Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo lira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo lira. Pokaż wszystkie posty
Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Cykl „Opowieści z Wieloświata” znam dobrze. Świetnie się bawiłam podczas czytania „Wiedźmy”, naprawdę!, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu - śmiałam się z perypetii zagubionej we współczesności wiekowej wiedźmy.
„Żertwa” urzekła mnie drugim dnem, mrokiem, wątkiem kryminalnym i zabawą formą. „Kuglarz” miał już trochę inne zadanie, ukrytą treść trzeba było wyłuskiwać, ale nadal była to powieść, w której się odnajdywałam i, mimo wielości przemyśleń w narracji, pozwalała mi czerpać przyjemność z rozpisanej przez Autorkę akcji.

 

Wieloświat - Anna Sokalska

 

Przyszedł czas na „Wieloświat”, czyli (chyba?) ostatnią część cyklu. I nie wiem co się stało, ale ja nie jestem w stanie tej książki przeczytać. Utknęłam przy ostatnim rozdziale drugiej części i dalej zwyczajnie nie dam rady. Czasy, kiedy zmuszałam się do czytania książki, po prostu minęły, i to bezpowrotnie.
Opisywana rzeczywistość, a jest to wizja jak najbardziej możliwej przyszłości, jest niezwykle drobiazgowa. Do tego dochodzą treści egzystencjalne, a potem dopiero postaci i ich losy. Postaci, liczba mnoga.
Nie czuję dynamiki, ani nie czuję powodu dla którego miałabym tę powieść chcieć przeczytać. Po każdej próbie czułam się zwyczajnie czytaniem zmęczona.
Pojawiają się fragmenty bardzo ciekawe jak np. losy Ygdril mające miejsce przed głównymi zdarzeniami.
Wątki ludzi, którzy powinni mnie interesować ginęły mi z oczu w, zdającym się nie mieć dna, morzu opisów. Lubię drobiazgowość, ale lubię mieć miejsce na własne przemyślenia. Lubię kiedy treści jest więcej między wierszami, a mniej zapisanej.
Nadal jest wiele symboliki, nadal można w niej dłubać i szukać jeszcze tam przesłania. Są nawiązania do różnych wierzeń, które ukazują różnorodność jako wspólnotę.

Można czytać tę część bez znajomości poprzednich, chociaż nawiązania się zdarzają, jednak nie powodują dezorientacji, to taki ukłon w stronę znających wcześniejsze książki cyklu.

Trochę mi żal, że nie znalazłam już w „Opowieściach z Wieloświata” tego, co było mi bliskie. A może to ja się zmieniłam? Nie wiem.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 18 października 2020
Liczba stron: 576
Kategoria:fantastyka, fantasy, science fiction

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis

„Nie ma usprawiedliwienia dla dobra okupionego cierpieniem. Nie dla mnie, bo widzę, jak w tej kosmicznej skali wzajemna relacja między dobrem a złem niweczy obie te sfery, zło i dobro anihilują w zetknięciu ze sobą, przechodzą jedno w drugie”.

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis


„Łąka umarłych” po raz pierwszy została wydana w 2010 roku, a w tym roku Wydawnictwo Lira wypuściło na rynek wersję rozszerzoną, wzbogaconą o zakończenie należne jednemu z bohaterów, jak określił Autor w jednym z wywiadów, które miałam możliwość przeczytać. 

Akcja powieści toczy się w trzech planach czasowych, a mianowicie w latach: 1942, 1970 i 1996. Punktem wspólnym jest oczywiście miejsce, czyli mała, osadzona na uboczu wioska - Wielkie Lipy i postacie, które w różnym stopniu są ze sobą powiązane.

Początek „Łąki umarłych” jest przesiąknięty aurą niepokoju, w niektórych momentach nawet grozy. Chrzęszczący śnieg, nieprzyjemna droga do wioski, majaczące pomiędzy drzewami sylwetki i informacja, że na terenie Wielkich Lip stoi tajemniczy klasztor. To wszystko pobudza wyobraźnię i sprawia, że samemu brnie się przez te śniegi. 
Potem ta wyobrażona groza ustępuje miejsca czemuś zupełnie innemu. Bo to, tak pokrótce, powieść o złu, ale tym przyziemnym, ludzkim. O demonach brutalnej przeszłości, które stale o sobie przypominają.

Powieść otwierają wydarzenia z 1996 roku, w których poznajemy Karla Straucha, byłego niemieckiego żołnierza, który wybiera się do rzeczonej wioski.
Następnie robimy skok w tył i lądujemy w 1970 roku, gdzie główny bohater, Andrzej Hołotyński, przyjeżdża do Wielkich Lip po śmierci ojca (Jerzego Hołotyńskiego) chcąc obejrzeć pracownię zmarłego i zaspokoić ciekawość.
W książce istnieją równie głośno wydarzenia z 1942 roku, za sprawą pamiętnika Jerzego Hołotyńskiego.
Wszystko się ze sobą dobrze spaja. Nie miałam poczucia dezorientacji, pomimo zastosowania różnych planów czasowych - powieść czyta się płynnie.
Na ogromne uznanie zasługuje język postaci, wszystkich postaci. Każdy wypowiada się w charakterystyczny dla niego sposób. Marcin Pilis stosuje kreację językową, która dodaje całej opowieści realizmu. Bo choć książka jest fikcją literacką, to jest prawdziwa. Wydarzenia jakie opisuje nie są kompletnie zmyślone. Polska historia nie rysuje się tylko tak, jak niektórzy z nas pragnęli wierzyć, a być może jeszcze znajdą się i tacy, którzy nadal wierzą, że jesteśmy jedynym narodem w historii świata, który doświadczył krzywdy, a nikomu jej nie zadał. 

Poruszana przez Marcina Pilisa tematyka nie jest dla mnie niczym nowym, może gdy była wydana po raz pierwszy kogoś zszokowała. Mam jeszcze w pamięci jakie kontrowersje wzbudzał film Władysława Pasikowskiego, z Maciejem Stuhrem w roli głównej. Nie jestem jednak pewna czy szok właśnie chciał wywołać Marcin Pilis, który wykorzystał niełatwe polsko-żydowskie relacje, by opowiedzieć o współistnieniu dobra i zła, i konsekwencjach jakie niesie ze sobą przekraczanie granicy, która w tym związku nigdy nie jest stała.
Nie wiem również czy określenie, którego użyłam tzn. „wykorzystał” jest odpowiednie, bo Autor w żaden sposób nie przesadza w opisach wydarzeń, które miały miejsce podczas wojny. Nie gra na emocjach czytelnika rozbudowanymi opisami. Pamiętnik, który stanowi zapis tego, co miało miejsce w Wielkich Lipach, ma bardzo reporterski charakter.
Choć to fikcja, to powinniśmy mieć świadomość, że takie zdarzenia miały miejsce, bo źli ludzie byli wszędzie, niezależnie od pochodzenia narodowościowego. I nadal są.

