietrzny most: poczucie humoru”.

Obie publikacje to nie tylko autobiograficzne zapiski Hessego, to poniekąd również reportaże dotyczący sytuacji społeczno-politycznej ówczesnych Niemiec, autoanaliza i analiza wnętrza człowieka, ducha, która choć często może być odebrana jako przygnębiająca, bo co jest urzekającego w jakiejś formie utyskiwania na wszystko?, ale to mylne złudzenie, z pisania tego Autora bije życie.
Egzystencjalizm w zaskakującej lekkością wypowiedzi formie, który wchodzi w pory i głęboko odżywia ducha. 

„W nic bowiem w świecie nie wierzę tak głęboko, żadne inne wyobrażenie nie jest mi tak drogie jak wyobrażenie jedności, jak pogląd, że cały świat jest boską jednią i wszelkie cierpienia, wszelkie zło polega tylko na tym, że my, poszczególni ludzie, nie czujemy się już nieodłącznymi cząstkami tej całości, że Ja przydaje sobie zbyt wielkie znaczenie”.

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse

Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 30 października 2020
Liczba stron: 266
Tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
Posłowie: Volker Michels (tłumaczenie Anna Urban)


Hermann Hesse i moje myśli nieuporządkowane

Hermann Hesse i moje myśli nieuporządkowane

Chodziłam dziś po lesie, a po mojej głowie rozbijały się myśli, słowa, które chciałam z siebie wylać. Wiązały się z tymi trzema książkami, które widać na zdjęciu, ale nie były ściśle opinią, tekstem dotyczącym ich treści. Po powrocie przygotowałam sobie miejsce na kanapie, oddzielając się od psów poduszkami, które i tak zostały mi przez nie odebrane, zrobiłam sobie kawę, podłączyłam laptop do prądu i... pustka. Może po tym wstępie dotyczącym chwili obecnej, rzeczywistości jakoś się obudzę i podczas wlewania w siebie kawy, wyleję to, co zamierzałam.

Zapewne znacie Hermanna Hessego, a jak nie znacie Jego twórczości, to kojarzycie nazwisko, no... przynajmniej mam taką nadzieję. To niemiecki prozaik, poeta, eseista, okresami rysownik i malarz o poglądach pacyfistycznych. Żył w latach 1877-1962. W 1946 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury.
Hesse w swojej twórczości poruszał problematykę egzystencjalną, wiele w niej duchowości i odniesień do buddyzmu, analizował psyche swoje i ogólne, a wszystko to miało bogate tło społeczno-obyczajowe.
Jego styl jest niezwykły i ma wiele odsłon. Zdania bywają bardzo długie, ale w trakcie czytania poruszamy się po nich instynktownie, nie tracimy rytmu. Bywają również bardzo poetyckie. Napisałam „bywają” ponieważ w tych trzech różnych dziełach sposób wypowiedzi Hessego jest inny.

„Wilk stepowy“, najbardziej znane z Jego dzieł, jest najbardziej zróżnicowany pod względem formy i przedstawianych punktów widzenia. Może przysparzać trudności, ale na pewno warto się z nim zmierzyć. Jednak nie wiem czy poleciłabym ją do czytania jako pierwszą, chociaż uczucie zdezorientowania, które, jak mi się wydaje, powinno czytelnikowi towarzyszyć, wtedy będzie zdecydowanie większe.
„Kuracjusz” i „Podróż norymberska” zostały wydane razem, a samego „Kuracjusza” traktuję właśnie jako „wstęp” do „Wilka stepowego”.
Pojawia się tam nawet pewna wzmianka, ale opowiem o niej przy okazji omawiania moich wrażeń dotyczących każdej z przeczytanych publikacji Hessego. W „Kuracjuszu” i „Podróży norymberskiej” narrację prowadzi sam Autor. To jego osobiste przeżycia, zapisane w gawędziarskim stylu nacechowanym ironią, najczęściej w trybie auto. Pośmiałam się, ale... nie było mi wesoło i... a zresztą opowiem o wrażeniach w osobnym tekście.
„Pod kołami” to powieść dotycząca młodego i zdolnego chłopaka, zaduszonego talentu, opowiedziana w dużo bardziej przyswajalny sposób niż „Wilk stepowy”, jednak bardzo poruszająca. Samemu Autorowi wydawała się „zbyt lokalna” i „zbyt ulotna”. Była wcześniej wydana w Polsce pod tytułem ”Wyższy świat”.
Teksty Hermanna Hessego poruszają się po linii życia, pierwsze wrażenie może być dość ponure, ponieważ pokazują tę „męczącą” stronę życia. Tę, w której się grzęźnie i tę, z której wydaje się, że nie ma innego wyjścia jak się po prostu w niej utopić. Ale... to nie są ponure historie. One są pełne życia i prawdy o nim. Duchowość i natura jako dwie przeciwstawne sobie opcje.

