Na szlaku wyrzutów sumienia - Oczy z Rigela - Roy Jacobsen

Na szlaku wyrzutów sumienia - Oczy z Rigela - Roy Jacobsen

„- Idziesz drogą wyrzutów sumienia, moja kochana.
- Co? - zdziwiła się Ingrid.
H
übner powiedział - jeżeli go dobrze zrozumiała - że okupacja Norwegii miała szczególny charakter; w wielu miejscach przybrała formę niemalże współpracy, ludzie się pobrudzili, a teraz usiłują zmyć z siebie ten brud, kraj umywa ręce. Tak, nawet wielu z tych, którzy naprawdę czegoś dokonali, wie, że mogli zrobić coś więcej, i woli, by im o tym nie przypominano”.

Oczy z Rigela - Roy Jacobsen 

„Oczy z Rigela” to trzecia część cyklu dotyczącego rodziny Barrøy, żyjącej na bardzo małej wyspie na Morzu Norweskim, której cykl życia wyznaczają pory roku. Każdą z części można by czytać niezależnie, ale nie polecam tego robić. Styl Roya Jacobsena ewoluuje i wspaniale jest to widoczne wtedy, kiedy zachowuje się odpowiednią kolejność czytania. Charakter głównej bohaterki i jej zawziętość można zrozumieć dopiero wtedy, gdy się ją dobrze zna.

Pierwsza powieść z cyklu nosi tytuł „Niewidzialni” i tacy właśnie są mieszkańcy tej małej wysepki. Żyją cyklami, korzystają z dobrodziejstw natury i walczą z jej przekleństwami. Narracja jest nieśpieszna, dość oszczędna, a mimo to odnosi się wrażenie przebywania na tym przyczółku ludzkości na środku dzikiego morza.
W drugiej części („Białe morze”) Autor zmienia czas, w którym opowiada z teraźniejszego na przeszły i koncentruje się na Ingrid
Barrøy, przez co styl nabiera emocjonalności i rozkwita, przestaje obojętnie relacjonować. Kobieta wraca na wyspę i akcja toczy się w głównej mierze z bohaterami, których już znamy.
Trudno również się nie domyślić dlaczego tytuł trzeciej części brzmi „Oczy z Rigela” kiedy zna się przebieg zdarzeń z „Białego morza”.

Ingrid wraz z córką Kają, rusza przez kraj, który próbuje pozbierać się po niemieckiej okupacji, by odnaleźć ważnego dla  jej mikrorodziny człowieka. To powieść drogi. Ingrid sama staje się wyspą na morzu. Większość napotkanych ludzi nie wierzy w jej opowieść, twierdzi, że nic nie wie na temat Rosjanina, o którego bohaterka pyta, i nie może jej pomóc. Zdarzają się jednak wyjątki oferujące informację czy nocleg, ale zdecydowana większość - o wojnie nie chce rozmawiać. Jakby nie wspominanie było równoznaczne z wymazaniem jej z historii.

Ingrid jest mieszkanką małej wyspy, więc nie potrafi nawiązywać rozmów i ich podtrzymywać. Za to znakomicie obserwuje i wysuwa wnioski.
Przyroda nadal jest obecna w „Oczach z Rigela” jednak dużo subtelniej. Po prostu wyznacza szlak, którym Ingrid, z Kają, brnie by dowiedzieć się prawdy o tym, co spotkało mężczyznę, którego nazywa mężem.
Chcąc nie chcąc, kolekcjonuje migawki wspomnień ludzi, których spotyka i odsłania obraz społeczeństwa niezdolnego do zmierzenia się z tym, co ich spotkało, lub z tym co sami spowodowali.

W tej części, jak dla mnie, jest najbardziej emocjonalnie, mimo oszczędności w okazywaniu uczuć przez główną bohaterkę. Jej charakter ukazuje się w tym, co robi i jak, a nie w tym co mówi.
Styl jest bardziej poetycki, pojawia się dużo więcej pięknych porównań, jednak zdecydowanie nie kosztem treści. 

Jest jakaś magia w sposobie pisania Roya Jacobsena. W jego świecie, nawet kiedy pojawi się brzydka prawda o ludziach, się odpoczywa. Czuje się zimno i słońce na skórze, podziwia opisywane widoki, a ludzie patrzą - widzą, umieją żyć w zgodzie z naturą, choć w „Oczach z Rigela” dokładnie widzimy jak również potrafią niszczyć i to samych siebie.

Cykl jest częścią serii skandynawskiej.

Jeżeli interesuje Was tematyka Norwegii w czasie okupacji i po niej, to istnieje film pod tytułem „Dwunasty człowiek” („Den 12. mann”) z 2017 roku, który opowiada odrobinę podobną historię, do tej Aleksandra, i jest oparty na faktach. Przypomniał mi się podczas lektury „Oczu z Rigela”. Polecam równie mocno jak cykl o Ingrid Barrøy.

Data wydania: 2 września 2020
Liczba stron: 256
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich 
literatura piękna
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka


Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Mówimy, że każdy medal ma dwie strony, a co z jego rantem? Można medal na nim postawić, dzięki niemu się toczy i obraca. Wiemy, że jest, ale nie przywiązujemy do niego większej wagi. Dobro i zło, zawsze razem... A pomiędzy nimi, to naprawdę nic nie ma?

Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Podobnie jest z naszym światem. Jesteśmy my, zwykli zjadacze chleba, i oni, czyli po prostu ci, którzy wpływają na naszą codzienność.
Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, no ale tam gdzie są wielkie pieniądze, tam kształtuje się obraz tego, co jest i będzie, a nawet tego co było.

Co z tymi wszystkim zjawiskami, których jak twierdzimy nie da się wytłumaczyć? Człowiek musi wszystko zmierzyć, sprawdzić, policzyć. Nawet to ile razy można złożyć kartkę.