To powieść zróżnicowana. Pojawiają się w niej różne wątki, w tym romantyczny i taki, który określiłabym mianem kryminalnego, a nawet rozważania filozoficzne. 
Wszystko jest wyważone. Pamiętajmy, że to mimo wszystko książka, która ma za zadanie przykuć uwagę czytelnika i być dla niego głównie formą rozrywki, a dopiero potem mówić coś więcej. 
Osobiście jednak wołałbym mniej wydarzeń oscylujących wokół brutalności (tej z 1970 roku), a więcej niedopowiedzeń, ale... to tylko moje osobiste preferencje. Podejrzewam, że wtedy powieść straciłaby na dynamice, a chyba tego większość czytelników szuka. Trochę irytujące było odkrywanie prawdy przez żeńską bohaterkę. Rozumiem, że to co nas dotyczy i co mamy pod nosem niekoniecznie jest dla nas oczywiste, ale mimo wszystko (chyba?) szybciej realni ludzie łączą fakty. Ale to częsty „problem” książkowych bohaterów... Czytelnik ma się czuć bystrzejszy...?

„Łąka umarłych”, jak  dla mnie, jest napisana z dużą sprawnością językową i kreacyjną. Autor buduje napięcie, wprowadza postaci, intryguje, odsuwając w czasie podanie informacji, których łaknie czytelnik. 
Wprowadza wzmianki, które pokazują, że nikt nie jest tylko zły albo tylko dobry. Dostrzegamy w antagoniście jakieś formy odsunięcia od siebie sprawstwa. Jednak czy to jest sumienie? Zaczynamy, więc wątpić w słuszność naszego początkowego osądu i jest to znakomity zabieg.

To dobra powieść, która, mam taką nadzieję, zostawi czytelnika z przemyśleniami, bo czy aby na pewno antysemityzmu w nas nie ma?
Chyba często nie jesteśmy świadomi tego, jak niektóre krzywdzące powiedzenia wrosły w naszą codzienność i pleciemy je bez zastanowienia. Widuję je i słyszę nawet u osób deklarujących oczytanie. Nie jestem bez winy, jako dziecko powtarzałam określenia, których znaczenia nie rozumiałam.
Słyszymy, powtarzamy i niespecjalnie nad tym się zastanawiamy, a lata kształcenia nie zawsze kończą się sukcesem, gdy brak zwyczajnej, jakby się mogło wydawać, refleksji. 


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 16 września 2020
Liczba stron: 480

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Obiecaj mi rozwikłanie niezwykłej tajemnicy, akcję osadź w lesie, dodaj trochę bagien, torfowisk, szeptów, połącz to z niezwykłą istotą i jestem kupiona.

Tak właśnie zapowiadał się literacki debiut Karoliny Stępień, dlatego się do niego po prostu... zapaliłam. Wyobraziłam sobie czytanie w jesiennej atmosferze z akompaniamentem deszczu i rozgrzewającą herbatą na podorędziu. Aura wysłuchała chyba moich marzeń i w ostatnich dniach miałam w swoim regionie odpowiedni klimat do przechadzania się po Conetoe, bo tam toczy się akcja „Szczęścia rodziny Marsdenów”.

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

 

Głównymi bohaterkami są siostry Marsden: Elenor, Clementine i Ginger, wspomagane przez syna szeryfa Dirka Brewera. Wujek dziewcząt zaginął przed dwudziestu laty i nieoczekiwanie na torfowiskach zostaje odnalezione jego ciało. Jest dobrze zachowane z uwagi na pogrzebanie w torfie, który doskonale konserwuje. Powoli odkrywamy tajemnice i oceniamy czy rodzina Marsdenów jest rzeczywiście pechowa.
W tle pojawia się opuszczony dom, naścienne malunki i opowieści o szalonej kobiecie. Atmosfera gęstnieje podsycana stylem Karoliny Stępień, który snuje się niczym poranna mgła, ale nie niepokoi. Ta mgła jest lekka wręcz eteryczna, jakby ktoś opowiadał legendę, ale... no właśnie mam kilka „ale”, bo zupełnie mnie ta historia nie kupiła.


Styl, o którym wspomniałam robi na mnie dobre wrażenie, zdaje się być idealny do opisywania historii z dreszczykiem, ale jego mglista natura objawia się i w postaciach, które powinny grać pierwsze skrzypce. Wszyscy są trochę jak duchy, brakuje im umocowania w opowieści, charakteru.
Ja im niestety nie wierzę, ani w to, co się stało w przeszłości, ani w to, co dzieje się aktualnie. Zdarzenia, poszukiwanie prawdy to klisze znanych i opowiadanych historii, brakuje mi jakiejś formy wyjątkowości. Lubimy to, co znamy, ale niekoniecznie opowiadane w znany już sposób.
Mimo że interesowało mnie jak Autorka poprowadzi wątek tajemnicy wiążącej siostry i ich rodziców (ponieważ ta interesowała mnie najbardziej), której, tak na marginesie, rozwiązanie mnie zawiodło (spodziewałam się wielkiego „bum” tego, że mgła opadnie - jednak nic takiego się nie stało), to czułam zmęczenie tą historią, jakby mi ktoś wyciągnął wtyczkę.

Na początku pojawią się fajne zabawy ze stylem, który naprawdę robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Mamy np. na początku rozdziałów: „Urodziło się ich troje”, a w kolejnym i innej historii „Urodziło się ich czworo”. Fajnie się to spajało. Powtarzają się niektóre informacje, które wydawały mi się celowym zabiegiem, mającym nadać baśniowości opowiadanej historii (np. „Siostry Marsden w pewien sposób doświadczyły już śmierci. Nie dosłownie, oczywiście, ale to równie dobrze mogłaby być śmierć. Bo Mya Marsden była dla nich martwa”.), jednak kiedy przestały się pojawiać, a zaczęłam widzieć kolejne powtórzenia typu „usta zaciskał w wąską linię” lub postaci zbyt często wycofywały się tyłem, to ma wiara w celowość się rozwiała, ustępując miejsca niedokładnej redakcji.

Książka jest zakwalifikowana jako
kryminał/sensacja/thriller, jednak dla mnie to taka trochę młodzieżowa historia obyczajowa, dotykająca problematyki rodzinnych tajemnic, przemilczeń, które szkodzą, delikatnie ocierająca się o problematykę piętnowania inności.
Karolina Stępień w fajny sposób umieszcza w swojej powieści przyrodę, jest ona jakoby jednym z bohaterów. Znajdziemy tu wiele miejsca dla wyobraźni i odwołań do potęgi myśli. Wiele opisywanych zdarzeń ma bardzo oniryczny charakter, ja lubię takie zabiegi, więc dla mnie jest to plus tej powieści. Rzeczywiste i nierzeczywiste się ze sobą miesza.