Rzeczywiste i nie-rzeczywiste. Bo czym rzeczywistość jest?

Z opowieści Hessego uderza dwoistość, a z „Wilka stepowego” coś jeszcze głębszego i dużo bardziej złożonego. To opowieści pełne - tak dość przewrotnie - życia, powrotu do niego. To droga stawania się człowiekiem, droga do zrozumienia tego, czym życie jest. Można w nich znaleźć spokój, zrozumienie siebie i tego, co się we wnętrzu człowieka dzieje.

Nazywamy świat złym i chorym, a co z jednostką, a co ze mną?
Wszystkie są niezwykłe, o wszystkich opowiem bliżej, wkrótce.

Kiedy tak chodziłam po tym lesie i myślałam nad skomplikowaniem prostoty życia, przypomniało mi się niedawne wydarzenie. Jeden z moich znajomych zachorował i niestety już go z nami nie ma. Kiedy stałam na cmentarzu pośród innych, którzy przyszli się z nim pożegnać, słuchałam i patrzyłam. Za mną pewna pani rozprawiała z drugą, że nie dostała „czarnego komina” wobec tego przyszła dziś bez wymaganej maseczki. Przy okazji usłyszałam, że jej obecna sytuacja polityczna i jakieś tam zakazy, które to z kolei wywołały strajki, nie interesują, bo ona już rodzić nie będzie. Inna, która stała z białą lilią w rękach, usłyszała od jakiegoś mężczyzny, że powinna była kupić wieniec, a nie takie byle co. A chłopak na wprost mnie, co chwilę patrzył na telefon. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od kilku dni huczał w mediach społecznościowych jak bardzo przeżywa tę śmierć.
Rejestrowałam, układając sobie te migawki w pamięci. Mówić mi się wtedy nie chciało. Pamiętam, że kiedy ostatni raz widziałam tego znajomego to powiedział do mnie po imieniu, ale co powiedział tuż potem, tego już niestety nie. I tylko dźwięk tego słowa, mojej nazwy własnej odbijał mi się w głowie jak echo. Stałam tak blisko końca życia, będąc jednocześnie w jego centrum, ale tam echo imienia tego człowieka już się rozeszło. Przestał być rzeczywisty.  

Czy właśnie to jest normalne? Czy tak powinnam się zachowywać? 

Ktoś powie, że każdy przeżywa na swój sposób. I każdy ma do tego prawo. No dobrze, ale... Najpierw nauczyliśmy się nie okazywać emocji. Tani, brzydki sentymentalizm. Lepiej skoncentrować się na czerni, której nigdzie nie było niż nad życiem. Łatwiej. Wtedy się nie czuje, zaoszczędzi się na chusteczkach i wstydzić się nie trzeba. Bo płacz to wstyd. Jak płaczemy to zawsze ze wzrokiem skierowanym w dół, aby nikt nie widział, bo emocje i ich okazywanie jest passe. Potem musimy się ogłupiać obrzydliwymi historiami, w których pełno jest opisów przemocy, żeby coś poczuć. Bo nie czujemy nic. A w ramach terapii zafundujemy sobie przemoc na ulicach. Smutne, cholera.
A może zbyt poważnie to wszystko traktuję? Może lepiej się żyje jak nic nie bierze się poważnie? Ani życia, ani śmierci? Nie wiem, nic nie wiem. Im dłużej żyję, tym mniej jestem wszystkiego pewna.

