Hermann Hesse i moje myśli nieuporządkowane

Chodziłam dziś po lesie, a po mojej głowie rozbijały się myśli, słowa, które chciałam z siebie wylać. Wiązały się z tymi trzema książkami, które widać na zdjęciu, ale nie były ściśle opinią, tekstem dotyczącym ich treści. Po powrocie przygotowałam sobie miejsce na kanapie, oddzielając się od psów poduszkami, które i tak zostały mi przez nie odebrane, zrobiłam sobie kawę, podłączyłam laptop do prądu i... pustka. Może po tym wstępie dotyczącym chwili obecnej, rzeczywistości jakoś się obudzę i podczas wlewania w siebie kawy, wyleję to, co zamierzałam.

Zapewne znacie Hermanna Hessego, a jak nie znacie Jego twórczości, to kojarzycie nazwisko, no... przynajmniej mam taką nadzieję. To niemiecki prozaik, poeta, eseista, okresami rysownik i malarz o poglądach pacyfistycznych. Żył w latach 1877-1962. W 1946 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury.
Hesse w swojej twórczości poruszał problematykę egzystencjalną, wiele w niej duchowości i odniesień do buddyzmu, analizował psyche swoje i ogólne, a wszystko to miało bogate tło społeczno-obyczajowe.
Jego styl jest niezwykły i ma wiele odsłon. Zdania bywają bardzo długie, ale w trakcie czytania poruszamy się po nich instynktownie, nie tracimy rytmu. Bywają również bardzo poetyckie. Napisałam „bywają” ponieważ w tych trzech różnych dziełach sposób wypowiedzi Hessego jest inny.

„Wilk stepowy“, najbardziej znane z Jego dzieł, jest najbardziej zróżnicowany pod względem formy i przedstawianych punktów widzenia. Może przysparzać trudności, ale na pewno warto się z nim zmierzyć. Jednak nie wiem czy poleciłabym ją do czytania jako pierwszą, chociaż uczucie zdezorientowania, które, jak mi się wydaje, powinno czytelnikowi towarzyszyć, wtedy będzie zdecydowanie większe.
„Kuracjusz” i „Podróż norymberska” zostały wydane razem, a samego „Kuracjusza” traktuję właśnie jako „wstęp” do „Wilka stepowego”.
Pojawia się tam nawet pewna wzmianka, ale opowiem o niej przy okazji omawiania moich wrażeń dotyczących każdej z przeczytanych publikacji Hessego. W „Kuracjuszu” i „Podróży norymberskiej” narrację prowadzi sam Autor. To jego osobiste przeżycia, zapisane w gawędziarskim stylu nacechowanym ironią, najczęściej w trybie auto. Pośmiałam się, ale... nie było mi wesoło i... a zresztą opowiem o wrażeniach w osobnym tekście.
„Pod kołami” to powieść dotycząca młodego i zdolnego chłopaka, zaduszonego talentu, opowiedziana w dużo bardziej przyswajalny sposób niż „Wilk stepowy”, jednak bardzo poruszająca. Samemu Autorowi wydawała się „zbyt lokalna” i „zbyt ulotna”. Była wcześniej wydana w Polsce pod tytułem ”Wyższy świat”.
Teksty Hermanna Hessego poruszają się po linii życia, pierwsze wrażenie może być dość ponure, ponieważ pokazują tę „męczącą” stronę życia. Tę, w której się grzęźnie i tę, z której wydaje się, że nie ma innego wyjścia jak się po prostu w niej utopić. Ale... to nie są ponure historie. One są pełne życia i prawdy o nim. Duchowość i natura jako dwie przeciwstawne sobie opcje.

Rzeczywiste i nie-rzeczywiste. Bo czym rzeczywistość jest?

Z opowieści Hessego uderza dwoistość, a z „Wilka stepowego” coś jeszcze głębszego i dużo bardziej złożonego. To opowieści pełne - tak dość przewrotnie - życia, powrotu do niego. To droga stawania się człowiekiem, droga do zrozumienia tego, czym życie jest. Można w nich znaleźć spokój, zrozumienie siebie i tego, co się we wnętrzu człowieka dzieje.

Nazywamy świat złym i chorym, a co z jednostką, a co ze mną?
Wszystkie są niezwykłe, o wszystkich opowiem bliżej, wkrótce.