Osobiście twierdzę, że nie ma takich rzeczy, których wytłumaczyć by się nie dało, bywają jedynie dla nas niezrozumiałe. Jednak nie jestem kompletnym sceptykiem, pozwalam sobie na wiarę, w niektóre sprawy, ponieważ czasem jest ona lepsza niż wiedza. Daje nadzieję.

Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Kompletnym sceptykiem zaś jest Olaf Limba, główny bohater „Trzeciej strony medalu”, debiutanckiej powieści Dariusza Grochala.
Limba to dziennikarz śledczy, który otrzymał literacką Nagrodę Nobla za reportaż ujawniający wiele tajemnic i zbrodni komunistycznej Polski. Dziennikarz ujawnił wiele nazwisk, pokazał, jak sądził, prawdę, choć nie chciał by ktokolwiek ponosił karę za to, co kiedyś robił. 

Dla Limby liczy się tylko prawda. Nic poza nią. A czym prawda rzeczywiście jest?

Na jego drodze pojawia się bardzo bogaty człowiek - Bernard Kubacki, kiedyś związany ze Służbami Bezpieczeństwa. Bernard to mruk, który rzuca „mięsem” non stop, wszystkich traktuje z góry. Jednak, mimo wszystkich negatywnych cech i niejasnej przeszłości, wzbudza sympatię czytelnika.
Od początku za bardzo nie wiemy co się na tej arenie zdarzeń dzieje. Poznajemy postacie fragmentarycznie i można odnieść wrażenie, że te migawki z przeszłości, czy jakieś przypadkowe wzmianki niczemu nie służą.
Jednak kiedy spojrzy się już na całość opowiadanej przez Grochala historii, wtedy widzi się jakie znaczenie miały one dla kreacji psychologicznej postaci i jej przemiany.

Olaf chce prawdy, a Bernard staje się środkiem prowadzącym do niej. Wikła się w układ z nim. Staje się świadkiem dziwnego zdarzenia, które uruchamia kolejne. Hipnoza, reinkarnacja, tajne stowarzyszenia. Prawda, która okazuje się inna niż twierdzą zapisy historyczne.
W „Trzeciej stronie medalu” stale unosi się gęsta atmosfera tajemnicy, podsycana przez kolejne postacie.
Ten klimat przypominał mi trochę „Czarne słońce” Jamesa Twininga, które czytałam lata temu.
Olaf zbiera strzępki informacji i próbuje je poukładać, a kiedy jest już, jak mu się wydaje, blisko prawdy, to wszystko się rozsypuje.
Do tego coraz częściej pojawiają się u niego niezwykle męczące koszmary senne.

Wszystko fajnie współgra z problematyką ludzkiej wiary, która przekazywana z pokolenia na pokolenie stała się tradycją. Z jednej strony wszystko chcemy mierzyć i badać, a z drugiej powtarzamy (bezrefleksyjnie) wyuczone schematy.

W „Trzeciej stronie medalu” pojawia się również wiele rozważań na temat ludzkiej natury, filozofii życia, poznania natury wszechrzeczy. Człowiek chce wszystko wiedzieć, ale dużo łatwiej uwierzyć mu w tajemnicze wędrówki dusz, prastare rytuały niż w prawdę, która nie jest aż tak ukryta i magiczna, jak przyjął.

Powieść Dariusza Grochala przeczytałam nie odkładając jej ani razu. Tak bardzo chciałam poznać tę prawdę, że w ogóle jej nie widziałam.
Czasem wątpiłam, śmiałam się pod nosem, bo dokąd ta akcja zmierza, czy to fantastyka, czy co? I dostałam po nosie. Dotarłam do ostatniej strony i sprawdzałam czy to nie błąd, czy mój egzemplarz czasem nie został źle wydrukowany, z pominięciem kilku rozdziałów... Nie, zdecydowanie niczego w nim nie brakuje, choć jest kilka błędów korektorskich.

Jako fascynatka historii przedstawianych w „Niewytłumaczalnych zjawiskach” Viktora Farkasa, nie mogłam po prostu nie bawić się wyśmienicie, brnąc przez zagadki, u boku Olafa Limby. 





Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 12 sierpnia 2020
Liczba stron: 288
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Cytat na dziś - Ziemia przebacza - Rok potopu - Margaret Atwood

Cytat na dziś - Ziemia przebacza - Rok potopu - Margaret Atwood

Cytat na dziś pochodzi z „Roku potopu” drugiej części trylogii MaddAddam Margaret Atwood. To tekst z „Niepisanego śpiewnika Bożych Ogrodników”, który jest integralną częścią książki i kończy każde wystąpienie przywódcy sekty (Bożych Ogrodników) zwanego Adamem Pierwszym.
Cykl ten to nic innego jak antyutopia, pokazująca do czego prowadzi nasze wrażenie wszechmocy, które choć czyni nas ludźmi, to uniemożliwia nam życie w zgodzie z Przyrodą, której jesteśmy częścią, a nie władcą (antropocentryzm
). Czyta się znakomicie, a niektóre fragmenty mogą szokować, np. gdy Atwood ostrzega przed kichającymi i każe myć ręce (książka została wydana po raz pierwszy w 2010 roku), trzeba pamiętać jednak, że Autorka śledzi od lat publikacje dotyczące technologii i wszelakie prognozy. Cytat nie zdradza treści, ale wskazuje rejony, wokół których treść się koncentruje.

Cytat na dziś - Ziemia przebacza - Rok potopu - Margaret Atwood

Rok potopu - Margaret Atwood

Ziemia przebacza

Ziemia przebacza Górniczy wybuch,
Co drze jej skorupę i skórę pali -
Po wiekach znów tu zjawią się Drzewa,
Wody i Ryby w wód tych fali.