Miałam o książkach Hessego na razie nie pisać jakoś bliżej, bo muszę je jeszcze przetrawić, przemyśleć. Jest w nich wiele pytań, ale i wiele odpowiedzi dotyczących świata i przede wszystkim człowieka. Bo na świecie nigdy nie będzie dobrze skoro jego najmniejsza komórka jest zepsuta. Pozwolę sobie Go zacytować:

„Można kochać bliźniego mniej niż siebie - wtedy jest się egoistą, chciwcem, kapitalistą, burżujem, a taki może wprawdzie zgarniać pieniądze i władzę, ale nie zazna w sercu pogody i nie będzie miał dostępu do najbardziej wyrafinowanych i smakowitych radości duszy. Można też kochać bliźniego bardziej niż siebie - wtedy jest się biedakiem, przekonanym o własnej niższości, chcącym kochać wszystko, a pełnym urazy do samego siebie i gotowym samego siebie zadręczać, i taki człowiek żyje w piekle, gdzie sam codziennie smaży się na wolnym ogniu. Ale równowaga miłości, zdolność kochania bez poczucia winy, miłość do samego siebie, której się nie kradnie, miłość do innych, która nie ogranicza i nie gwałci własnego Ja - w tych słowach zawiera się sekret wszelkiego szczęścia, wszelkiej błogości. A jeśli kto chce, można to też wyrazić na modłę hinduską i powiedzieć: Kochaj bliźniego, bo on jest tobą - chrześcijańska wykładania formuły tat twam asi. Ach, cała mądrość jest tak prosta, tak dawno już, tak dokładnie i ostatecznie została wyrażona i sformułowana! Dlaczego przychodzi do nas tylko czasem, tylko w dobre dni, dlaczego nie towarzyszy nam zawsze?”
 
Polecam sprawdzić czym dokładnie jest
tat twam asi, nie wymaga to wiele zachodu, można znaleźć materiały w okamgnieniu. Ile prostsze i przyjemniejsze byłoby życie gdybyśmy nie szukali stale odpowiedzi, które już dawno znaleziono. Jest coś w tym cytacie, że mnie świdruje. Tak proste, tak oczywiste, a tak trudne. Bo jak kochać, jak się karmi w sobie nienawiść? Nie karmisz? Karmisz. Ja też to robię. Zaskakujące jak łatwo mi to przychodzi.

*Książki Hermanna Hesse w wydaniu przygotowanym przez wydawnictwo Media Rodzina.
Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee


<Tsunayoshi rozkazał w końcu, by do wszystkich psów zwracać się: O-INU-SAMA, co znaczy: „Wielce szanowny i czcigodny psie”.>

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Pies to takie dziwne zwierzę, które kocha swojego opiekuna bardziej niż siebie.
I choć psy różnią się rasą, rozmiarem, charakterem, to wszystkie łączy miłość do człowieka. Bezinteresowna, czysta, szczera. Wybaczą nam wszystko, nawet kiedy zadamy im ból.

Jestem psiarą na swój pokręcony sposób. Pokręcony, ponieważ nie jestem w stanie obejrzeć większości filmów, w których bohaterem jest pies, nawet wtedy, gdy jakimś cudem go tam nie zabiją. Co ciekawe jeżeli chodzi o ludzkich bohaterów, to ich historie już mnie tak bardzo nie dotykają.

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Mackenzi Lee to amerykańska pisarka książek zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Uzyskała licencjat z historii oraz tytuł magistra z twórczego pisania dla dzieci i młodzieży. Ma na swoim koncie kilka bestsellerów. Jest też opiekunką psa, bernardyna. Połączyła to czego się nauczyła, czyli historię i pisanie, z miłością do psów i stworzyła „Historię świata na czterech łapach”, którą zilustrowała Petra
Eriksson, a i ta zrobiła to znakomicie.
Miałam ochotę wyrwać niektóre strony i oprawić w ramkę. Wydawnictwo Media Rodzina powinno pomyśleć nad ich sprzedażą w formie plakatów.

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Kiedy otworzycie książkę przywita Was dedykacja, której treść może dać podobny rezultat co... krojenie cebuli.
Ta książka to krótkie życiorysy psów, które nie tylko obserwowały świat na przestrzeni lat i były gdzieś obok człowieka w momencie przechodzenia danego wydarzenia do historii, one same często tę historię tworzyły.

