Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo poznańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo poznańskie. Pokaż wszystkie posty
Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza - Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Jak zapewne nietrudno się domyślić, choćby po nazwie bloga, mieszkam pod lasem. Spaceruję po nim praktycznie codziennie będąc przewodniczką psiego tandemu. Las żyje po wielokroć, nic się nie marnuje, a każdy z jego mieszkańców nie tylko ma tu swoje schronienie, ale pełni jakąś funkcję. Usunięcie choćby mrówek groziłoby zachwianiem ekosystemu.
Spotykam na swej drodze wiele zwierząt od tych najmniejszych tj. owadów po te pokaźnych rozmiarów - jak jelenie czy łosie. Gdy usłyszałam pierwszy raz szczekającą sarnę to mnie trochę zmroziło, bo nie jest to dźwięk, który byłby miły dla ucha. A kiedy biegałam, z jedną z moich psich towarzyszek, nieoczekiwanie naszym „zającem” stał się lis. 
Jedno spotkanie pamiętam szczególnie, bo było dość niezwykłe i zapoczątkowało moje cykliczne mijanki z parzystokopytnymi. Miałam jeszcze wtedy tylko jedną psią koleżankę i spacerowałam po lesie, kiedy zza pagórka wyjrzała na mnie samica daniela.
Staram się zachowywać w lesie cicho, psy nie są luzem, ale nie skradam się też jak przestępca. Spodziewałam się, że napotkana panna ucieknie. Ona jednak spokojnie na mnie patrzyła a ja nadal szłam w jej stronę. Pozwoliła mi przejść i oddaliła się bez popłochu, aby za chwilę znowu się ze mną spotkać. 
Od tego czasu wiele razy już mijałam wygrzewające się w trawie sarny, które odprowadzały mnie i moje psy wzrokiem nie zmieniając przy tym pozycji.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat


Zwierzęta są intrygujące i bardzo ruchliwe, dlatego trudno jest im zrobić zdjęcie, a szczególnie dzikim, które zazwyczaj boją się człowieka.
„Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza” Łukasza Łukasika i Magdaleny Sarat to świetne połączenie zdjęć dwóch fotografów przyrody, którymi Autorzy są, z opowieściami dotyczącymi ich wykonania. Autorzy wykorzystują je by przybliżyć czytelnikowi świat naszej pięknej przyrody, odkryć misterium życia, które nigdy nie ustaje, a przy okazji opowiadają o swojej pracy. 

Książka jest podzielona na cztery części zgodnie z porami roku, a rozdziały dotyczą przygód fotografów z określonymi gatunkami zwierząt. 
Z książki bije prawdziwa pasja, miłość do fotografii i jeszcze większa do prawdziwej plejady dzikich modeli. 

Myślałam, że jestem cierpliwa, ale czas oczekiwania na pojawienie się bohatera ujęcia jak i odpowiednich warunków oświetleniowych mnie zawstydza. Wstawanie w środku nocy, czołganie się i leżenie nie tylko w błocie, zimno, wlewająca się do butów woda, to jedynie niektóre z „atrakcji”, jakie funduje dzień pracy fotografa natury.
Jednak bywa i zabawnie. Wiele razy się śmiałam z przedstawianych zdarzeń, bo jest to taki rodzaj pracy, której scenariusza nie da się zaplanować. 
Z książki można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, np. dlaczego niektóre żaby stają się niebieskie, dlaczego klucz gęsi ma taki, a nie inny kształt, dlaczego znad Biebrzy zniknęły bataliony, dlaczego niektóre rykowiska są ciche i co mają z tym wspólnego grzybiarze, jak ukryć się by nie dostrzegł nas człowiek (to taki żart z mojej strony, ale i takie przygody miewają Autorzy), itd. Najbardziej podobały mi się opowieści o koziołku w koronie z pokrzyw i cały fragment dotyczący kruków. To piękne, inteligentne, niemal mistyczne ptaki. 

„W wielu mitologiach kruk był przedstawiany jako symbol inteligencji i sprytu. Był ptakiem słońca i świtu, sprytnym złodziejaszkiem i strażnikiem tajemnic. Dopiero chrześcijanie uczynili z niego negatywny symbol pogan, zdrady i niewierności”.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat


Autorzy czarują opowieściami i zamrażają każdą z nich na zdjęciu. Książka, jak wspomniałam, jest pełna kolorowych zdjęć, a część z nich można zobaczyć na instagramowym profilu fotografów (tutaj), którzy organizują warsztaty fotograficzne. 

Podobało mi się również jak zaznaczają by samemu nie zapuszczać się w trudne tereny, by bez zasięgnięcia wiedzy nie fotografować dzikich zwierząt, bo może być z tego więcej szkody niż pożytku.

Fajnie, że znalazł się w książce fragment dotyczący psów i wydry, który pozwolę sobie poniżej zacytować:

„A jednak w tym sielskim, zwyczajnym krajobrazie coś przykuło naszą uwagę. Mały, nienaturalnie nieruchomy ciemny kształt, skulony na zamarzniętej rzece już z daleka wzbudził naszą ciekawość. Postanowiliśmy się temu przyjrzeć dokładniej i z bliska. Najprawdopodobniej była to młoda wydra. Tylko dlaczego nie uciekała, dlaczego trwała w niepokojącym bezruchu?
Odpowiedź na to pytanie pojawiła się bardzo szybko w postaci dwóch niedużych, ale wytrwałych w swoich działaniach psów. Puszczone samopas prawie zamęczyły niedoświadczone zwierzę. Podbiegały do niego z dwóch stron, osaczały i nękały. Wydra musiała być przez nie niepokojona już od dłuższego czasu, bo nie miała nawet siły schować się pod lodem i odpłynąć. Za każdym razem kiedy tego próbowała, psy doganiały ją i atakowały”.

Opisywane zdarzenie skończyło się dobrze, bo ludzie zareagowali, ale gdzie byli właściciele tych psów?

Nie zliczę ile razy w lesie podbiegały do mnie psy puszczone przez właścicieli luzem... Nigdy nie były agresywne, nigdy nie wyrządziły mi krzywdy. Zaznaczam mi, ponieważ nie wiem czy jakieś dzikie zwierzę nie ucierpiało.
Pies to też zwierzę i puszczony samopas jest w stanie zagonić na śmierć nawet sarnę.
Wolność jednych zwierząt i ulga właściciela, który w ten sposób „męczy” psa, by mieć spokój w domu, nie może odbywać się kosztem mieszkańców lasu. Zawsze denerwuje mnie ta ignorancja, egoizm i kompletna niechęć do zrozumienia, że jesteśmy w lesie jedynie gośćmi, a nikt przecież nie chodzi do znajomych i nie wpuszcza im psa do mieszkania, aby się „wybiegał”. Pies jest zwierzęciem udomowionym, ma być przy człowieku i to człowiek jest za niego odpowiedzialny.

To piękna publikacja, który cieszy oko, pobudza wyobraźnię, sprawia, że się człowiek pod nosem, za sprawą opisywanych perypetii, uśmiecha. Autorzy uświadamiają, że to co jest dookoła nas to żywa galeria sztuki i zarażają swoją pasją.