Łania przebacza Wilkowi, który
By krew jej chłeptać, kark jej gruchoce.
Kości jej wsiąkną w ziemię by żywić
Drzew kwiaty, nasiona i owoce.

A w cieniu pod drzewami tymi
Błogiego Wilk zażyje trwania.
Aż skona sam i stanie się trawą,
Na której paść się będzie Łania.

Stworzenia wiedzą, że aby jedne
Brały i jadły, drugie giną,
Prędzej czy później każde przemienia
Swe ciało w mięso, krew swoją w wino.

I tylko Człowiek Pomsty szuka,
W kamieniu ryjąc fikcyjne Prawa,
Dla fałszywej Sprawiedliwości
Kości rozgniata i ciała rozkrawa.

Czy tak wyglądać ma obraz Boga?
Twój ząb za mój? Twa krzywda za mą własną?
Jeśli to Mściwość, a nie Miłość
Gwiazdy poruszać będzie - zgasną.

Nasze istnienia to ziarnka piasku,
Na nitce cieńszej wisimy włoska -
Bo Wszechświat kulką jest maleńką,
Którą dłoń podtrzymuje Boska.

Porzućcie gniewy, niechajcie pomsty,
Wzór bierzcie z Łani, z Drzewa doli,
I czerpcie radość z Przebaczenia,
Bo tylko ono was wyzwoli.

Z Niepisanego śpiewnika Bożych Ogrodników
*„Rok potopu”- Margaret Atwood (drugi tom trylogii MaddAddam) w przekładzie Marcina Michalskiego, wydawnictwo Prószyński i S-ka
 
 
Mam nadzieję wytrwać w swoim postanowieniu i cyklicznie publikować posty dotyczące cytatów...
Z góry widać wyraźniej - Wzgórze - Ivica Prtenjača

Z góry widać wyraźniej - Wzgórze - Ivica Prtenjača

„To prawda, mieliśmy go, ale ja wtedy nie wiedziałem, że z całej powieści i wszystkich w niej ludzi istotny jest tylko pies, że tylko jego los jest tym, nad czym należy płakać; wszyscy oni w porównaniu z bólem, który czuje Karenin, są całkowicie nieważni i tylko się miotają w swojej ludzkiej niedoskonałości. Ja odwróciłem się od ludzi, dlatego zapomniałem o Tomaszu i Teresie i wszystkich tych kochankach, które osądzały ich i same siebie, a dławiąc się w cielesnych pożądaniach, oni wszyscy chcieli jednego - aby nie było śmierci, aby choć przez chwilę o niej zapomnieć, aby, wzajemnie się pożerając, przegonić ją.”

Z góy widać wyraźniej - Wzgórze - Ivica Prtenjača

Wzgórze - Ivica Prtenjača

Tak pisze o „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery Ivica Prtenjača w książce „Wzgórze”. Wybrałam ten cytat, na początek, nie bez przyczyny. Kiedy czytałam „Nieznośną lekkość bytu” takie same myśli kołatały mi się po głowie.
Jestem świadoma tego, że autor i bohater to niekoniecznie ta sama osoba. Poglądy jakie prezentuje protagonista, wnioski jakie wysuwa nie muszą być zbieżne z tym, co nosi w sobie pisarz. Jednak w przypadku „Wzgórza” czuję, że to może być jedna i ta sama osoba, a nawet więcej, bo to mogę być zarówno ja, jak i... TY.
Nie jesteśmy tak wyjątkowi w swoich przemyśleniach, jak się nam czasem wydaje.

Narrację prowadzi bezimienny bohater. Dowiadujemy się, że pracuje w środowisku artystycznym, a jego życie prywatne nie jest zbyt udane.
Mężczyzna przeżywa przesyt. Przesyt ludzkiego towarzystwa, przesyt głośnego i zmierzającego donikąd świata.
Bohater nie wie co, tak naprawdę, z tym swoim życiem robi i do czego jest tym wszystkim ludziom potrzebny. Jedni są krzykliwi, inni milczą, jedni czegoś chcą, a pozostałym to już w ogóle nie wiadomo o co chodzi.
Po głowie kołaczą mu się myśli: po co? do czego? na co?
Postanawia uciec. Porzuca stolicę i wyjeżdża by zamieszkać na wzgórzu, na jednej z dalmackich wysp, gdzie będzie osobą odpowiedzialną za wypatrywanie pożaru. Pragnie samotności, odosobnienia. Jednak to nie takie proste, ponieważ nawet na niewielkim wzgórzu, zapomnianym przez świat, pojawiają się ludzie - okoliczni mieszkańcy i... turyści.
Mieszka w spartańskich warunkach, w byłych koszarach. Jego jedynym towarzyszem jest stary osioł, którego nazywa Viskontim. Przemierza „swoją samotnię” uzbrojony w Oko i potyka się o ślady ludzkiej bytności.

Ivica Prtenjača pisze poezję i tę poetyckość przemyca do „Wzgórza”. Nie jest ona jednak nachalna. Zdania nie są sztucznie rozbudowane. Fraza płynie, a na jej końcu, co jakiś czas, pojawia się niezwykłe porównanie. Ta niezwykłość ociera się czasem o absurdalność, jednak kiedy pozwolić wyobraźni zobaczyć to co opisuje, metafory okazują się niezwykle trafne. Zdarzało mi się czytać niektóre zdania po kilka razy, ponieważ, według mnie, są nie tylko ładne... one wpadały we mnie jak białe światło w pryzmat. W tym miejscu wspomnę o tłumaczeniu, bo bez pracy Sinišy Kasumovića nie byłoby „Wzgórza” po polsku, a czyta się je tak znakomicie (!) właśnie dzięki Niemu.