Niestety dla mnie jest to książka, której treść zaraz uleci z mojej głowy, jak ta poranna jesienna mgła, a liczyłam na coś więcej.


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 sierpnia 2020
Liczba stron: 368
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller


Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Mówimy, że każdy medal ma dwie strony, a co z jego rantem? Można medal na nim postawić, dzięki niemu się toczy i obraca. Wiemy, że jest, ale nie przywiązujemy do niego większej wagi. Dobro i zło, zawsze razem... A pomiędzy nimi, to naprawdę nic nie ma?

Wiara czy wiedza? Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Podobnie jest z naszym światem. Jesteśmy my, zwykli zjadacze chleba, i oni, czyli po prostu ci, którzy wpływają na naszą codzienność.
Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, no ale tam gdzie są wielkie pieniądze, tam kształtuje się obraz tego, co jest i będzie, a nawet tego co było.

Co z tymi wszystkim zjawiskami, których jak twierdzimy nie da się wytłumaczyć? Człowiek musi wszystko zmierzyć, sprawdzić, policzyć. Nawet to ile razy można złożyć kartkę.

Osobiście twierdzę, że nie ma takich rzeczy, których wytłumaczyć by się nie dało, bywają jedynie dla nas niezrozumiałe. Jednak nie jestem kompletnym sceptykiem, pozwalam sobie na wiarę, w niektóre sprawy, ponieważ czasem jest ona lepsza niż wiedza. Daje nadzieję.

Trzecia strona medalu - Dariusz Grochal

Kompletnym sceptykiem zaś jest Olaf Limba, główny bohater „Trzeciej strony medalu”, debiutanckiej powieści Dariusza Grochala.
Limba to dziennikarz śledczy, który otrzymał literacką Nagrodę Nobla za reportaż ujawniający wiele tajemnic i zbrodni komunistycznej Polski. Dziennikarz ujawnił wiele nazwisk, pokazał, jak sądził, prawdę, choć nie chciał by ktokolwiek ponosił karę za to, co kiedyś robił. 

Dla Limby liczy się tylko prawda. Nic poza nią. A czym prawda rzeczywiście jest?

Na jego drodze pojawia się bardzo bogaty człowiek - Bernard Kubacki, kiedyś związany ze Służbami Bezpieczeństwa. Bernard to mruk, który rzuca „mięsem” non stop, wszystkich traktuje z góry. Jednak, mimo wszystkich negatywnych cech i niejasnej przeszłości, wzbudza sympatię czytelnika.
Od początku za bardzo nie wiemy co się na tej arenie zdarzeń dzieje. Poznajemy postacie fragmentarycznie i można odnieść wrażenie, że te migawki z przeszłości, czy jakieś przypadkowe wzmianki niczemu nie służą.
Jednak kiedy spojrzy się już na całość opowiadanej przez Grochala historii, wtedy widzi się jakie znaczenie miały one dla kreacji psychologicznej postaci i jej przemiany.

Olaf chce prawdy, a Bernard staje się środkiem prowadzącym do niej. Wikła się w układ z nim. Staje się świadkiem dziwnego zdarzenia, które uruchamia kolejne. Hipnoza, reinkarnacja, tajne stowarzyszenia. Prawda, która okazuje się inna niż twierdzą zapisy historyczne.
W „Trzeciej stronie medalu” stale unosi się gęsta atmosfera tajemnicy, podsycana przez kolejne postacie.
Ten klimat przypominał mi trochę „Czarne słońce” Jamesa Twininga, które czytałam lata temu.
Olaf zbiera strzępki informacji i próbuje je poukładać, a kiedy jest już, jak mu się wydaje, blisko prawdy, to wszystko się rozsypuje.
Do tego coraz częściej pojawiają się u niego niezwykle męczące koszmary senne.

Wszystko fajnie współgra z problematyką ludzkiej wiary, która przekazywana z pokolenia na pokolenie stała się tradycją. Z jednej strony wszystko chcemy mierzyć i badać, a z drugiej powtarzamy (bezrefleksyjnie) wyuczone schematy.

W „Trzeciej stronie medalu” pojawia się również wiele rozważań na temat ludzkiej natury, filozofii życia, poznania natury wszechrzeczy. Człowiek chce wszystko wiedzieć, ale dużo łatwiej uwierzyć mu w tajemnicze wędrówki dusz, prastare rytuały niż w prawdę, która nie jest aż tak ukryta i magiczna, jak przyjął.

Powieść Dariusza Grochala przeczytałam nie odkładając jej ani razu. Tak bardzo chciałam poznać tę prawdę, że w ogóle jej nie widziałam.
Czasem wątpiłam, śmiałam się pod nosem, bo dokąd ta akcja zmierza, czy to fantastyka, czy co? I dostałam po nosie. Dotarłam do ostatniej strony i sprawdzałam czy to nie błąd, czy mój egzemplarz czasem nie został źle wydrukowany, z pominięciem kilku rozdziałów... Nie, zdecydowanie niczego w nim nie brakuje, choć jest kilka błędów korektorskich.

Jako fascynatka historii przedstawianych w „Niewytłumaczalnych zjawiskach” Viktora Farkasa, nie mogłam po prostu nie bawić się wyśmienicie, brnąc przez zagadki, u boku Olafa Limby. 





Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 12 sierpnia 2020
Liczba stron: 288
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Swego czasu czytałam praktycznie same kryminały przeplatane dreszczowcami i tak czytałam, że straciłam do nich zapał, bo ile można czytać podobnych fabuł? No... stale się nie da.Dziś czytam je zdecydowanie rzadziej i w sumie to nie wiem czy się w nich odnajduję, ale próbuję. 
 
Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski


„Wiwisekcja zbrodni” Andrzeja Janikowskiego może odstraszać objętością, bo choć lubimy czuć w ręce ciężar nowej książki, to najlepiej by miała ona około 350 stron, a tutaj mamy ich aż 576.

Głównym bohaterem jest Roman Sadowski - podkomisarz wrocławskiego wydziału do walki z terrorem kryminalnym. Sam podkomisarz jest już dość w swoim, typowym dla bohatera kryminału obciążeniu doświadczeniem, nietypowy. Tak, tak nietypowy.
Zanim znalazł się w szeregach policji próbował różnych opcji i jedna z nich była mocno „uduchowiona”. To człowiek wrażliwy i wykształcony wysławia się więc o wiele lepiej niż znani nam literaccy policjanci. Przyznaję, że to ciekawy pomysł i konsekwentnie realizowany na kartach „Wiwisekcji zbrodni”.

Sadowy ma pomocnika jest nim sierżant Jerzy Madrygałkiewicz. Para świetnie się uzupełnia w pracy i w dialogach.
Jest więcej postaci, które lubią sobie „pofilozofować”.