„Kochajmy i szanujmy to, co nas otacza, bo bez tego życie nie będzie tak piękne”.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat



Data wydania: 2 października 2020
Liczba stron: 448

Wrażliwość zapisana w tonach - Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Wrażliwość zapisana w tonach - Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Długo, jak na mnie, nie pisałam. Jestem niewolnicą przyzwyczajeń, w tym wszelakich udogodnień, więc kiedy mój komputer odmówił współpracy i trafił do „sanatorium”, by przejść kilka transplantacji i kuracji, to nie mogłam się przemóc by skorzystać z drugiego.
Jakoś też nie mogę się przekonać do pewnej bezosobowej formy opowieści o książce i skupianiu się jedynie na niej, często traktuję to jako formę jakiejś pracy i od zwyczajnego hobby wymagam choćby niewielkiej formy profesjonalizmu. Co skutkuje tym, że trudniej mi się zabrać do napisania czegoś, co nie będzie brzmiało jak wynurzenia dyletanta, a że trudno mi się moją niekompetencję ukrywa, to równie trudno mi się do niej zmusić. 

 
W każdym tekście jestem ja, moja wrażliwość, moja skłonność do, być może, nadinterpretacji (ale kto mi jej zabroni :)) i moje przemyślenia wynikające z doświadczenia, tego czytelniczego również. Stąd, jak widzicie w nagłówku, zmieniła się nazwa mojego miejsca w sieci, choć domena (na razie) została taka sama. Dlatego czas się pogodzić z tym, że nie będzie się własnym wyobrażeniem i zaakceptować to... kim się jest :).


Po tym przydługim wstępie, który miał być formą wytłumaczenia ciszy w eterze, a jak zwykle stał się dygresją, która tłumaczy mnie jedynie przed samą sobą, zapraszam Was do stalinowskiej Bułgarii pisanej wrażliwością Wiktora Paskowa.

„Balladę o lutniku” przeczytałam prawie dwa tygodnie temu, a nadal o tej historii myślę. Nie wiem czy te rzeczone myśli uda mi się na tyle zebrać i powiązać w sensowne zdania, by przybliżyć Wam choć trochę tę przejmującą opowieść. Tak, to jest przejmująca książka.

Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Chłopiec imieniem Wiktor jest narratorem powieści Wiktora Paskowa i ta zbieżność imion nie jest przypadkowa (o czym dowiecie się z bardzo dobrego posłowia tłumaczki - profesorki nauk humanistycznych Marioli Mikołajczak), który to przedstawia swoje dzieciństwo i wspaniałą relację zawiązaną z mistrzem lutnictwa Georgiem Henigiem (tutaj również imię i nazwisko nie pozostają bez znaczenia).

Akcja powieści osadzona jest w stalinowskiej Bułgarii, a mistrz Georg jest z pochodzenia Czechem.
To z perspektywy Wiktora widzimy codzienność jego rodziny. Różne oblicza pojmowania biedy akcentują się już w tej najmniejszej komórce społeczeństwa, prowadząc do drobnych konfliktów między rodzicami chłopca. Drobnych, ponieważ starcia matki i ojca, choć są częste, to wynikają jedynie z prób dopasowania się do ogółu za pomocą posiadanych zasobów finansowych i zawsze kończą się zgodą. Da się również - w tych „kłótniach”, wyczuć prawdziwą miłość.

Wiktor poznaje Georga Heniga kiedy ten robi dla niego skrzypce, bo chłopiec ma się stać ich wirtuozem. Ich ścieżki się rozchodzą by znowu się zejść, a relacja się zacieśnia.

Nie bez powodu wspomniałam o pochodzeniu mistrza Georga, ma to znaczenie w sposobie mówienia tej postaci, jej charakterystycznym języku, będącym zlepkiem słów czeskich i bułgarskich, co po polsku daje wrażenie rwanej wypowiedzi, do tego niezwykle prostej, pozbawionej właściwej językowo odmiany.
Kiedy dołoży się do tego opis biednego staruszka, który nigdy nie narzeka, to powoduje to narastanie znanej wszystkim guli w gardle. W tych prostych wypowiedziach jest tak wiele prawdy o człowieku i o tym co ważne, ale i takiego zwykłego ciepła, że naprawdę trudno byłoby mi nie umieć sobie tego człowieka wyobrazić. 

„Innym razem dziadek siedział zamyślony z drewnem w ręce, patrzył na nie długo, poruszał wargami, rzucał spojrzenia w moim kierunku i na koniec odważył się:
- Wiktor, uczy ciebie robić skrzypce?
- Czy to bardzo trudne?
- Bardzo trudne. Całe życie stary Henig skrzypce robił i nie zrobił najlepsza. Ciągle myśli jak, myśli, myśli... Chce dla Boga skrzypce zrobić.
- Ósemka była wspaniała! Tato mówił, że jesteś największym mistrzem.
- Dobry ósemka... - Zamyślił się. - Skrzypce dla... król.
- Ile lat muszę się uczyć?
- Dużo. - Zasmucił się. - Żal, nie ma czas nauczyć ciebie. Bardzo żal mnie. Stary Henig niedługo odchodzi".

Chłopiec może przyglądać się procesowi tworzenia skrzypiec doskonałych, skrzypiec dla Boga, których stworzenie jest celem Georga Heniga.
Poznaje kunszt mistrza i niechcący uczy się tego co w życiu najważniejsze.
I tylko tak można tę historię czytać. Można. Ale można i dogłębniej, bo jest pełna symboli (jak choćby historia sąsiadów, którzy szczują psa na starszego pana), odniesień do ówczesnych wydarzeń, sytuacji politycznej i społecznej, więc można ją rozwarstwiać i czytać wiele razy, by odkrywać stale coś nowego.

W tej opowieści, jak pewnie nietrudno się domyślić, obecna jest muzyka jak i wrażliwość na dźwięk. Autor był, między innymi, kompozytorem, wokalistą jazzowym, śpiewakiem operowym i muzykologiem, więc swój wyczulony słuch i muzyczną wrażliwość przełożył na język tej powieści. To nie jest jednak fraza przepoetyzowana, ani przesentymentalizowana. Jest bardzo prosta, jednak niezwykle dźwięczna. A jej brzmienie trafia tam, gdzie powinno.

Wzruszam się kiedy czytam, ale rzadko na historiach ludzi i to dorosłych, a pan Georg Henig i jego los mnie wzruszył, i to bardzo.
Przerażało mnie to jak, niezależnie od czasów, w których żyjemy (zachowujemy się tak samo i dziś, gdy nie musimy walczyć o przetrwanie), skupiamy się na nic nieznaczących rzeczach.
Uczniowie lutnika skupiają się na narzędziach, które są istotne jedynie w rękach odpowiedniego człowieka, ponieważ to nie one tworzą mistrza, kompletnie nie rozpamiętując tego, czego ich nauczył.
Tak jak my dzisiaj prześcigamy się w zakupach gadżetów mających
zrobić z nas lepszych specjalistów, zapominając w tym wszystkim o najzwyklejszym czynniku... ludzkim.
Pokazujemy wszystkim wokół co mamy, jednocześnie twierdząc, że wciąż mamy za mało i że nas na coś nie stać, nie dostrzegając tego, że zwykle nie mamy pojęcia czym tak naprawdę prawdziwa bieda jest.