Nasz bohater miota się po swoim wzgórzu starając się przywracać porządek należny przyrodzie. Irytuje się na turystów - dosłownie się piekli. Wspomina swoje życie w stolicy i dzieciństwo. Bywa zabawnie, bywa nostalgicznie, bywa smutno, bywa poważnie. Chorwacja jest krajem naznaczonym traumą wojny i jej echa niosą się po tej opowieści. 

„Wzgórze” to książka, która ukazuje inną perspektywę. Inne spojrzenie na rzeczywistość.
Bohater kroczy po wzniesieniu obrażony na świat, na ludzi, którzy bezmyślnie niszczą to co przyrodzone. Depczą po szlakach, zmieniając krajobraz na stałe. Za pomocą lepszego Oka (pisownia oryginalna) niczym istota nadprzyrodzona widzi wszystko wyraźnie. Są jednak momenty, w których jego gniew opada - pomaga tym otępiałym chęcią wypoczynku wędrowcom i dzieli się z nimi wytworem własnych rąk.

Czy on jest tak naprawdę od nich lepszy?
Jest świadomy tego jak wygląda życie odarte ze złudzeń i czy coś z tą wiedzą robi?

Jak bardzo byśmy nie chcieli uciec, odciąć się, choć na chwilę, to musimy mieć świadomość, że nie da się tego zrobić. Człowiek jest stworzeniem stadnym czy tego chce, czy nie.
Relacja, którą narrator nawiązuje z osłem jest niezwykła, poruszająca.
Kiedy nie ma szumu, kiedy nie ma potykaczy, kiedy nie ma czyichś głośnych zdań, a powstaje pozorna cisza i samotność, wtedy rodzą się prawdziwe, niczym niezmącone uczucia.

To historia, która ostrzega przed bezmyślną, pozbawioną jakiejkolwiek refleksji, turystyką, a jednocześnie ukazuje jak jesteśmy częścią wszystkiego.
„Wzgórze” Ivicy Prtenjača to piękna, wolno snuta opowieść, która pachnie, smakuje i gra, do której z przyjemnością wrócę, gdy zmęczenie światem ponownie zamajaczy na horyzoncie.

Z góy widać wyraźniej

 
Wydawnictwo: BIBLIOTEKA SŁÓW
Data wydania: 30 lipca 2020
Liczba stron: 181
Kategoria: literatura piękna 
 Przekład: Siniša Kasumović
Krzywda w rytmie El guatecano - Pamięć zapisana w listach - Emma Reyes

Krzywda w rytmie El guatecano - Pamięć zapisana w listach - Emma Reyes



Żyjemy doświadczając, uczymy się próbując. Zapamiętujemy zdarzenia jak i uczucia, które nam towarzyszyły.
Często równie mocno boimy się utraty wspomnień, jak mocno pragniemy coś zapomnieć. Jednak pewne jest to, że bez wspomnień nie wiedzielibyśmy kim jesteśmy.

zdjęcie: www.penguinrandomhouse.ca

Emma Reyes to malarka i, na pewno można ją tak nazwać, pisarka kolumbijska. W 1969 roku napisała list do swojego przyjaciela Germána Arciniegasa, w którym wracała pamięcią do swojego dzieciństwa. Ten był tak bardzo nim poruszony, że poprosił by nadal pisała. Powstały 23 listy opisujące najmłodsze lata Reyes. Listy pełne błędów ortograficznych, gramatycznych i zapożyczeń z francuskiego, „królewska” Emma była analfabetką do osiemnastego roku życia. Listami zachwycił się sam Gabriel García Márquez i dzięki temu, korespondencja trwała do 1997 roku. Emma Reyes zgodziła się na jej wydanie, jednak miało to, zgodnie z jej życzeniem, nastąpić dopiero po jej śmierci.
Dlaczego tak postanowiła dowiecie się z treści listów, wstępu i bogatego posłowia. Emma Reyes jest (była, ponieważ zmarła w 2003 roku) postacią niezwykłą. Na jednej z wystaw jej prac był obecny Pablo Picasso.

 

Pamięć zapisana w listach - Emma Reyes


Przeczytałam, że kiedy nie zna się historii tej Artystki można zlekceważyć jej obrazy i zgadzam się z tym stwierdzeniem.
Reyes w 23 listach, z dziecięcą wrażliwością i bezkompromisowością, opisuje swoje dzieciństwo, w sposób niezwykle surowy i prawdziwy. Zachowała płynność narracji, pomimo tego, że listy dzielą lata.
Miała, określę to dosadnie, gówniane życie, zarówno w sensie metaforycznym jak i, niestety, dosłownym. Zajmowała się nią, i jej siostrą, jakaś kobieta nazywana przez nie: panienką María, która wzorem matki nie była. Z dziewczynkami, na początku był też chłopiec, którego imienia nawet nie znały.
Z każdym kolejnym rokiem życie sióstr Reyes było coraz trudniejsze. Opiekunka je porzuciła i trafiły do klasztoru, a siostry zakonne również nie były pełne współczucia i miłości.
Na okładce jest zdanie sugerujące, że to historia „pióra Dickensa”, zapewne z powodu tego, co zwykle spotykało jego dziecięcych bohaterów, myślę jednak, że to, co spotkało kolumbijską malarkę przerasta możliwości fikcji, choć wyobrazić sobie możemy wszystko.

„Kiedy zmęczyło ją bicie pantoflem, załapała nas za warkocze i zaczęła uderzać naszymi głowami o ścianę, krew tryskała i ściekała nam na ręce i nogi”.

