„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins

„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins

„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins
Główną bohaterkę cyklu „Igrzyska śmierci”, Katniss Everdeen, poznaliśmy w przededniu 74 Igrzysk Głodowych, a w „Balladzie ptaków i węży” znajdziemy się dopiero w przededniu 10, a protagonistą jest... osiemnastoletni Coriolanus Snow.

Ród Snowów kiedyś był znamienity - obecnie rodzina porusza się na niebezpiecznej granicy biedy, Corio wie czym jest głód. Mieszka z Panibabką i kuzynką Tigris (tak, tak to znana nam już osoba) i ma pełnić rolę mentora w zbliżających się Igrzyskach. W tym czasie w Panem rywalizacja odbywa się również pomiędzy mentorami, choć nie tak krwawa jak w przypadku trybutów.
Głodowe Igrzyska, które znamy z trylogii nie mają jeszcze sprecyzowanej formy, są na bieżąco poddawane „ulepszeniom”. Coriolanus jest ostatnim mentorem, ostatniego dystryktu - Dwunastki. To dla niego prawdziwa szansa by zaistnieć i spełnić pokładane w nim nadzieje. Chorobliwa ambicja napędzana rodzinnymi oczekiwaniami nie pozwala mu w niczym odpuścić. Losy przyszłego prezydenta Panem bardzo mocno zwiążą się z trybutką z Dwunastki - rozśpiewaną Lucy Gray Baird.

Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins


„Ballada ptaków i węży” jest napisana w czasie przeszłym, opowieść snuje trzecioosobowy narrator, który nie tylko wie co było, ale i posiada wiedzę na temat tego, co dopiero będzie, a czuć to w wielu odniesieniach do fabuły „Igrzysk śmierci”. Tym razem, choć Corio jest niewiele starszy od Katniss, narracja jest dojrzalsza stąd zapewne wybór takiej, a nie innej formy opowieści. Treść jest przesycona pieśniami, balladami, niektóre z nich już znamy, choć w trochę innej formie, akcję dzieli przecież wiele lat.

Odniesień do samej mitologii według mnie jest dużo więcej, choćby w imionach postaci np. Arachne, Persephone (nie mogę wyzbyć się skojarzenia losów Arachne - z karą za pychę). Może jestem zbyt dociekliwa, kto wie?, znajduję i inne odniesienia. Ojciec Corolaniusa miał na imię Crassus - Marek Licyniusz Krassus - członek
I triumwiratu (Crassus, Cezar, Pompejusz), którego śmierć doprowadziła do wojny domowej. Mentorką chłopca z dwunastki jest dziewczyna imieniem Lysistrata tak jak tytuł komedii Arystofanesa. Trybutka Dwunastki nazywa się Lucy Gray Baird. „Lucy Gray” to wiersz Williama Wordswortha, o którym Collins wspomina. Samo „Baird” kojarzy mi się nie tylko z bardem, ale i z polskim kompozytorem - Tadeuszem Bairdem, autorem m. in. „Czterech sonetów miłosnych do słów Williama Szekspira” - historii Romea i Julii, ale to już moje bardzo luźne skojarzenia. W „Igrzyskach śmierci” też były (i w imionach również), jednak tutaj jest ich zdecydowanie więcej.

Poznajemy nie tylko inne oblicze przyszłego Prezydenta Snowa, widzimy kształtujący się obraz Głodowych Igrzysk z innej perspektywy. Zdaje się nam, że ktoś wpuścił nas za kulisy tej machiny śmierci.

Snow w trylogii był widziany oczami Katniss, a jak podobno nam wiadomo (często o tym zapominamy), punkt widzenia ma znaczenie.
Przez całą powieść przejawiają się znane nam już nazwiska, choć imiona zgoła inne. Wszystkie pytania jakie nasuwały mi się podczas czytania trylogii doczekały się w „Balladzie ptaków i węży” odpowiedzi. Jednak sama zawarta w nich historia spowodowała następne...

Collins zbudowała ciekawą fabułę, w której nie ma dynamiki akcji, jaką serwowały „Igrzyska...”, ale nadal książkę czyta się z zaciekawieniem, ponadto przedstawiła obraz ludzkości pompującej pieniądze w przemysł, pomijającej jednostkę.  Liczą się ci stojący najwyżej na drabinie majętności i liczy się... Ministerstwo Wojny, choć podobno panuje pokój.

Jak utrzymać bezkonfliktową sytuację w świecie wyzysku, gdzie podstawowe potrzeby człowieka nie są zaspokajane?

A co z morderstwem? Czy motyw sprawia, że zbrodnia może być uzasadniona?

Bardzo podobało mi się jak prequel koresponduje z treścią trylogii. Jak się uzupełniają, tworząc pełen obraz. Wielokrotnie uśmiechałam się pod nosem znajdując takie smaczki jak np. „strzałka wodna”, czy czytając dialog między Lucy Gray, a Coriolanusem:

„- Sam wiesz, co ludzie mówią. Przedstawienie trwa, dopóki kosogłos nie zaśpiewa.
- Kosogłos? Serio, moim zdaniem sama wymyślasz te wszystkie historie.
- Akurat tej nie. Kosogłos to prawdziwy ptak.
- I on śpiewa w twoim przedstawieniu?
- Nie w moim, skarbie. W twoim. A w każdym razie w przedstawieniu Kapitolu".

Wiele symboli zawartych w historii Katniss znajduje wyjaśnienie w „Balladzie...” i odwrotnie. Róża już nie ma tajemnic. A sam główny bohater jest bardzo dokładnie przedstawiony. Z każdą stroną powieści widzimy kto i co ma wpływ na to jak... się zmienia, jak kształtuje się jego osobowość, niesamowita psychologia postaci. Poznacie również genezę „Drzewa wisielców” i zrozumiecie skąd u Snowa późniejsza obsesja na punkcie Katniss.

Suzanne Collins pyta o istotę zła.
Czy człowiek rodzi się już zły?
Czy otoczenie ma wpływ na to kim się stanie?
Co wpływa na podejmowane przez niego decyzje?
Czy rzeczywiście ma jakiś wybór?
Co tak naprawdę kształtuje człowieka?