To opowieść o niesamowitej relacji człowieka z psem, psa z człowiekiem. Co ciekawe często w tych najgorszych momentach, kiedy psy zwyczajnie poświęcano czy to w imię badań kosmosu, czy medycyny, to zawsze znalazł się ktoś, kto mimo wszystko coś dla tych kudłaczy dobrego robił.
To często okropne, bolesne historie okrucieństw wobec zwierząt, które kiedy przedstawi się je z perspektywy ich przeciwnika, to pokazują, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami i potrafimy kochać zwierzęta tak jak na to zasługują.
Nie obawiajcie się obrazowości, książkę można spokojnie czytać dzieciom.

Autorka przedstawia historię w lekki, często zabawny sposób i pokazuje jak można uczyć nie męcząc.
Fakt, że niektóre z jej żartów do mnie nie trafiały, ale większość była ok.
Nie opowiada o historii ze sztucznym patosem, nie bombarduje datami, nazwiskami.
Nie przekłamuje jej, nie wybiela. Często zdrabnia imiona postaci historycznych, a ich role porównuje do obecnie znanych nazwisk celebrytów, przez co wszystko jest zrozumiałe i praktycznie samo się zapamiętuje.

Nauczyłam się wielu rzeczy, poznałam wiele psów, które zmieniły losy świata.
Dowiecie się z niej np. jak Egipcjanie szanowali swoje psy, a nawet gdzie je po śmierci składano, a kiedy ktoś znowu powie Wam, że to „tylko pies” to możecie mu tą opowieścią odpowiedzieć. A kiedy ktoś nie będzie chciał się zaszczepić to znajdziecie i dla niego „motywującą” historię.

To opis niektórych ras, ich zmian na przestrzeni wieków. Na kartach ,Historii świata na czterech łapach” pojawiają się właściciele psów, często znaczące postaci historyczne, które wielu rzeczy by nie dokonały, gdyby nie ich czworonożni psyjaciele. A żebyśmy nie myśleli, że Autorka wymyśliła sobie te przypowieści, to na końcu znajduje się całkiem pokaźna bibliografia. Możemy zobaczyć jak psy są ważne dla człowieka w wielu aspektach życia i szeroko pojętej twórczości.

Urzekająca publikacja, nawet ciekawostki umieszczone u dołu strony są opatrzone słowem „PSYPIS”, szczegół, ale czy nie bawi i rozczula?
W tekstach jest komentarz Autorki, jej poczucie humoru i morze wiedzy podane bez zadęcia. Czytałam kilka dni, po kilka rozdziałów, ponieważ tak zapamiętuję więcej z tekstu, który ma mnie w końcu czegoś nauczyć, a nie przelecieć przeze mnie jak przez sito.

To książka, która bawi, uczy historii, ale przede wszystkim wrażliwości i szacunku do psów. Szczegółowo opisuje wyjątkową relację jaka między psem, a człowiekiem się nawiązała.
Zdecydowanie polecam, wszystkim!

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 14 października 2020
Liczba stron: 200
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Ilustracje: Petra Eriksson

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

 „...do Paryża! Do wolności i nauki, do światła w ciemności!”

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk


Nie czytam komiksów. Nie dlatego, że nie lubię, tylko jakoś do tej pory po prostu się nie składało. Ostatnie wspomnienia, kiedy miałam je w rękach, sięgają czasów dzieciństwa. Potem jakoś ta forma opowieści zniknęła mi z pola widzenia. Pewnie nadal bym od niej stroniła, gdyby nie to, że „Światło w ciemności” opowiada o Marii Skłodowskiej-Curie. 

Maria Skłodowska-Curie to niezwykła naukowczyni (kobieta naukowiec brzmi tak, jakby nauka była zarezerwowana jedynie dla mężczyzn, więc staram się używać żeńskich form rzeczowników), dwukrotna laureatka Nagrody Nobla, uhonorowana w dwóch różnych naukach przyrodniczych.
I tyle mniej więcej wie o niej każdy Polak, to znaczy mam nadzieję, że chociaż tyle.