„Ballada o lutniku” to powieść wielowymiarowa, uniwersalna, do tego niezwykle ładnie, z wielką wrażliwością i czułością, napisana. Podobno dobrze skonstruowana postać to taka, która obchodzi czytelnika, a jej los nie jest mu obojętny. Wtedy jest on zdolny wyobrazić sobie wszystko, co jej się przydarza i współodczuwać. Taki, według mnie, jest Georg Henig.

Czytajcie Paskowa w doskonałym tłumaczeniu pani Marioli Mikołajczak!
W czasach wszechobecnego zobojętnienia trudno kształtować w sobie wrażliwość, a tu jej lekcję macie podaną na tacy.

Data wydania: 30 września 2020
Liczba stron: 215
literatura piękna
Tłumaczenie: Mariola Mikołajczak




Tarjei Vesaas - Pałac lodowy. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Tarjei Vesaas - Pałac lodowy. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Co jest najbardziej ulotne w naszym życiu? 

Zawsze ciśnie mi się na usta, że młodość. Dziś jest, a jutro jej nie ma. 

Jednak dużo bardziej ulotna jest nasza pamięć. Pamięć zbiorowa. Wieczność wcale nie jest wieczna.

Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Tarjei Vesaas to norweski pisarz, który był kilkakrotnie nominowany do literackiej Nagrody Nobla, klasyk literatury nynorsk - odmiany norweskiego. 

Na język polski zostało przetłumaczonych, według Wikipedii, siedem powieści, w tym „Pałac lodowy”, o którym opowiem Wam bliżej.

Vesaas był wielkim pisarzem, choć do tej wielkości nie dążył i jej unikał, przez co świat trochę go pominął i zaszufladkował jako pisarza skandynawskiego, po czym tę szufladę zamknął, a klucz chyba wyrzucił.

W Norwegii jest uważany za jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku. Za „Pałac lodowy” otrzymał Nagrodę literacką Rady Nordyckiej, a za wynikającą z niej gratyfikację finansową ufundował Nagrodę Debiutantów Tarjei Vesaasa, którą do dziś nagradzani są debiutanci i tę nagrodę otrzymał Roy Jacobsen, o którym pisałam całkiem niedawno, wspominając cykl o Ingrid Barrøy.

W prozie Jacobsena czuć ducha Tarjei Vesaasa. Objawia się on nie tylko w sposobie opisywania przyrody, ale w sposobie przestawiania bohaterki, choć oczywiście nie jest zupełnie taki sam. Ingrid jest, mimo wszystko, bardziej wylewna niż bohaterki Vesaasa.

Podobno Tarjei Vesaas zaczytywał się w Knucie Hamsunie (o którym pisałam przy okazji wydania przez Wydawnictwo Zysk trzech powieści w jednym zbiorze Pan. Wiktoria. Marzyciele”) i Sonii Lagerlöf (której dwie powieści zakupiłam i czekają na poznanie), czyli dwóch osób uhonorowanych literacką Nagrodą Nobla.
Hamsun, kiedy zostawi się za sobą jego sympatię do nazistów, jawi się jako człowiek widzący świat w sposób wyjątkowo wrażliwy, i z tego powodu budzi we mnie dysonans poznawczy. 

„Pałac lodowy” powstał w 1963 roku i jest ostatnią powieścią, którą Vesaas napisał. Być może dlatego, że czuł, że nie będzie w stanie nic już więcej powiedzieć, a na 139 stronach powiedział o człowieku i jego losie wszystko, więcej już się, chyba, po prostu nie da.
Według Henryka Berezy (wybitnego krytyka literackiego, eseisty i redaktora miesięcznika „Twórczość”), który napisał posłowie do „Pałacu lodowego”, styl Vesaasa wcale, na przestrzeni lat i wszystkiego co napisał, się nie zmienił, był dokładnie taki sam. Dziś powieści Vesaasa, w Polsce, można kupić jedynie w antykwariatach, czy też na allegro, więc samodzielne sprawdzenie jak czyta się krótkie, trafne i piękne zdania, jest dość trudne w realizacji, ale nie niemożliwe. Łudzę się, że kiedyś np. Wydawnictwo Poznańskie pokusi się o wznowienie jego dzieł.

„Pałac lodowy” opowiada o dwóch dziewczynkach Siss i Unn. Poznajemy je w momencie kiedy zawiązują przyjaźń. To taka pierwsza prawdziwa przyjaźń dla obu dziewczynek.

 Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Dostrzegają się po raz pierwszy jako jednostki. Pierwszy raz są świadome swojej indywidualności. Znajdują wspólny język w rwanych, skąpych dialogach. Znają się zaledwie jeden dzień. Unn niesiona dziecięcą radością odnalezienia przyjaciółki (dziewczynka zmaga się ze stratą matki i musi odnaleźć się nowej szkole), wchodzi do przepięknego tworu natury - pałacu lodowego, utworzonego m. in. z zamarzniętego wodospadu. Urzeczona pięknem migoczącego światła gubi drogę i zamarza. I tu dodam, że scena śmierci jest... piękna? Ruszają poszukiwania. Wszyscy będą musieli poradzić sobie ze stratą, a najbardziej dotknie ona Siss.

Styl, którym operuje Vesaas jest surowy, oszczędny w formie. Zdania bywają bardzo krótkie, buduje w ten sposób napięcie, przyspiesza akcję, rysuje emocje. Nie znajdzie się u tego Autora opisu stanu emocjonalnego postaci, nie znajdzie się żadnej formy egzaltacji, a mimo to rys psychologiczny jest wyraźny.
Nie znajdzie się również zapisanej wprost tezy.
Świat Vesaasa trwa, istnieje, po prostu jest. Tak samo jak jego mieszkańcy.

Tu najwięcej dzieje się poza warstwą językową.
Zawsze dziwi mnie fakt, że wśród czytelników panuje przekonanie, że słowa nie mają wartości sprawczej. Uważam, że to nieprawda, bo od słów wszystko się zaczyna, a najwięcej dzieje się za sprawą tych nigdy niewypowiedzianych. I tak też jest w „Pałacu lodowym”.

Ta krótka powieść, o dość elegijnym charakterze, jest pięknie ubrana w baśniowość, choć nie występują tu żadne wątki czy motywy, które moglibyśmy nazwać fantastycznymi. Ta baśniowość objawia się w opisach przyrody, które pozbawione zabaw słownych, czy sztucznego podsycania piękna chwili, sprawiają, że nie tylko prezentowane zimno się odczuwa, ale i widzi się cały krajobraz.