We Wrocławiu zaczynają się pojawiać okaleczone zwłoki, które na początku zdają się sugerować religijnego fanatyka, ale im więcej zwłok i poszlak tym, mniej zdaje się do siebie pasować.
Pojawiają się różne wątki, które w miarę jak akcja się rozwija uzupełniają się. Jest ich bardzo dużo.
Autor lubi się z historią powszechną i historią chrześcijaństwa, jest też fascynatem szachów i takie cechy posiada Roman Sadowski i takimi m. in. wątkami jest naszpikowana fabuła, która w niektórych momentach idzie pod rękę z sensacją.

Styl Pana Janikowskiego jest bogaty. Bohaterowie mówią dość wyszukanym słownictwem i nie ma w tym nic złego, bo rozumiem, że taki był zamysł. Wykształcenie i zainteresowania Sadowego do czegoś zobowiązują,n pozostaje w podobnym tonie. Trochę trudno mi jednak uwierzyć, że zwykli, podrzędni przestępcy stosowaliby określenia w stylu „rzutki”, mniej w tym przypadku znaczyłoby więcej - dodałoby, według mnie, realizmu.
Ogólnie cała kreacja językowa stoi w kontrze do brutalności z jaką mamy do czynienia na kartach „Wiwisekcji zbrodni”, kompletnie się tego nie spodziewałam - i w trakcie czytania zadawałam sobie pytanie: po co aż tak?, po co aż tyle? I chyba wiem...

Odniosłam wrażenie, że „Wiwisekcja zbrodni” to jest wiwisekcja każdej zbrodni.

Kiedy spotykamy się z brutalnością, z bestią w ludzkiej skórze, zawsze zadajemy sobie pytania:
- jak do tego doszło,
- dlaczego,
- skąd to się w mordercy wzięło,
a Andrzej Janikowski te możliwości nam przedstawia.
Zadaje też wiele pytań, np. o to ile jest zła w łapiącym takiego zwyrodnialca i czy da się patrzeć w otchłań, i samemu się złem nie skalać.

Dlaczego niektórzy są praktycznie predysponowani do łapania przestępców?

Wiele jest na kartach „Wiwisekcji zbrodni” rozważań o sensie życia, o tym do czego dąży człowiek i po co.

Autor zwinnie nawiązuje do bliższej i dalszej historii Polski, Wrocławia, ale nie tylko, bo i do popkultury, czy sytuacji politycznej, społeczno-ekonomicznej.
Czuć wiedzę na każdej ze stron tej powieści. Poczucie humoru Janikowskiego jest bardzo „moje”.
Znalazłam również ogrom świetnych metafor!, tylko nie wiem czy niektóre nie są za podniosłe jak na kryminał i ten ogrom okrucieństwa, który czytelnikowi serwuje - znowu to „mniej znaczy więcej”.

Czułam się jakbym oglądała serial, który pod płaszczem łatwo przyswajalnej sensacji przemyca wiele treści o historii człowieka i natury przemocy.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 czerwca 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: kryminał
Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka
„Kurier z Teheranu” Wojciecha Dutki to kontynuacja losów hrabiego Antoniego Mokrzyckiego, którego znamy z „Kuriera z Toledo”
Pierwszą częścią byłam zachwycona, zwłaszcza językiem, którym została napisana. Bogatymi metaforami i pojawiającą się w treści poezją. „Kurier z Toledo” choć jest istną mieszanką gatunkową, ponieważ znajdziemy w nim wątki sensacyjno-szpiegowskie i historyczne, to głównie ma na uwadze wątek zakazanej miłości. Miłości, która odmieniła hrabiego. 
Nie wiem jak dziś odebrałabym tę część, z uwagi na to, że mój gust czytelniczy znacząco się zmienił. Ale zmienił się i Antoni Mokrzycki.

 Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Hrabia próbuje ułożyć sobie życie u boku żony, z dość marnym skutkiem. Golda jest obecna w życiu Mokrzyckiego, podobnie jak i wspomnienie Teo.
Z początku trudno było mi się poddać tej historii. Nadmierna egzaltacja bohaterów z hrabią na czele, ckliwość, prosty sentymentalizm i wątek poety Józefa Czechowicza zdawały się do mnie nie trafiać.
Kiedy rozpoczyna się wojna i, rozpoczyna się „pełna” akcja powieści, bohater stopniowo wyzbywa się tej „hrabiowskiej maniery”, która mnie drażniła.
Nie ma czasu, ani miejsca na przesadne roztkliwianie się nad sobą i swoim losem.
Mokrzycki zaczyna dostrzegać ludzi, także tych, do tej pory dla niego niewidzialnych. Dopuszcza do siebie możliwość własnej omylności i stawia sobie pytania dotyczące norm moralnych - czy każda śmierć jest równie zła?

 
Mokrzycki dostaje powołanie do wojska, jest w stopniu podporucznika, i jako agent Dwójki otrzymuje zadanie by wywieźć i schować dokumentację dotyczącą agentów polskiego wywiadu w ZSRR.
Jednak to, co się dzieje  - wojna obronna Polski - mamy wrzesień 1939 roku, uniemożliwia mu działanie. Staje do walki z Armią Czerwoną i wtedy Wojciech Dutka uruchamia swój talent do opisywania wydarzeń historycznych. Pisze z prawdziwym rozmachem.
Na drodze jego bohatera pojawia się lubiany przeze mnie Tadeusz Dołęga-Mostowicz, cieszę się, że Autor, choć na krótko, przywołuje tego, jak mi się zdaje, zapomnianego nieco pisarza.
Znaczącą postacią dla fabuły będzie Józef Retinger, pojawią się również generałowie Władysław Sikorski i Władysław Anders, a sam hrabia stanie oko w oko z Józefem Stalinem. Znajdziemy tu również kilka znanych nazwisk z NKWD.

Hrabia trafi do kozielskiego obozu, do Karłagu, cudem uniknie Katynia, stanie się, poniekąd, świadkiem wydarzeń, które zaważą na losie ówczesnej Polski.

Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka

Pan Dutka łączy historię z fikcją w taki sposób, że trudno je od siebie odróżnić. Dzieje się bardzo dużo, wydarzenia charakteryzuje skrupulatna opisowość. Kiedy Autor wspomina o niedających się dziś zrozumieć zachowaniach wypierających znaczenie człowieczeństwa, aktach kanibalizmu, jednocześnie wspomina Hołodomor (co cenię, ponieważ zdaje mi się, że to nadal pomijana część „zasług” Józefa Stalina). Jednak nie po to, aby niejako usprawiedliwić obrzydliwe czyny, tylko by pokazać tę drugą stronę. Nic nie powstaje znikąd.
Opisy bywają bardzo dokładne, nawet te krwawe, brutalne, bestialskie. Wojciech Dutka nie pomija żadnych szczegółów.