Lubimy poznawać niezwykłe ludzkie umysły, ale rzadko pamiętamy o naszej rodaczce, której historia jest dowodem na to, że jak się czegoś bardzo chce, to można wszystko. Nikt nas nie powstrzyma, ani bieda, ani tym bardziej żadne zakazy. Talent to predyspozycja, która może rozkwitnąć tylko wtedy kiedy dołączy do niej ciężka praca i wytrwałość. 

Jeżeli nie wiecie o Marii Skłodowskiej-Curie zbyt wiele to nie czytajcie teraz encyklopedii, tylko spróbujcie tego małego, dzieła sztuki. Na (w sumie) niewielu stronach Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i polska ilustratorka Anna Błaszczyk opowiadają o tej niezwykłej kobiecie zadziwiająco! dokładnie. 

Strony komiksu przypominają mi albumy zdjęciowe wykonywane metodą scrapbookingu i kolażowe wariacje. Są tu postaci, budynki, fragmenty listów, notek z dzienników noblistki. Wszystko wygląda jak wklejone w stary album, taki z grubymi czarnymi kartami, które pewnie jeszcze w niejednym domu można znaleźć. 

Opowieść jest podzielona na rozdziały, których treść obejmuje po kilka lat. Te wszystkie detale, wraz ze znanymi z komiksów chmurkami i zapisanymi w nich dialogami, są zapisem całego życia Marii Skłodowskiej-Curie.

Będzie to wspaniały prezent dla dzieci, które poznają tę niezwykłą kobietę, która zmieniła świat, a może i w jakiś sposób dostrzegą w jej historii (z podpowiedzią rodziców) jak wielki mają przywilej nauki. Ale! jest to też wspaniała publikacja dla dorosłych, za pomocą której będą mogli spojrzeć na zapis życia i dokonań noblistki, aby skonfrontować Jej historię z naszą codziennością. 
Ja tam wierzę, że dobre książki, są w stanie po ciuchu zmieniać świat. Szeptać to, co ważne, otwierać oczy i kształtować wrażliwość, a wtedy feminatywy przestają być dziwnymi, i śmieszącymi niektórych ludzi, słowami. Ponieważ to słowa i ich znaczenie ten świat piszą.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 30 września 2020
Liczba stron: 136

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia
„Igrzyska śmierci” ukazały się w 2008 roku, w Polsce z kolei, 6 maja 2009 roku - nakładem wydawnictwa Media Rodzina, a w 2012 roku światło dzienne ujrzał pierwszy z czterech filmów („Kosogłos” jest podzielony na dwie części). 
Zarówno książki jak i ich ekranizacje odniosły olbrzymi sukces na świecie, a magazyn „Time” uznał Suzanne Collins za jedną z najbardziej wpływowych osób 2010 roku.

Sama Autorka przyznaje, że do napisania trylogii zainspirowały ją: mit o  Minotaurze i Tezeuszu oraz coraz bardziej absurdalne programy typu reality show

 

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins

 
Państwo Panem, które jest miejscem akcji, charakteryzuje ustrój totalitarny. Było podzielone na trzynaście dystryktów i Kapitol - stolicę. Jednak po wojnie domowej trzynasty dystrykt przestał istnieć.
Na pamiątkę tych wydarzeń, co rok, organizowane są Głodowe Igrzyska. To zawody na śmierć i życie, rozgrywane pomiędzy młodymi mieszkańcami poszczególnych dystryktów, których wybiera się drogą losowania na dożynkach. Zawsze jest to para zawodników, zwanych trybutami, para różnej płci w nastoletnim wieku. Ten kto przeżyje ma, wraz ze swoją rodziną, zagwarantowane dużo lepsze warunki bytowe.

Główną bohaterką trylogii jest Katniss Everdeen, która zgłasza się na ochotniczkę, po tym jak do startu w Głodowych Igrzyskach losująca wybiera jej siostrę - Primrose. Katniss kocha siostrę, którą zajmowała się po śmierci ojca i po załamaniu matki, i pragnie ją za wszelką cenę uratować, zwłaszcza, że dziewczynka ma zaledwie 12 lat.
„Partnerem” Katniss będzie Peeta Mellark, syn piekarza, który kiedyś pomógł bohaterce i jej rodzinie. Kiedy para trafia na do Kapitolu akcja rusza i znajdujemy się w przededniu 74 Głodowych Igrzysk

Narracja we wszystkich częściach cyklu prowadzona jest w czasie teraźniejszym, w osobie pierwszej, z perspektywy głównej bohaterki. Czytelnik poniekąd staje się samą Katniss. Na początku trochę mi to przeszkadzało, bo nie jest to sposób narracji, który lubię, jednak zadałam samej sobie jedno pytanie:

Czytasz po to, żeby się czepiać i marudzić, czy po to, żeby się dobrze bawić?