Podczas czytania „Igrzysk śmierci” towarzyszyło mi poczucie przygody, krwawej, brutalnej, ale przygody. Z prequelem mam kompletnie inaczej, towarzyszyła mi jakaś melancholia, nostalgia. Według mnie ta powieść jest dużo bardziej refleksyjna.
Nie wiem czy nadal powinna być szeregowana jako młodzieżowa, ponieważ Suzanne Collins napisała powieść, która jest zdecydowanie czymś więcej niż historią rozrywkową dla młodego czytelnika. Pokuszę się o stwierdzenie, że nie odebrałabym tak dobrze „Igrzysk śmierci”, gdybym wcześniej czytała „Balladę ptaków i węży”, bo to kompletnie inna „liga”.
Nie wiem, również, czy zostanie doceniona przez grupę docelową, nastawioną na zwroty akcji i raczej proste relacje międzyludzkie. To naprawdę świetnie napisana powieść o człowieku.
Mam cichą nadzieję, że ekranizacja będzie równie udana.


„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 17 czerwca 2020
Liczba stron: 544

Kategoria: literatura młodzieżowa
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Zacznę od wyznań: lubię Indianę Jonesa, lubię przygody, odkrywanie zapomnianych miejsc, gmeranie w przeszłości. Nie przeszkadzają mi wtedy iście sensacyjne pościgi, postaci którym brakuje jedynie peleryny by mogły stać się superbohaterami. Przełknę każdy absurd.

To najlepsza forma rozrywki - dla mnie rzecz jasna. Budzi się we mnie wtedy odkrywca, którego chyba każdy z nas w sobie nosi. Po obejrzeniu takiej produkcji lub przeczytaniu przygodowej książki siedzę z nosem w ekranie komputera i sprawdzam co w danej historii było prawdziwe.

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

 Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

„Kwestia ceny” to kontynuacja losów Zofii Lorentz, historyczki sztuki, którą mogliśmy poznać w „Bezcennym”. Trochę tej kontynuacji się obawiałam, „Bezcennego” czytałam dość dawno i nie wiedziałam czy mój „twardy dysk” powiąże obie części. Okazało się, że niepotrzebnie, bo choć Zofia ta sama (i jeszcze kilka znanych postaci), to książka kompletnie inna, a niezbędne z pierwszej części informacje Miłoszewski zawarł w nowej powieści i zrobił to w subtelny sposób.

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Pierwsze rozdziały to swojego rodzaju prolog. Autor wprowadza postaci i ich historie, podwaliny pod przygody Zofii Lorentz, która jest tak naprawdę królową tego spektaklu. Przyćmiewa wszystkich pozostałych bohaterów tej historii. Jednak wydaje mi się, że nie dlatego, że są oni za słabo scharakteryzowani. Lorentz jest po prostu prawdziwą gwiazdą, postacią tak charakterystyczną, że każda inna wypada przy niej blado. Gdyby istniała w rzeczywistym świecie to nawet na zebraniu stojąc i milcząc byłaby jedyną osobą w pomieszczeniu.
Mąż Zołzy traci pamięć, w dość nietypowy sposób i małżeństwo się od siebie oddala, a do tego Zofia traci pracę. Nie ma wyjścia i decyduje się na propozycję Bogdana Smugi, który poszukuje swojego stryja, a konkretnie jego śladów na dalekiej Syberii. Ten tajemniczy stryj miał dokonać znaczących odkryć dla etnografii i antropologii.
Powoli wszystkie zdarzenia i postaci z wprowadzenia zaczynają nabierać kształtu i zaczynamy układankę, puzzle zaczynają pasować.
Dzieje się wiele, dzieje się szybko. Są przygody, odkrycia i morze, no dobra ocean, żartów sytuacyjnych. Poczucie humoru Zygmunta Miłoszewskiego bardzo mi odpowiada. Śmiałam się praktycznie co chwilę, a scena z niedźwiedziem, Zofią i polskim hymnem rozbawiła mnie do łez.

Przygody Zofii nie istnieją w próżni. Tło społeczno-obyczajowe jest świetne, każdy się w nim odnajdzie, bo to odniesienia do obecnej sytuacji w Polsce i na świecie, odniesienia do filmów, seriali, książek i ich autorów, nawet do absurdalnej akcji z pewnym, jak się niektórym oficjelom wydaje, dwuznacznym obrazem. Często pojawia się Pan Zandberg i choć może trochę zbyt często, to jednak za każdym razem mnie to... bawiło. Nic na to nie poradzę.

Oczywiście nie samymi poszukiwaniami tajemniczego stryja i żartem stoi „Kwestia ceny”. To trafne podsumowanie dążenia do ciągłego wzbogacania się, bez obawy o koszta, bo wszystko, powtarzam wszystko - jest: kwestią ceny.
Autor porusza wiele problemów współczesnego świata. Kiedy przestaniemy się śmiać z przygód Zofii i jej przemyśleń, to zobaczymy jak wiele warstw ma ta powieść. Można odczytać je jako gorycz, równoważącą zabawne sytuacje.
Jestem pod niemałym wrażeniem jak wiele wątków Miłoszewski połączył, jak wiele opowiedział, nie męcząc, a bawiąc.

W notce „Od Autora” skonfrontowałam swoje odczucia odnośnie materiałów źródłowych, ponieważ stale miałam wrażenie, że musieliśmy czytać te same książki i nie dość, że moje przeczucia się potwierdziły to znalazłam kolejne intrygujące mnie tytuły. Nie musiałam, więc studiować stron internetowych. Ci, którzy - jak widziałam parokrotnie na różnych portalach - łamią sobie głowę nad tytułami niektórych powieści Zygmunta Miłoszewskiego, również odnajdą w tej notce odpowiedź.

Mogłabym ponarzekać, że coś tam przewidziałam, bo tak było, że nie do końca zgadzam się z wizją dotyczącą naszej, jako gatunku, przyszłości. Mogłabym, chyba trochę to zrobiłam?, ale i tak przeżyłam fajną, pełną śmiechu przygodę!

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 17 czerwca 2020
Liczba stron: 528
Kategoria: powieść przygodowa


 
Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Gdyby ktoś zaproponował mi dziesięć książek różnych autorów lub jedną książkę Dana Simmonsa to zawsze wybiorę Simmonsa.

Nie wiem dlaczego. Jest „coś” w Jego pisaniu, stylu, co lubię, nawet kiedy książka mnie nie zachwyca. Do tej pory zawiedziona byłam raz, nieszczęsnym „Zimowym nawiedzeniem” , które przypominało mi jakiś konspekt, a nie pełnoprawną powieść.  