Wojna zmienia każdego z bohaterów. Nie tylko hrabia ma podwójną tożsamość, ktoś jeszcze ze znanych nam postaci gra rolę życia. Charakter wiecznie znudzonej żony hrabiego, również zostaje wystawiony na próbę.
Pojawia się ogrom postaci, od tych, które znamy z „Kuriera z Toledo”, przez nowe - umocowane historycznie i fikcyjne.
To sensacja oparta na kanwie zdarzeń historycznych, w tej części nie widzę typowego wątku romansowego. Ludzka bliskość pojawia się, majaczy gdzieś z boku.

Jest jednak coś, co mi nieco przeszkadza w stylu tej powieści. Niejako podwójny sposób zaznaczania emocji, które targają bohaterami - np. ktoś jest spocony, ponieważ jest zdenerwowany. Wraz z biegiem wydarzeń jest takich zapisów mniej.

Wewnętrzne przeżycia bohatera, zapisywane niemal poetycko, rozumiem jako równoważenie odbioru treści i nawiązania do delikatnej strony charakteru hrabiego.

Pojawiają się również wspomnienia, nawiązania do historii opisanej w „Kurierze z Toledo”, więc jak ktoś jej nie zna, to poniekąd pozna ją przez „Kuriera z Teheranu”.

„- Obóz sprawia, że gdy pojawia się zagrożenie życia, nie liczą się zasady moralne. Jeśli będę miał wybór: moje życie lub twoje, wybiorę siebie. Zdradzę Cię bez wahania. Ty musisz zrobić to samo. Liczy się tylko życie. Rozumiesz?”

Wojna zmienia ludzi, upośledza wrażliwość. Popycha do czynów niegodnych, ale koniecznych. Jednak nie tworzy potworów, jednostek wyzbytych sumienia, obdarzonych podwójną moralnością, umożliwia im jedynie niczym niezakłóconą działalność.

„Homo homini lupus est - owa sentencja zyskała w ostatnich latach nowe potworne znaczenie, ukazując, że najgorsze piekło jest w nas: ludzie je tworzą innym ludziom”.

Nie jestem już może tak bezkrytyczna, jak w przypadku (wielokrotnie!) wspominanego przeze mnie „Kuriera z Toledo”, jednak i ta historia, opowiedziana za pomocą losów ekscentrycznego arystokraty, do mnie trafia.
Zmieniłam się i zmienił się mój gust, oczekiwania, ale i zmienił się bohater tego cyklu.
Z przyjemnością sprawdzę, jak tylko będzie taka okazja, jak charakter Antoniego Mokrzyckiego zaprezentuje się w kolejnej części i jaką będzie miał dla mnie tym razem opowieść.


Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka




Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 24 marca 2020 
  Liczba stron: 544
  Kategoria: sensacja
#153 Schronisko dla ludzi - Wojciech Szlęzak

#153 Schronisko dla ludzi - Wojciech Szlęzak


Przyzwyczailiśmy się do tego, że literaturę trzeba zaszeregować. Wybieramy lektury według kategorii, którym ktoś ją przypisał. Nie chodzi nam już o cechy powieści, które pozwoliły ją przyporządkować do konkretnej grupy, a o konkretną formę. Pisarze tworzą historię jak z przepisu na ciasto, które raz wyrośnie, a raz wyjdzie z niego zakalec, pomimo użycia tych samych składników.
"Schronisko dla ludzi" Wojciecha Szlęzaka to nie jest powieść, której spodziewamy się kiedy czytamy określenie - chyba najlepiej sprzedające książki - "thriller psychologiczny".
Pozwólcie mi powróżyć - zapewne spodziewamy się: ogromu zwrotów akcji, zwichrowanych postaci, krwi, najlepiej fruwających wnętrzności, narastającego uczucia lęku, za którym czai się zwykle czarny charakter czy jakaś choroba psychiczna. 

Wojciech Szlęzak opowiada swoją historię w kompletnie inny sposób i mam pewne obawy o to, jak zostanie ona odebrana i czy po prostu nie znudzi nastawionego na ciągłe bodźce czytelnika.
Tu akcja nie pędzi, napięcie nie skacze jak wahające się ostatnio ciśnienie atmosferyczne. Choć ta książka mieści się w definicji szeroko pojętych thrillerów, to zdecydowanie bliżej jej do literatury obyczajowej.


Wędrujemy do górskiego schroniska razem z szóstką kompletnie obcych sobie ludzi. Prezentują różne grupy społeczne. Dyrektor firmy, nastolatka lubiąca ryzykowne życie, alkoholik, kobieta żyjąca pod dyktando męża, hazardzista i tajemniczy gospodarz. Zdaje się nam, że nic ich nie łączy. Spędzą ze sobą czas - w odciętej od cywilizacji chatce, w otoczeniu niebezpiecznej i mrocznej przyrody. Szybko zapadający zmrok, świszczący wiatr, gęste zadrzewienie i skrzypiący od mrozu śnieg. Poczucie odosobnienia, brak zrozumienia i wzajemne punktowanie się za życiowe niepowodzenia - to towarzyszy naszym bohaterom.

Autor rozrzuca na stół części układanki, które będziemy próbować do siebie dopasować i zobaczyć obraz jaki chce nam pokazać. Wydarzenia się przeplatają. Raz będziemy w odciętej od świata chatce, a raz zajrzymy do przeszłości opisywanej szóstki. Każdy coś ukrywa.

To opowieść o człowieku. O naszych słabościach i łatwo rodzącej się agresji.
O relacjach międzyludzkich. O cząstkowym widzeniu innych, bez względu na to jak wysoko w życiu nie zaszliśmy i ile pieniędzy nie zarobiliśmy. Kiedy mamy władzę, jak zauważa jedna z bohaterek, przestajemy zwracać uwagę na to, co dla nas nieistotne - na innych ludzi. Często widzimy to, co chcemy widzieć, a nie to, co jest prawdą, bo prawdę każdy ma przecież własną. Jesteśmy podatni na sugestie i wszelkie manipulacje - wystarczy nam odrobinę pograć na emocjach.
Tutaj niepokój nie objawia się w zdarzeniach, a w poczuciu tego, że każdy z nas jest zdolny do przekroczenia wszystkich przyjętych wartości i obudzenia w sobie tego, czego nie spodziewał się w sobie mieć.
Jesteśmy jak Doktor Jekyll i pan Hyde tyle, że bez magicznych eliksirów. 

Pisarz wdzięcznie kreśli portrety swoich bohaterów, którymi moglibyśmy się stać i my. Czuć, że jednym z jego zainteresowań jest psychologia i na tym się w tej powieści skupia.
Często jesteśmy niemal zakorzenieni w przeszłości i wszystko co w życiu robimy, czy to jak się czujemy ma swój początek właśnie w niej.
Kształtuje nas środowisko, w którym żyjemy. Staramy się niczym szczególnym nie wyróżniać lub chciwie zagarniamy wszystko, co uda się nam sięgnąć, wyzbywając się wyrzutów sumienia.