Odpowiedź była oczywista

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Bohaterka to bardzo młoda dziewczyna, szesnastolatka, wywodząca z najbiedniejszego z dystryktów - często doznająca głodu, żyjąca w nieustannym strachu o siostrę, o matkę, o siebie.
Zostaje wrzucona na arenę krwawych walk wraz z chłopakiem, którego prawie nie zna, a ten tymczasem deklaruje na wizji, że żywi do niej jakieś uczucia.
Poprzez zabieg z czasem narracji i zastosowaniem pierwszej osoby, można się z Katniss zżyć i zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje. 

Dałam się uwieść atmosferze i bohaterce, rzecz jasna, no i przepadłam na cztery dni w przesiąkniętej mroczną akcją rzeczywistości Panem. 


Suzanne Collins poddaje swoich bohaterów, w każdej z części, coraz to nowszym i coraz bardziej krwawym próbom.
Dzieje się wiele. Każdy z rozdziałów kończy w takim momencie, że po prostu trzeba przeczytać kolejny, akcja zostaje zawieszona i nie da się odłożyć książki na później.

„W pierścieniu ognia” kiedy Katniss i Peeta myślą, że to, co najgorsze za nimi, że będzie już lepiej, okazuje się, że przed stoi przed nimi przymus uczestnictwa w kolejnych Głodowych Igrzyskach, z  okazji Ćwierćwiecza Poskromienia. Spotykają się na innej arenie ze zwycięzcami poprzednich Głodowych Igrzysk i będą musieli znowu walczyć o przetrwanie.

W „Kosogłosie” z kolei, który uważam za najlepszą część, choć i najbardziej smutną i krwawą, będę musieli przetrwać powstanie. 

„Igrzyska śmierci” bywają w niektórych momentach nawet bardzo brutalne. Są, jak już wielokrotnie wspomniałam, krwawe, przesiąknięte śmiercią i okrucieństwem. 

Jednak nie jest to sama przemoc dla przemocy.

Autorka opowiada o wielu wartościach w życiu, np. o siostrzanej miłości, o rodzinie, o poświęceniu dla drugiego człowieka, o prawdziwej przyjaźni.
Mieszkańcy żyją w złym miejscu. Władza ich wykorzystuje, ciemięży. Każe im na swoje zabawy ciężko pracować, okrada ich, morduje i dostarcza sobie rozrywki skazując często na bratobójczą walkę. 
Bogaci i biedni są pokazani bardzo kontrastowo. 
Mieszkańcy dystryktów umierają z głodu, a mieszkańcy Kapitolu wymiotują z przejedzenia. 
Zwykłych ludzi skazuje się na chłostę, kiedy próbują sobie coś upolować, a ludzie ze stolicy przebierają się za papugi, bo nie wiedzą już jak pożytkować nadmiar pieniędzy. Też cierpią, ale nadmiar dóbr wszelakiego rodzaju i zobojętnienie.

Cykl „Igrzyska śmierci” to takie połączenie młodzieżowej przygodówki, dystopijnej wizji przyszłości, opowieści o przetrwaniu, do tego trochę psychologii i relacji międzyludzkich oraz ważnych w życiu wartości.

Collins stawia również pytanie o to czy pokój na świecie wymaga ofiar? Czy potrzebny jest do tego rozlew krwi? I co on tak naprawdę daje? Czym jedna władza różni się od drugiej, skoro kieruje się takimi samymi metodami. 
Dlaczego wykorzystujemy innych, a dlaczego jak coś mamy to się nie dzielimy? 
I dlaczego kiedy mamy zbyt wiele robimy z siebie błaznów?

Bogactwo i władza zawsze idą w parze i rzadko kiedy budują.