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Abominacja - Dan Simmons

Głównym bohaterem i narratorem „Abominacji” jest Jacob „Jake” Perry, a Dan Simmons zebrał jego wspomnienia z wyprawy na Mount Everest, która odbyła się po nie tak dawnym zaginięciu George'a Mallory'ego i Andrew „Sandy'ego” Irvine'a (polecam o niej poczytać i sprawdzić jak Autor obudował fakty fikcją). 

W tym samym czasie w Himalajach zaginął syn pewnej bogatej kobiety, która przekazała środki finansowe na wyprawę poszukiwawczą. Trzech mężczyzn (w tym oczywiście narrator) wyrusza ku „siedzibie śniegu” nie wiedząc, że ktoś lub coś podążą ich śladem i nie ma dobrych zamiarów.
Pierwsze 130 stron „Abominacji” połknęłam od razu. Była niewiadoma, był klimat, było nawiązanie do „Terroru” (który jest dla mnie wyjątkową powieścią) oraz parę dość zabawnych, jak na moje poczucie humoru, wstawek.

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Gdy dotarłam do momentu przygotowań do wyprawy na „dach świata” i zaczęłam czytać o ekwipunku, który bohaterowie zamierzali ze sobą wziąć i całej historii zmian jakie zaszły w jakości sprzętu od pamiętnej wyprawy „Mallory'ego i Irvine'a”, książkę odłożyłam na dwa dni, pochłonęło mnie życie, nie nuda, a już wiedziałam, że czeka mnie gęsto tkany gobelin zdarzeń.
Kiedy zasiadłam do czytania o samej wspinaczce okazało się, że minęłam połowę książki i nawet tego nie zauważyłam.
Dla mnie to było fajne przeżycie, mroczne i trudne. Czułam się jakbym się z tą ekipą wspinała. Ja lubię książki przygodowe, pełne szczegółów, detali, które pozwalają mi się w danym miejscu praktycznie znaleźć i to nie tylko geograficznie, ale w opisywanym przez Autora czasie. Tutaj tak było.
Ale potem niestety wkroczyła sensacja w dość tanim wydaniu, niczym kadry z filmu z Jason'em Statham'em. Działy się rzeczy dziwne. Mało spójne, niestety (znowu niestety).

Jakby Dan Simmons nie mógł się zdecydować czy chce napisać książkę zbliżoną klimatem do „Terroru” czy może „Trupiej otuchy” i wyszła z tego mało satysfakcjonująca mieszanka, która dla mnie była dość karykaturalna, ale... chociaż zdrowo się pośmiałam. Nie czuję, że „zmarnowałam czas” bo od dawna do czytania się nie zmuszam.

Nie jestem też zawiedziona, jestem zdziwiona! Możliwości jakie dają te tajemnicze tereny, szczyt, na który ludzie wspinają się dlatego, że tam stoi, często przypłacając to życiem, rejony gdzie od wieków szuka się istoty wiążącej człowieka z naturą, zostały przez Autora zduszone. Jakby chciał za wszelką cenę dołożyć tej „akcji”, której podobno współczesny czytelnik szuka. Pewnie bardziej by mnie przekonał ten „krwiożerczy pingwin”, o którym (z przymrużeniem oka) Autor w powieści wspomina.

Dan Simmons jest dla mnie mistrzem przeplatania faktów z fikcją, wiązania ich mitami i smaczkami z szeroko pojętej sztuki. Potrafi w najbardziej fantastycznej historii stworzyć namacalny realizm i tu, w części sprzed sensacji, mu się to znowu udało. Materiał źródłowy, który do tej powieści zgromadził musiał być ogromny. Ilość informacji, które podaje i przeplata własnymi wyobrażeniami może przytłoczyć kogoś, kto nie pała miłością do detali, ja jednak tę umiejętność najbardziej w Jego pisaniu cenię. W „Abominacji” oddał głos Jacob'owi „Jake'owi” Perry'emu w taki sposób, że jestem skłonna uwierzyć, że bohater jest jednocześnie autorem.

„Moje oczy są głodniejsze niż żołądek”, podczas czytania nakarmiłam je widokami, których nigdy osobiście nie doświadczę, a nadmiar kalorii spaliłam przy wspinaczce i salwie... śmiechu.
Zawsze będę polecała książki Dana Simmonsa, nawet wtedy, kiedy nie bardzo wiem... o co mu chodziło.

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 17 czerwca 2020
Ilość stron: 644
Tłumaczenie: Janusz Ochab

QualityLandia - Marc-Uwe Kling - PATRONAT MEDIALNY

QualityLandia - Marc-Uwe Kling - PATRONAT MEDIALNY

QualityLandia - Marc-Uwe Kling

Marc-Uwe Kling jest niemieckim pisarzem, autorem tekstów utworów muzycznych i kabareciarzem, stand-uperem. „QualityLandia” jest pierwszą Jego książką wydaną w Polsce.
To, krótko rzecz ujmując, dystopia. A każda, jak powszechnie wiadomo, rządzi się takimi samymi zasadami, czyli:
- akcja dzieje się w przyszłości, ale działania władzy przypominają naszą rzeczywistość,
znajdziemy w niej:
- wszelakie teorie spiskowe, 
- manipulacje informacyjne,
- problematykę wolnej woli, 
- inwigilację obywateli, 
- represje, 
- i nowinki technologiczne.
Oraz stałe pytanie gdzie w tym wszystkim indywidualność, gdzie to szczęście, do którego tak dążymy?

QualityLandia - Marc-Uwe Kling

 

QualityLandia - Marc-Uwe Kling

 

„QualityLandia” wyróżnia się formą, ponieważ to połączenie przewodnika po kraju przyszłości zwanego nie inaczej jak właśnie QualityLandią, z satyrą, w której większe znaczenie ma przedstawiana przez bohaterów scenka, gra słów i inne niuanse niż same postaci. 

Marc-Uwe Kling przedstawia wykreowany świat bardzo dokładnie, nie znalazłam żadnych nieścisłości, czy pominięcia jakiejkolwiek dziedziny naszego życia.
Widzimy pozbawiony przechadzających się ludzi świat, którego ulice pełne są błądzących autonomicznych samochodów. Mieszkańcy każdą swoją decyzję opierają na podszeptach wirtualnych asystentów, a partnerów nieomylnie wybiera im... system.
Singiel równy jest analogowi - czyli postaci już wykluczonej, na jednocyfrowym poziomie drabiny społecznej, określającej ludzką użyteczność.
Posiadanie nazwiska niepochodzącego od zawodu rodzica, jest przywilejem zamożnych.
Wszystkie potrzeby są zaspokajane przez TheShop, którego algorytmy wiedzą zdecydowanie lepiej co jest człowiekowi potrzebne i kiedy... niż on sam.