Emma Reyes to kobieta, która urodziła się by opowiadać, ale raczej nie miała świadomości tej zdolności. Opowiada o swoim życiu bez grama żalu, bez środków stylistycznych, które miałyby wywołać współczucie. Narratorką jest dziewczynka i ta, raczej nieświadoma, kreacja językowa jest tak prawdziwa, że się ją po prostu czuje. Świat wspomnień Emmy jest głośny, pełen przykrych, często bolesnych, również fizycznie, doświadczeń.
Udało się jej to, do czego chyba każdy zawodowy pisarz dąży, realizm.
Nie wiem jak bardzo to, co pamięta jest zmienione przez czas, który upłynął, a jednak nie czuć możliwych przekłamań w tekście.
Szukałam historii, którą będę tak chłonęła, że wszystko co wokół mnie się dzieje ucichnie i tak się stało.
Byłam z chudą, brzydką, zezowatą i głodną Emmą, której nikt nie uczył czytać i pisać, za to kazał bać się „Diabła” i stale przypominał, że jest nikim.

„I nie besztaj mnie, bo chociaż Ty uważasz, że wystarczy myśleć, powiem Ci, że jeżeli człowiek nie umie zapisać swoich myśli tak, aby były zrozumiałe, to na jedno by wyszło, gdyby nie miał ich wcale".

Na końcu książki jest przedruk oryginalnych listów Autorki oraz informacja, że dochody z jej sprzedaży są przeznaczone na Fundację Domu św. Maurycego, instytucji zapewniającej ognisko rodzinne, miłość, edukację i przyszłość nowym pokoleniom kolumbijskich dzieci, a czy to rzeczywiście coś daje, również się z posłowia dowiecie.

Kupiłam tę książkę używaną, z brudną okładką. Okładkę wyczyściłam, wygląda jak nowa. Na pewno zostanie na regale na stałe, bo, z całą pewnością, do niej wrócę.
Emma Reyes to Artystka, która „pisała obrazy, malując łzami”.

Obrazy Emmy Reyes można zobaczyć na stronie internetowej:
https://www.emma-reyes.com/

Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 12 października 2016
Liczba stron: 256

literatura piękna
Tłumaczenie: Maria Mróz

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry
Lubię „Alicję w Krainie Czarów” (cóż za wyznanie...:)). Zdarzało mi się robić mniej lub bardziej udane „grafiki” inspirowane tą postacią.

*Jedna z moich „Alicji” - inspirowana postaciami Tima Burtona

Lewis Carroll, jak wszyscy doskonale wiemy, stworzył dwa w jednym, opowieść dla dzieci i tych „trochę” starszych, do której nadal nawiązują przeróżni twórcy.
Christina Henry opowiada tę historię inaczej. 
 

Alicja - Christina Henry


Alicja jest dorosła, przebywa w zakładzie psychiatrycznym i nie bardzo wie dlaczego.
Część wspomnień wyparła, a część wypaczają brane przez nią leki. Pamięta kawałek tortu, plasterek sera, herbatkę i... błękitnozielone oczy oraz długie porośnięte futrem uszy.
W szpitalu wybucha pożar i dziewczyna ucieka wraz z pacjentem z sąsiedniej celi - Topornikiem, w skrócie zwanym Topi. Jednak szpital więził COŚ jeszcze... i to COŚ też korzysta z okazji i czmycha wraz z nimi.

Do trzech razy sztuka.

No nie, zdecydowanie nie.

Alicja i Topornik szli, i szli. Mieli jakieś tam przygody, które mnie kompletnie nie interesowały. Oni oboje też nie. Minęły trzy dni i już prawie nic z tej opowieści nie pamiętam (notatki ❤️). Zastanawiałam się czy nie dać się zahipnotyzować, żeby co nie co sobie przypomnieć, ale taniej i pewniej byłoby przeczytać jeszcze raz książkę, ale tego sobie nie zrobię, chyba że pojawi się bezsenność.

Zasnęłam podczas lektury trzykrotnie.

Przyznaję Autorka naprawdę dobrze, fajnie i logicznie nawiązuje do historii napisanej przez Lewisa Carrolla, upycha tam sporo symboli, próbuje również w niektórych momentach mówić między wierszami. Próbuje.
Ja to naprawdę rozumiem, ja lubię symbolikę, ale kiedy muszę jej poszukać, a nie kiedy przypomina mi ona słup ogłoszeniowy (jest tam tego naprawdę sporo).
To literatura rozrywkowa, więc szukałam tego, co mnie miało ubawić, albo utrzymać w napięciu. Nic takiego nie znalazłam. Od czasu do czasu pojawiają się epizody brutalności, jednak coś ewidentnie jest nie tak z moją wrażliwością, bo nic to we mnie nie wywołało. Chociaż... ziewałam - może to empatia, a nie znudzenie.
Całość jest napisana w sposób, którego nie lubię, nazywam ten styl wypowiedzi wypranym z emocji. 

„-Ty też zabiłaś wielu ludzi? - spytał Topornik.
- Nie wiem - odparła Alicja. - Być może.
- Nic nie szkodzi, jeśli to zrobiłaś - zapewnił ją Topornik. - Rozumiem to”.


Postaci powtarzają po sobie kwestie, jakby sprawdzając czy nie zapomniałam o czym była mowa. Cały ten klimat przywodził mi na myśli opery mydlane i tylko przewracałam oczami w momentach, których nie spałam, albo nie tropiłam brakujących, czy też przestawionych liter. To ta psychodelia?
Książka jest podzielona na rozdziały, których zakończenia miały zachęcać do przeczytania kolejnego i kolejnego, ale, w moim przypadku, tylko miały.

Co z tym „do trzech razy sztuka”? Jak widać trójka dość często pojawia się w tym moim wywodzie. To trzeci (nie licząc „Abominacji” Dana Simmonsa) współcześnie napisany horror, wydany przez wydawnictwo Vesper, który niestety do mnie nie trafia. Chyba jednak rozrywkę pojmuję trochę, albo też zgoła inaczej. Więcej już sobie tego nie zrobię.