„Igrzyska śmierci” można traktować jako formę rozrywki. Akcja w żadnej z książek nie zwalnia, a Autorka cały czas podsyca ciekawość i napięcie. Książki nie są pozbawione wad, ponieważ doskonałe książki nie istnieją, jak nie istnieje stale zadowolony czytelnik. Można dopatrywać się w niektórych sytuacjach przesady, ale można również przymknąć na to oko i czerpać z czytania zwykłą... przyjemność.
Dla uważnego czytelnika mogą nieść więcej treści niż sugerowałby gatunek, do którego zostały przypisane, dlatego zanim skreślicie tę trylogię sprawdźcie czy faktycznie już jesteście na nią zbyt dojrzali.
Wszystkie części są ze sobą spójne. Autorka powoli odkrywa prawa rządzące rzeczywistością mieszkańców Panem i przez śledzenie losów bohaterów odkrywałam co z czego się wzięło, jednak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi... głównie tych dotyczących przeszłości Panem.

Dlatego...

Z niecierpliwością oczekuję na prequel - „Balladę ptaków i węży”, którego premiera jest przewidziana na 17 czerwca
Zapraszam na profile w mediach społecznościowych - wydawnictwa Media Rodzina, i swój instagramowy, gdzie pokusiłam się o przygotowanie małego quizu, z wiedzy na temat Państwa Panem, Głodowych Igrzysk i bohaterów całego „Igrzysk śmierci”. A niebawem będzie można wygrać trylogię. Zapraszam :)

Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins - ZAPOWIEDŹ

Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins - ZAPOWIEDŹ

Za niecały miesiąc, tj. 17 czerwca, ukaże się prequel trylogii Igrzyska śmierci” - „Ballada ptaków i węży”.  Nie wiem czy istnieje na świecie ktoś, kto nie słyszał o tym cyklu, choćby w wersji filmowej. Książki skierowane są „teoretycznie” do młodzieży, ja już dawno się do tego grona nie zaliczam, a wrażenia z lektury i tak mam bardzo dobre. 
Niebawem, co nie co, o nich opowiem.

 


Ambicja go napędza.

Rywalizacja go motywuje.

Władza jednak ma swoją cenę.

W nowej powieści, Ballada ptaków i węży, Dziesiąte Głodowe Igrzyska rozpoczyna poranek dożynek. W Kapitolu osiemnastoletni Coriolanus Snow zamierza skwapliwie skorzystać z szansy, jaką jest rola mentora, i zdobyć sławę. Potężny niegdyś ród Snowów podupadł i niepewny los Coriolanusa zależy teraz od tego, czy zdoła on pokonać innych mentorów urokiem osobistym i sprytem.
Tyle że los nie bardzo mu sprzyja. W udziale przypadła mu dziewczyna z Dystryktu Dwunastego, najbiedniejszego z biednych. Losy obojga splotą się ciasno – każda decyzja, którą podejmie Snow, może prowadzić do sukcesu lub porażki, triumfu lub klęski. Na arenie rozgrywa walkę na śmierć i życie, ale poza areną zaczyna się w nim budzić współczucie… Tylko jak postępować według zasad, gdy pragnie się przetrwać za wszelką cenę?


W poniższym filmie Autorka - Suzanne Collins - czyta fragment 
„Ballady ptaków i węży”. 
Na stronie wydawnictwa Media Rodzina 
można pobrać również darmowy fragment powieści. 

 


Książka ukaże się w przekładzie Małgorzaty Hesko-Kołodzińska i Piotra Budkiewicza, w szacie graficznej nawiązującej do okładek trylogii.


*materiały pochodzą ze strony wydawnictwa Media Rodzina.


#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne

#139 Charlie zmienia się w kurczaka - Sam Copeland, Sarah Horne

#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne - recenzja - czy warto przeczytać?
Od czasu do czasu czytam książki przeznaczone dla dzieci. Z reguły podczas czytania świetnie się bawię i zdarza mi się wzruszyć. Za każdym razem dziwię się ogromowi treści jaką kryją te - jakby się mogło wydawać - proste historyjki.