Wszystko jest w QualityLandii najlepsze!

Każdy tu wspaniale żyje, przydziela oceny i sam takowych oczekuje.

QualityLandia - Marc-Uwe Kling

W QualityCity egzystuje - Piotr Bezrobotny, zajmujący się złomowaniem maszyn wszelakich (Prawo Ochrony Konsumpcji), który twierdzi, że to co otrzymał z TheShop nie jest tym, czego chciał. Mężczyzna chce, więc zwrócić towar...

Przewodnik prowadzi zwiedzającego przez wszystkie „najlepsze” motywy świata przyszłości: od mało zdrowej, ale pysznej żywności, przez namiastkę relacji międzyludzkich, czy upodobań twórców filmowych (banalizacja znaczenia II wojny światowej), negację nauczania historii, aż do życia w świecie wyobrażeń, w otoczeniu klakierów.

Idealny świat, w którym żyjemy unosząc się na chmurce komplementów, w poczuciu posiadania wiedzy totalnej, kto by tak nie chciał?

Żadnego sprzeciwu, znikąd!

Styl wypowiedzi wydaje się prosty. Rozmawiający ze sobą bohaterowie nie są raczej erudytami. Zdania przesiąknięte są grami słownymi, popularnym nazewnictwem, z zachowaniem anglojęzycznej pisowni. Autor przedstawia sposób wysławiania się człowieka współczesnego, u którego nazwa sama w sobie lub jej skrót, czy też obecnie modne barbaryzmy, jest ważniejsza niż sam przekaz.

Oprócz cech niejako stałych dla antyutopijnej wizji przyszłości, Autor nawiązuje do etyki robotów - trzech praw Asimova. Wspomina twórczość George'a Orwell'a, czy Lwa Tołstoja. Nawiązuje nawet do jednego utworu Nirvany - zwinna gra słów.
Wszystkie ulepszenia, jakie QualityLandia oferuje swoim mieszkańcom nie są prognozą, którą Marc-Uwe Kling tylko wyśnił. W trakcie czytania, choć gagi bywają zabawne, czuć że Autor śledzi na bieżąco postęp technologiczny jaki się, pomimo naszej powolnej ewolucji, dokonuje. Nie jest mu obce Prawo Moore'a. Pojawiają się również zagadnienia z kognitywistyki. Dzieje się bardzo dużo w tekście i poza nim.

Technologia sama w sobie i nieograniczone możliwości jakie daje nie są złe, złe mogą być jedynie motywy osób, które będą się nią w przyszłości posługiwać.
Może niektórzy czytelnicy po lekturze dość absurdalnych scenek w absurdalnie idealnej rzeczywistości, choć raz zastanowią się nad tym, co w sieci udostępniają, ponieważ nigdy się z niej już nie wyplączemy.
Upadek jakiego dokonamy jako cywilizacja, może być jedynie moralny, bo technologicznie uczeń z czasem przerośnie mistrza - wszak inteligencja to zdolność adaptacji.

QualityLandia - Marc-Uwe Kling


Wydawnictwo NieZwykłe
Data wydania: 27 maja 2020
Liczba stron: 364
Kategoria: science fiction
Tłumaczenie: Magdalena Kaczmarek


Przez - Zośka Papużanka

Przez - Zośka Papużanka



Przez - Zośka Papużanka

#czytnikoweczytanie 

 

Przez - Zośka Papużanka

 

„Przez” jest czwartą książką Zośki Papużanki, ale niestety jedyną, którą do tej pory przeczytałam. Dlaczego niestety?
Ponieważ Papużanka pisze w sposób wyjątkowy i w równie wyjątkowy sposób do mnie trafia.

Narracja to zapis życia wewnętrznego, w którym powtórzenia spajają ze sobą kolejne zdania nadając wypowiedzi rytm.

Przez tekst się widzi. Przez tekst się słyszy. Przez tekst się czuje.

Czuje się to, co dzieje się w głównym bohaterze, który najprawdopodobniej zmaga się za zaburzeniami psychicznymi. Jest chorobliwie zorganizowany i odizolowany. Podgląda byłą żonę, celując w nią obiektywem aparatu. Wszystko ma w ten sposób pod kontrolą, zachowując jednocześnie bezpieczny dystans.
Czas w fabule nie biegnie linearnie, bohater często wędruje myślami do tego, co było.

„(...) czas to tylko zmrużenie powieki na fotografii”.

Czym jest tak naprawdę czas?

Jakie znaczenie ma dla nas to, co będzie, skoro większość tego, co jest poświęcamy temu, co było?
Czy kadr mógł być lepszy? I czy rzeczywiście było tak, jak pamiętamy?

Książka jest przesycona nawiązaniami do fotografii. Próbujemy żyć tworząc idealne kompozycje, na niskich wartościach czułości, ponieważ jakość obrazu ma dla nas największe znaczenie.
Im ciemniej, tym wyższa wartość ISO, ale i szumów zakłócających kadr jest więcej.

„Wyjmuje z torby aparat, podziwiając jego ciężar, choć dobrze go zna, ale wciąż podziwia, jak wszystkie rzeczy, które podziwiać należy, gdyż są od człowieka lepsze, a mimo to mu służą. Aparat widzi więcej niż człowiek. Więcej, szerzej i głębiej. Potrzebuje tylko czasu i stabilizacji, jak człowiek, ale dokładniej. Bez pośpiechu. Teraz teleobiektyw. Ciężki jesteś, ciężki, ale wrażliwy w środku, z taką maszyną trzeba się obchodzić troskliwie, żeby się nie obraziła na czas i światło i żeby pozwoliła przez siebie spojrzeć i zobaczyć to, czego ludzkie oko zobaczyć nie umie”.

W fabule nie dzieje się zbyt wiele. Mężczyzna patrzy, notuje, kadruje, leży. Nuda, nic nie miga, nic się nie obraca. Nie ma nawet dialogów, które nadałyby dynamiki.
Jednak historię opisaną w „Przez” czytałam z dużo większym zainteresowaniem niż obecnie modne dreszczowce. Być może dlatego, że charakterystyka psychologiczna bohatera jest tu najważniejsza (i fotografia) i w tych jego zaburzeniach możemy dostrzec siebie, a sama warstwa językowa jest wyjątkowa.