To powieść pełna symboliki. Nawet tytułowy lodowy pałac można odbierać jako wnętrze człowieka zmagającego się z żałobą, a jego rozpad wraz ze wzrostem temperatury, jak powrót do życia.
Pięknie też w tej prostej historii widzimy czym jest pamięć, pamięć o kimś. Dla niektórych jest darem, który pielęgnują, ale i, poniekąd, więzieniem.
To nie jest smutna historia. Świat Vesaasa nie jest negatywnie przejaskrawiony, jest dobry, jak tylko dobrzy mogą być ludzie.

Zdania Tarjei Vesaasa są jak znaki przestankowe postawione we właściwym miejscu, nadają słowom sensu i głębi, której się do tej pory nie dostrzegało.

<<<Po bokach drogi sunęło coraz więcej niewyraźnych kształtów drzew, domów i skał. I od czasu do czasu smolistoczarna przestrzeń. Na jej widok w sercu budziło się pytanie, co się tam kryje w tej trudnej do zniesienia godzinie? Ale za każdym razem było to tylko przywidzenie, więc serce pełne tętniącej krwi znowu zaczynało bić. „To my idziemy, owe kształty się nie ruszają.”
- Przyjmuję, że będziesz uważała się za zwolnioną - odezwała się ciotka. - Twoje postępowanie nie jest słuszne. Nie pasuje do ciebie. Jesteś zupełnie inna.
Brak odpowiedzi. Siss na to nie odpowie. Ale przecież kiedy gwiazdy świecą w studni, też brak wyjaśnienia.>>>

Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Dla mnie ta mała książeczka to arcydzieło. Arcydzieło pozbawione całego hałaśliwego blichtru cyrkowości językowej, karuzel zdarzeń i oczywistego przedstawiania własnego postrzegania świata ubieranego w wielkie zdania.

Jeżeli to, co napisałam nie przekonało Was do sprawdzenia czy wrażliwość tego norweskiego pisarza jest zbliżona do Waszej, to może jeszcze wspomnę, że mądrzy ludzie na tym świecie uważają, że niedaleko mu do dzieł Faulknera i wspomnianego już przeze mnie Hamsuna, czy Becketta. A malowane przez niego światy, podobno, zbliżone są do pejzaży Caspara Davida Friedricha, a sam Jarosław Iwaszkiewicz podczas czytania jednej z powieści Vesaasa miał słyszeć romantyczne dźwięki Schumanna.
Brzmi jakbym czarował? Robił to.
*Wiedzę na temat Tarjei Vesaasa zaczerpnęłam z Wikipedii i wyśmienitego posłowia Henryka Berezy.

  Tarjei Vesaas
(20.08.1897 - 15.03.1970)

*zdjęcie pochodzi z https://pl.wikipedia.org/wiki/Tarjei_Vesaas

Wydawnictwo: Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej
Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 1979
Liczba stron: 139
Kategoria: literatura klasyczna
 
Mój egzemplarz zakupiłam na allegro, u użytkownika Knigarnia.
Na szlaku wyrzutów sumienia - Oczy z Rigela - Roy Jacobsen

Na szlaku wyrzutów sumienia - Oczy z Rigela - Roy Jacobsen

„- Idziesz drogą wyrzutów sumienia, moja kochana.
- Co? - zdziwiła się Ingrid.
H
übner powiedział - jeżeli go dobrze zrozumiała - że okupacja Norwegii miała szczególny charakter; w wielu miejscach przybrała formę niemalże współpracy, ludzie się pobrudzili, a teraz usiłują zmyć z siebie ten brud, kraj umywa ręce. Tak, nawet wielu z tych, którzy naprawdę czegoś dokonali, wie, że mogli zrobić coś więcej, i woli, by im o tym nie przypominano”.

Oczy z Rigela - Roy Jacobsen 

„Oczy z Rigela” to trzecia część cyklu dotyczącego rodziny Barrøy, żyjącej na bardzo małej wyspie na Morzu Norweskim, której cykl życia wyznaczają pory roku. Każdą z części można by czytać niezależnie, ale nie polecam tego robić. Styl Roya Jacobsena ewoluuje i wspaniale jest to widoczne wtedy, kiedy zachowuje się odpowiednią kolejność czytania. Charakter głównej bohaterki i jej zawziętość można zrozumieć dopiero wtedy, gdy się ją dobrze zna.

Pierwsza powieść z cyklu nosi tytuł „Niewidzialni” i tacy właśnie są mieszkańcy tej małej wysepki. Żyją cyklami, korzystają z dobrodziejstw natury i walczą z jej przekleństwami. Narracja jest nieśpieszna, dość oszczędna, a mimo to odnosi się wrażenie przebywania na tym przyczółku ludzkości na środku dzikiego morza.
W drugiej części („Białe morze”) Autor zmienia czas, w którym opowiada z teraźniejszego na przeszły i koncentruje się na Ingrid
Barrøy, przez co styl nabiera emocjonalności i rozkwita, przestaje obojętnie relacjonować. Kobieta wraca na wyspę i akcja toczy się w głównej mierze z bohaterami, których już znamy.
Trudno również się nie domyślić dlaczego tytuł trzeciej części brzmi „Oczy z Rigela” kiedy zna się przebieg zdarzeń z „Białego morza”.

Ingrid wraz z córką Kają, rusza przez kraj, który próbuje pozbierać się po niemieckiej okupacji, by odnaleźć ważnego dla  jej mikrorodziny człowieka. To powieść drogi. Ingrid sama staje się wyspą na morzu. Większość napotkanych ludzi nie wierzy w jej opowieść, twierdzi, że nic nie wie na temat Rosjanina, o którego bohaterka pyta, i nie może jej pomóc. Zdarzają się jednak wyjątki oferujące informację czy nocleg, ale zdecydowana większość - o wojnie nie chce rozmawiać. Jakby nie wspominanie było równoznaczne z wymazaniem jej z historii.

Ingrid jest mieszkanką małej wyspy, więc nie potrafi nawiązywać rozmów i ich podtrzymywać. Za to znakomicie obserwuje i wysuwa wnioski.
Przyroda nadal jest obecna w „Oczach z Rigela” jednak dużo subtelniej. Po prostu wyznacza szlak, którym Ingrid, z Kają, brnie by dowiedzieć się prawdy o tym, co spotkało mężczyznę, którego nazywa mężem.
Chcąc nie chcąc, kolekcjonuje migawki wspomnień ludzi, których spotyka i odsłania obraz społeczeństwa niezdolnego do zmierzenia się z tym, co ich spotkało, lub z tym co sami spowodowali.

W tej części, jak dla mnie, jest najbardziej emocjonalnie, mimo oszczędności w okazywaniu uczuć przez główną bohaterkę. Jej charakter ukazuje się w tym, co robi i jak, a nie w tym co mówi.
Styl jest bardziej poetycki, pojawia się dużo więcej pięknych porównań, jednak zdecydowanie nie kosztem treści. 

Jest jakaś magia w sposobie pisania Roya Jacobsena. W jego świecie, nawet kiedy pojawi się brzydka prawda o ludziach, się odpoczywa. Czuje się zimno i słońce na skórze, podziwia opisywane widoki, a ludzie patrzą - widzą, umieją żyć w zgodzie z naturą, choć w „Oczach z Rigela” dokładnie widzimy jak również potrafią niszczyć i to samych siebie.