Niektóre z naszych decyzji mogą sprawić, że zostaniemy sami na zaśnieżonej ścieżce, pośród setek drzew, spomiędzy których nie uda się nam już bezpiecznie wyjść.

Wojciech Szlęzak nie skorzystał z powszechnie dostępnego przepisu na dreszczowiec. Napisał własny i już tylko od czytelnika zależy czy się w nim rozsmakuje. Dla mnie to była dobra historia, sprawnie napisana, którą czytałam z przyjemnością mimo, że była kompletnie inna niż na początku zakładałam.






Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 22. stycznia 2020
Liczba stron: 352
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

#144 Podróżniczki, Uwikłane w historię, Gorszycielki - Jarosław Molenda

#144 Podróżniczki, Uwikłane w historię, Gorszycielki - Jarosław Molenda

#144 Podróżniczki, Uwikłane w historię, Gorszycielki - Jarosław Molenda - recenzja -  czy warto przeczytać?
Zastanawiałam się jak opisać trzy książki spod pióra Jarosława Molendy, które przeczytałam na przestrzeni trzech miesięcy i w końcu wybrałam opcję zbiorczą. 
Wszystkie trzy opowiadają o losach Polek na przestrzeni wieków. Autor zebrał materiał, który zgrabnie połączył z własnym komentarzem.
Często w tekście pojawiają się cytaty z samych bohaterek, czy ich biografów.
Na końcu każdej publikacji znajdziemy obszerny dział przypisów.
Książki są podzielone na rozdziały, każdy otwiera portret omawianej kobiety i zapis lat jej życia.
Przyjrzymy się również rozwojowi warsztatu pisarskiego autora, ponieważ jest on bardzo odczuwalny w płynności czytania i skupianiu uwagi na tekście.
Polecam czytać je jak opowiadania - z przerwami, aby nie przeładować się informacjami, tak jest łatwiej informacje przyswoić i oczywiście, co istotne najbardziej - zapamiętać je.

"Podróżniczki. Dziewczyny, które nie znały granic" to pierwsza z trzech, do tej pory, wydanych przez Wydawnictwo Lira - książek dotyczących Polek, które zapisały się w jakiś sposób w historii, a stał się przez nią zapomniane.
Znajdziemy w niej najwięcej - bo aż czternaście skrótowych opisów losów kobiet, które na przestrzeni wieków dały się poznać jako te, które nie bały się wyjechać poza granice Polski i poza nimi żyć.
I już w tym momencie można by podyskutować - czy wszystkie wspomniane przez autora Panie były rzeczywiście podróżniczkami? Niektóre z nich wyjeżdżały z rodzinami, ale biorąc pod uwagę to, że były pierwszymi turystykami, to myślę, że mogły znaleźć się w tym zbiorze.
A to czy wiodły interesujące życie to już kwestia indywidualnej oceny czytelnika.
Najbardziej cieszy mnie fakt umieszczenia w książce - Świętosławy, jednej z  tajemniczych i inspirujących Polek.
Historycy nadal nie znaleźli porozumienia, co do tego, czy rzeczywiście była Sygrydą Storrådą, czy to kompletnie inną postacią.
O Sygrydzie czytałam wcześniej w "Hardej" Pani Elżbiety Cherezińskiej.
Jarosław Molenda podaje wszystkie możliwości przebiegu życia Świętosławy - możliwości - ponieważ nie da się potwierdzić, ani zaprzeczyć jej istnienia. 
Ciekawą postacią była również Dorota Falak, której udało się uwolnić ze szponów przedstawicieli Wielkiej Inkwizycji, w kręgu zainteresowania, których znalazła się z  uwagi na praktyki zielarskie. Później nie była już taka niewinna, jak się wydawało, a może zawsze taka była? Rozpustna i mająca ludzkie życie za nic? A może życie ją zmieniło?
Podróżujemy z Polkami na przestrzeni wieków, aż do Elżbiety Dzikowskiej.
Niektóre pisały pamiętniki ze swojej codzienności, ale niestety nie wszystkie, w moim odczuciu, wiodły ciekawe życie, przez co często podczas czytania uciekałam gdzieś myślami. Styl Pisarza w tej części był dla mnie trochę "bez emocji".
Opis, parę wplecionych cytatów i wnioski.
Nie czułam się wielce usatysfakcjonowana tą lekturą, jednak nie żałuję spędzonego z nią czasu, ponieważ wiedzę historyczną posiadłam.

"Uwikłane w historię. Bohaterki i zdrajczynie. Dziewczyny, które igrały z życiem i historią" to drugi z cyklu zbiór losów Polek. Jest już skromniejszy od pierwszego, ponieważ opisuje dziesięć naszych rodaczek, a opowieści są po prostu ciekawsze. Opowiada o kobietach będących agentkami, o których teraz się nie wspomina, a być może miały one wpływ na losy świata. O kobietach, które bywały bardzo okrutne - jak "Krwawa Luna", a może wcale takie nie były, a ich historia została zapisana z punktu widzenia... mężczyzn, a nie od dziś wiadomo, że często demonizują oni kobiety u których inteligencja idzie w parze z urodą. Kobiety oceniano wtedy - zupełnie jak dzisiaj, przez pryzmat stroju, nie akceptowano wszelkich odstępstw o przyjętych norm. 
Autor wspomina m. in. Irenę Sendlerową, o której polska historia długo milczała,  a następnie zrobiła z niej kryształowy pomnik, wypaczając fakty. 
Wszystkie życiorysy były dla mnie interesujące, czytałam je z przyjemnością i wydaje mi się, że styl autora ewoluował, ale i tematyka, którą podjął spowodowała, że czytałam tę część tak, jak powieść i nie mogłam się doczekać kolejnego rozdziału.
To dobrze napisany skrót biografii dziesięciu odważnych kobiet, walczących o własne ideały, które często, ale nie zawsze, szły w parze z dobrem ogółu. Kobiet, które nie bały podejmować się ryzyka utraty życia, by spróbować mieć wpływ na otaczającą je mroczną rzeczywistość.

"Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse" to trzecia część cyklu i z uwagi na śmiałe poglądy opisywanych kobiet - najbardziej zajmująca.
Dodatkowo autor świetnie każdy życiorys, a nawet i poszczególne fragmenty - puentuje. Stosuje ciekawe metafory, a słownictwo jest bogate. Można się nawet pośmiać, z niektórych przekonań, choć wiele z nich jeszcze nie odeszło do lamusa.
Najbardziej porwały mnie opowieści o Helenie Rubinstein, Tamarze Łempickiej i Michalinie Wisłockiej. Znajdziecie tu też pewne wspomnienia o Marii Konopnickiej, które niektórych czytelników mogą nawet zszokować, przecież nadal żyjemy w gorsecie przyzwyczajeń, pozorów i schematów. 
Przeczytałam ją w tempie ekspresowym, ze świadomością, że to przecież było? Było, ale jakby niewiele się w nas zmieniło.
Te kobiety przecierały szlaki. Pokazywały, że kobiety nie są mniej inteligentne niż mężczyźni, że mogą tworzyć, pracować na tym samym polu i osiągać co tylko chcą. Może to nas śmieszyć bo wydaje się, że teraz jest inaczej. Ale czy nadal nie dyskutujemy o wysokości zarobków zależnych od płci? Albo o praktykach zawodowych zdominowanych przez płeć?

Z każdą częścią Pan Jarosław Molenda przekonywał mnie do swojego stylu opowiadania bardziej. Cieszę się, że przeczytałam wszystkie trzy, poznałam wiele nowych twarzy zapisanych w historii świata, wiele biografii zgłębiłam i nabrały one dla mnie ludzkich rysów, przestały być nierzeczywistymi pomnikami, słowami.
Wszystkie bohaterki tego cyklu przekraczały granice, wikłały się w historię i gorszyły. Wszystkie coś zmieniały, choćby miało to być tylko ich własne otoczenie. 

Dziękuję Wydawnictwu Lira, za wydawanie książek, dzięki którym mogę uzupełniać braki wiedzy, z którymi zostawiła mnie szkoła, nie dlatego, że uczyć się nie chciałam, a dlatego, że kobiety były niejako przez historię zapomniane. I chyba nadal są, dlatego takie wydawnictwa są niezwykle istotne.
Czytajcie książki historyczne, warto umieć sobie coś wyobrazić, ale o wiele cenniejszym jest po prostu WIEDZIEĆ.





Wydawnictwo: Lira
Kategoria: literatura historyczna 

Podróżniczki. Dziewczyny, które nie znały granic

Data wydania: 2018
Liczba stron: 320

(Świętosława, Dorota Falak, Anna Jadwiga Sapieżyna, Ewa Felińska, Narcyza Żmichowska, Helena Sanguszko, Maria Beatrix z Krasińskich Raczyńska, 
Anna Neumanowa z Szawłowskich, Helena Rogozińska, Ewa Dzieduszycka, 
Jadwiga Mrozowska-Toeplitz, 
Maria Antonina Czaplicka, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Elżbieta Dzikowska)

Uwikłane w historię. Bohaterki i zdrajczynie

Data wydania: 2019
Liczba stron: 288

(Zofia Kossak, Krystyna Skarbek, Julia Brystiger, Halina Szymańska, Izabela Horodecka, Irena Conti di Mauro, Wanda Wasilewska, Halina Szwarc, Irena Sendlerowa, 
Klementyna Mańkowska)

Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse

Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 304

(Gabriela Zapolska, Maria Dulębianka, Helena Rubinstein, Maria Komornicka, 
Zofia Sadowska, Zofia Stryjeńska, Kazimiera Alberti, Tamara Łempicka,
 Irena Krzywicka, Michalina Wisłocka)

#127 Trzy zimy - Magdalena Kopeć

#127 Trzy zimy - Magdalena Kopeć

#128 Trzy zimy - Magdalena Kopeć - recenzja - czy warto przeczytać?

Wspominałam już parokrotnie, że w szkolnych czasach nie należałam do entuzjastek historii. Kojarzyła mi się jedynie z odpytywaniem z dat i wydarzeń, które trzeba było wyrzucać z siebie niczym pociski z karabinu.
Taki sposób nauczania obdzierał historię z jej ludzkiego oblicza.
Czym innym, natomiast, były lekcje języka polskiego i obowiązujące lektury.
Ja należałam do grupy, która "Nad Niemnem" się zachwycała, a poznawaną poezję interpretowała na swój sposób, czasem daleko odbiegający do tego programowego. 

Magdalena Kopeć jest historykiem z wykształcenia, a muzealnikiem z zawodu. Lubi jesienne liście i arię Pucciniego, a odkąd przeczytała "Anię z Zielonego Wzgórza" to chciała zostać pisarką - jak podaje opis umieszczony na pięknym wydaniu jej debiutanckiej powieści. To wszystko w "Trzech zimach" można znaleźć. Niezwykłą nostalgię - jesienną właśnie, umiłowanie muzyki, poezji (czy tytuł nawiązuje też do tomu poezji Czesława Miłosza?) i wyobraźnię, którą zaszczepić mogła tylko bohaterka spod pióra Lucy Maud Montgomery.

Marianna Sobierajska - córka Mikołaja Sobierajskiego - patrioty i ziemianina, zakochuje się w rosyjskim szlachcicu Andrzeju Rohowie, który zamieszkuje w sąsiednim majątku.
Rohow ma polskie korzenie, jest wykształcony, zaradny i niezwykle przedsiębiorczy - wprost idealny kandydat na męża... Ale ma jedną wadę - jest Moskalem.
Ojciec Marianny jest jednak przychylny związkowi jego córki i Rosjanina, więc para się zaręcza. Wkrótce na rodzinę Sobierajskich spada nieszczęście, którego jedną z bezpośrednich konsekwencji stają się zerwane zaręczyny... W Królestwie Polskim jest niespokojnie - niedługo
wybuchnie Powstanie Styczniowe...

"Trzy zimy" to powieść wielowątkowa. Postaci jest dużo, jednak autorka zadbała o to, by nic nie zakłócało ich identyfikacji. Są bardzo dobrze scharakteryzowane i często prezentują kompletne przeciwieństwa (np. Marianna i jej siostra Helena). Kobiety, które są jedynie ozdobą mężczyzny, mimo tego że często dobrze wykształcone, są pozbawione głosu i jakiejkolwiek decyzyjności. Marianna choć na początku zdaje się wpisywać w konwenanse, chyba za przykazem niezwykle konserwatywnej babki (która bywała bardzo irytująca w swoim umniejszaniu kobiecej inteligencji), będzie zmuszona szybko dojrzeć i podejmować odpowiedzialne decyzje. Możemy zaobserwować jak ścierają się tutaj pokolenia.

"Wzięłam na siebie sprawy majątku właśnie po to, by zdjąć ten ciężki obowiązek z barków twoich i Heleny. Nikt nie zechce żony, która zajmuje się szukaniem zboża i liczeniem rubli! To prostackie. Dobre dla mieszczan i żon kupców!"

Miłość, kreacje i wystawne życie zejdzie na drugi plan. Świat konwenansów, skrzętnie skrywanych tajemnic, by nie ujrzały światła dziennego - z uwagi na możliwość skandalu - zmierzy się z przytłaczającą codziennością, walką o utrzymanie majątku, przywiązaniem do miejsca, w którym się mieszka i tym co stale serwuje nieprzychylny los.