Na wszystko patrzymy właśnie „przez”, a nikt nie jest wolny od aberracji (doświadczeń, emocji). Wnioski, które narrator wysuwa choć oczywiście nie są ostateczne, bo nic nie jest stałe, to są mi bardzo bliskie, często podobnie „widzę”.

Proza Zośki Papużanki wymaga od czytelnika uwagi, zaangażowania. Jest bardzo nieoczywista.
Zdania, a nawet poszczególne słowa każdy odbiera inaczej, z powodu własnych zniekształceń postrzegania i tak też jest z najnowszą książką Zośki Papużanki.
Wydaje mi się również, że im więcej czytelnik w życiu doświadczył, nie mam tu na myśli przeżytych lat, a pewnego rodzaju wrażliwość -takie wewnętrzne ISO, tym więcej znajdzie siebie w tej historii.

To książka, którą chciałabym schować i móc tylko sama do niej zaglądać, żeby nikt nie wyczytał mi liter, nie zniekształcił ich „przez” własny obiektyw.




Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Liczba stron: 296 (wersja papierowa) 216 (wersja elektroniczna)
Kategoria: literatura piękna

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia
„Igrzyska śmierci” ukazały się w 2008 roku, w Polsce z kolei, 6 maja 2009 roku - nakładem wydawnictwa Media Rodzina, a w 2012 roku światło dzienne ujrzał pierwszy z czterech filmów („Kosogłos” jest podzielony na dwie części). 
Zarówno książki jak i ich ekranizacje odniosły olbrzymi sukces na świecie, a magazyn „Time” uznał Suzanne Collins za jedną z najbardziej wpływowych osób 2010 roku.

Sama Autorka przyznaje, że do napisania trylogii zainspirowały ją: mit o  Minotaurze i Tezeuszu oraz coraz bardziej absurdalne programy typu reality show. 

 

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins

 
Państwo Panem, które jest miejscem akcji, charakteryzuje ustrój totalitarny. Było podzielone na trzynaście dystryktów i Kapitol - stolicę. Jednak po wojnie domowej trzynasty dystrykt przestał istnieć.
Na pamiątkę tych wydarzeń, co rok, organizowane są Głodowe Igrzyska. To zawody na śmierć i życie, rozgrywane pomiędzy młodymi mieszkańcami poszczególnych dystryktów, których wybiera się drogą losowania na dożynkach. Zawsze jest to para zawodników, zwanych trybutami, para różnej płci w nastoletnim wieku. Ten kto przeżyje ma, wraz ze swoją rodziną, zagwarantowane dużo lepsze warunki bytowe.

Główną bohaterką trylogii jest Katniss Everdeen, która zgłasza się na ochotniczkę, po tym jak do startu w Głodowych Igrzyskach losująca wybiera jej siostrę - Primrose. Katniss kocha siostrę, którą zajmowała się po śmierci ojca i po załamaniu matki, i pragnie ją za wszelką cenę uratować, zwłaszcza, że dziewczynka ma zaledwie 12 lat.
„Partnerem” Katniss będzie Peeta Mellark, syn piekarza, który kiedyś pomógł bohaterce i jej rodzinie. Kiedy para trafia na do Kapitolu akcja rusza i znajdujemy się w przededniu 74 Głodowych Igrzysk. 

Narracja we wszystkich częściach cyklu prowadzona jest w czasie teraźniejszym, w osobie pierwszej, z perspektywy głównej bohaterki. Czytelnik poniekąd staje się samą Katniss. Na początku trochę mi to przeszkadzało, bo nie jest to sposób narracji, który lubię, jednak zadałam samej sobie jedno pytanie:

Czytasz po to, żeby się czepiać i marudzić, czy po to, żeby się dobrze bawić?

Odpowiedź była oczywista. 

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Bohaterka to bardzo młoda dziewczyna, szesnastolatka, wywodząca z najbiedniejszego z dystryktów - często doznająca głodu, żyjąca w nieustannym strachu o siostrę, o matkę, o siebie.
Zostaje wrzucona na arenę krwawych walk wraz z chłopakiem, którego prawie nie zna, a ten tymczasem deklaruje na wizji, że żywi do niej jakieś uczucia.
Poprzez zabieg z czasem narracji i zastosowaniem pierwszej osoby, można się z Katniss zżyć i zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje. 

Dałam się uwieść atmosferze i bohaterce, rzecz jasna, no i przepadłam na cztery dni w przesiąkniętej mroczną akcją rzeczywistości Panem. 


Suzanne Collins poddaje swoich bohaterów, w każdej z części, coraz to nowszym i coraz bardziej krwawym próbom.
Dzieje się wiele. Każdy z rozdziałów kończy w takim momencie, że po prostu trzeba przeczytać kolejny, akcja zostaje zawieszona i nie da się odłożyć książki na później.

„W pierścieniu ognia” kiedy Katniss i Peeta myślą, że to, co najgorsze za nimi, że będzie już lepiej, okazuje się, że przed stoi przed nimi przymus uczestnictwa w kolejnych Głodowych Igrzyskach, z  okazji Ćwierćwiecza Poskromienia. Spotykają się na innej arenie ze zwycięzcami poprzednich Głodowych Igrzysk i będą musieli znowu walczyć o przetrwanie.

W „Kosogłosie” z kolei, który uważam za najlepszą część, choć i najbardziej smutną i krwawą, będę musieli przetrwać powstanie. 

„Igrzyska śmierci” bywają w niektórych momentach nawet bardzo brutalne. Są, jak już wielokrotnie wspomniałam, krwawe, przesiąknięte śmiercią i okrucieństwem. 

Jednak nie jest to sama przemoc dla przemocy.

Autorka opowiada o wielu wartościach w życiu, np. o siostrzanej miłości, o rodzinie, o poświęceniu dla drugiego człowieka, o prawdziwej przyjaźni.
Mieszkańcy żyją w złym miejscu. Władza ich wykorzystuje, ciemięży. Każe im na swoje zabawy ciężko pracować, okrada ich, morduje i dostarcza sobie rozrywki skazując często na bratobójczą walkę. 
Bogaci i biedni są pokazani bardzo kontrastowo. 
Mieszkańcy dystryktów umierają z głodu, a mieszkańcy Kapitolu wymiotują z przejedzenia. 
Zwykłych ludzi skazuje się na chłostę, kiedy próbują sobie coś upolować, a ludzie ze stolicy przebierają się za papugi, bo nie wiedzą już jak pożytkować nadmiar pieniędzy. Też cierpią, ale nadmiar dóbr wszelakiego rodzaju i zobojętnienie.