Cykl jest częścią serii skandynawskiej.

Jeżeli interesuje Was tematyka Norwegii w czasie okupacji i po niej, to istnieje film pod tytułem „Dwunasty człowiek” („Den 12. mann”) z 2017 roku, który opowiada odrobinę podobną historię, do tej Aleksandra, i jest oparty na faktach. Przypomniał mi się podczas lektury „Oczu z Rigela”. Polecam równie mocno jak cykl o Ingrid Barrøy.

Data wydania: 2 września 2020
Liczba stron: 256
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich 
literatura piękna
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka


Rodzina? - Mur duchów - Sarah Moss

Rodzina? - Mur duchów - Sarah Moss

Sarah Moss to angielska pisarka i nauczycielka akademicka. Była nominowana do Women’s Prize for Fiction, RSL Ondaatje Prize czy Wellcome Book Prize. Jest autorką siedmiu powieści, m. in. „Nocnego czuwania” i „Między falami”, które również przeczytałam.

Pisarka, w tych trzech powieściach (w „Murze duchów” również), bierze na tapet rodzinę, wskazuje w niej przypisany podział ról rodziców (z uwagi na płeć), przedstawia rodzicielstwo z wszystkimi jego blaskami i cieniami. „Nocne czuwanie” to codzienność widziana oczami matki, która próbuje być aktywna zawodowo i jednocześnie zajmować się dziećmi, kiedy mąż zdaje się nie zwracać uwagi na przytłaczające kobietę obowiązki. „Między falami” to z kolei rodzina widziana oczami ojca chorej dziewczynki, który zajmuje się domem, a żona oddaje się pracy zawodowej, treść pełna „niewypowiadanego” niepokoju.
Obie te powieści (poniekąd) ze sobą korespondują, uzupełniają się, postaci nawet się powtarzają, ale jako tło do roztaczanej opowieści. Książki pełne są nawiązań do historii, ponieważ każda z głównych postaci pisze pracę naukową.
Widzimy jak to, co było wpływa na obecne pokolenie i jak nadal nas kształtuje, bo choć staramy się być nowocześni i otwarci, to niektóre ze stereotypów są tak głęboko zakorzenione w naszej kulturze, że chyba nie da się ich w pełni wyplenić.
 
Mur duchów - Sarah Moss


Mur duchów - Sarah Moss


Powieści Sarah Moss wyróżniają się dość „senną” narracją. Pisarka nie szokuje zwrotami akcji, przemianą bohaterów czy nietypowymi zdarzeniami. Opisywane przez nią dni, zwykle, nie różnią się niczym od naszych. Jej bohaterowie są złożeni przede wszystkim z emocji, które będziemy z nimi współdzielić w zależności od tego, jak bliska nam jest przedstawiana sytuacja.

„Mur duchów” to najnowsza i najmniejsza objętościowo powieść z trzech przeze mnie wymienionych. Tym razem przedstawiana rodzina już nie tylko boryka się z krzywdzącym podziałem ról, który ją uwiera - tę rodzinę trawi choroba, choroba zwaną przemocą domową.

Silvie nosząca imię po starożytnej bogini brytyjskiej (Suleviae), jest główną bohaterką tej mikropowieści, a miejscem wydarzeń staje się obóz antropologiczny, który ma symulować życie w epoce żelaza, a na który rodzina trafia z powodu zainteresowań ojca. Uczestnicy próbują zasmakować życia bez luksusów, próbują żyć jak mieszkańcy Nortumbrii.
Z naukowego eksperymentu, który można by było potraktować jako zabawę, wyłania się jednak obraz domu, w którym dwie kobiety są podległe brutalnemu w słowie i czynie samcowi, a pozostali uczestnicy obozu chyba nie chcą widzieć tego, co tak naprawdę ma miejsce. Najważniejszy jest rytuał, choćby miał kogoś kosztować życie.

Autorka ponownie łączy współczesną opowieść z przeszłością, z historią ludzkości, ale w inny sposób, który, według mnie, nadaje jej większej płynności.

Z trzech książek Sarah Moss, które przeczytałam ta trafia do mnie najbardziej. Nie bez znaczenia są moje doświadczenia, również te zawodowe.
Ta krótka powieść przedstawia obraz przemocy wszelakiej i wszelakich uprzedzeń (!). Widzimy jak ofiary przywiązane do ojca sadysty potrafią wytłumaczyć każde z jego zachowań i obwinić siebie.
Ja rozumiem. Rozumiem to ciągłe wypowiadanie słowa „przepraszam”, zupełnie jak odruch bezwarunkowy.

„Zimny nurt obmywał mi nogi, spłukując częściowo ból. Wyobrażałam sobie, że wstyd odpływa niczym krew, najpierw strużką wśród roślinności, zwijając się i migocząc jak dym, ale po chwili rozpuszcza się i blednie, aż wreszcie przestaje być widoczny, choć wiesz, że nigdy nie zniknieƒ”.

Pisarka wiele mówi również niedopowiedzeniami, umowną ciszą, kiedy matka pragnie tylko „usiąść”, czy powtarzanym przez jednego z bohaterów „eeee”. To „eeee” to z jednej strony przerywnik, który mówi o tym, że coś jest niewłaściwe, a jednocześnie jest cichym przyzwoleniem na dominację i znęcanie się nad rodziną.

„Mur duchów” ma zaledwie 158 stron, a jednak czuję, że zostawił mnie z przemyśleniami na długo. Wiele jest w nim symboliki, jak choćby kruk, który pojawił się również w „Między falami”. Widzimy jak powrót do minionych czasów nie przybliża nas do natury, a jedynie obnaża skłonność do przemocy i poniżania słabszego, i jak wiele w nas jeszcze niemej akceptacji na jej przejawy.
Kilka dni po lekturze nadal mnie jakoś wewnętrznie drapie. Fikcja, która często bywa codziennością, zbyt często.

Mur duchów - Sarah Moss


Data wydania: 29 lipca 2020
Liczba stron: 158

literatura piękna
Tłumaczenie: Paulina Surniak

Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman

Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman


Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman
 

Poparzone dziecko - Stig Dagerman

 
„Poparzone dziecko” Stiga Dagermana poprzedza przedmowa napisana przez Pera Olova Enquista, szwedzkiego pisarza, prozaika, autora sztuk teatralnych, publicystę i scenarzystę filmowego, który zmarł w tym roku. Przedmowa bardzo istotna i ważna, ponieważ pozwala przygotować się na to, co „Poparzone dziecko” przed czytelnikiem roztacza, a nie jest to lekka opowieść. Stig Dagerman tworzył krótko, został doceniony, jako pisarz, dopiero po śmierci, która była wynikiem samobójstwa.

Powieść otwiera scena pogrzebu Almy - żony Knuta i matki głównego bohatera - Bengta, a więc już w pierwszym rozdziale zostajemy wrzuceni w atmosferę smutku i przygnębienia, która w żaden sposób nie słabnie na 288 stronach.