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry


Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 lipca 2020
Ilość stron: 312
Tłumaczenie: Janusz Ochab

Rodzina? - Mur duchów - Sarah Moss

Rodzina? - Mur duchów - Sarah Moss

Sarah Moss to angielska pisarka i nauczycielka akademicka. Była nominowana do Women’s Prize for Fiction, RSL Ondaatje Prize czy Wellcome Book Prize. Jest autorką siedmiu powieści, m. in. „Nocnego czuwania” i „Między falami”, które również przeczytałam.

Pisarka, w tych trzech powieściach (w „Murze duchów” również), bierze na tapet rodzinę, wskazuje w niej przypisany podział ról rodziców (z uwagi na płeć), przedstawia rodzicielstwo z wszystkimi jego blaskami i cieniami. „Nocne czuwanie” to codzienność widziana oczami matki, która próbuje być aktywna zawodowo i jednocześnie zajmować się dziećmi, kiedy mąż zdaje się nie zwracać uwagi na przytłaczające kobietę obowiązki. „Między falami” to z kolei rodzina widziana oczami ojca chorej dziewczynki, który zajmuje się domem, a żona oddaje się pracy zawodowej, treść pełna „niewypowiadanego” niepokoju.
Obie te powieści (poniekąd) ze sobą korespondują, uzupełniają się, postaci nawet się powtarzają, ale jako tło do roztaczanej opowieści. Książki pełne są nawiązań do historii, ponieważ każda z głównych postaci pisze pracę naukową.
Widzimy jak to, co było wpływa na obecne pokolenie i jak nadal nas kształtuje, bo choć staramy się być nowocześni i otwarci, to niektóre ze stereotypów są tak głęboko zakorzenione w naszej kulturze, że chyba nie da się ich w pełni wyplenić.
 
Mur duchów - Sarah Moss


Mur duchów - Sarah Moss


Powieści Sarah Moss wyróżniają się dość „senną” narracją. Pisarka nie szokuje zwrotami akcji, przemianą bohaterów czy nietypowymi zdarzeniami. Opisywane przez nią dni, zwykle, nie różnią się niczym od naszych. Jej bohaterowie są złożeni przede wszystkim z emocji, które będziemy z nimi współdzielić w zależności od tego, jak bliska nam jest przedstawiana sytuacja.

„Mur duchów” to najnowsza i najmniejsza objętościowo powieść z trzech przeze mnie wymienionych. Tym razem przedstawiana rodzina już nie tylko boryka się z krzywdzącym podziałem ról, który ją uwiera - tę rodzinę trawi choroba, choroba zwaną przemocą domową.

Silvie nosząca imię po starożytnej bogini brytyjskiej (Suleviae), jest główną bohaterką tej mikropowieści, a miejscem wydarzeń staje się obóz antropologiczny, który ma symulować życie w epoce żelaza, a na który rodzina trafia z powodu zainteresowań ojca. Uczestnicy próbują zasmakować życia bez luksusów, próbują żyć jak mieszkańcy Nortumbrii.
Z naukowego eksperymentu, który można by było potraktować jako zabawę, wyłania się jednak obraz domu, w którym dwie kobiety są podległe brutalnemu w słowie i czynie samcowi, a pozostali uczestnicy obozu chyba nie chcą widzieć tego, co tak naprawdę ma miejsce. Najważniejszy jest rytuał, choćby miał kogoś kosztować życie.

Autorka ponownie łączy współczesną opowieść z przeszłością, z historią ludzkości, ale w inny sposób, który, według mnie, nadaje jej większej płynności.

Z trzech książek Sarah Moss, które przeczytałam ta trafia do mnie najbardziej. Nie bez znaczenia są moje doświadczenia, również te zawodowe.
Ta krótka powieść przedstawia obraz przemocy wszelakiej i wszelakich uprzedzeń (!). Widzimy jak ofiary przywiązane do ojca sadysty potrafią wytłumaczyć każde z jego zachowań i obwinić siebie.
Ja rozumiem. Rozumiem to ciągłe wypowiadanie słowa „przepraszam”, zupełnie jak odruch bezwarunkowy.

„Zimny nurt obmywał mi nogi, spłukując częściowo ból. Wyobrażałam sobie, że wstyd odpływa niczym krew, najpierw strużką wśród roślinności, zwijając się i migocząc jak dym, ale po chwili rozpuszcza się i blednie, aż wreszcie przestaje być widoczny, choć wiesz, że nigdy nie zniknieƒ”.

Pisarka wiele mówi również niedopowiedzeniami, umowną ciszą, kiedy matka pragnie tylko „usiąść”, czy powtarzanym przez jednego z bohaterów „eeee”. To „eeee” to z jednej strony przerywnik, który mówi o tym, że coś jest niewłaściwe, a jednocześnie jest cichym przyzwoleniem na dominację i znęcanie się nad rodziną.

„Mur duchów” ma zaledwie 158 stron, a jednak czuję, że zostawił mnie z przemyśleniami na długo. Wiele jest w nim symboliki, jak choćby kruk, który pojawił się również w „Między falami”. Widzimy jak powrót do minionych czasów nie przybliża nas do natury, a jedynie obnaża skłonność do przemocy i poniżania słabszego, i jak wiele w nas jeszcze niemej akceptacji na jej przejawy.
Kilka dni po lekturze nadal mnie jakoś wewnętrznie drapie. Fikcja, która często bywa codziennością, zbyt często.