Cykl „Igrzyska śmierci” to takie połączenie młodzieżowej przygodówki, dystopijnej wizji przyszłości, opowieści o przetrwaniu, do tego trochę psychologii i relacji międzyludzkich oraz ważnych w życiu wartości.

Collins stawia również pytanie o to czy pokój na świecie wymaga ofiar? Czy potrzebny jest do tego rozlew krwi? I co on tak naprawdę daje? Czym jedna władza różni się od drugiej, skoro kieruje się takimi samymi metodami. 
Dlaczego wykorzystujemy innych, a dlaczego jak coś mamy to się nie dzielimy? 
I dlaczego kiedy mamy zbyt wiele robimy z siebie błaznów?

Bogactwo i władza zawsze idą w parze i rzadko kiedy budują.

„Igrzyska śmierci” można traktować jako formę rozrywki. Akcja w żadnej z książek nie zwalnia, a Autorka cały czas podsyca ciekawość i napięcie. Książki nie są pozbawione wad, ponieważ doskonałe książki nie istnieją, jak nie istnieje stale zadowolony czytelnik. Można dopatrywać się w niektórych sytuacjach przesady, ale można również przymknąć na to oko i czerpać z czytania zwykłą... przyjemność.
Dla uważnego czytelnika mogą nieść więcej treści niż sugerowałby gatunek, do którego zostały przypisane, dlatego zanim skreślicie tę trylogię sprawdźcie czy faktycznie już jesteście na nią zbyt dojrzali.
Wszystkie części są ze sobą spójne. Autorka powoli odkrywa prawa rządzące rzeczywistością mieszkańców Panem i przez śledzenie losów bohaterów odkrywałam co z czego się wzięło, jednak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi... głównie tych dotyczących przeszłości Panem.

Dlatego...

Z niecierpliwością oczekuję na prequel - „Balladę ptaków i węży”, którego premiera jest przewidziana na 17 czerwca. 
Zapraszam na profile w mediach społecznościowych - wydawnictwa Media Rodzina, i swój instagramowy, gdzie pokusiłam się o przygotowanie małego quizu, z wiedzy na temat Państwa Panem, Głodowych Igrzysk i bohaterów całego „Igrzysk śmierci”. A niebawem będzie można wygrać trylogię. Zapraszam :)

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane

Po dłuższym ignorowaniu szeptów książek Roberta Macfarlane'a w końcu zaprosiłam jedną do siebie, tę najnowszą, której premiera przypada 3 czerwca.

Tak, książki do mnie mówią, migają mi gdzieś z boku, pojawiają się jako proponowane tytuły - narzędzia śledzące wszelakich aplikacji w tym przypadku raczej się sprawdzają, albo nauczyłam się im wierzyć? Ważne, że mi z tym dobrze.
 
Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane
 

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane


Macfarlane zabrał mnie w podróż przez czas i przestrzeń. Nie tylko patrzyłam pod nogi częściej niż zwykle, ale odbyłam wiele podróży do wnętrza ziemi (uwielbiam J. Verne'a). Przeciskałam się z nim przez wąskie tunele, oglądałam skały i wypatrywałam pierwszych mignięć światła, kiedy wychodziliśmy z kompletnego mroku.

Byłam pod Morzem Północnym, wydobywałam potaż i oglądałam pokrywający wszystko kalcyt. „Przechadzałam” się ulicami drugiego Paryża, wspominając „Nędzników” V. Hugo, czy „Wehikuł czasu” H.G. Wellsa. Ale nie tylko, bo byłam wszędzie i zawsze.

Znaczniki zostawiałam jak pinezki na mapie, by móc zawsze do nich wrócić.
A wrócę na pewno.

Uwaga! Dygresje.

Macfarlane przypomniał mi kryminał, który nie tak dawno czytałam, i w przypadku którego - a konkretnie miejsca akcja pisałam, że nie jest tak fikcyjne, jak się wydaje a był to „Doggerland. Podstęp” - Marii Adolfsson.
Ale nie tylko ta książka, oczywiście oprócz wspomnianych klasyków, pojawiła się w mojej pamięci.
Jaki czas temu czytałam „Zapadłą dziurę Bone Gap” L. Ruby. To młodzieżówka, zapewne większość z Was już kręci nosem, mimo że książki nie zna, w której Autorka pokusiła się o skorzystanie z mitu Demeter i Kory/Persefony.
Pojawia się w niej wiele akcentów polskich (wspomina nawet Wisławę Szymborską), a główna (zaginiona) bohaterka jest Polką. Jest trochę stereotypów dotyczących naszej nacji, ale nie bolą, ani nie irytują. To opowieść bogato podlana realizmem magicznym. Wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach, a treść wcale nie jest lekka i łatwa. Stąd zapewne niektóre głosy o niezrozumieniu tego, co się przeczytało.


Dobra, wracamy do Pana MacFarlane'a.


Robert MacFarlane przyszedł do mojego domu, otworzył wiele książek, które czytałam, i pokazał mi: o, to tutaj, pamiętasz? Włączył wszystkie filmy dokumentalne i przygodowe, które kiedykolwiek oglądałam i zaczął dopowiadać nowe rzeczy: o roślinach, zwierzętach, o kosmosie i kopalniach, o górach i jaskiniach, pustyniach, lodowcach. To książka o tym co było, jest i będzie. O mroku bez którego nie dostrzega się światła, o historii bez której nie byłoby przyszłości, od malarstwa naskalnego do ciągłej ewolucji języka. O antropocenie, który w odniesieniu do czasu i natury nie znaczy aż tak wiele, jak się nam wydaje. 

Kim będziemy dla tych, którzy zjawią się po nas, czy odkryją to przed czym staramy się ich uchronić i czy rzeczywiście ich chronimy? 

Macfarlane'a fascynuje życie, nauka i piękno, i tą fascynacją zaraża. Pisze z wielką wrażliwością, prawie namacalną czułością dla wszystkich ciekawych świata.