Poznajemy mikrorodzinę, która w związku ze śmiercią żony i matki musi zmierzyć się z nową sytuacją i odnaleźć się w starych-nowych relacjach.
Bengt jest dorosły, jednak nikt wobec swoich rodziców nigdy taki nie jest. Przytłaczają go własne myśli, a obraz rodziny jaki miał w głowie ulega rozpadowi, okazuje się, że życie to pasmo złudzeń.

Nic nie jest takim jakim je widzimy. To skąd patrzymy ma największe znaczenie, a żadna prawda nie jest ostateczna.

„Dla mnie prawdy nie da się opisać w żadnej prostej formułce, tak jak było to możliwe dla matki. Czasem o tym dyskutowaliśmy, ale ona nie potrafiła zrozumieć, że stawiając granicę wokół znaczenia jakiegoś pojęcia, popełniamy olbrzymi błąd”.

Stare-nowe relacje wiją się, plączą ze sobą. Po zmarłej zostały wspomnienia i przedmioty, które po czasie nabierają innego znaczenia. Bengtowi ukazuje się inny obraz, niż ten który zapamiętał. Miłość i nienawiść zdają się być jednym, obsesyjnym uczuciem.

Narracja opisuje szczegółowo codzienność bohatera, łącząc ze sobą zdania za pomocą powtarzanych słów, jak ogniwa zaciskającego się na szyi łańcuszka.
Styl Dagermana jest rytmiczny, jakby zdaniami podawał tempo z jakim poznajemy Bengta i jego bliskich, bo choć jest mocno przygnębiająco to prowadzeni krótkim, acz dość lirycznymi zdaniami, podążamy za historią (świetne tłumaczenie).

Uczucia bohatera poznajemy poprzez listy, które pisze sam do siebie, a potem do pozostałych osób dramatu. Tworzy to opowieść pełną emocji, jednostkową i ogólną zarazem, bo każdy we wnioskach wysuwanych przez Dagermana znajdzie kilka kropel własnego smutku i każdy, tak podejrzewam, inaczej zrozumie to, o czym Dagerman pisał.

„Być może to prawda, że śmierć jest wielką, pustą dziurą i że żałoba to wiedzieć, jak bardzo pusta to dziura, ale to prawda tylko dla trzeźwego. Bo gdy ma się alkohol, można napełnić dziurę wszystkimi ładnymi słowami. Można ją napełnić aż po brzegi. A potem położyć na niej kamień”.

Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman

Szczególne znaczenie w „Poparzonym dziecku” ma historia psa, Hektora, która bardzo mnie bolała. Ma jednak bardzo metaforyczny charakter, który w pełni ujawnia się dopiero w zakończeniu i teraz (kilka dni po lekturze) jestem pełna podziwu jak wiele zostało przekazane czytelnikowi za pomocą jego „pieskiej” niedoli.
Związek frazeologiczny „pieskie życie” nie ma przecież pozytywnego znaczenia.

To trudna lektura, wymagająca nie tylko zaangażowania w treść, poczucia tego dramatycznego nastroju, ale i umiejętności wyjścia ze świata wrażliwości tego Autora, bez trwałych „poparzeń”.
Świat widziany oczami Stiga Dagermana wciąga i osadza się w czytelniku na stałe.

Data wydania: 15 lipca 2020
Liczba stron: 288

Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
literatura piękna
Tłumaczenie: Justyna Czechowska
O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

Im bardziej coś jest nam odległe, niemożliwe do zobaczenia, czy to z uwagi na upływ czasu czy odległość, tym bardziej nas ciekawi.
Zdaje się, że dziś najbardziej interesuje nas kosmos, jednak zdarza się nam jeszcze na Ziemi odkryć coś, o czym nie mieliśmy do tej pory pojęcia.
Taki „niby” związek z czymś co nam, obecnie żyjącym, nieznane.

Mam tak za każdym razem kiedy czytam książkę historyczną!

Wydaje się nam, że to co było nie ma już znaczenia, żyjemy teraz, no i chcemy żyć jutro, więc co nas obchodzi to, co było?
 
O początkach Ameryki - „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” - David McCullough

Każde życie, nawet ogólnie pojęte - zbiorowe, jest jak drzewo, które gdy było młode z jakiegoś powodu zaczęło rosnąć w jakimś kierunku.
Czynnik atmosferyczne, ukształtowanie terenu i wiele innych składowych ma wpływ na to, jak będzie wyglądało w przyszłości. Od korzeni - podstawy, przez pień, konary, gałęzie i liście.
Choć umiejscowienia korzeni nie da się zmienić, ani nie da się ich rozplątać tak, żeby nic nie uszkodzić, to można zrozumieć kierunek, w którym drzewo rośnie i sprawić, by liście były zdrowe.

Nie da się w pełni zrozumieć tego, co się dziś dzieje w Stanach Zjednoczonych, a co za tym idzie i na świecie, bez znajomości historii, bo tak to już jest, że wszystko jest systemem naczyń połączonych.
Jest jeszcze jeden powód dla którego warto historię poznawać i jest on znaczący dla wszystkich książkoholików, ale wspomnę o nim później.
 

Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough


W zeszłym roku zaczytywałam się w publikacji „W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka” Stephena E. Ambros'a wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie, którą nadal polecam, a parę dni temu skończyłam „Pionierów. Ludzi, którzy zbudowali Amerykę” Davida McCullough'a - dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera.
Swoją drogą Autor wspomina w „Pionierach...” Wyprawę Lewisa i Clarka.

„Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” dzielą się na trzy części, obejmujące lata 1787-1863.
3 grudnia 1787 roku pierwsi osadnicy wyruszyli „Do Ohio” trasą liczącą 1130 km, przechodzącą częściowo przez góry zachodniej Pensylwanii, pragnąc stworzyć pośrodku głuszy „nową Nową Anglię”. Powstało tam miasto Marietta.
Ta opowieść ma kilku bohaterów, ponieważ McCullough pisze o po prostu o ludziach, koncentrując się na ich poszczególnych historiach, które razem dają czytelnikowi pogląd na to, jak wyglądał sam proces osiedlania się, jakie nastroje społeczno-polityczne im towarzyszyły i co faktycznie eksploracja odległych terenów dała i czym była okupiona.
Nie zapomina zarówno o Indianach, i wydaje mi się, że zrobił to w dość obiektywny sposób, nie pominął żadnej ze stron tego medalu, jak i akcentuje podjętą wtedy próbę zniesienia niewolnictwa.

Głównym bohaterem, jak mogę tak tę postać nazwać, jest pastor Mannaseh Cutler, niejako inicjator wyprawy, człowiek zaangażowany w wojnę o niepodległości Stanów Zjednoczonych, zdecydowany zwolennik zniesienia niewolnictwa, któremu przypisuje się autorstwo stosownego zapisu w Rozporządzeniu Północno-Zachodnim, do którego uchwalenia przekonał Kongres praktycznie sam. Jego losy są jakby osią opisywanych wydarzeń. Ten człowiek, choć zapominany na lata, powraca do życia dzięki Davidowi McCollough'owi i bardzo ciekawi. Samych postaci jest znaczenie więcej, jak choćby Generał Rufus Putnam - przywódca ekspedycji, czy syn wielebnego Cutlera - sędzia Ephraim.