Kiedy tak chodziłam po tym lesie i myślałam nad skomplikowaniem prostoty życia, przypomniało mi się niedawne wydarzenie. Jeden z moich znajomych zachorował i niestety już go z nami nie ma. Kiedy stałam na cmentarzu pośród innych, którzy przyszli się z nim pożegnać, słuchałam i patrzyłam. Za mną pewna pani rozprawiała z drugą, że nie dostała „czarnego komina” wobec tego przyszła dziś bez wymaganej maseczki. Przy okazji usłyszałam, że jej obecna sytuacja polityczna i jakieś tam zakazy, które to z kolei wywołały strajki, nie interesują, bo ona już rodzić nie będzie. Inna, która stała z białą lilią w rękach, usłyszała od jakiegoś mężczyzny, że powinna była kupić wieniec, a nie takie byle co. A chłopak na wprost mnie, co chwilę patrzył na telefon. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od kilku dni huczał w mediach społecznościowych jak bardzo przeżywa tę śmierć.
Rejestrowałam, układając sobie te migawki w pamięci. Mówić mi się wtedy nie chciało. Pamiętam, że kiedy ostatni raz widziałam tego znajomego to powiedział do mnie po imieniu, ale co powiedział tuż potem, tego już niestety nie. I tylko dźwięk tego słowa, mojej nazwy własnej odbijał mi się w głowie jak echo. Stałam tak blisko końca życia, będąc jednocześnie w jego centrum, ale tam echo imienia tego człowieka już się rozeszło. Przestał być rzeczywisty.  

Czy właśnie to jest normalne? Czy tak powinnam się zachowywać? 

Ktoś powie, że każdy przeżywa na swój sposób. I każdy ma do tego prawo. No dobrze, ale... Najpierw nauczyliśmy się nie okazywać emocji. Tani, brzydki sentymentalizm. Lepiej skoncentrować się na czerni, której nigdzie nie było niż nad życiem. Łatwiej. Wtedy się nie czuje, zaoszczędzi się na chusteczkach i wstydzić się nie trzeba. Bo płacz to wstyd. Jak płaczemy to zawsze ze wzrokiem skierowanym w dół, aby nikt nie widział, bo emocje i ich okazywanie jest passe. Potem musimy się ogłupiać obrzydliwymi historiami, w których pełno jest opisów przemocy, żeby coś poczuć. Bo nie czujemy nic. A w ramach terapii zafundujemy sobie przemoc na ulicach. Smutne, cholera.
A może zbyt poważnie to wszystko traktuję? Może lepiej się żyje jak nic nie bierze się poważnie? Ani życia, ani śmierci? Nie wiem, nic nie wiem. Im dłużej żyję, tym mniej jestem wszystkiego pewna.

Miałam o książkach Hessego na razie nie pisać jakoś bliżej, bo muszę je jeszcze przetrawić, przemyśleć. Jest w nich wiele pytań, ale i wiele odpowiedzi dotyczących świata i przede wszystkim człowieka. Bo na świecie nigdy nie będzie dobrze skoro jego najmniejsza komórka jest zepsuta. Pozwolę sobie Go zacytować:

„Można kochać bliźniego mniej niż siebie - wtedy jest się egoistą, chciwcem, kapitalistą, burżujem, a taki może wprawdzie zgarniać pieniądze i władzę, ale nie zazna w sercu pogody i nie będzie miał dostępu do najbardziej wyrafinowanych i smakowitych radości duszy. Można też kochać bliźniego bardziej niż siebie - wtedy jest się biedakiem, przekonanym o własnej niższości, chcącym kochać wszystko, a pełnym urazy do samego siebie i gotowym samego siebie zadręczać, i taki człowiek żyje w piekle, gdzie sam codziennie smaży się na wolnym ogniu. Ale równowaga miłości, zdolność kochania bez poczucia winy, miłość do samego siebie, której się nie kradnie, miłość do innych, która nie ogranicza i nie gwałci własnego Ja - w tych słowach zawiera się sekret wszelkiego szczęścia, wszelkiej błogości. A jeśli kto chce, można to też wyrazić na modłę hinduską i powiedzieć: Kochaj bliźniego, bo on jest tobą - chrześcijańska wykładania formuły tat twam asi. Ach, cała mądrość jest tak prosta, tak dawno już, tak dokładnie i ostatecznie została wyrażona i sformułowana! Dlaczego przychodzi do nas tylko czasem, tylko w dobre dni, dlaczego nie towarzyszy nam zawsze?”
 
Polecam sprawdzić czym dokładnie jest
tat twam asi, nie wymaga to wiele zachodu, można znaleźć materiały w okamgnieniu. Ile prostsze i przyjemniejsze byłoby życie gdybyśmy nie szukali stale odpowiedzi, które już dawno znaleziono. Jest coś w tym cytacie, że mnie świdruje. Tak proste, tak oczywiste, a tak trudne. Bo jak kochać, jak się karmi w sobie nienawiść? Nie karmisz? Karmisz. Ja też to robię. Zaskakujące jak łatwo mi to przychodzi.

*Książki Hermanna Hesse w wydaniu przygotowanym przez wydawnictwo Media Rodzina.

2 komentarze:

  1. Nazwisko autora jest mi znane, ale twórczości niestety nie. Teraz wiem jednak, że to się zmieni. 😊

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...