Charlie McGuffin - główny bohater debiutanckiej historii Sama Copelanda wydaje się niczym nie wyróżniać. Właśnie - wydaje się. Charlie ma niezwykłą moc - potrafi zmieniać się w zwierzęta. Dzieje się tak, kiedy chłopiec jest wyjątkowo czymś przejęty, zestresowany.
A Charlie ma naprawdę wiele powodów do smutku i zdenerwowania. Jego brat jest chory i leży w szpitalu, chłopiec nie wie - co rzeczywiście bratu dolega, ani czy wróci do domu, po którym to, z kolei, snują się przygnębieni rodzice.
Bohater chodzi do szkoły, w której ma zarówno przyjaciół, jak i prześladowcę, któremu wszystko uchodzi płazem.
Nie bez znaczenia dla historii są zwierzęta, w które Charlie się przeistacza i co wtedy robi. Bywa pająkiem, który demoluje pokój, uciekającym gołębiem, gryzącą pchłą, wężem wandalem, czy nosorożcem, w którego przemiana wiąże się z kolejnymi zniszczeniami i nie tylko tym...:)
Ale przyjaciele nie pozwolą by Charlie został z tym problemem sam i zrobią wszystko - by mu pomóc i uratować przedstawienie, w którym gra jedną z głównych ról.

Jaka to jest przemyślana i niezwykle kreatywna historia. Tu jest tak dużo treści, że ciężko ją w pełni opisać. Autor w zabawny sposób, za pomocą dużej ilości anegdot o bąkach, kupie i wszelakich brzydkich zapachach - które nie tylko bawią, ale są w stanie zainteresować dzieci, opowiada o tym, co jest w życiu ważne.

Dorośli często uważają, że dziecko jest zbyt małe by wszystko zrozumieć i nie tłumaczą mu nic, albo używają słów, które są wieloznaczne. Dzieci, które nie znają kontekstu wypowiedzi - nie rozumieją tego, co rodzic chce im przekazać. A wystarczyłoby powiedzieć wprost to, co mamy na myśli. A tak - rodzi się frustracja i... stres.
Bo to stres zamienia Charliego w zwierzę. I jako zwierzę Charlie wszystko niszczy. Kiedy uczy się radzić sobie z nerwami, za pomocą oddychania (technik relaksacji) i kiedy się śmieje, cały proces zostaje powstrzymany i chłopiec jest znowu sobą.

Autor porusza ogrom problemów; od pomijania wyjaśniania dziecku - dlaczego brat jest w szpitalu, przez prześladowanie, kręcenie wszystkiego telefonem i udostępniania tego w sieci, po rodziców mówiących jedynie, że są rozczarowani zachowaniem dziecka. Żadne z nich nie szuka przyczyny zmiany zachowania chłopca.

Autor mówi czym jest potęga wyobraźni i że to nic złego rozumieć lub wyobrażać sobie coś inaczej niż pozostali. Porusza aspekt poczucia inności i jej akceptacji. Tłumaczy również z czego może wynikać to, że ktoś jest łobuzem (bo zło nie bierze się znikąd), uczy więc po prostu - zrozumienia. 

Znajdziemy tu odwołania do Hulka, czy Iron Mana, pojawi się Playstation i X-box.
Ale pojawi się też wersja Romea i Julii, w formie przedstawienia szkolnego i warzywnych gangów.
Całość zdobią świetne ilustracje, które wykonała Sarah Horne. Okłada jest złota i przyciąga wzrok zachęcając tym samym do czytania.
Znajdzie się tu też sporo treści o królestwie zwierząt - o okazach, których kształty przybiera bohater.

Podobał mi się jakby podwójny zapis niektórych wypowiedzi - kiedy chłopiec o czymś myśli i to potem wypowiada - dorośli tak nie robią, zdarza się nam pomijać któryś z punktów...

Duża czcionka umożliwia wspólne czytanie, do którego bardzo zachęcam, bo wbrew pozorom my - dorośli tę opowieść zrozumiemy jeszcze głębiej.

"Przykrości każdemu się zdarzają, Charlie. Postaraj się je zaakceptować. O wartości człowieka nie decydują rzeczy, które go spotykają, tylko sposób, w jaki sobie z nimi radzi". 


#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne - recenzja

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
8/10.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 264

Kategoria: literatura dziecięca
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...