Autor opisuje wydarzenia historyczne, które ukształtowały Stany Zjednoczone. Znajdziemy tu zarówno opisy krwawych walk, codzienność osadników, którym zdarzały się okresy prawdziwego głodu, przez piękno zasiedlanych terenów. Książka obfituje w odniesienia, cytaty z oryginalnych pamiętników kolonizatorów. Zebrany materiał źródłowy jest ogromny. Każdego z opisywanych „ludzi, którzy zbudowali Amerykę” można dość dobrze poznać. Karczujemy z nimi lasy, przewozimy prowiant, przeprawiamy się z przez górskie tereny, czy przyrządzamy posiłki. Mi osobiście odniesienia do ówczesnej polityki bardzo pasowały, ponieważ daje to ogląd na to, jak to wygląda dziś.
Można się też trochę rozczarować kiedy się zauważy, że nic - jako ludzie - się nie zmieniliśmy. Nadal żyjemy podobnie, choć mniej chorób nas dziesiątkuje, a masło, które z takim namaszczeniem wyrabiały osadniczki można kupić, nie trzeba robić swojego, no chyba że ktoś ma ochotę. Dostęp do wiedzy, czy szkolnictwa wyższego mamy dziś zdecydowanie łatwiejszy, a jakoś tego nie doceniamy.

David McCullough jest niezwykle wręcz drobiazgowy, przyjęta przez niego forma wypowiedzi nie jest tak porywająca jak Stephena E. Ambros'a, o którym wspomniałam na początku, ale mimo to książkę czyta się lekko jak na taką szczegółowość.

Wspomnę o jakości wydania, bo nie sposób tego nie docenić. Twarda oprawa - nawiązująca estetycznie do dwóch wcześniejszych publikacji („Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” Nathaniela Philbricka i „Nierozłączni. Słynni syjamscy bracia i ich spotkanie z amerykańską historią”  Yunte'a Huanga), wyklejka z mapą, wiele zdjęć, rycin czy reprodukcji akwareli z tamtych czasów naprawdę umila proces czytania.

Nie jestem znawczynią historii Ameryki, ani jakąś szczególną jej entuzjastką, a mimo to fajnie było uporządkować sobie w głowie odniesienia, które spotykałam w różnych, wcześniej czytanych, przeze mnie książkach.
Fajnie było wiele rzeczy lepiej zrozumieć, skąd się w danej książce wzięły i dlaczego.
I nie mam tu tylko na myśli cyklu o Alvinie Stwórcy Orsona Scotta Carda, o którym wspominałam w mediach społecznościowych w trakcie lektury. Cykl ten jest alternatywną historią Stanów Zjednoczonych i świata, mocno osadzoną w magii i współistnienia z pięknem przyrody, w wizji człowieka, który tworzy, a nie niszczy, jednocześnie równie mocno opartą na historycznych wydarzaniach i prawdziwych postaciach.

Kiedy choć w niewielkim stopniu zna się historię to, wiele motywów w popkulturze od razu się rozpoznaje i rozumie po co są - co wnoszą w treść utworów literackich, muzycznych czy też do kinematografii, choćby to było jedynie nazwisko.
Czytanie ze zrozumieniem tego, co chciał przekazać Autor wiąże się również z umiejętnością odnajdywania pozostawionych przez niego nawiązań.

„Jeśli można by wyrugować z naszego kraju wszelką ignorancję, wówczas nastaloby prawdziwe millenium”.
*Ephraim Cutler

Czytajcie książki historyczne, zawsze warto wiedzieć.




Data wydania: 1 lipca 2020
Liczba stron: 342
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane

Po dłuższym ignorowaniu szeptów książek Roberta Macfarlane'a w końcu zaprosiłam jedną do siebie, tę najnowszą, której premiera przypada 3 czerwca.

Tak, książki do mnie mówią, migają mi gdzieś z boku, pojawiają się jako proponowane tytuły - narzędzia śledzące wszelakich aplikacji w tym przypadku raczej się sprawdzają, albo nauczyłam się im wierzyć? Ważne, że mi z tym dobrze.
 
Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane
 

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane


Macfarlane zabrał mnie w podróż przez czas i przestrzeń. Nie tylko patrzyłam pod nogi częściej niż zwykle, ale odbyłam wiele podróży do wnętrza ziemi (uwielbiam J. Verne'a). Przeciskałam się z nim przez wąskie tunele, oglądałam skały i wypatrywałam pierwszych mignięć światła, kiedy wychodziliśmy z kompletnego mroku.

Byłam pod Morzem Północnym, wydobywałam potaż i oglądałam pokrywający wszystko kalcyt. „Przechadzałam” się ulicami drugiego Paryża, wspominając „Nędzników” V. Hugo, czy „Wehikuł czasu” H.G. Wellsa. Ale nie tylko, bo byłam wszędzie i zawsze.

Znaczniki zostawiałam jak pinezki na mapie, by móc zawsze do nich wrócić.
A wrócę na pewno.

Uwaga! Dygresje.

Macfarlane przypomniał mi kryminał, który nie tak dawno czytałam, i w przypadku którego - a konkretnie miejsca akcja pisałam, że nie jest tak fikcyjne, jak się wydaje a był to „Doggerland. Podstęp” - Marii Adolfsson.
Ale nie tylko ta książka, oczywiście oprócz wspomnianych klasyków, pojawiła się w mojej pamięci.
Jaki czas temu czytałam „Zapadłą dziurę Bone Gap” L. Ruby. To młodzieżówka, zapewne większość z Was już kręci nosem, mimo że książki nie zna, w której Autorka pokusiła się o skorzystanie z mitu Demeter i Kory/Persefony.
Pojawia się w niej wiele akcentów polskich (wspomina nawet Wisławę Szymborską), a główna (zaginiona) bohaterka jest Polką. Jest trochę stereotypów dotyczących naszej nacji, ale nie bolą, ani nie irytują. To opowieść bogato podlana realizmem magicznym. Wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach, a treść wcale nie jest lekka i łatwa. Stąd zapewne niektóre głosy o niezrozumieniu tego, co się przeczytało.


Dobra, wracamy do Pana MacFarlane'a.


Robert MacFarlane przyszedł do mojego domu, otworzył wiele książek, które czytałam, i pokazał mi: o, to tutaj, pamiętasz? Włączył wszystkie filmy dokumentalne i przygodowe, które kiedykolwiek oglądałam i zaczął dopowiadać nowe rzeczy: o roślinach, zwierzętach, o kosmosie i kopalniach, o górach i jaskiniach, pustyniach, lodowcach. To książka o tym co było, jest i będzie. O mroku bez którego nie dostrzega się światła, o historii bez której nie byłoby przyszłości, od malarstwa naskalnego do ciągłej ewolucji języka. O antropocenie, który w odniesieniu do czasu i natury nie znaczy aż tak wiele, jak się nam wydaje. 