Mur duchów - Sarah Moss


Data wydania: 29 lipca 2020
Liczba stron: 158

literatura piękna
Tłumaczenie: Paulina Surniak

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Zdarza mi się czytać książki dla dzieci. Podczas ich lektury pośmieję się, czasem wzruszę i zawsze zastanowię się nad tym, jak te z pozoru proste opowieści, uczą zarówno młodych jak i starszych o tym, co jest w życiu najważniejsze.
 Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule


Zwariowane opowieści - Gudule


Gudule to jeden z pseudonimów Anne Duguël, nieżyjącej już, belgijskiej pisarki, a „Zwariowane opowieści”, które wspaniale zilustrował Claude K. Dubois, to bardzo ciekawe i kompletnie niebanalne historyjki.
To 128 stronicowa książeczka, która zawiera aż 13 opowieści, które głównie uczą one tolerancji i zrozumienia, nie osądzania przez pryzmat nietypowego, niż dotąd znany dziecku, wyglądu.
Mówią o współczuciu dla drugiego człowieka. Nawet o wyborach, które trzeba podejmować, że każdy ma prawo do własnych, nawet tych kompletnie różnych od rodziców - np. „Zęby Omera”, bajka w której chłopiec ma pójść w ślady ojca i udać się wojować, dodatkowo znajdziemy tu wyjaśnienie dlaczego należy... myć zęby.
Są niebywale zabawne, a i potrafią wzruszyć... dorosłego.

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Niektóre z nich już, jako dorośli, znamy, jak np. historia przemiany żaby w księcia za pomocą pocałunku, jednak Gudule puszcza tę taśmę od końca i kompletnie zmienia jej wydźwięk.
Jest książę Wczoleoczko, który wyśmiewany przez innych, spotyka na swej drodze księżniczkę Trzypatrzysię i razem tworzą parę z odpowiednią ilością oczu. Opowiadają również o różnych obliczach miłości, że kocha się kogoś razem z jego wadami - niesamowita historyjka Królewny Łajnony - skojarzenie z... łajnem, jak najbardziej słuszne.
Opowiadają o poszukiwaniu własnej drogi w życiu, o  tym, że czasem trzeba przegrać - odpuścić by coś zyskać, a  nawet o niezwykle istotnym znaczeniu posiadania wyobraźni.

„- Dzieci potrzebują baśni, tak jak kwiaty potrzebują wody - powiedziała Elfina, wywołując natychmiast oburzenie pozostałych.
- Jeśli pozbawimy je marzeń - ciągnęła nieporuszona tą reakcją - wyschną jak stare suchary”.

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

„Zwariowane opowieści” to nietypowe bajki, dostosowane do naszej codzienności, do naszej rzeczywistości, gwarantuję, że uśmieją się również dorośli. Font jest dość duży, ilustracje pięknie korespondują z treścią i wyróżniają się fajną kreską. Dlatego sugerowałabym ich czytanie dzieciom nieco starszym, około 6. roku życia, albo po prostu sobie, bo na naukę tego, jak być lepszym człowiekiem nigdy nie jest za późno.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 6 marca 2020
Liczba stron: 128

Kategoria: literatura dziecięca
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid

W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid

Taylor Jenkins Reid kojarzę od czasu kampanii promocyjnej „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”, której nie czytałam, ponieważ nie wydawała mi się lekturą odpowiednią dla mnie. Do sięgnięcia po „Daisy Jones & The Six” skłonił mnie głównie obiecany muzyczny klimat lat siedemdziesiątych, a nie wszechobecne zachwyty, jestem na nie odporna. 
 
W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid


Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid


Dziś, będąc już po lekturze biografii fikcyjnego zespołu, stwierdzam, że poprzednia książka tej Autorki, jest jednak dla mnie.

Daisy Jones to wokalistka zespołu The Six, z którym najpierw wystąpiła gościnnie, a potem zasiliła jego szeregi. Poznajemy ją najbliżej, mimo że bohaterów, czy też „antybohaterów” (z uwagi na ich tryb życia), tej powieści jest więcej.
To wielogłos, napisany w formie wywiadu, który czyta się jakby oglądało się świetnie zrealizowany film. Odnosiłam wrażenie, że przy stole zasiadają poszczególni członkowie zespołu i pozostałe osoby, czy to członkowie rodzin, znajomi czy menadżerowie, i rozpoczynają swoją opowieść. A potem na ekranie pojawiają się kadry. Był obraz i był dźwięk.

Powieść jest przesiąknięta klimatem lat 70., wszechobecnej źle pojmowanej wolności, objawiającej się frywolnością i zażywaniem wszelakiej maści poprawiaczy nastroju; narkotyki i lejący się strumieniami alkohol. Daisy jest świadoma swojej seksualności i manifestuje ją strojami. Do tego ma niebywały głos - w mojej głowie śpiewała jak Stevie Nicks (kiedy dotarłam do słowa od Autorki uśmiechnęłam się pod nosem - dlaczego sprawdźcie sami). To kolorowy ptak, który poszukuje siebie, artystka.

Znamy podobne historie, znamy podobne zespoły i to czyni tę książkę niezwykle wiarygodną.

Każdy z bohaterów, ma własną opowieść. Choć łączy ich podobny sposób bycia, w końcu są gwiazdami, to są kompletnie różni. Mają inne oczekiwania, inne marzenia i plany.

Co jest takiego urzekającego w tej historii?

To opowieść o szukaniu bratniej duszy. O miłości, która jest na wyciągnięcie ręki, ale... nic nie jest w życiu proste, jednoznaczne. W najbardziej niedorzecznych historiach gwiazd, zawsze szukamy prawdy, ich ludzkiego oblicza - potwierdzenia, że moglibyśmy nimi być. I to się Taylor Jenkins Reid świetnie udało - wszyscy są bardzo prawdziwi. Opowiadają o sobie nawzajem z lekkim dystansem, wiedzą już co do czego ich doprowadziło.