W trakcie czytania szukałam podanych przez niego miejsc, zjawisk na mapach świata i oglądałam je w sieci. Niektóre już, jak na przykład Malstrom na Morzu Norweskim, znałam, ale (chyba) nie do końca byłam świadoma tego, jak często ten prąd pojawia się jako inspiracja w sztuce.
Niesamowite! Jak wszyscy boimy się tego, co w głębinach i co pod ziemią.


„Podziemia. W głąb czasu” przypomniała mi dlaczego lubię czytać...
Pewnie zabrzmiało to jak banał?
Żeby odczuwać przyjemność, żeby się uczyć czegoś nowego, dostrzegać to, co wartościowe i na tym się skupiać. Nie chcę czytać książki i psioczyć na Autora, że powtórzył 5 razy to samo słowo, skoro cała reszta książki do mnie przemawia...

„Trzy identyczne zdania pojawiają się w różnych kulturach i epokach: chronić to, co cenne, dostarczać to, co wartościowe, ukrywać to, co szkodliwe”.


Dygresje, znowu.


Pozostając w temacie przygód i smakowania świata chwyciłam za inną książkę wydaną przez Wydawnictwo Poznańskie - „Yeti. Jak poszukiwania legendarnego człowieka śniegu uratowały Himalaje” Daniela C. Taylora i już ją prawie kończę. Nie jest tym czym się spodziewałam, że będzie, ale trochę moją ciekawość połechtała, choć nie zaspokoiła jej... Autor pisze trochę zbyt obszernie o sobie i trochę nie wiadomo o czym.

A czas, kiedy czytać nie mogłam, ale mogłam słuchać, wypełniał mi audiobook (dostępny w aplikacji Empik Go) „Zaginione Miasto Z” Davida Granna (wydawnictwo W.A.B.). I ta jest absolutnie fenomenalna i polecam każdemu, kto lubi czytać o podróżach, o dżungli, lubi historię i opowieści o rodzącej się obsesji. Dawno temu oglądałam film na jej podstawie i również uważam go za bardzo dobry.
W książkach, kiedy czyta się je uważnie, jest więcej niż może się wydawać.
Działają jak katalizatory wspomnień, przez gąszcz myśli wyciągają na powierzchnię to, co się już zna, to co się w sobie ma. Pobudzają zmysły do poszukiwań, zachęcają do uczenia się nowych rzeczy, jak łańcuch, który nigdy się nie skończy.
Czytajcie książki Macfarlane'a, są niesamowite.




Wydawnictwo Poznańskie wydało już wcześniej dwie książki Roberta Macfarlane'a i są dostępne na LEGIMI.

Jeżeli potrzebujecie sprawdzić jak działa Legimi, to na końcu zdania jest link do darmowego (30 dni) okresu próbnego - KLIK.


Robert Macfarlane nareszcie po polsku! Znakomity brytyjski pisarz i podróżnik tym razem poszukuje źródeł osobliwej, nieracjonalnej i intrygującej miłości do wspinaczki wysokogórskiej.

Chodzenie w góry jest od dwudziestu lat jedną z najszybciej upowszechniających się form spędzania czasu wolnego – tym, co wyróżnia ją na tle innych, jest nieodłącznie związane z nią ryzyko śmierci.

Ryzykowanie życia, by wspiąć się na jakąś górę, jeszcze trzy wieki temu uznano by za dowód szaleństwa. Dziki krajobraz nie był pociągający; atrakcyjne było to, co człowiek uporządkował. Poza tym przebywanie w górach wiązało się z niebezpieczeństwami: uważano, że lawinę potrafi wywołać nawet kaszlnięcie lub muśnięcie skrzydła ptaka, przelatującego nisko nad ośnieżonym zboczem. Można było wpaść w szczelinę; lodowce czasami po latach „wypluwały” zesztywniałe zwłoki.

Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku ludzie zaczęli podróżować w góry nie tylko z konieczności i uznawać wspaniałość górskiego krajobrazu. Góry zaczęły wywierać ogromny, często tragiczny w skutkach wpływ na ludzkie umysły. W 1865 roku człowiek po raz pierwszy stanął na szczycie Matterhornu; w czasie zejścia czterech ze zdobywców zginęło, spadając w przepaść.

Do końca wieku zdobyto wszystkie szczyty Alp i sporządzono mapy niemal wszystkich alpejskich przełęczy. Tym samym dobiegła końca tak zwana złota era wspinaczki. Wielu zwróciło swoją uwagę na wielkie pasma górskie; zaczęto zdobywać szczyty Kaukazu, Andów i Himalajów. Na przełomie XIX i XX wieku często stawały się one obiektami obsesji.

Uczucia i postawy, które popychały do działania pierwszych wspinaczy, do dziś pozostają żywe w wyobraźni Zachodu. Respekt odczuwany przed górami wydaje nam się naturalny. Strzeliste, srogie, oblodzone – wszystkie tego typu formy krajobrazu cieszą się naszym uwielbieniem; wydajemy się coraz bardziej spragnieni choćby zapośredniczonego kontaktu z „dzikością”.

Robert Macfarlane rzetelnie opisuje fenomen radykalnej zmiany: co stało się na przełomie kilku stuleci, że cechy gór, które budziły wcześniej odrazę – stromizna, odosobnienie, śmiertelne niebezpieczeństwa – zaczęto zaliczać do ich największych zalet.


Dawne Szlaki rzadko znikają, chyba że pochłonie je morze albo przykryje asfalt. Trwają pod postacią ledwo dostrzegalnych elementów krajobrazu – widocznych dla tych, którzy wiedzą, na co zwracać uwagę.

Robert Macfarlane odkrywa przed nami zapomniany świat: trakty, drogi, Szlaki handlowe i trasy, którymi kiedyś podążali pielgrzymi. Pieszo i na rowerze, w upale i mrozie, ze złamanym żebrem, pęcherzami na nogach, niekiedy bez snu – przemierza południowo-wschodnią Anglię, północno-zachodnią Szkocję, Hiszpanię, prowincję Sichuan i Palestynę. Jego duchowym przewodnikiem w snuciu opowieści o wzajemnym kształtowaniu ludzi i miejsc jest dwudziestowieczny pisarz i poeta, Edward Thomas.

Ta książka to prawdziwe „tour de force” jednego z najznakomitszych współczesnych brytyjskich pisarzy, wielokrotnie nagradzanego i dotąd niepublikowanego w Polsce. To literatura drogi, natury i przygody w najlepszym wydaniu, łącząca w sobie myśl filozoficzną z historią i bogatą wiedzą geograficzno-przyrodniczą.