Kim będziemy dla tych, którzy zjawią się po nas, czy odkryją to przed czym staramy się ich uchronić i czy rzeczywiście ich chronimy? 

Macfarlane'a fascynuje życie, nauka i piękno, i tą fascynacją zaraża. Pisze z wielką wrażliwością, prawie namacalną czułością dla wszystkich ciekawych świata.

W trakcie czytania szukałam podanych przez niego miejsc, zjawisk na mapach świata i oglądałam je w sieci. Niektóre już, jak na przykład Malstrom na Morzu Norweskim, znałam, ale (chyba) nie do końca byłam świadoma tego, jak często ten prąd pojawia się jako inspiracja w sztuce.
Niesamowite! Jak wszyscy boimy się tego, co w głębinach i co pod ziemią.


„Podziemia. W głąb czasu” przypomniała mi dlaczego lubię czytać...
Pewnie zabrzmiało to jak banał?
Żeby odczuwać przyjemność, żeby się uczyć czegoś nowego, dostrzegać to, co wartościowe i na tym się skupiać. Nie chcę czytać książki i psioczyć na Autora, że powtórzył 5 razy to samo słowo, skoro cała reszta książki do mnie przemawia...

„Trzy identyczne zdania pojawiają się w różnych kulturach i epokach: chronić to, co cenne, dostarczać to, co wartościowe, ukrywać to, co szkodliwe”.


Dygresje, znowu.


Pozostając w temacie przygód i smakowania świata chwyciłam za inną książkę wydaną przez Wydawnictwo Poznańskie - Yeti. Jak poszukiwania legendarnego człowieka śniegu uratowały Himalaje” Daniela C. Taylora i już ją prawie kończę. Nie jest tym czym się spodziewałam, że będzie, ale trochę moją ciekawość połechtała, choć nie zaspokoiła jej... Autor pisze trochę zbyt obszernie o sobie i trochę nie wiadomo o czym.

A czas, kiedy czytać nie mogłam, ale mogłam słuchać, wypełniał mi audiobook (dostępny w aplikacji Empik Go) Zaginione Miasto Z” Davida Granna (wydawnictwo W.A.B.). I ta jest absolutnie fenomenalna i polecam każdemu, kto lubi czytać o podróżach, o dżungli, lubi historię i opowieści o rodzącej się obsesji. Dawno temu oglądałam film na jej podstawie i również uważam go za bardzo dobry.
W książkach, kiedy czyta się je uważnie, jest więcej niż może się wydawać.
Działają jak katalizatory wspomnień, przez gąszcz myśli wyciągają na powierzchnię to, co się już zna, to co się w sobie ma. Pobudzają zmysły do poszukiwań, zachęcają do uczenia się nowych rzeczy, jak łańcuch, który nigdy się nie skończy.
Czytajcie książki Macfarlane'a, są niesamowite.




Wydawnictwo Poznańskie wydało już wcześniej dwie książki Roberta Macfarlane'a i są dostępne na LEGIMI.

Jeżeli potrzebujecie sprawdzić jak działa Legimi, to na końcu zdania jest link do darmowego (30 dni) okresu próbnego - KLIK.


Robert Macfarlane nareszcie po polsku! Znakomity brytyjski pisarz i podróżnik tym razem poszukuje źródeł osobliwej, nieracjonalnej i intrygującej miłości do wspinaczki wysokogórskiej.

Chodzenie w góry jest od dwudziestu lat jedną z najszybciej upowszechniających się form spędzania czasu wolnego – tym, co wyróżnia ją na tle innych, jest nieodłącznie związane z nią ryzyko śmierci.

Ryzykowanie życia, by wspiąć się na jakąś górę, jeszcze trzy wieki temu uznano by za dowód szaleństwa. Dziki krajobraz nie był pociągający; atrakcyjne było to, co człowiek uporządkował. Poza tym przebywanie w górach wiązało się z niebezpieczeństwami: uważano, że lawinę potrafi wywołać nawet kaszlnięcie lub muśnięcie skrzydła ptaka, przelatującego nisko nad ośnieżonym zboczem. Można było wpaść w szczelinę; lodowce czasami po latach „wypluwały” zesztywniałe zwłoki.

Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku ludzie zaczęli podróżować w góry nie tylko z konieczności i uznawać wspaniałość górskiego krajobrazu. Góry zaczęły wywierać ogromny, często tragiczny w skutkach wpływ na ludzkie umysły. W 1865 roku człowiek po raz pierwszy stanął na szczycie Matterhornu; w czasie zejścia czterech ze zdobywców zginęło, spadając w przepaść.

Do końca wieku zdobyto wszystkie szczyty Alp i sporządzono mapy niemal wszystkich alpejskich przełęczy. Tym samym dobiegła końca tak zwana złota era wspinaczki. Wielu zwróciło swoją uwagę na wielkie pasma górskie; zaczęto zdobywać szczyty Kaukazu, Andów i Himalajów. Na przełomie XIX i XX wieku często stawały się one obiektami obsesji.

Uczucia i postawy, które popychały do działania pierwszych wspinaczy, do dziś pozostają żywe w wyobraźni Zachodu. Respekt odczuwany przed górami wydaje nam się naturalny. Strzeliste, srogie, oblodzone – wszystkie tego typu formy krajobrazu cieszą się naszym uwielbieniem; wydajemy się coraz bardziej spragnieni choćby zapośredniczonego kontaktu z „dzikością”.

Robert Macfarlane rzetelnie opisuje fenomen radykalnej zmiany: co stało się na przełomie kilku stuleci, że cechy gór, które budziły wcześniej odrazę – stromizna, odosobnienie, śmiertelne niebezpieczeństwa – zaczęto zaliczać do ich największych zalet.


Dawne Szlaki rzadko znikają, chyba że pochłonie je morze albo przykryje asfalt. Trwają pod postacią ledwo dostrzegalnych elementów krajobrazu – widocznych dla tych, którzy wiedzą, na co zwracać uwagę.

Robert Macfarlane odkrywa przed nami zapomniany świat: trakty, drogi, Szlaki handlowe i trasy, którymi kiedyś podążali pielgrzymi. Pieszo i na rowerze, w upale i mrozie, ze złamanym żebrem, pęcherzami na nogach, niekiedy bez snu – przemierza południowo-wschodnią Anglię, północno-zachodnią Szkocję, Hiszpanię, prowincję Sichuan i Palestynę. Jego duchowym przewodnikiem w snuciu opowieści o wzajemnym kształtowaniu ludzi i miejsc jest dwudziestowieczny pisarz i poeta, Edward Thomas.

Ta książka to prawdziwe „tour de force” jednego z najznakomitszych współczesnych brytyjskich pisarzy, wielokrotnie nagradzanego i dotąd niepublikowanego w Polsce. To literatura drogi, natury i przygody w najlepszym wydaniu, łącząca w sobie myśl filozoficzną z historią i bogatą wiedzą geograficzno-przyrodniczą.


Data wydania: 3 czerwca 2020
Liczba stron: 519
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Jacek Konieczny

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...