Za pomocą różnych bohaterów Autorka opisuje to samo zdarzenie i widzimy jak różny był ich punkt widzenia, jak różnie zostało przez nich zapamiętane.

Zabieg z wprowadzeniem od „Autorki” i ze zdradzeniem pewnej tajemnicy potęgował uczucie intymności, jakbyśmy dowiedzieli się czegoś, czego nikt przed nami nie wiedział.

Taylor Jenkins Reid mocno sugestywnie opisuje brzmienie The Six i wokal Daisy Jones. Poznajemy nie tylko teksty, których spis znajduje się na końcu książki, ale i uczucia towarzyszące muzykom kiedy je komponowali i wykonywali.

To taka książka, którą się odczuwa wszystkimi zmysłami. Zapewnia kilka godzin niesamowitej rozrywki, jak dobry koncert. Spodziewałam się większego „bum” w zakończeniu, jednak jego dość emocjonalny wydźwięk mi to zrekompensował.

Bawiłam się bardzo dobrze, zasmakowałam życia gwiazdy bez następstw jej nałogów.

*Na Spotify są listy przebojów, które świetnie zarysowują klimat tej powieści, bardzo zachęcam do ich przesłuchania.



Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 15 lipca 2020
Liczba stron: 424

literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Swego czasu czytałam praktycznie same kryminały przeplatane dreszczowcami i tak czytałam, że straciłam do nich zapał, bo ile można czytać podobnych fabuł? No... stale się nie da.Dziś czytam je zdecydowanie rzadziej i w sumie to nie wiem czy się w nich odnajduję, ale próbuję. 
 
Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski


„Wiwisekcja zbrodni” Andrzeja Janikowskiego może odstraszać objętością, bo choć lubimy czuć w ręce ciężar nowej książki, to najlepiej by miała ona około 350 stron, a tutaj mamy ich aż 576.

Głównym bohaterem jest Roman Sadowski - podkomisarz wrocławskiego wydziału do walki z terrorem kryminalnym. Sam podkomisarz jest już dość w swoim, typowym dla bohatera kryminału obciążeniu doświadczeniem, nietypowy. Tak, tak nietypowy.
Zanim znalazł się w szeregach policji próbował różnych opcji i jedna z nich była mocno „uduchowiona”. To człowiek wrażliwy i wykształcony wysławia się więc o wiele lepiej niż znani nam literaccy policjanci. Przyznaję, że to ciekawy pomysł i konsekwentnie realizowany na kartach „Wiwisekcji zbrodni”.

Sadowy ma pomocnika jest nim sierżant Jerzy Madrygałkiewicz. Para świetnie się uzupełnia w pracy i w dialogach.
Jest więcej postaci, które lubią sobie „pofilozofować”.

We Wrocławiu zaczynają się pojawiać okaleczone zwłoki, które na początku zdają się sugerować religijnego fanatyka, ale im więcej zwłok i poszlak tym, mniej zdaje się do siebie pasować.
Pojawiają się różne wątki, które w miarę jak akcja się rozwija uzupełniają się. Jest ich bardzo dużo.
Autor lubi się z historią powszechną i historią chrześcijaństwa, jest też fascynatem szachów i takie cechy posiada Roman Sadowski i takimi m. in. wątkami jest naszpikowana fabuła, która w niektórych momentach idzie pod rękę z sensacją.

Styl Pana Janikowskiego jest bogaty. Bohaterowie mówią dość wyszukanym słownictwem i nie ma w tym nic złego, bo rozumiem, że taki był zamysł. Wykształcenie i zainteresowania Sadowego do czegoś zobowiązują,n pozostaje w podobnym tonie. Trochę trudno mi jednak uwierzyć, że zwykli, podrzędni przestępcy stosowaliby określenia w stylu „rzutki”, mniej w tym przypadku znaczyłoby więcej - dodałoby, według mnie, realizmu.
Ogólnie cała kreacja językowa stoi w kontrze do brutalności z jaką mamy do czynienia na kartach „Wiwisekcji zbrodni”, kompletnie się tego nie spodziewałam - i w trakcie czytania zadawałam sobie pytanie: po co aż tak?, po co aż tyle? I chyba wiem...

Odniosłam wrażenie, że „Wiwisekcja zbrodni” to jest wiwisekcja każdej zbrodni.

Kiedy spotykamy się z brutalnością, z bestią w ludzkiej skórze, zawsze zadajemy sobie pytania:
- jak do tego doszło,
- dlaczego,
- skąd to się w mordercy wzięło,
a Andrzej Janikowski te możliwości nam przedstawia.
Zadaje też wiele pytań, np. o to ile jest zła w łapiącym takiego zwyrodnialca i czy da się patrzeć w otchłań, i samemu się złem nie skalać.

Dlaczego niektórzy są praktycznie predysponowani do łapania przestępców?

Wiele jest na kartach „Wiwisekcji zbrodni” rozważań o sensie życia, o tym do czego dąży człowiek i po co.

Autor zwinnie nawiązuje do bliższej i dalszej historii Polski, Wrocławia, ale nie tylko, bo i do popkultury, czy sytuacji politycznej, społeczno-ekonomicznej.
Czuć wiedzę na każdej ze stron tej powieści. Poczucie humoru Janikowskiego jest bardzo „moje”.
Znalazłam również ogrom świetnych metafor!, tylko nie wiem czy niektóre nie są za podniosłe jak na kryminał i ten ogrom okrucieństwa, który czytelnikowi serwuje - znowu to „mniej znaczy więcej”.

Czułam się jakbym oglądała serial, który pod płaszczem łatwo przyswajalnej sensacji przemyca wiele treści o historii człowieka i natury przemocy.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 czerwca 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: kryminał
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...