Autorka porusza problem krzywdzącego, ale nadal dość częstego oceniania z uwagi na pochodzenie, czy też zachowanie - bez znajomości czyjejś przeszłości, czy charakteru.

Na początku czułam się jak za szkolnych lat, kiedy to czytałam wymagane programem lektury, śledziłam historyczne tło, które jest tutaj dość bogate i opatrzone niezbędnymi przypisami. Później stałam się niejako bohaterką tej powieści. Byłam, widziałam, słyszałam i czułam to, co postaci stworzone przez Panią Kopeć. Nadal zdaje mi się słyszeć szelest tych wszystkich pięknych sukni, czy zrzędliwy ton babci Marianny.
Wędrujemy z autorką przez czas, poznajemy stare zwyczaje i zapomniane już przysmaki.
Ale nie jest tylko miło, refleksyjnie i przyjemnie. Pojawiają się ludzkie dramaty, rozstania, kłamstwa, ucieczki, śmierć, choroby i... zbliżające się powstanie.

Na docenienie zasługuje też język jakim autorka operuje. Dla mnie zakrawa on o poetykę, jest pełen pięknych porównań, dodaje realizmu snutej przez nią opowieści, ale nie brzmi archaicznie.

"Dom, który kochała, stał się więzieniem. Stary mur, jak wierny żołnierz, chociaż odarty z niegdysiejszego splendoru, brudny i poorany zmarszczkami pęknięć, strzegł pilnie jej świata".

To historia miłosna, ale nieprzytłaczająca przesadą. Opowieść o prozie życia, o dojrzewającej miłości, która jak te wstążki na dębie, o których wspomina autorka, z czasem trochę zmienia barwę, ale nadal mocno trzyma się gałązki, do której została przymocowana.
Polecam wszystkim noszącym w sobie umiłowanie do romantyzmu, historii i piękna dziewiętnastowiecznej codzienności. 
 #128 Trzy zimy - Magdalena Kopeć - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.



Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 6. listopada 2019
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna/powieść historyczna

#105 Kuglarz - Anna Sokalska

#105 Kuglarz - Anna Sokalska


#104 Kuglarz - Anna Sokalska - recenzja - czy warto przeczytać?

Po świetnych dwóch tomach z cyklu "Opowieści w Wieloświata" z przyjemnością sięgnęłam po trzeci. "Kuglarz" pięknie graficznie współgra z poprzednimi częściami i uwaga... daje nadzieję na kolejny tom tej świetnej serii.

Tak jak "Wiedźmę" i "Żertwę" można spokojnie czytać w dowolnej kolejności, tak "Kuglarza" trzeba czytać jako zamknięcie serii. Wszystkie postaci, które poznaliśmy do tej pory, tj. w poprzednich dwóch częściach, spotkają się w tej fabule, ale nie będą jedynymi aktorami na tej scenie. 
Do zająca i wilka dołączy lis, którego historię poznamy równie dokładnie - jak odbywało się to ze wszystkimi bohaterami.
Dochodzi do ostatecznego starcia dobra ze złem. Powstanie możliwość wyrwania się ze wszelakich klątw, pokut i ich następstw, możliwość nowego startu, nowego życia - jednak konieczne do tego będzie wiele poświęceń.
Intryga goni intrygę... Do czego to doprowadzi?

Zaczęłam czytać ten cykl całkiem niedawno, więc nie miałam większych problemów z przypomnieniem sobie kto jest kim, czy też skąd się wziął.
Skoki w linii czasu - przyznaję mogą trochę gmatwać historię, zwłaszcza jak ktoś czytał dwie części, krótko po ich premierze i gubi się w mnogości bohaterów. Mi osobiście - jakoś to nie przeszkadzało.
Sądzę, że gdyby nie one, to - "Kuglarz" byłyby wiele bardziej opasły w słowa, po to by wyjaśnić wszystkie związki przyczynowo-skutkowe. 
Wróciła moja ukochana zmora Nina i jej złośliwy żart, którego brakowało mi trochę w "Żertwie". Spodobała mi się też Marta - historia jej pojawienia się na świecie, nałożenia na nią zaklęcia, związania jej prawdziwej natury, a potem przemiany. Brakowało mi samej Jasnej, ale z powodu Wszebory, rozumiem, że nie mogła tak pięknie mówić jak w "Wiedźmie".
Każda z tych powieści jest inna i trzeci tom jest najbardziej umocowany w fantastyce. 
Ze wszystkim częściami "Opowieści z Wieloświata" mam pewien problem...
Choć dostrzegałam go już w "Żertwie"; to w trzeciej części widzę go chyba najbardziej...
Tak naprawdę to - nie problem - taka przewrotność z mojej strony :) w końcu to "Kuglarz":)
Oprócz samej historii, fabuły, która biegnie i ma swoich bohaterów ze słowiańskiego uniwersum fantastyki, to ja widzę tu najmocniej ze wszystkich części - drugie dno. Podczas czytania nie mogłam się wyzbyć uczucia jak wiele autorka chce nam przekazać o nas samych. Jak zauważymy demon wcale nie musi być tylko zły - to po prostu ten "który rozdziela".

Czy to nie jest dziwne i zarazem na swój sposób piękne, że postaci, które stoją po przeciwnych stronach barykady, mimo wszystko starają się współpracować? Nawet jak chcą przede wszystkim zyskać coś dla siebie, to w koniec końców wszyscy na tym skorzystają.
Zupełnie jak my, kiedy w obliczu zagrożenia znikają podziały i potrafimy się zjednoczyć?
Ubrani w pozory, jak w magiczne zaklęcia, sami bywamy taki oszustami.
A co by się stało gdybyśmy nagle nie mogli, albo po prostu nie chcieli ukrywać przed innymi swoich intencji, tak jak te istoty aury?
Gdyby wszystko było widoczne dla wszystkich, gdyby nie dało się nic ukryć przed innymi? Co wtedy taki manipulator, oszust miałby za pole do popisu?
Anna Sokalska ma bardzo dobry styl, lubię jak opowiada i ukrywa treści, które lubię odkrywać i się nad nimi zastanawiać. Najwięcej magii, to chyba, nosimy w sobie :)
Moją ulubioną częścią nadal pozostaje "Żertwa" z jej mnogością i formą narracji, i oczywiście wątkiem kryminalnym! Z przyjemnością sięgnę po kolejną część!
7/10.

#104 Kuglarz - Anna Sokalska - recenzja - czy warto przeczytać?
Tutaj piszę o WIEDŹMIE
A tutaj o ŻERTWIE  

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.




Wydawnictwo: Lira

Data wydania: 2 października 2019
Liczba stron: 416
Kategoria:fantastyka, fantasy, science fiction

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...