Data wydania: 3 czerwca 2020
Liczba stron: 519
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Jacek Konieczny

To co z tym blogiem?

To co z tym blogiem?

You miss me?,

aż by się chciało zapytać.


Nie było mnie parę dni z powodu braku zrozumienia. Samej siebie.
Skończyła mi się ważność domeny, a dzięki pewnej bardzo życzliwej osobie mój blożek na typowo blogspotowej nazwie funkcjonować już nie będzie, bo został zgłoszony jako spam.
I tak, nie da się z tym już nic zrobić.

Kiedy zakładałam blog dotyczący tematyki książkowej nie wróżyłam mu długiej żywotności.

Dlaczego?

Przez moją głowę przechodzą tornada pomysłów. Kręcą się wszystkie razem w spirali i jedne drugie zastępują, by same mogły nigdy nie zaistnieć. Rozpoczynam coś, a potem porzucam.

A na pytanie dlaczego?, wzruszam ramionami.

Blog przetrwał rok - rok ważności domeny. Kiedy zniknął to czegoś mi brakowało. Bo pisać chciałam, a nie miałam gdzie. A kiedy miałam, to mi się nie chciało.
To teraz nie mam wyjścia... :)

Bookstagram mi się przejadł. Jakby, jakimś cudem, ktoś nie wiedział co to takiego, to takie miejsce dla książkoholików na instagramie.
Wszyscy czytamy, w większości te same książki, i spieramy się o to, kto dostrzegł głębię i kto ma rację. Bo prawda może być only one. Moja.

Doszłam do tego momentu, że poczułam wstręt do książek, które wyłażą mi już zewsząd. Z poczty, z internetu, z dyskontów, z radia itd. Kompletnie mnie nie interesuje czy zachwalana książka jest taka dobra jak piszą i nie chcę tego sprawdzać.

Za to znalazłam nowe hobby!

Czytam opinie o książkach, które czytałam i to są dopiero emocje! Naprawdę!
Jakie fascynujące(!) jest to, co różni ludzie widzą w tych samych literach!

Przykłady

1. W pewnej książce jedna z głównych bohaterek nie chce mieć dzieci. Oddaje się pracy zawodowej związanej z przyjmowaniem porodów, a że są to czasy nam odległe, to krew płynie wartkim strumieniem i porody często kończą się śmiercią matki lub dziecka.
No i ta bohaterka ewoluuje. Pod koniec książki, kiedy się zakochuje, zmienia zdanie i postanawia, że będzie miała jednak te dzieci.
Cała fabuła krąży wokół umiejętności radzenia sobie ze stratą, opowiada również o tym, że każdy widzi wszystko na swój sposób i tylko fragment całości. A do tego wszystko jest zawieszone na gawędziarskiej i przyjemnej chmurce, takiej trochę magicznej opowieści.
Ale do brzegu.
Większość czytelników widzi piękną opowieść, zachwyca się językiem, baśniowością. Kilku krzyczy, że to pusta historia w roślinnych ornamentach, a jedna opinia rozkłada mnie na łopatki, bo to... podobno historia o tym, że każda kobieta MUSI rodzić dzieci...
Przecieram oczy trzykrotnie i czytam kolejny raz. Tak. Dobrze przeczytałam.

Idźmy dalej.

2. Niedawno czytałam książkę o małym, klaustrofobicznym wręcz, miasteczku, w którym mieszkańcy nie mają żadnych rozrywek poza pewnym sportem i związaną z nim drużyną. Wydarza się tam rzecz straszna, dochodzi do przemocy seksualnej.
Narrator jest ponad historią. Opowiada ją i zadaje pytania, na które ja - jako czytelnik - byłam zmuszona odpowiadać sama.
Język jest prosty, bez lirycznych prób opowiedzenia dramatu.
Do mnie to przemawia i zastanawiam się nad sobą.
A ktoś pisze, że nie życzy sobie, żeby jakikolwiek mężczyzna, kiedykolwiek pisał o tym, co czuje kobieta...
I znowu czytam kilka razy, bo nie wiem, w którym miejscu ten mężczyzna napisał, co ofiara czuła. Są tam jej zachowania, są zachowania innych i ich następstwa, ale nie zauważyłam ani oczywistego komentarza Autora ani opisu tych uczuć.
A czytałyśmy tę samą książkę.

3. No, ale ok. Myślę: zajrzę do krytyków.
No i zaglądam. Do dwóch. Czytam opinie o książce, którą akurat wzięłam na tapet. Zgadzają się w jednej kwestii, że Autor ma wręcz nieprawdopodobny warsztat pisarski.
I obydwaj piszą o pytaniach jakie ten Autor stawia. Bo stawia ich w tej książce multum.

Jeden krytyk pisze, że nie ma co o tej książce za wiele pisać, bo poza postawieniem pytań Autor nie napisał nic więcej. Pytał, pytał i nie odpowiedział na żadne z tych swoich pytań. Może nie znał odpowiedzi, kto go tam wie?

Drugi krytyk pisze, że Autor odniósł sukces, bo odpowiada na postawione przez siebie pytania od razu i nad niczym w jego książce myśleć nie trzeba... I dlatego ludziom się podoba.

To są te odpowiedzi, co tak ich szukali, czy ich nie ma?

Nie powinnam zabierać głosu, ale skoro to mój tekst, to mogę sama sobie odpowiedzieć. Obydwaj mają rację.

Autor stawia wiele pytań, w obszernej książce, głównie dotyczą szeroko pojętego zła, ale nie daje odpowiedzi wprost. One są pomiędzy zdaniami, ale dla każdego czytelnika odpowiedzi będą (zapewne) inne.

Znowu odbiłam gdzieś w bok od tematu, który podjęłam.

Czyli: co tam z moim blogiem?

Jest i będzie.
Poopowiadam trochę o tym, co czytałam, ale w innej formie.
Nie czytam już książek, które mnie nudzą i które mi nie odpowiadają, dlatego wielkiego marudzenia raczej już nie będzie. Odkładam takie książki i szukam im nowego domu.

Będą też inne teksty, może się czegoś nauczę, oprócz czytania robię przecież też inne rzeczy.

Zróbcie sobie kawę, herbatę czy na co macie ochotę i poczytajcie opinie o książkach, które znacie!

To jest naprawdę niezwykłe, jak bardzo się różnimy!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...